środa, 29 maja 2013

Polisz kicz, bitwa o nerkę i kanibalizm na żywo, czyli o holenderskiej telewizji

Dziś będzie bardzo obrazowo, a wręcz filmowo. Do napisania tego postu "natchnął" mnie mój były redaktor naczelny Mariusz Pujszo. Postać skądinąd bardzo kontrowersyjna, która zasłynęła niedawno z racji pewnego obyczajowego (by nie powiedzieć seksualnego) skandalu. Skandal ów miał mieć miejsce na festiwalu w Cannes i miała w nim uczestniczyć jedna z "modelek" z programu Top Model. Przedmiotem sporu miały być usługi seksualne i 10 złotych (a może 20, już nie pamiętam). W każdym razie, mnie osobiście w miesięczniku Gentelman współpracowało się z Mariuszem bardzo dobrze. Tam stawiałam swoje pierwsze dziennikarskie kroki i stąd właśnie mam do tego magazynu i do tego człowieka pewien sentyment, ale...

Mam nadzieję, że przyzwyczajacie się już powoli do mojego ale, ale. No właśnie ale. Wczoraj w sieci pojawił się zwiastun najnowszego filmu Mariusza Ostatni klaps. I ten klaps to chyba w dupę Mariuszowi się należy, za przeproszeniem. Przypomnijmy jednak jego wcześniejsze produkcje: Polisz kicz projekt (2,9/10 na filmwebie) i Polisz kicz projekt... kontratakuje (2,7/10 na filmwebie). Wczoraj zatem po obejrzeniu tegoż "dzieła" sztuki zwiastunów moje wykształcenie filmowe wzięło górę nad sentymentami i krzyczało wtf? Kto dał na to g*wno pieniądze?! I coś mi się wydaje, że "arcydzieło" w swoim gatunku, czyli Kac Wawa, doczekało się wreszcie swojego godnego następcy.

Zobaczcie zresztą sami. Na własną odpowiedzialność.


I wiem, co teraz myślicie.  Common! You've Got to be Kidding Me! No niestety, to nie żarty. A promując swoje najnowsze dzieło Mariusz kilka dni temu przechadzał się z Frytką po czerwonym dywanie w Cannes... I ta jakże smutna myśl doprowadziła mnie do refleksji na temat granicy smaku w kinie i w telewizji. Stąd już była krótka droga do moich przemyśleń na temat holenderskich programów. Opiszę wam więc dwa, które wstrząsnęły opinią publiczną nie tylko w Holandii. Ostrzegam więc was, że może być bardziej niesmacznie, niż na sekstaśmie Kim Kardashian i Paris Hilton razem wziętych przez wszystkich amerykańskich gangsta.

Pierwszy program to bitwa o organy z 2007 roku. Program nazywał się Donor Show. Zgłaszali się do niego ludzie, którzy potrzebowali... nerki, a umierająca kobieta zgodziła się ją na potrzeby programu przekazać jednemu z uczestników. Wybrano trzy osoby, a telewidzowie mieli zagłosować, kto z nich ową nerkę dostanie. Tu niespodzianka, bo przegrani przegrywali... własne życie. Brzmi makabrycznie, ale program okazał się bardzo sprytną mistyfikacją mającą na celu uświadomić problem transplantologii. Co ciekawe, umierającą dawczynę grała aktorka, jednak trójka uczestników naprawdę pilnie potrzebowała przeszczepu. Po programie kilkadziesiąt tysięcy osób zgodziła się zostać dawcami. W tym mój luby, choć ze swojej karty przeszczepu wykluczył skórę i oczy. Nieco to makabryczne,no ale czasem pewne problemy wymagają nieco radykalnego nagłośnienia. A może to była tylko tania prowokacja? Efekt w każdym razie został osiągnięty. Świat mówił o tym i wciąż mówi.


I drugi program, czyli kanibalizm na żywo, czyli gdzie leży granica głupoty i tabu w holenderskiej telewizji. W 2011 roku dwóch prowadzących popularne show Króliki doświadczalne (Proefkonijnen) zdecydowało się zjeść siebie nawzajem. Cały świat uderzył na alarm, w tym polskie media, jednak w przeciwieństwie do Donor Show, nie miała to być żadna mistyfikacja ani prowokacja, aby zwrócić uwagę na poważny problem społeczny. Chyba, że problemem w Holandii jest wszechogarniający głód, a prowadzący Dennis i Valerio trochę chcieli się poczuć, jak w programie MasterChef. W Holandii długo trwała medialna dyskusja, czy zjedli siebie nawzajem, czy też nie zjedli. Po kawałeczku, oczywiście. Prawda nie ma znaczenia, liczy się tylko oglądalność i show. A show must go on, pytanie tylko, czy kanibalizm na żywo nie powinna poprzedzić próba zjedzenia własnego g*wna. To dopiero byłoby coś! Słupki oglądalności rosłyby szybciej, niż długi Grecji. A teraz zobaczcie to sami, smacznego!



Także po najbardziej kiczowatym zwiastunie ever, bitwie o nerkę i kanibalizmie na żywo, pora na coś dla rozluźnia, choć pewnie większość z was to już zna, ale co tam, whatever! W końcu śmiech to zdrowie, a pogoda znów klote!

wtorek, 28 maja 2013

Niech ta miłość będzie dzika, jak Afryka!

W zeszłym tygodniu wspomniałam o weselu w stylu afrykańskim przy moim psioczącym na holenderską pogodę poście. Psioczyć dziś co prawda na warunki atmosferyczne nie będę (słońce, bezchmurne niebo i ponad dwadzieścia stopni! Wiecie, jak jest i wiecie, co będzie! Będzie dziś picie piwa wieczorem w plenerze, oj będzie!), ale postanowiłam zrobić krótką relację z tegoż weselicha. Tekst dedykuję więc tym wszystkim, którzy nigdy nie byli na holenderskim weselu, a zawsze byli święcie przekonani, że na tak owym goście generalnie palą tylko jointy. 

No otóż nie palą, choć na niektórych weselach zdecydowanie powinni (ze względu na sztywność ciała spowodowaną kijem, który czasem wychodzi im nie tylko gardłem, ale i również tyłkiem). Choć żeby uściślić, pan młody jest pół-Grekiem, zatem na weselu pojawiły się greckie akcenty w postacie serwowanych potraw, jak moja ulubiona baklawa, na przykład. Zatem weslicho było w stylu afrykańskim, choć z akcentami greckimi. 

Było to pierwsze wesele w tym roku, na które udałam się z lubym. W zeszłym roku tych wesel było osiem w sumie. Trzy w Polsce, jedno we Francji, jedno w Hiszpanii i trzy w Holandii. Z wiadomych wesel na ten rok, jeszcze do odhaczenia mamy dwa w sierpniu. Oba w Daczlandii. I żeby tylko na tych dwóch następnych pogoda bardziej dopisała. Choć jak w zeszłym tygodniu prognoza donosiła, tak wcale w zeszłą sobotę nie padało. Po południu przynajmniej. Wieczorem i w nocy była taka ulewa, że przed pójściem spać nie musiałam już iść pod prysznic. Na szczęście podczas ceremonii w plenerze nie spadła ani kropla, ale było tak przeraźliwie zimno, że nawet w płaszczu zimowym i sztybletach do konnej jazdy przemarzłam do szpiku kości. 


Było jednak warto. Ceremonia zaślubin odbyła się w środku lasu, pod wielkim drzewem i była naprawdę przepiękna. Na ociosanych pniach goście mogli spocząć. Największym zmarzluchom rozdano kocyki (ach ta holenderska perfekcja i pedantycznie drobiazgowe przygotowanie na każdą możliwą ewentualność). Tuż pod drzewem ustawiono piękne czarne pianino. Na początku przemawiali świadkowie, przyjaciele, rodzina i trwało to w sumie ponad godzinę, a jak dla mnie mogli równie dobrze mówić w Suahili. Potem ojciec pana młodego grał na skrzypcach (pięknie), a następnie pan młody zrobił niespodziankę i dla swojej przyszłej małżonki zagrał i zaśpiewał jakiś nieznany mi holenderski utwór. Musiał być to jednak prawdziwy wyciskacz łez, bo co drugi ze zgromadzonych gości zaczął płakać, a w tym (!!!) mój luby. Brak moich łez wcale nie oznacza mojej nieczułości, ale ciągłych braków w rozumieniu języka holenderskiego. A może po prostu z tego zimna zamieniłam się w bryłę lodu. Cóż, zdarza się najlepszym.

Po przemowach i wszystkich koncertach (niezłą solówkę zaprezentowała przyjaciółka panny młodej, X Factor, hello!) nastąpiła oficjalna ceremonia zaślubin. Państwo młodzi powiedzieli sobie sakramentalne Ja, znaczy się Tak i po wstępnych oględzinach, czy nie miało się żadnych tam kleszczy, wszyscy udaliśmy się rozgrzać do namiotów. Tam też składaliśmy nowożeńcom gratulację, było jeszcze więcej przemówień i oczywiście szampan. Ja złożyłam państwu młodym życzenia po polsku. Niech wasza miłość będzie dzika, jak Afryka!!! A zakończyłam holenderskim Gefeliciteerd. Po przetłumaczeniu na angielski, pytali no ale dlaczego dzika? No w sensie namiętna, odpowiadam. Aha. I nie widzę ani aprobaty, ani zrozumienia w ich oczach. Cholera, przecież to Dacze! Trzeba im było życzyć wymarzonej kariery i dużo pieniędzy. Ech, już się poprawiam. Niech wasza miłość nie będzie dzika, jak Afryka, ale precyzyjna, jak fabryka (na przykład śrubek).

Teraz przejdźmy do tej części, w której ja opowiadam, dlaczego ludzie mówią, że jestem silly, czytajcie głupciorem. Jako że miałam na sobie super obcisłą sukienkę, która musiała leżeć perfekcyjnie, dwa dni przed weselem już nic nie jadłam. Zatem trzy lampki szampana podziałały na mnie bardziej, niż w normalnych okolicznościach butelka wódki. To wytłumaczy wam dlaczego przebiegła tak a nie inaczej pewna moja rozmowa z pewnym gastrologiem. TIK TAK TIK TAK wszyscy gotowi? można zaczynać? zatem otwieram puszkę Pandory.

Pora coś zjeść. Okej. Idziemy do innego namiotu. A tam serwują moje ukochane owoce morze. Przy stole królują typowe small talki, pod tytułem a skąd znacie państwa młodych? ależ to była piękna ceremonia, nieprawdaż? I o boże, ależ tam było zimno, czy sprawdzisz moja droga, czy nie mam na plecach żadnego kleszcza? Tak, tak. Obsesja na punkcie kleszczy w Holandii jest większa, niż fobia Polaków przed abstynencją. Wracając do bycia głuptasem. Usiadłam między moim lubym, a właśnie wspomnianym wyżej panem doktorem. Wypatrzyłam go już na samym początku ceremonii w lesie, bo facet wykazywał niesamowite podobieństwo do Carla Clauberga (tak, tak, tego samego Clauberga, co prowadził eksperymenty medyczne w obozach koncentracyjnych) i nawet oprawki od okularów miał identyczne, brr! No i tu się okazuje, że nie dość, że wygląda jak sobowtór, to do tego lekarz i gastrolog. Uuu! Żem nie omieszkała wytknąć podobieństwo, zostałam dość mocno skarcona, by nie porównywać ludzi przy weselnym stole do zbrodniarzy wojennych... Po czym zirytowany bardziej, niż Beyonce swoimi zdjęciami z Super Bowl, doktor gastrolog alias sobowtór Clauberga opuścił nie tylko weselny stół, ale i całe wesele. No uderz w stół, a nożyce się potną... Ech. Choć to może ja skompromitowałam się tym porównaniem bardziej niż Nergal na okładce Gali. Cóż, we are who we are.


Po weselnej strawie przyszedł czas na tańce. I w tym momencie przyszedł również czas na afrykańskie klimaty. Ludzie powyciągali swoje akcesoria, takie jak maski afrykańskich zwierząt, naszyjniki z kości czy czapki rodem z safari. I tu ja założyłam swoją maskę tygrysa, a mój luby wyciągnął szpicrutę. On był poskramiaczem tygrysów, a ja nieposkromioną tygrysicą. Oj tak, zrobiliśmy furorę na tym weselu. A już zwłaszcza szpicruta, co się samo rozumie przez się, po sukcesie 50 shades of grey... rrrrr! O drugiej w nocy przyjechał po nas ojciec mojego lubego, (i zapomniałam o jakże istotnym szczególe, że wesele odbyło się w prowincji Zeeland, jakieś dwie i pół godziny drogi od Amsterdamu, a na szczęście dwadzieścia minut autkiem od miejscowości, gdzie mieszkają moi przyszli teściowie) i oboje z irytującą czkawką udaliśmy się z lubym na zasłużony spoczynek.

I tu bym skończyła opowiadać swoją historię, ale w niedzielny poranek czekała mnie miła niespodzianka w postaci corocznej wystawy regionalnych handmadowców w... ogromnym ogrodzie sąsiadów rodziców mego lubego. I tu niech przemówią wcale nie słowa, ale zdjęcia, bo ta atrakcja wywarła na mnie niesamowite wrażenie! Można tam było kupić wszystko, od ręcznie robionych mebli i akcesoriów ogrodowych, po rzeźby, ciuchy, biżuterię, nakrycia głowy, obrazy, alkohole, w tym głównie piwa, produkty spożywcze i roślinki takie jak róże i takie tam inne. Przedsięwzięcie niesamowite, a i po raz pierwszy mogłam zobaczyć, jak wielki i magiczny ogród skrywa się tuż obok rodzinnego domu mojego lubego! No proszę was, czy w Polsce na małych wioskach nie można by zorganizować czegoś takiego, aby promować region i regionalnych artystów/rzemieślników/stolarzy tudzież innych handmadowców? Ja bym powiedziała, że nawet więcej niż LUBIĘ TO!





czwartek, 23 maja 2013

'Dobre', czytaj 'chuje', czyli małe co nieco dla językowych smakoszy

W ostatnim poście został nieco uszczknięty jakże istotny temat w Holandii, czyli język ojczysty (pamiętacie wat een kloteweer?). Zacznijmy jednak od języka angielskiego, który znają tu niemal prawie wszyscy. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenia, że ponad dziewięćdziesiąt procent Holendrów zna angielski. Może wynika to z faktu, że wszystkie nieniderlandzkojęzyczne programy w telewizji nie są ani zdubbingowane, ani nie mają lektora. Wszystkie mają napisy, więc takie małe Dacze już od dziecka osłuchują się z innymi językami, w szczególności właśnie, z angielskim. Zatem czy to z panią w pobliskim warzywniaczku, czy z babcią mojego lubego, nie mam problemu z komunikacją. Ale...

Nie ma tak łatwo. Zawsze jest jakieś ale. Fakt, przez ostatni rok zdecydowanie najczęściej mówiłam właśnie po angielsku. Ale drugi w kolejce wcale nie jest język polski, a holenderski właśnie (nie piszę o pisaniu). Bo jeśli chcesz tu mieszkać i się zasymilować, to musisz znać holenderski. Albo chcesz na tyle się zasymilować, aby nie czuć się jak Tarzan pośród małp (w sensie nie czuć, że całkowicie odstajesz od ich grupy), wtedy też musisz posługiwać się w miarę komunikatywnie językiem. Koniec. Kropka. Holendrzy są bardzo mili dla turystów. Fakt. Ale jeśli zdecydujesz się na dłużej osiąść w ich kraju, to uuuuuuuuuu.... uważaj. Tu właśnie zaczynają się schody. I te schody niekoniecznie mogą prowadzić w górę, do wymarzonego nieba.

Przykładów mogę podać kilka i nie tylko z własnej autopsji. Ograniczę się jednak do jednego, ale dość dobrze obrazującego omawiane tu zagadnienie. Byłam kiedyś na weselu przyjaciele mojego lubego. Z lubym, oczywiście. Towarzystwo w którymś momencie zdecydowało się podzielić na męskie i żeńskie. Okey. What ever.  No i okazało się, że wcale nie tam zaraz od razu takie what ever. Gdy usiadłyśmy z dziewczynami, te zaczęły od razu gadać jedna przez drugą, po holendersku niestety. No i tu włączył mi się właśnie motyw Tarzana. W ogóle kompletnie nie miałam pojęcia, o czym one gadają i miałam wrażenie, jakby właśnie przekrzykiwało się jakieś stado goryli. Gorylic, dokładnie (przepraszam za jakże krzywdzące porównanie, ale jak mi ktoś zajdzie za skórę, to później nie mam litości!). Ja czułam się wyautowana z towarzystwa. Kompletnie wyalienowana. Niewpasowana, jak ten Tarzan, tylko że rudzielec wśród stada zdaczonych blondynek. OMG! (O Moja Gorylico!). Jednak po piętnastu minutach któraś się zreflektowała. Girls, girls, we need to speak english. Renata doesn't understand. Ratunek! Dzięki bogu! Oh, yes, yes. Wszystkie zgodnie potakują. Nie minęła minuta, jak znowu zaczęły gadać po holendersku. I tak przez godzinę w kółko. Nie wytrzymałam. Uciekłam do lubego. Do końca imprezy uwiesiłam się na nim jak małpa na drzewie. Nic nie rozumiejąc, nic nie mówiąc i już prawie nic nie widząc zamroczona substancją znieczulającą. Choć nie za dobrze działającą, bo po dzień dzisiejszy pamiętam wszystko!


Nie minęło kilka miesięcy, a znów w tym samym towarzystwie wybraliśmy się na narty. Przez cały tydzień większość rozmów przy kolacji odbywała się po holendersku oczywiście. Już się przyzwyczaiłam, za to luby ostatniego dnia nie wytrzymał i poprosił, by towarzystwo zaczęło mówić po angielsku, może. I zaczęli. Zaczęli od pytań, dlaczego ja jeszcze nie nauczyłam się holenderskiego? Dlaczego na przykład, nie czytam codziennie słownika? Tak ojciec jednego z obecnych tam opanował włoski w trzy miesiące! A ja co, ponad pół roku i jeszcze nie rozumiem wszystkiego? I tu lekcja dla wszystkich. Nie proś grupy Daczy, by dla jednej osoby musieli zacząć mówić po angielsku. Bo to, że znają ten język, nie znaczy, że będą wykazywać się jego wiedzą za każdym razem, gdy ich się o to ładnie poprosi. A może usiedli tak na mnie dlatego, że jak to mi nawet ostatnimi czasy pan z gazowni powiedział: to mieszka tu pani prawie rok, a nie zna jeszcze holenderskiego?! I nic nie pomogło tłumaczenie, że się kurcze uczę.

Zatem pilnie się uczę daczowego języka, choć mój talent w tym zakresie zakwalifikowałabym jako mniej niż przeciętny. Wydaczyć się wcale nie jest tak łatwo. Przynajmniej oralnie. Pewnie dlatego, że nie czytam tego cholernego słownika. Tak to już po trzech miesiącach byłoby z głowy. A raczej w głowie. Ale miało być bez żółci, więc już się ogarniam. Język holenderski tak naprawdę nie jest strasznie trudny i ma nawet pewne smaczki. Takie słówko na przykład goedemorgen, ot co, niewinne dzień dobry, czytane jako chuje morhen. Słowo goed przez jednych mówione jako hut, przez innych (większość) chuj (i tu nie mam pewności, czy nie powinno być przez samo h?). A oznacza dobry, dobra, dobre. I goede, że znaczy dobrze. Zgadnijcie więc, co w holenderskiej telewizji najczęściej mówi komentator podczas meczu piłki nożnej, gdy Holandia strzela gola? Tak, tak. Dobrze myślicie. Będzie to donośne, entuzjastyczne i  jakże polsko brzmiące słowo: chujeeeeeeeeeeeeeeeeee!

I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś. Bo prawdziwą kobietę poznać po tym, jak kończy, a nie zaczyna (a może to było o Leszku Millerze?). Zatem w zależności kto i o której porze czyta tego posta, mówię goedemorgen albo goedenavond (i wy już wiecie, co to znaczy! Podpowiem wam tylko, że avond to wieczór)!

wtorek, 21 maja 2013

Wat een kloteweer!

Czyli, w wolnym tłumaczeniu dzisiejszego tytułu, Co za gówniana pogoda! (choć google translate przetłumaczy wam słówko klote jako popierd******). Ten zwrot jest chyba najbardziej popularnym powiedzonkiem w Holandii. Na pewno najczęściej używanym. Wat een kloteweer! już samo automatycznie wydobywa się z moich ust, gdy otwieram z rana oczy. A zatem, panie i panowie, ladies and gentlemen, w ten oto sposób doszliśmy do najpopularniejszego tematu daczowych small talków - pogody.

Gdy zdecydowałam się przeprowadzić do Amsterdamu, mój luby zapomniał powiedzieć mi o jednym drobnym szczególe. W Holandii leje jakieś 300 dni w roku. Leje, bo tego nie można nazwać normalnym deszczem. Jak już zacznie padać, to często do końca dnia nie może skończyć. A zdarza się, że i do końca tygodnia. Albo miesiąca, ale tak dzieje się "tylko" latem. Każda następna wiosna jest tu najzimniejsza albo najbardziej deszczowa od któregoś tam 1900 albo 1800 roku. Jak ta obecna tu z 2013 roku, jest najzimniejszę wiosną od 1962 roku. Jakże pocieszający w tym wszystkim jest fakt, że nie cofamy się jeszcze do dat z epoki lodowcowej.

A zatem taka osoba jak ja, z wiecznym niedociśnieniem (raz było tak niskie, że skończyła się na ciśnieniomierzu skala) mówiąc kolokwialnie, ma tu przerąbane. By nie powiedzieć dosłownie, przechlapane. O, tak jak dziś, na przykład. Już drugi dzień leje prawie bez przerwy. Słońca nie widać do pięciu dni, ogrzewanie w mieszkaniu podkręcone niemal na maksa, a jak tak wyglądam sobie z okna, to nie widzę prawie ludziów, tylko podtopione łódki na Bloemgracht, a w tym naszą (aaaaaaaaaa!). No i już wiem, że w najbliższy bezdeszczowy dzień, trzeba będzie szybko wybrać wodę, aby nam łodzi nie zatopiło. Więc wesoło. Ale wracając do przechlapania. Wczoraj postanowiłam się rozgrzać i nasłonecznić. Podjęłam ku temu radykalne kroki i najpierw wybrałam się na solarium (mimo hipochondrycznej obawy przed rakiem skóry) a później saunę. W saunie poczyniłam ciekawą obserwację. Spośród pięciu Daczynek siedzących ze mną w saunie, tylko jedna nie miała silikonowych piersi. Więc albo moda na profilaktyczną mastektomię (jezu, jak to brzmi?!) zapanowała tu błyskawicznie, albo okazało się, że żyję w kraju przodującym w ilości operacji plastycznych (przynajmniej tych dokonanych na piersiach). Interesting.... I sasasasasa, jakby powiedział to w Krainie Deszczowców sławny badacz latających żab, profesor Baltazar Gąbka.


A tak na marginesie przydałaby mi się tutaj w Amsterdamie taka hybryda, jaką ma Smok Wawelski i Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pietruszka. Karramba!

Wracając do głównego wątku holenderskiej krainy deszczowców. Jeśli myślicie, że w taką pogodę nigdzie nie ruszam się moim żółtkiem, to a kuku. Jeżdżę, jeżdżę. Opanowałam już do perfekcji trudną sztukę jazdy z parasolką, choć nie powiem, nie przepadam zbytnio za tym sportem. Zawsze jadąc na rowerze z parasolem w ręce czuję, że to niemal oszukanie przeznaczenia, taka gra wstępna ze śmiercią. Zatem kiedy nie jadę na żadne spotkanie, a tylko na taką siłownię na przykład, biorę bluzę z kapturem swojego lubego i jego trampki (te holenderskie trampki jakoś tak wszystkie są cudownie odporne na szkodliwe i niszczycielskie działanie deszczu!). Zakładam kaptur i choć po dziesięciu minutach jestem mokra łącznie z bielizną, jadę bez parasolki. Jestem ekstremalną laską. I do tego stopnia wydaczoną.

Tak, tak. Wydaczoną. Holendra nie spotkasz w palcie przeciwdeszczowym, czy kaloszach (no w kaloszach Huntera czasem jakaś laska wyskoczy, ale to bardziej dla lansu niż wygody, czy tam jakieś ochrony przed deszczem). Kalosze i palta są dobre dla turystów. Tak jak i komunikacja miejska. Holendrzy tak sobie gadają Wat een kloteweer! ale w gruncie rzeczy są już do tej pogody dość przyzwyczajeni. Jednak gdy tylko zrobi się chociaż na chwilę ciepło albo słonecznie (o laboga! a jak już jest i ciepło, i słonecznie to Holendrzy cieszą się, jak w ZPN-ie z nowych premii!) Dacze natychmiast idą pić piwo na tak zwane tarasy (czyli stoją przed jakiś barem, piją piwo i gadają). To jest naprawdę niesamowite zjawisko, bo natychmiastowe i masowe. Tak jakby wszyscy czekali na te pierwsze promyki słońca przy telefonach. Stary, już nie pada! Idziemy na bro na tarasy! I nagle cały Amsterdam wyłania się znikąd. Jak oni t, do licha, robią?!

Najzabawniejszy w tym wszystkim, przynajmniej na dzień dzisiejszy, jest ten oto szkopuł, że w sobotę idziemy z lubym na wesele znajomych Daczów. Oczywiście nic w tym dziwnego by nie było, gdyby nie fakt, że ów znajomi zamarzyli sobie ślub w klimacie filmu "Pożegnanie z Afryką" (co dość mocno zaznaczyli na weselnym zaproszeniu - efekt możecie podziwiać na poniższym zdjęciu). Dość przewrotni ci Dacze, nie sądzicie? Zatem stroje obowiązują bardzo letnie, panie niczym Meryl Streep, panowie Robert Redford, a całość ma się odbywać w... lesie. I wszystko pięknie, idealnie, gdyby nie fakt, że z wyłączeniem jutra, przez najbliższych dziewięć dni ma padać niemal bez przerwy. Przepraszam. Lać, a nie padać. Więc jeśli ktoś ma jakiś pomysł na kreacje rodem z lasu deszczowego, to wiecie. To ja bardzo proszę. To ja bardzo chętnie. Karramba!


poniedziałek, 20 maja 2013

Lans po holendersku, czyli przaśny dowcip Karola i otwarcie nowego baru w Amsterdamie

W Amsterdamie długi weekend powoli dobiega końca (tak, tak, dzisiejszy poniedziałek wolnym dniem od pracy!!!). Wczoraj na Bloemgracht wypłynęło pełno małych i średnich łódek z całymi rodzinami na pokładzie, albo grupką znajomych popijających piwo i próbujących przekrzykiwać się przez ekstremalnie głośną muzykę. Nic dziwnego. Pogoda zrobiła się wczoraj całkiem znośna i było dość ciepło (16-18stopni) i nareszcie (!) sucho. Korzystając z tej pogody nawet jakiś starszy pan na łódce przez godzinę dawał perfomens pod moim oknem, to przygrywając na zmianę na trąbce, a to na harmonijce. Ludzie klaskali, śpiewali i robili mu zdjęcia z zaciętością azjatyckiego turysty w Luwrze. W takie dni w Amsterdamie jest tak rodzinnie, tak wesoło i tak słodko-pierdząco niczym w pierwszych odcinkach Klanu. Brakowało tylko Karola Strasburgera i jego dowcipu o kiełbasie (dowcip dość ciężko opisać, stąd Karol postara się go sam, we własnej osobie, wam zobrazować).


I tyle w kwestii sucharów i suchego klimatu na długi weekend. Dziś tak leje, że lepiej w ogóle nie wychodzić z domu. Pora więc na szersze podsumowanie. Jeśli długi weekend zastaje cię w mieście i nie masz żadnych planów na jakiś, nawet spontaniczny, wypad, to standardowo swoje plany zaczynasz od imprezy. Ja zaczęłam swoją już w czwartek. Ze znajomą grupką expatów. Z Vincenzo z Włoch, Liną z Litwy i ciemnoskórym Brianem, który lepiej czuje salsę niż niejeden Latynos, poszliśmy na otwarcie nowego baru C O M E. Wyglądało to prawie, jak warszawskie bankiety z Kasią Cichopek. Choć jak powszechnie wiadomo, prawie robi wielką różnicę.

Bo bez celebrytów, nawet bez takiej holenderskiej Kasi Cichopek (!) i paparazzi, ale z darmowym nielimitowanym szampanem. I nie wiem jak wam, ale mi już nic nie trzeba więcej mówić. Mimo, że lało tak bardzo, że pierwszy raz od ponad pół roku pojechałam tam komunikacją miejską, a nie żółtkiem, impreza zgromadziła więcej ludzi niż Hugh Hefner za czasów największej świetności  Playboy Mansion. Po kilku fociach na tak zwanej ściance (wtf?!) pora na tańce. I impreza jak impreza. Szampan leje się drzwiami i oknami, ludzie plotkują i podskakują, nawet podekscytowany saksofonista wskoczył na bar, a DJ do złudzenia przypominający chudszą i młodszą wersję Armina van Buurena zapodawał najnowsze hity. I niby impreza jak impreza, ale...

Ale w tureckich klimatach. No tak to pewnie z ułożenia geograficznego jakoś wynikło, że do Holandii napłynęło i wciąż napływa strasznie dużo emigrantów z Turcji i Maroka. I właściciel nowego lokalu okazał się być właśnie pochodzenia tureckiego. Więc impreza podzieliła się na dwa towarzystwa. Młodych ludzi chcących skosztować 'nieco' darmowego szampana i liczną rodzinę właściciela, po członku z każdego pokolenia i z każdej możliwej gałęzi drzewa genealogicznego. W tym i dzieci. Godzina pierwsza w nocy minęła, a tu tancerki rodem z Rio tańczą z małym tureckim bobasem (sic!). Starsze matrony rozwalone na kanapie niczym grubsze i mniej zbotoksowane wersje Real housewives of New Jersey wykazują tylko ruch, sięgając po kolejną przekąskę albo lampkę szampana. Tureccy mężczyźni skumulowani w osobnym kącie oddalonym maksymalnie od swych małżonek, posyłają długie spojrzenia dziewczynom tańczącym na parkiecie. Co poniektórzy, ci odważniejsi, zagadują i wciskają swoje złote wizytówki oblizując przy tym naoliwione wąsy. Fuuuuuuuuuuuj!

I tym sposobem mamy za sobą kolejną lekcję o kulturze i imprezach w Amsterdamie. Okazuje się, że przaśne niczym polskie wiejskie wesele, może być i wielkie otwarcie (ponoć) eleganckiego baru. I tu dla zobrazowania będzie fotek kilka. Karol tym razem jednak nie opowie żadnego dowcipu za co niezmiernie przeprasza, ale nigdy nie robi tego na sam koniec. Choć w tym miejscu zdecydowanie bardziej pasowałby ten żart o kiełbasie, niż na początku tejże opowieści. Karol pozdrawia!







czwartek, 16 maja 2013

Tropem kradzieży w gejowskim barze

Idąc tropem kradzieży, muszę wyznać, że w Amsterdamie ukradziono mi nie tylko Janka. Niestety.

Zdarzyło się to w nocy z czwartku na piątek, tuż przed Gay Pride. Był to początek sierpnia zeszłego roku. Mój znajomy, Polak mieszkający tu bodajże od dziewięciu lat, Pablo, postanowił niczym Wergiliusz w Boskiej Komedii, oprowadzić mnie po najistotniejszych kręgach tej holenderskiej stolicy piekielnej rozpusty. 

Wpierw zaprosił mnie na pyszny obiadek do MOMO, gdzie byliśmy świadkiem dość zabawnej sytuacji. Jakoś tak się złożyło, że oboje poszliśmy w tym samym czasie do toalety (a może to była schadzka na papierosa?) i wracając z niej na schodach minęliśmy Murzynkę, lub jak kto woli bardziej poprawną politycznie wersję, Afro-Holenderkę. No niby nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że dziewczyna ubrała się, jak na karnawał w Rio, A co jeszcze ciekawsze, naprawdę bez wyolbrzymiania, miała na sobie 20-centymetrowe obcasy, w których ledwo co chodziła. Patrzyliśmy na nią z Pablem, jak na pomnik papieża w Częstochowie. Wtf? I kiedy kilka sekund później byliśmy już prawie na samej górze schodów, nagle słyszymy huk. Spuszczamy wzrok, a tam leży na dole nasza czarna gwiazda, a raczej, rozgwiazda. Everything okey there? Pyta Pablo. I am fine, I am fine - odpowiada z uśmiechem, choć się w ogóle nie rusza (może odpoczywa po tym wyczerpującym zejściu ze schodów?). I leżąc tam nieruchoma, tak dziwacznie rozkraczona, wyglądała jak postać żywcem wyjęta z Family Guy'a. Ledwo powstrzymaliśmy tam z Pablem śmiech, by za chwilę przy stoliku rżeć jak konie po kastracji. Spokojnie, dziewczynie nic się nie stało. Jakiś czas później chwiejnym krokiem doszła do swojego stolika. Cała i zdrowa. Choć szła z prędkością metr na minutę.

Po obiedzie ruszyliśmy do baru Door 74, który niewtajemniczonym, dość ciężko zlokalizować. Jednak Pablo, jako stary wyjadacz amsterdamskich imprez (i nie tylko) dobrze wiedział, które drzwi zaprowadzą nas do raju wysokich procentów. Choć znalezienie owych drzwi nieco ułatwili sąsiedzi, którzy zapewne znużeni ciągłymi pomyłkami klientów, obok swoich drzwi umieścili mapkę z informacją, jak dojść do Door 74?. Cóż, tak to już mają te bary w stylu speakeasy. Czasem ciężej je znaleźć niż peron 9 i 3/4 w Londynie. Pablo na szczęście zrobił rezerwację, więc mieliśmy najlepszy stolik, bo naprzeciwko baru. I, drink za drinkiem (wyborne! skonstruowaliśmy z barmanem nawet wściekłe psy), rozmowa za rozmową, podjęliśmy decyzję o wycieczce do gejowskiego baru. A co! W końcu w Amsterdamie trzeba zobaczyć i przeżyć wszystko.

Idziemy do baru (mój boże, nie pamiętaj już jak to się nazywał!) nieopodal klubu Eve na Reguliersdwarsstraat. To mój pierwszy raz w gejowskim barze i jaram się tym, jak neon w burdelu. Ba, jestem podekscytowana, jak dziewica przed pierwszy razem! W środku ludziów pełno, wiadomo, lada dzień Gay Pride i zjeżdżają się homosie z całego świata. Tak tak, dobrze przeczytaliście. Homosie. Jak to powiedział zacny kosmita Korwin Mikke: To jest takie pieszczotliwe określenie. Ja nie używam tego słowa na "g", bo mi się z gównem kojarzy. Używam słowa homoś, bo po polsku mówię, a nie po angielsku. Tyle w temacie nazewnictwa homoseksualistów. Wracając jednak do naszej imprezy. Stoimy z Pablem przy barze, zamawiamy drinki, obok nas chłopcy tańczą trzymając się razem za rączki i przesyłają sobie wcale nie takie niewinne buziaki. Nasze kurtki i moją torebkę kładziemy tuż obok nas, na blacie baru. Nagle moim oczom ukazuje się dwumetrowa/y dorodna/y drag queen z wielkimi silikonami, jak pośladki Kim Kardashian. Wow! Muszę mieć jej/jego focię! Wyciągam telefon z torebki i za chwilę focie są już na moim fejsie. Jaram się tym wszystkim, jak trawa w coffeeshopie. I całe szczęście, bo tylko dzięki temu mogę teraz wam tą słitaśną focię zaprezentować!


I zdarzyła się rzecz niespodziewana. Znowu. Wkładam z powrotem swój telefon do torebki i dalej stojąc przy barze bujamy się z Pablem w rytmie Beyonce i Jay-Z. Oooo Oooo Oooo Na Na Na. Nie minęła ta piosenka, gdy chcąc wyciągnąć ponownie swój telefon z torebki (nowa/y drag queen pojawił/a się w klubie!), natrafiłam na dziwną próżnię. Mojego portfela również nie było. Po dokładnych oględzinach torebki, płaszcza i najbliższych trzech metrów kwadratowych, okazało się, że ostała mi się jeno tylko szminka. Diora. Paradoksalnie, chyba najdroższa z tych trzech przedmiotów (telefon miał iść właśnie do wymiany, a w portfelu miałam w gotówce 20 euro). Przynajmniej miałam pewność, że to facet przetrzepał mi torbę, a nie tam żadna/żaden drag queen. No do śmiechu w tamtym momencie wcale tak końca mi nie było, choć do momentu kradzieży, wieczór można było uznać niemal za idealny.

Obudziwszy się rano z kacem, i to moralnym (bo nakrzyczałam na lubego, że jak to się dzieje, że mówią o Polakach, że złodzieje, a mi wszelkie kradzieże zdarzały się dopiero tutaj, w Daczlandii?! Eh, procenty...) udaliśmy się zgłosić kradzież na policji. Oczywiście wszelkie karty płatnicze zostały jeszcze tej samej nocy zablokowane, musiałam więc "tylko" teraz zablokować swój dowód osobisty. W tym celu, poinstruowano mnie na policji, mam zadzwonić do swojej ambasady. I tu miałam okazję sprawdzić, jak działa nasza szacowna Ambasada w Hadze. Uważajcie teraz.

Dzwonię. Przedstawiam sytuację. Pani z Ambasady bardzo miłym głosem mówi mi, że skoro nie chcę wyrobienia nowych dokumentów, a jedynie zgłaszam ich kradzież, to mam przesłać mailem zeskanowany protokół od holenderskiej policji wraz z opisem zaistniałej sytuacji. I nie nie nie. Nie muszę stawić się w Ambasadzie osobiście. Podała jeszcze adres mailowy i życzyła mi miłego weekendu. Ekstra! Myślę. Urzędy działają tu o wiele sprawniej niż w Polsce! Bez zbędnej biurokracji, z kulturą i to z jaką uprzejmością! Pewnie nauczyły się tego polskie urzędasy w Holandii. Sweet!

W poniedziałek z rana dostaję taką oto odpowiedź z Ambasady:

Szanowna Pani,
a z kim Pani rozmawiala? W jakim celu przesyla nam Pani protokol?
Z poważaniem / Met vriendelijke groeten,

Po wymianie jakiś piętnastu maili wyszło, że mam się tam w Hadze jednak stawić osobiście (czego nie uczyniłam, a kradzież zgłosiłam w Polsce, przy okazji wypełniania wniosku o wydanie nowego dowodu). No cóż. Z tej sytuacji wyciągnęłam dwie nauki na przyszłość. Po pierwsze primo, przy większych imprezach takich, jak Gay Pride czy Queens Day (gdzie przyjeżdża do Amsterdamu jakiś plus milion więcej ludziów), pilnuj uważniej swojego portfela i telefonu. A najlepiej - miej je cały czas przy sobie! I po drugie secundo, głową muru nikt nie przebije, a tym bardziej nie zmieni mentalności polskiego urzędnika. Takiego to już nic nie wydaczy. Naprawdę.

środa, 15 maja 2013

Żółtko po, świętej pamięci, Janku

 W Amsterdamie rower to podstawa. Dowiezie cię wszędzie i szybciej niż samochód, a zamiast paliwa spala (twój) tłuszcz. A jeśli masz to szczęście, że pogoda ci dopisze (czyli w sumie jakieś 80 dni w roku), to możesz nawet podziwiać widoki miasta i błękit nieba odbijający się w tafli kanału. Brzmi sielsko-anielsko? To teraz uważajcie, by ten blask słońca nie oślepił was na tyle, abyście razem ze swoim rowerem nie skończyli, jak w tym jałowym dowcipie. Wpadł do kanału i koniec kawału.

Mój pierwszy rower w Amsterdamie dostałam od swojego lubego, jako prezent powitalny kilka dni po mojej przeprowadzce. Był doskonały. Dziewiczy, piękny, kobiecy i beżowy, jak obecnie moja stara sukienka komunijna. Nazwałam go Janek na cześć drugiego imienia lubego. Pachniał nowością i nie wydawał żadnych niepokojących odgłosów. Siodełko miał wygodne, hamulce sprawne. Słowem, woziłam się nim, jak dresiara w beemce.

Już trzeciego dnia miałam wypadek. Wtedy pojęłam pierwszą zasadę rowerzysty w Amsterdamie. Ścieżka rowerowa jest tu zawsze po prawej oraz lewej stronie drogi (a nie jak w Polsce, gdzie popadnie). Więc jazda po prawej stronie oznacza tu jazdę po prawej ścieżce rowerowej, a nie, jak w moim pierwotnym mniemaniu, jazda po prawej stronie oznacza jazdę po prawej stronie jakiejkolwiek ścieżki rowerowej. Jankowi na szczęście nic się nie stało, ja wyszłam z tego wypadku z dożywotnią dwu-centymetrową blizną tuż pod kolanem. Cóż, życie w Amsterdamie hartuje.

Z Jankiem było nam dobrze. Wszyscy go podziwiali. Mówili: Dziewczyno, ale masz rower! Zobaczysz, jak ci go szybko skroją! Zazdrośnicy. Ale mieli rację. Janek już po trzech tygodniach od momentu jego zakupu został skradziony pod osłoną nocy. Zostało mi po nim jeno tylko przednie koło, łańcuch i kartka z numerem telefonu (zapewne zostawiona przez perfidnego złodzieja!) oraz napisem: Is deze band te koop? (Czy to koło jest na sprzedaż?) Janek zniknął z mojego życia, jak niezapowiedziany koniec Mody na sukces. Ta strata bolała. I boli do dzisiaj. Choć na pocieszenie wszyscy mi mówili: Teraz już oficjalnie możesz nazywać siebie mieszkanką Amsterdamu!


Kolejna nauka za mną: łańcuch od roweru zapinaj na ramie, a nie na kole... matole. Tym razem swoją edukację przypłaciłam Jankiem. Nie było warto. Luby jeszcze tego samego dnia kazał zrzucić mi czerń, zapomnieć o żałobie i zaciągnął mnie do sklepu z rowerami. I tu mała dygresja, wszech-znany sekret mówiący, iż w Amsterdamie można kupić rower u ćpuna za 15 euro albo w sklepie za 150 euro. My z lubym nie wspieramy jakże nieszanowanego zawodu złodzieja, a już zwłaszcza, gdy złodziej cały dochód z kradzieży przeznacza na narkotyki. Zatem rowery zawsze kupujemy w sklepie "przepłacając" te 1000%. A tu dygresja dygresji, dość zabawna anegdota. Lubego siostra kiedyś zapięła swój rower, poszła do sklepu, zrobiła zakupy, a gdy po dziesięciu minutach wróciła, roweru już nie było. Na szczęście z pomocą przyszedł jej pan oferujący kupienie dorodnej sztuki za jedyne 20 euro, która akurat okazał się być jej własnym rowerem...

Wracając do świętej pamięci Janka. Jesteśmy w sklepie, pora wybierać. Nauczona doświadczeniem nie mogę już kupić nowego roweru, bo drugiej takiej straty zaledwie po trzech tygodniach znajomości nie przeżyję. Nie mówiąc już o stracie pieniędzy. Rowery kradną tu częściej, niż Cyganie skarpetki na bazarze (sorry za to stereotypowe porównanie, brak pomysłu i czasu na inne), więc wybieram wśród używanych. Ceny może z 20 euro niższe, niż za nowe sztuki... To boli. Może spytamy w sklepie, czy jak damy im to koło, co zostało po Janku, to dadzą nam zniżkę? Pociesza mnie luby. Lub dobija, jak to woli. Rozglądam się. Żaden mi nie pasuje. Wszystkie są brzydkie, stare i rozklekotane, jak powoli wychodzące z obiegu sześćdziesięcioletnie prostytutki na red light district. A ten żółty? Pyta luby i ciągnie dalej. No kto chciałby ukraść taki brzydki żółty rower? Złe pytanie. Raczej, co za idiota chciałby w ogóle na takim g*wnie jeździć? Po dziesięciu minutach wyjeżdżam ze sklepu na Żółtku zakupionym ze zniżką w wysokości 15 euro. Uzyskaną za jankowe koło, oczywiście.

To już dziesięć miesięcy, jak jesteśmy razem z Żółtkiem. Żółtko przy jeździe klekocze bardziej, niż Kaczyński przy każdej próbie wypowiedzi, czasem zacinają mu się hamulce, miał już wymienione obie lampki i przednią oponę, siedzonko ma wygodne, jak "fotele" w Wizz Airze, ale nikt go, odpukać, jeszcze nie chciał ukraść. Z kolejnych plusów: nieważne w jak zatłoczonym miejscu go zaparkuję, zawsze potrzebuję sekundy, by go zlokalizować. I żółtka utopić się nie da w żadnym kanale. Ten kolor, jak podejrzewam, przebije nawet z najgęstszego mułu. Ale z drugiej strony, po co miałabym się go pozbywać? Już tyle razem przejechaliśmy ze sobą, że czasem mam wrażenie, jakby to Żółtko, a nie Janek, po raz pierwszy mnie tu wydaczył. I tylko w chwilach nostalgii myślę, co się właściwie teraz dzieje z moim Jankiem? I wtedy gorączkowo wypatruję z okna, czy mój Żółtek jeszcze tam przy moście stoi. I za każdym razem widzę, że wciąż czeka na mnie, jak Hipster na nowego iPhona albo lody od Grycana o smaku soli.

poniedziałek, 13 maja 2013

Oł maj Dacz!

Wracamy nieco do zachowania jakiegoś porządku i kolejności w tejże historii. Zatem niczym w antycznej tragedii, w prologu musi nastąpić przedstawienie bohaterów. Skupmy się dziś więc, jak Lewandowski na meczu z Realem, na Daczach. A dokładniej, na jednym szczególnym.

Polska Wikipedia nie za wiele ma do powiedzenia w temacie Holendrów. Poza wymienieniem ich liczebności (około 16 milionów w Holandii i 5 milionów w USA), religijnością (jeśli w ogóle już jacyś Holendrzy są religijni, czyli może z 30%-35% narodu, to co drugi będzie Katolikiem, a ten pierwszy Protestantem) i coś tam o plemionach (a kogo to w sumie obchodzi, że, cytując, Kolonistów holenderskich osiedlających się na ziemiach I Rzeczypospolitej nazywano „Olędrami”?!). Że o Wydaczonych nie wspomnę, że nawet nie wspomnieli. Pozwólcie więc, że nadrobię braki w tej, jakże niesłusznie ubogiej, niczym ksiądz po mszy wsiadający do Mercedesa, a nie Maybacha, wikipediowej lekturze.

Powszechnym faktem jest, że Holandia to najgęściej zaludniony naród w Europie. Więc i tak, i nie. Jak się mieszka w Amsterdamie, to tak. Jak się jedzie do choćby takiej prowincji kraju zwanej Zeeland, to nie. Kolejny fakt, Holendrzy to najwyżsi ludzie na świecie (przeciętny Holender ma ponad 1,80m wzrostu). Więc znowu, i tak, i nie. Jak się wyjdzie na ulicę, to tak. Jak się popatrzy na mojego lubego, wyższego ode mnie może o 2 centymetry (liczę 1,72m), to hmm. I powszechnie znany fakt numer trzy mówi, iż każdy Holender ma rower. Więc nie. Każdy Holender ma na stałym zbyciu ze dwa rowery (drugi to zazwyczaj góral kosztujący tyle, co średniej klasy używany samochód), a jak policzyć te, które mu wcześniej ukradli, czy utopił w kanałach, to uuuu. Bo jeśli masz taki kaprys, albo chcesz w Amsterdamie pozbyć się zepsutego roweru, to topisz go w kanale. To niemal taki rytuał, jak w Polsce topienie Marzanny na wiosnę. Tylko angażujący więcej złomu.

Przeciętny Holender (bo o Holenderkach wypowiem się szerzej w innym poście) nosi dłuższe włosy, o które dba bardziej niż cała rodzina Kardashianów o wyniki oglądalności swojego show. Mój luby, co prawda, włosy długie też nosił, ale ostatnim razem chyba w liceum. A potem to już testosteron wykosił sprawę. Z naciskiem na wykosił. Przeciętny Holender również wygląda całkiem korzystnie. Wydaje na ubiór o wiele więcej niż przeciętny Polak, a na buty więcej, niż przeciętny polityk w Polsce (jakieś 200-400 euro za parę). Nosi się z klasą, bez cienkich krawatów i spodni rurek. Standardowy zestaw Dacza to jeansy, koszula, a na nią pullower. Pasek zazwyczaj dopasowuje do butów, a swoją ekstrawagancję przejawia w sznurówkach dopasowanych do skarpet. Holendrzy, jak pół Europy, noszą Ray-Bany. Gdy spotykają się w swoim męskim gronie, zazwyczaj idą do baru pić piwo i stać na zewnątrz, jeśli akurat nie pada deszcz. Dacze wolą stanie o wiele bardziej niż siedzenie, pewnie z obawy, że pogniotą koszulę.

A koszul to mają bez liku. Mój luby ma z jakieś pięćdziesiąt. I wszystkie z wyhaftowanym jego nazwiskiem na lewym mankiecie. Czemu nie na prawym? Bo za dużo by zdradzał, podczas pierwszego uścisku dłoni. Co więcej mogę powiedzieć o swoim Daczu? Gdy moja instruktorka z RPM-u (czyli wyciskania siódmych potów na stacjonarnym rowerku) spytała, dlaczego przeprowadziłam się do Amsterdamu i usłyszała w odpowiedzi, że dla faceta, nie mogła zrozumieć. Dlaczego? Przecież Holendrzy są tacy nudni, sztywni i zbyt zasadniczy. No fakt. Pewne historie udowodnią wam, że miała kobita pewną rację. Niestety duża większość z Daczy są jak chodaki: twarde, sztywne, niedające ciepła, a jak się w nich dłużej pochodzi, to uwierają. Mój na szczęście nie uwiera. Jednak, gdy zamieniasz kozaka na chodaka musisz wpierw go rozchodzić. Bez docierania się daleko to jeszcze nikt nie zaszedł w żadnym bucie. A mi w chodakach chodzi się tu całkiem swobodnie. I wygodnie. Boże, przepraszam, co za metafora z d....

Mój Dacz ma też jedną główną zaletę. Jest najwspanialszym człowiekiem na świecie. Najlepszym, najinteligentniejszym, najprzystojniejszym, najseksowniejszym, najzabawniejszym, najmilszym, najuczciwszym, najukochańszym. A nawet jeśli taki jest tylko dla mnie i tylko w moich oczach, mi to wystarczy. Grunt, że będąc z nim to ja czuję się wyjątkowa. Poza tym, wiecie jak jest. Luby jest 15 999 999 w kolejce do holenderskiego tronu, więc to całkiem dobra partia. No bo książę William już zajęty...


Nauczyłam swojego lubego perfekcyjnie wymawiać słowo: Pieszczoszek. Powie je bez akcentu, czy zająknięcia. Aaaa. Mała dygresja. Czy wiecie, że ani w języku angielskim, ani w holenderskim, to genialne słowo nie ma swojego odpowiednika? Cóż za niepowetowana strata dla ich filologii! W każdym razie to nie było pierwsze słowo, jakiego mój luby nauczył się po polsku. Jeszcze zanim poznaliśmy się nauczono go, jakże przydatnego zwrotu w naszym kraju: Jestem bogaty, kupię ci buty. I teraz się zastanawiacie pewnie, czy na naszym pierwszym spotkaniu padł ten frazes. Otóż zaspokoję waszą ciekawość i powiem „nie”, ale szkoda, bo byłaby z tego jeszcze lepsza anegdota!

Buty, co prawda, dostałam dwie pary. Więc na każdy rok naszego związku przyda jedna para. Za to kwiaty dostaję o wiele częściej. Że o dobrym obiedzie nawet nie wspomną. Bo to nas właśnie łączy. No bo nie zgaga (choć mój mężczyzna zawsze musi mieć pod ręką Rennie i nie mówię tutaj o sobie!) ani francuskie filmy (on woli kino akcji). Jako dwa zodiakalne byczki łączy nas miłość do jedzenia, a później nienawiść do spalania pochłoniętych kalorii na siłowni. Z tym, że moja nienawiść do siłowni jest aktywna, a jego pasywna. Co ciekawe, on urodził się 4-ego maja, a ja 5-ego maja. Z różnicą roku i jednego dnia jesteśmy, jak 1:1. On wnosi lewą półkulę mózgową w nasz związek, a ja prawą. W ten sposób razem stanowimy jedność, choć w osobnych ciałach. Mówimy jednym językiem - angielskim, choć ja uczę się holenderskiego, a on czasem wykrzesze z siebie jakieś zdanie po polsku. Na przykład, Nie rozumiem po polsku, ale ładna sukienka. Czyż to nie słoooooooooodkie?!

Ale żeby tak słitaśnie nie było, nie tylko będzie o spijaniu nektaru z dziubków. Mamy też swoje kości niezgody, które czasem wzbudzają w nas wściekłe psy. Jak choćby moja jazda na rowerze. Mój luby nie cierpi, gdy wolno poruszam się po mieście (czytaj: na zielonych światłach), ja z kolei nie cierpię, gdy on jeździ na rowerze jak wariat (czytaj: zawsze na czerwonych). A gdy mamy jechać na jednym rowerze we dwójkę, a ja na tylnym siedzonku…. Oj, to wtedy jest wojna światów. Bo nie mogę siedzieć okrakiem, jak na jakimś koniu. Mój luby chce, bym jak dama, trzymała nóżki razem złączone na boczku. Ja nóżki zaciskam, zaciskam jego łapkami, by nie spaść, ciągle się o coś ocieram, ledwo się trzymam, a mięśnie mam tak sztywne, że po takiej jeździe ledwo dyszę spocona i nie mogę chodzić. No czuję się wydaczona, jak nigdy! I tylko bez zbędnych skojarzeń proszę!
  
I na koniec, bo co ja już dacze? Jaka jest zasadnicza różnica między Polakiem a Holendrem? Spora, ale wiadomo, ludzi nie kształtuje tylko ich narodowość. Jednak z najważniejszych cech to na pewno warto wymienić: zaradność, pracowitość, optymizm, otwarty umysł i umiejętność nieużalania się nad sobą, ale szukania najlepszego rozwiązania na wyjście z trudnej sytuacji. No i że o wyglądzie to już nie wspomnę... choć ja tam osobiście nie mam nic do jeansów rurek! I przede wszystkim Holendrzy bardzo mocno przestrzegają zasad. Czy to moralnych, czy to społecznych, prawnych czy panujących w danym miejscu, jak choćby taka toaleta publiczna. Jednej zasady tylko nie przestrzegają. Tego piekielnego czerwonego światła, gdy jadą na rowerze. Zatem będąc w Amsterdamie - uważajcie! Miejcie się na baczności, bo nie znacie dnia ani godziny, kiedy taki Dacz zajedzie Wam drogę swoją holenderką! A kiedy holenderka będzie koloru obrzydliwie żółtego, a z tyłu będzie podskakiwać na siedzonku wściekła jak pasażerowie PKP niewiasta, to znaczy, że oto wpadliście na nas :)

sobota, 11 maja 2013

Zwyczajne piątkowe party w Amsterdamie mające coś tam wspólnego ze służbą zdrowia

Człowiek tak chciałby chronologicznie, ale że od czasu mojej przeprowadzki minął już prawie rok, ciężko będzie mi zachować linearność tej historii. Kogo ja oszukuję. Po prostu szykujcie się na jeden wielki chaos ;) No bo niech wyliczę: był już post o przyczynie wyprowadzki, było już o samej przeprowadzce, a teraz wypadałoby coś napisać o początkach w Amsterdamie. A tu guzik. Klops. Ten post będzie częściowo o służbie zdrowia w Holandii.

I uwierzcie mi, bynajmniej nie planowałam poruszać tego tematu w najbliższej przyszłości, ale że okoliczności wczorajszego wieczoru, że tak ujmę, sprzyjają tej materii, no to czemu by jej dziś nieco nie uszczknąć.

Zaczęło się niewinnie. Jak zawsze zresztą. Mój luby zostawiwszy mnie samą w naszym gospodarstwie domowym, wyjechał na weekend z dziesiątką innych facetów świętując ich dziesiątą rocznicę znajomości. Wiem, brzmi to jak początek taniego gejowskiego filmu pornograficznego, ale jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w Holandii, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, dość prężnie funkcjonują stowarzyszenie studenckie, to takie spotkania mają swój pewien sentymentalny sens. To taka holenderska Kappa, Gamma czy co tam pokazują na amerykańskich filmach typu American Pie czy Road Trip (pod polską nazwą bardziej znany jako Ostra Jazda). Jak już się raz zgrupują w jakiś klub czy stowarzyszenie, to tak zostaje im aż do śmierci.

W każdym razie, dziewczyna przyjaciela mego lubego i nasza nota bene sąsiadka, skończyła okrągłą 30-tkę. Mnie to na szczęście nigdy nie spotka, bo sukcesywnie od trzech lat obchodzę co roku 25 urodziny. Polecam. To lepiej odmładza niż botoks. Zatem, mimo nieobecności mojego partnera postanowiłam twardo ruszyć na ten event. Asekuracyjnie miałam w planach drugą imprezę InterNations w Little Buddha.

Idę tam twardo (a raczej jadąc na moim żółtym, zardzewiałym i brzydkim rowerze) wiedząc, że A – będę tam jedyną Polką, B – będę tam jedyną obcokrajanką, C – jedyną osobą nie mówiącą (jeszcze) płynnie po holendersku. Idę tam z przekonaniem, że A – raz kozie śmierć (no bo ile razy koza może umierać?), B – może będzie ciekawy temat na bloga, nawet jeśli nikt ze mną nie będzie rozmawiać, C – event ma miejsce w magicznym miejscu, bo w muzeum Pianoli.

Wchodzę. Pod pachą mam polską wódkę w reklamówce z Alberta Heijna. Na prezent oczywiście. Otwiera mi Laura, solenizantka. Na progu bije mnie po oczach swoim pierścionkiem zaręczynowym. Przysięgam, gdyby miała okulary, porysowałaby mi szkła, skubana. Piękny – pieję z zachwytem. Dzięki, to wzór tego, co ma księżna Kate. Szafir i diamenty dookoła. I rest my case.


No to brnę w to dalej. Laura w środku patrzy na mnie zrezygnowana rozglądając się dookoła i mówi: to są starzy znajomi, a to jeszcze starsi, o, a tu mój brat i Mischa. O super! Mischę znasz. No i oczywiście Jasara (Laury narzeczonego). Znam znam. Potakuję. Super, no to poradzisz sobie! Klepie mnie Laura po plecach i idzie do swoich znajomych. Chyba to nie był najlepszy pomysł, że tu przyszłam. Karcę się w myślach. Ale cóż teraz zrobić? No to uderzam do Mischy.

O pieluchach, kupach i karmieniu rozmawiam z Mischą sącząc lampkę czerwonego wina. Tu, pewnie myślicie, nastąpi zwrot akcji w stronę służby zdrowia. A guzik! Nasza rozmowa trwa niecałe piętnaście minut, bo Mischa musi wracać zaraz do Rotterdamu i nakarmić swojego maluszka. Bo wiesz wiesz Renata, jak nie nakarmię go, to mi piersi eksplodują z bólu. Nie, nie wiem. No to mi został jeno tylko Jasar, który gdzieś się zawieruszył.

Idę do innego pomieszczenia. O jest! Siedzi tam sam jakiś Dacz! Jest więc szansa na konwersację po angielsku. Niestety po pięciu minutach całkiem miłego small talku, przebiega jego dziewczyna ostentacyjnie całując go i wyciągając do mnie rękę niewyraźnie wymawia swoje imię. Where are you from? Poland - odpowiadam. Ooooo, Poland, okey. I to by była moja ostatnia konwersacja tego eventu. Wytrzymałam godzinę. Sama. Z samymi Daczami. Mój boże, chyba nigdy nie czułam się na żadnej imprezie bardziej samotna.

O, w sumie skłamałam. Miałam jeszcze jedną rozmowę przy papierosie z bratem Laury. Skąd znasz Laurę? Przez swojego chłopaka. Odpowiadam grzecznie. Aaaa, no ale co tu w sumie tak sama robisz? Chcesz być „social”? O sorry, to nie tak miało zabrzmieć. Ale w sumie tak zabrzmiało. I z tym optymistycznym akcentem opuszczam to party. Biorę swoje żółtko (tak zwać się będzie na tym blogu mój legendarny rower) i ruszam na miasto. Pora na imprezę z bardziej mieszanym towarzystwem.

Parkuję żółtko na Leidseplein i ruszam na imprezę InterNations. Tam zawsze spotkam jakiś znajomych. I tu się nie pomyliłam. Spotkałam kilku i w tym jednego szczególnego. I właśnie tu zaczyna się historia związana ze służbą zdrowia, ale żeby ją dokładniej nakreślić, cofnę czas o jakieś dwa miesiące.

Zdarzył się wtedy pewien niepokojący incydent związany z moim zdrowiem. Jako że jestem krypto-hipochondryczką a dodatkowo właśnie wykryto nowotwór żołądka u mojego dziadka, natychmiast poszłam do lekarza. W Holandii, jak w Polsce, ze wszystkim co nie nagłe i śmiertelne, wpierw uderzasz do doktora rodzinnego. Wcześniej rejestrując się w przychodni, można sobie takiego wybrać. Nauczona doświadczeniem, wybrałam lekarza-faceta. Nie żebym uważała, że kobieta-lekarz byłaby gorsza, ale w sumie tak uważam. Ale przez doświadczenie, a nie przez antyfeministyczne przekonania. I tu nie widziałam, że w Holandii lekarze pierwszego kontaktu, są naprawdę lekarzami p-i-e-r-w-s-z-e-g-o  k-o-n-t-a-k-t-u. Łącznie z badaniami ginekologicznym. No ale lekarz, to lekarz. Niejedno w życiu widział i nic, co ludzkie, nie jest mu przecież obce. Hę?

Zatem idę z moją „przypadłością” i dostaję skierowanie na specjalistyczne badanie, na które w Polsce czekałabym minimum cztery miesiące. Tu czekałam cztery dni. So far, so good, myślę. Służba zdrowia w Holandii działa zdecydowanie lepiej niż w Polsce. Delikatnie mówiąc. Ale, ale, ale, żeby wykluczyć inne przyczyny wpierw pan doktor musiał….

Naprawdę nie będę i nie chcę tego opisywać. Powiedzmy jednak, że nie jest to człowiek, którego po tym fakcie wolałabym oglądać w innych okolicznościach, niż wizyta lekarska i w innym miejscu, aniżeli budynek mojej przychodni. No ale życie no. Zdrowie przecież jest najważniejsze. A! I dodam tylko, że doktor jest młody i bardzo (choć nie tak oczywiście, jak mój luby!) przystojny. Choć niewiele miałam okazji, by przyjrzeć się jego twarzy akurat.

I wracamy do Little Budha oraz imprezy InterNations. Tańczę więc ze znajomymi, robię na parkiecie piruety i oddaję się rytmom salsy, kiedy w tłumie dostrzegam znajomą twarz. Nie wiem kto to jest, coś mi tam świta, no skądś znam tego gościa. Na pewno nie z poprzednich imprez InterNations, to chyba jakiś znajomy mojego lubego. Dziwne, bo z definicji InterNations jest klubem dla obcokrajowców żyjących w Holandii, choć zdarza się, że na te imprezy przychodzą jacyś Holendrzy na podryw.

O, to były współlokator mojego lubego, myślę. Podchodzę się przywitać. Patrzy na mnie zdziwiony. Pudło. To nie jego współlokator. Okej, pytam skąd się możemy znać. Wylicza. Nie, nie, nie. No to on wtedy podaje nazwę mojej przychodni. O kurwa! (pardon my french). To mój lekarz! Ładnie tańczysz salsę. Skwitował. Chyba też mnie nie poznał, ale i tak zmieniam przychodnię!!!