wtorek, 25 czerwca 2013

Jak ułatwić sobie życie w Holandii, czyli 3 rady dla potencjalnych i początkujących Wydaczonych

Do napisania tego tekstu natchnął mnie komentarz pod ostatnim postem napisany przez KY, w którym między innymi można przeczytać: Czeka mnie niedługo przeprowadzka do Daczlandii (studia) wraz z moim lubym (poł-dacz) i niezmiernie mnie ten fakt stresuje. (...) Chcę się przygotować psychicznie na różne sytuacje i być zawsze o krok przed Daczami. Mam ambitny plan, podbić Amsterdam, a co! Czytając te słowa zrobiło mi się bardzo miło, że Wydaczonych śledzą nie tylko Polacy mieszkający w Holandii, ale również i Ci, co planują przeprowadzić się tu w bliższym lub w dalszym czasie. Zatem ten post będzie głównie dla tych, co wyprowadzkę do Daczlandii mają jeszcze przed sobą, albo dopiero co zaczęli swoją egzystencję w kraju trawy i tulipanów. Aby mogli oni, jak to napisała KY, być o krok przed Daczami, a dokładnie to o 3 kroki ;) A co!

1. ROWER

Już na samym początku kupcie sobie rower. Może niekoniecznie w sklepie i niekoniecznie nowy, a wręcz naprawdę zalecam, abyście jednak kupili używany, nawet jeśli jego cena jest tylko ciut niższa od nówki-sztuki. Mniejsza szansa, że używany Wam skroją. A nawet jeśli prędzej czy później ukradną Wam rower, nie rozpaczajcie, bo to znaczy, że właśnie przeszliście pierwszy chrzest Wydaczenia. Nie kupujcie też swojego roweru od ćpuna za 10-15 euro. Kupcie go na jakimś targu, na przykład w Amsterdamie polecam ten na Waterlooplein, który jest czynny od poniedziałku do soboty w godzinach 09.00-18.00 (to też market dla fanów vintage-ciuchów i vintage-dodatków, super ceny i ogromny wybór!). Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, Holendrzy mają nieco sceptyczne podejście do ludzi, którzy roweru nie posiadają tu wcale. Ci to dopiero często słuchają niewybrednych i pseudo-żartobliwych komentarzy od Daczy. W Amsterdamie mówi się, i teraz powiem brzydko, ale ja tu tylko cytuję, z komunikacji miejskiej korzystają tylko turyści i kolorowi. Zatem rower przede wszystkim nie służy tu dla przyjemności, ale jest takim samym środkiem transportu, jak samochód. A może i nawet ważniejszym, bo jest tu taka zasada niezależna od znaków drogowych czy sygnalizacji świetlnej: zawsze pierwszeństwo ma rower, potem pieszy, a dopiero później samochód. Ja oczywiście na początku bałam się jeździć i to bardzo, zwłaszcza, że mój luby w ogóle nie patrzył czy to zielone, czy czerwone światło, ale naprawdę kierowcy jeżdżą tu bardzo uważnie i są przyzwyczajeni, że w każdej chwili może wyskoczyć im rowerzysta, więc są aż nadto ostrożni. Uważajcie tylko na taksówki, bo tym to się zawsze strasznie spieszy. Nie zrażajcie się też upadkami, bo każdy je tu kiedyś zaliczy. Ja swój upadek na rowerze miałam już w pierwszym miesiącu przeprowadzki, po którym została mi nawet spora blizna, ale trudno. Człowiek czasem tylko w taki sposób się uczy... ostrożności. Mi zajęło około pół roku, żeby na rowerze czuć się swobodnie i bezpiecznie. Wam też to przyjdzie z czasem. Teraz myślę dokładnie na odwrót, jak to myślałam na początku, czyli że to turyści jeżdżą tu jak szaleni i są zagrożeniem dla ruchu, a nie jak w moim pierwszym odczuciu, że tak jeżdżą właśnie z narażeniem swojego i cudzego życia... Dacze. 


2. KULTURA 

Każdy kulturę rozumie inaczej, ale uwierzcie mi, 80% Holendrów zrozumie znaczenie słowa kurwa. I uwierzcie mi, że to słowo jest tu przez Polaków, mówiąc delikatnie, często nadużywane. Ile to razy odwróciłam się na ulicy, bo słyszałam swoich rodaków. A raczej słyszałam, kurwa ziom, kurwa, ale masakra i kurwa, kurwa, kurwa. Jestem jak najbardziej za wolnością słowa, no ale jednak o troszkę kultury proszę, bo jeśli ktoś myśli, że w obcym kraju nikt go nie zrozumie, no to może się nieźle zdziwić. Jednak głównie chodzi o to, aby nie pogłębiać stereotypów, że Polacy to prosty, chamski naród, który wyszedł dopiero z buszu. Inna kwestia jest taka, że w oczach Holendrów my jesteśmy też za bardzo... głośni. To akurat ja w nas-Polakach bardzo lubię. To właśnie, że głośno mówimy, dużo gestykulujemy i w ogóle, że nasza słowiańska krew podgrzewa nasz temperament. Kocham to, że jesteśmy tacy pełni życia i energii, ale... Ale tam gdzie my carpe diem i epikureizm, tam Holendrzy pełen stoicyzm, wyważenie, konserwatyzm i niemalże nuda. Oni mówią cicho, prawie bez żadnych gestów, wyważeni, jakby połknęli kije od bardzo popularnego tu golfa, które wychodzą im niemal pupą. Mimika twarzy prawie zero, wyrażająca jedno wielkie zblazowane znudzenie, więc kiedy oni patrzą na nas takich rozentuzjazmowanych, przekrzykujących się w dyskusjach, których oni nigdy by się nie podjęli, bo za bardzo mogłoby się zrobić "kontrowersyjnie", to myślą o nas, że jesteśmy zbyt hałaśliwi, zbyt aroganccy, zbyt męczący, zbyt uciążliwi i by nie powiedzieć brzydko, popieprzeni. A już zwłaszcza, gdy tak podlać nasz temperament wódką, robi się wtedy mieszanka wybuchowa, która na holenderskie konserwy działa, jak na facetów ten nowy anty-gwałt "trend", czyli owłosione rajtuzy. Zatem moja rada jest taka, jak będziecie w holenderskim towarzystwie, mówcie o trzy tony ciszej, unikajcie nadmiernej gestykulacji i tematów uznanych za kontrowersyjne. Fakt, z Daczami na piwie wesoło i na luzie raczej nie będzie, a wręcz powieje nudą i zblazowanymi, nadętymi rozmowami o pracy, siłowni i wakacjach. Jednak jak to mówi ulubione przysłowie Daczów, które chcąc tu przetrwać w holenderskim towarzystwie (nie mówię przecież o polskim czy międzynarodowym) weźcie sobie głęboko do serca i wyryjcie na czole: Jeśli jesteś w Rzymie, zachowuj się jak Rzymianin. Wiem, brzmi strasznie, ale uwierzcie mi, nie ma innej drogi.


3. JĘZYK

- Spreek je Nederlands? - Een beetje... I to een beetje, czyli trochę, wcale tu nie wystarczy. Był już post o języku holenderskim, który jeśli chcesz tu zostać na dłużej i obracać się wśród holenderskiego towarzystwa, musisz znać. Ja jestem zodiakalnym bykiem, z natury leniwą bestią i jak coś mi nie przychodzi łatwo i szybko, to się od razu zniechęcam. Robienie prawka porzuciłam po pierwszym niezdanym egzaminie. Jeszcze za studenckich czasów, więc to powinno dużo Wam powiedzieć o moim charakterze (bo prawka do dzisiaj nie mam!). Do nauki holenderskiego podchodzę już, że się tak wyrażę, trzeci raz. Mój pierwszy raz z niderlandzkim był jeszcze w Polsce na kursie językowym. Potem jak się tu przeprowadziłam miałam dwa kursy pod rząd. Potem trzy miesiące przerwy, bo stwierdziłam, że to w sumie nie ma sensu. Ciągle rozumiałam tylko pojedyncze słowa a sklecenie jednego zdania zabierało mi niemal kilka minut. Potem miałam kolejne podejście, które trwa nadal. Z prywatną nauczycielką, która okazała się tańsza niż w Polsce, bo bierze 12,5 euro za godzinę. I nie dość, że to niesamowita dziewucha i z niesamowitą energią, to jeszcze z matki pół-Polka, a z ojca pół-Holenderka (i pewnie dlatego ma taką dobrą energię i taki fantastyczny temperament!). Bo dziewczyna oprócz edukowania Polaków w kierunku poszerzenia wiedzy i słownictwa z zakresu języka Holenderskiego prowadzi również zajęcia terapii... śmiechem! Zatem Kochani, nie zniechęcajcie się i ciągle walczcie. Zawsze warto znać dodatkowy język i warto pokazać Daczom, że Polak potrafi! Wpierw, gdy przeprowadziłam się tu rozumiałam 3% z tego, co do mnie mówili, dziś to jest 30%. I dałam sobie spokojnie 4 lata, by opanować ten język może nie do perfekcji, ale do satysfakcjonującej komunikacji. A jeśli chcecie na dzień dobry nabić sobie punktów u Daczy zacznijcie swojego smalltalka od narzekania na pogodę i od słów: wat een kloteweer! A gdy smakuje Wam jakieś jedzenie mówicie lekker ;) Więcej o języku znajdziecie w tym poście: 



Powodzenia zatem wszystkim początkującym w WYDACZANIU! A dla tych bardziej doświadczonych WYDACZONYCH gorąca prośba. Piszcie proszę Kochani w komentarzach o swoich początkach w Holandii. Im więcej rad zbierzemy dla naszych raczkujących tu rodaków, tym myślę, że będzie im łatwiej i mam nadzieję, że o wiele lżej niż nam :)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Jedzenie, hipstersi, szmatki i traumatyczna historia Gosi

W zeszłą niedzielę, tuż przed wyjazdem do Wrocławia, umówiłyśmy się z Gosią na lunch w Westergasfabriek, gdzie akurat odbywał się targ żywności. Ja wzięłam swojego lubego, ona swojego lubego i ruszyłyśmy na degustację regionalnych przysmaków. O dziwo, pogoda dopisała, a na miejscu okazało się, że nie tylko fani dobrej, ekologicznej żywności mogą sobie tu pofolgować, ale i również tacy maniacy vintage szmatek i dodatków, jak my z Gosią, mogą tu znaleźć małe (i większe) co nieco. Stąd może, jak grzyby po deszczu, wyrosło tu nie wiadomo skąd i znikąd pełno hipsterów.






Zatem po zaspokojeniu pierwszego głodu, zarówno głodu żołądka, jak i głodu zakupów (obie z Gosią nabyłyśmy piękne vintage-torby, ona niemal prawdziwego Hermèsa, a ja najmniejszą i najsłodszą torebkę świata) i usiadłyśmy ze swoimi drugimi połówkami rozkoszując się słońcem, ploteczkami, ja-piwem, Gosia-Prosecco, a nasi mężczyźni kiełbaskami z grilla i swoim męskim towarzystwem.

Trzeba było nadrobić zaległości, bo już kawał czasu minęło, kiedy to widziałyśmy się z Gosią po raz ostatni. Nieświadoma nadchodzącej makabrycznej historii, zadałam odwieczne pytanie co u ciebie kochana? i czekając na sakramentalne wszystko dobrze rozglądałam się za kolejnym smakołykiem dla swojego żołądka i do swojej szafy. Gosia patrzy na mnie smutno i już widzę, że wcale tak dobrze wszystko nie będzie. Okradli mnie. Oj, jak ja to dobrze znam z własnego doświadczenia! W ciągu roku straciłam ukochanego Janka (mój najcudowniejszy na świecie rower) portfel i komórkę. Janka najbardziej żałuję. I finansowo i sentymentalnie. No to kochana opowiadaj, co się kurczę stało?!

No okradli mi mieszkanie... O kurde! I Gosia opowiada, jak nie tylko jej, ale i dwóch innych sąsiadów ograbili w tym samym czasie. Oczywiście nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, choć złodzieje wybijali szyby, żeby dostać się przez balkon do środka tych mieszkań. Ale to nie wszystko... mówi mi Gosia. Laptop na stole. Prawie nowy. Nie ukradli. Aparat fotograficzny. Też na stole. Też nie ukradli. Patrzy na mnie smutno. No to co ci ukradli? Pytam coraz bardziej zszokowana. Ciuchy, biżuterię, buty... Że what? Że WTF? Sąsiadom też? Dopytuję. No też, też...

I okazało się, że to chyba była szajka fashion-burglars, którzy specjalizowali się tylko w okradaniu szaf. Mnie, jako naprawdę maniaczce mody, która niemal wszystkie swoje pieniądze inwestuje (tak, bo to jest inwestycja - w siebie i swoje dobre samopoczucie) w szmatki, buciki, torebeczki i naszyjniki, ta historia zmroziła krew w moich żyłach i wstrząsnęła mną bardziej, niż wtedy, gdy kilka lat temu wycofali ze sprzedaży Frugo. Oczami wyobraźni widziałam swoją garderobę okradzioną z najcenniejszych perełek. To co ci dokładnie ukradli kochana? dopytuję Gosię niemal z drżącym głosem. I wymienia: sandałki Gucciego (złowione za 50 euro!!!), sukienki oraz biżuterię z tych różnych kolekcji stworzonych przez projektantów dla H&M, złotą biżuterię (między innymi pierścionek po babci!), ale i również takie zwykłe ciuchy. Wyglądało to tak, jakby ktoś otworzył moją szafę i wziął, co mu się podobało... Zakończyła Gosia smutno.


Po tej historii teraz trzy razy sprawdzam, czy zamknęłam dobrze drzwi na klucz, nawet jak wychodzę na pięć minut po coś do pobliskiego sklepu. Od razu przypomniała mi się wówczas również historia jednego z pracowników lubego, któremu jakoś dwa, trzy miesiące temu też okradziono mieszkanie. Jednak tam złodzieje zakosili mu całą elektronikę: laptopa, iPada, iPoda i nieużywanego iPhone'a. Ale, co gorsza, chłopak pisał wówczas swoją pracę dyplomową i robił backup zapisując dane w komputerze i na pendrive. A i komputer, i pendrive zniknął... I myślę sobie teraz, że to raz, lepiej nie bawić się w drogie iGadżety, dwa, że warto również wszystkie ważne dokumenty wysyłać sobie na maila i trzy, że i tak mniej by mnie zabolała kradzież laptopa czy telefonu niż grabież mojej garderoby. Bowiem komputer zawsze można kupić nowy i to taki sam. A przepięknej kiecki vintage z Escady wygrzebanej sto lat temu u mojej babci na wsi w tamtejszym lumpeksie, raczej bym już sobie nie mogła znowu kupić... Choć cenowo laptop a kiecka z lumpów są nieporównywalne. Ale cóż zrobić? Nazywam się Renata i jestem fashion victim...

Oczywiście dopytałam się również Gosi, jak w takich przypadkach działała holenderska policja. No to przyjechali, zdjęli odciski palców i prawie tyle. Okazało się jednak, że bezlitośni złodzieje działali w rękawiczkach. Może gdyby doszło do morderstwa, pobralibyśmy DNA, no ale skoro morderstwa nie było, to przykro nam. Powiedziała policja Gosi. Wzburzyłam się, bo przecież doszło do gwałtu i do morderstwa na modzie! A poza tym, jak teraz Gosia ma spać w tym mieszkaniu wiedząc, że chodzili po nim i grzebali w jej rzeczach obcy, nieproszeni ludzie? To następny gwałt na psychice i morderstwo na jej świętym spokoju! No i teraz myślę, ile historii słyszałam o okradzionych mieszkaniach w Polsce? Myślę: z-e-r-o. A tu odkąd mieszkam, już dwóm osobom, które znam, okradziono mieszkania. Najbardziej prywatną z prywatnych przestrzeń...

I konkludując traumatyczną historią Gosi, co prawda wysłuchaną w fantastycznej, słonecznej scenografii Westergasfabriek, w otoczeniu hipsterów i z pełnym żołądkiem przepysznego jedzonka, patrzyłam tak to na Gosię, to na moją nową piękną torebkę i myślałam smutno, kiedy to znowu mnie z czegoś okradną. I długo nie musiałam czekać na to jakże powszechne w Amsterdamie zjawisko, bo wczoraj z lubym zauważyliśmy, że prawdopodobnie podczas naszego pobytu we Wrocławiu ukradli nam... silnik od łódki. I powiem na koniec tak: mówią o Polakach, że to banda złodziei i że w Polsce to dopiero kradną. Ale co takiego kradną? Chyba znicze z Biedronki na Święto Zmarłych, bo o innych kradzieżach jakoś tak nie słyszałam...

sobota, 22 czerwca 2013

Dawaj mi tu tego pampersa, czyli jak Dacze... piją

Z góry Was Kochani przepraszam za tą długaśną przerwę w postowaniu, która spowodowana była 35-stopniowymi upałami we Wrocławiu. No i zamiast pisać o wydaczaniu, to się wypolszczałam. A to na zmianę siedziałam w klimatyzowanym kinie nadrabiając zaległości w polskiej kinematografii (gorąco polecam Dziewczynę z szafy!!!), to w tamtejszym Aquaparku, a to siedząc na rynku i pijąc piwo z dawno niewidzianymi znajomymi (Iga, Milka, Marza - pozdrawiam!!!). Zatem już nadrabiam zaległości, bo pogoda w Amsterdamie, cóż za zaskoczenie, zadziała na moje powrocławiowe rozleniwienie, jak zimny prysznic - dosłownie i w przenośni.

Zatem dziś zamykamy cykl Wydaczonych Pogromców Mitów, bo jak to mówią, do trzech razy sztuka, third time's a charm i raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy. Trzy to magiczna liczba i trzy to mój numer w podstawówce w dzienniku, więc trzy przykłady tak pięknie nam zamkną ten pierwszy cykl. Było już więc o holenderskiej tolerancji, liberalizmie, a dziś będzie tak, jak wcześniej obiecałam. Będzie zabawnie i z przymrużeniem oka. Trochę w temacie wrocławskich doświadczeń, czyli będzie trochę po polsku, czyli trochę o piciu. A dokładniej o kulturze picia, a jeszcze dokładniej, o braku kultury picia. W Holandii, rzecz jasna. Czyli dziś zamienimy tezę w antytezę. Czy jakoś tak. Zatem jedziemy z tym koksem. Let's get this party started!

Człowiek nie wielbłąd, pić musi. Tyczy się to każdej rasy, każdej nacji, każdej płci czy każdej orientacji. Zwłaszcza w takim Wrocławiu, na przykład, gdzie słońce topi niemal mózg i wypala szare komórki. Trzeba więc wtedy bardzo uważać, aby się regularnie nawadniać. A po upalnym dniu nic nie smakuje lepiej, niż piwo po zachodzie słońca w plenerze. Jednak co kto woli. Bowiem u każdego ta sztuka "nawadniania" wymaga innej 'oprawy'. Oto kilka bzdurnych przykładów, jak i kto może pić:

 Anorektyk - nie zagryza. 
Egzorcysta - pije duszkiem. 
Grabarz - pije na umór. 
Higienistka - pije czystą. 
Kamerzysta - pije, aż mu się film urwie.
Ksiądz - pije na amen.
Lekarz - pije na zdrowie!
Matematyk - pije na potęgę.
Syndyk - pije do upadłego.
Członkinie Koła Gospodyń Wiejskich - pija, tańczą i haftują.

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. A jak piją ogólnie Holendrzy w porównaniu z Polakami? No cóż, to chyba zależy od tego, co piją. My-Polacy dzięki naszym genom największą tolerancję mamy na wódkę. W przeciwieństwie do Holendrów, którzy osiągnęli światowe mistrzostwo w piciu piwa. Nie bez kozery chyba najsłynniejszą i najbardziej popularną marką browaru na świecie jest Heineken. Piwo z pradziada na dziada w 100% holenderskie. Heineken to duma tutejszej gospodarki. Będąc w kinie na ostatnim Bondzie, gdy tylko na ekranie pojawiała się butelka Heinekena w dłoni Daniela Craiga, Dacze krzyczeli, klaskali i gwizdali, jakby oto to po raz pierwszy na ekranie oglądali gołą babkę. Na Skyfall panowała atmosfera takiego podniecenia, jak na meczach polskiej reprezentacji, gdy uda się naszym strzelić jakiegoś gola. Holendrzy więc mają swoje piwo, tak jak Francuzi wino, a my na spółkę z Ruskami wódkę. I oni nie tyle, co lubią pić piwo, ile kochają to robić.


 Skoro więc my-Polacy mamy milion sposobów na picie wódki, tak i Holendrzy opanowali sztukę picia piwa w każdej pozycji, w każdej konfiguracji i w każdej formie. I tu mam dla Was naprawdę "świetny" przykład. Sztukę picia piwa opanowali tu do perfekcji, jak to wszędzie na świecie, oczywiście studenci. Aż już zwłaszcza ci z tak zwanych 'bractw' tudzież stowarzyszeń. I raz znajomy lubego opowiadał, jak to dawien dawna za studenckich czasów zrobili sobie w swoim bractwie konkurs picia piwa. Oczywiście zabawa polegała na wlaniu w siebie jak największej liczby browarów. Niby nic odkrywczego, nic specjalnego, nic zaskakującego, ale... Ale dla "urozmaicenia" zabawy nikt nie mógł w trakcie tegoż wyścigu pijaństwa pójść do toalety, aby móc opróżnić sobie pęcherz. Teraz pewnie myślicie, że przegrywał ten, kto pierwszy wstał od stołu, aby polecieć do WC i szybko sobie ulżyć. Otóż nie. Chłopcy urządzili sobie te zawody ubrani w... pampersy dla dorosłych. I tak siedzieli aż, cytując znajomego lubego, pieluchy ważyły kilka dobrych kilo. Nie wiem jak u Was, ale u mnie w akademiku za studenckich czasów robiło się wiele hardcorowych imprez i szalonych rzeczy, ale nigdy nie słyszałam, by ktoś zrobił sobie zawody na to, kto po wychlaniu niezliczonej ilości piwska będzie mieć cięższą... pieluchę. Amen.


Choć z drugiej strony to prawda, że Holendrzy nie upijają się tak bardzo i z taką częstotliwością, jak Polacy. Ale ponieważ, jak już to mogliście wywnioskować przy obalaniu innych mitów przy poprzednich postach, Dacze jako mistrzowie kamuflażu, pozorów i wszelkich szuflad czy też szufladkowania, inaczej piją w swoim kraju, a inaczej na wakacjach. Gdzie w Holandii z piciem idzie klasa i umiar, tyleż poza granicami Holendrzy lubią sobie trochę "zaszaleć". True story z tego cyklu miałam "przyjemność" doświadczyć dawien dawna, gdy jeszcze mieszkałam w Polsce. Luby wówczas przyjechał ze znajomymi na weekend do Wrocławia. I wtedy to też pojęłam, że gdy taki przeciętny Dacz spuści się ze smyczy, i czy to wyjedzie z kraju na kawalerski wieczór, czy przysłowiowego sanatorium w Ciechocinku, to wychodzi z niego taki mały cham na salonach. Gości wówczas tak poniósł melanż, że prawie obudziliby się na Kamczatce bez gaci, bo trzy razy na własne i nieprzymuszone życzenie prawie dostaliby w mordę. Albo dupę, kto co woli. I to w różnych knajpach i od różnych towarzystw. A raz za to, że wylali całą zawartość Johnny Walkera na bogu winną dziewuchę. Bo to przez to, że Johnny taki był tani tłumaczyli. A drugi raz dostaliby od mojej dobrej koleżanki, którą potraktowali, jak biedną polską i plebejską dziewuchę. Aż koleżanka, która była wielką fanką Holendrów i zawsze widziała ich jako gentlemanów w lśniącej zbroi z kapsli od Heinekenów, prawie jednemu przywaliłaby i to nie z plaskacza, ale z pięści. No i to ja sama bym im w końcu prawie wymierzyła cios i to poniżej pasa, gdy to w środku w nocy zwalili się do naszego pokoju hotelowego pozyskawszy kartę w ten sposób, że jeden z nich podał się za lubego i płakał, że zgubił cały portfel z kartą do pokoju. No albo mu ukradli, jak to Polacy. Piąta nad ranem a tu ktoś wchodzi, zapala światło i rozczarowany krzyczy po angielsku, że jednak nie przyłapali nas na uprawianiu seksu (a cytując fuckingu). No kultura pełną gębą...


Największym paradoksem w tym wszystkim jest fakt , że taki właśnie Polak w Holandii (i w sumie nie tylko tutaj) jest w daczowskim wyobrażeniu stereotypowym pijakiem. Z poprzednich postów już wiemy, że Polak nosi wąsa i biegle posługuje się słowem kurwa. Teraz dochodzi do tego jeszcze hobby w postaci nieustannego picia. No cóż, lata komuny bardzo rozpiły naszych ojców, ale no bez przesady, że robimy tak wszyscy, w każdym pokoleniu i w tym samym stopniu. Choć oczywiście za kołnierz nie wylewamy. Bo przecież logiczne, że szkoda. Jednak i tak bardzo często holenderscy znajomi lubego pytają mnie, niby to w żartach, czy w dzieciństwie zamiast oranżadki, dostawaliśmy wódkę? I czy nasza mocna głowa do picia to zasługa ssania wódki z mlekiem matki? I czy w ogóle w naszych żyłach zamiast krwi płynie wódka, skoro pijemy ją na śniadanie? To taki ich żarcik, oczywiście. Ach, to holenderskie poczucie humoru. O nim też kiedyś będzie w osobnym poście ;)

Zatem konkluzja jest taka, że u Daczów picie nie zawsze idzie w parze z kulturą. A już zwłaszcza poza granicami Holandii. I Holendrzy mogą śmiać się z Polaków, że to pijaki, ale sami w tym temacie często wykazują o wiele większą fantazję i anty-kurtuazję.

piątek, 14 czerwca 2013

Holenderski paradoks liberalizmu, czyli gdzie leży granica decydowania o własnym ciele

Pogromcy mitów część druga, czyli dziś obalimy holenderską twierdzę liberalizmu. Dziwne? No dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że w Holandii legalna jest, niech no to wyliczę, marihuana, prostytucja, aborcja, małżeństwa homoseksualne i eutanazja. Czyli tu legalne jest wszystko to, co w Polsce brzmi jak utopijny dream-team liberalizmu i jest od czasu wszystkich ustrojów politycznych kością niezgody między partiami rządzącymi a opozycją. Ale… Ale znów jak to w przypadku Holendrów i ich podwójnych standardów moralnych opartych na bóg raczy wiedzieć czym, ten liberalizm jest dość… wybiórczy. W dość dużym stopniu zależny od punktu siedzenia, czy raczej biorąc pod uwagę poniższy przykład, punktu leżenia.

Mówiąc szczerze, ja w takiej Polsce paliłam więcej trawy, niż palę tutaj. Z prostytucji, aborcji, czy praw dla homoseksualistów nigdy jakoś nie skorzystałam. Nie mówiąc już o takiej eutanazji. Choć oczywiście, jak to mówią, zawsze dobrze mieć wybór. Jednak jest coś, z czego bardzo, ale to bardzo chciałabym w przyszłości skorzystać – czyli z prawa o decydowaniu o własnym ciele, a które, jak się tu okazuje, nie przysługuje mi w tej oazie liberalizmu z tytułu holenderskiego „my wiemy, co jest dla ciebie lepsze, LEPIEJ”.

Na wokandzie dzisiejszego postu za przykład więc podaję tak zwaną „cesarkę na życzenie”. Tak, zgadza się. W Holandii jest wielce nie do pomyślenia, by kobieta w ciąży powiedziała lekarzowi, że nie chce porodu naturalnego. Jak to? Dlaczego? Przecież to sprzeczne z naturą! Jak o tym wspomniałam w luźnej konwersacji z Daczami przy piwie, to posypały się na mnie gromy. Tu kobiety rodzą tylko w sposób naturalny! – usłyszałam. To nienormalne mieć cesarkę, gdy nie ma medycznych wskazań! – ktoś dorzucił cierpko. I tłumaczą mi, że jak NIE chcesz urodzić w domu, ale (jak cywilizowany człowiek) w szpitalu, to musisz powiedzieć to swojej położnej (co więcej, niektóre z pakietów ubezpieczeniowych nie pokrywają kosztów porodu w… szpitalu).

Myślicie, że w tym momencie nabijam Was w butelkę? Sprawdźcie więc statystyki i zobaczcie, ile Holenderek decyduje się na poród w domu w asyście takiej akuszerki, która może ma doświadczenie, ale żadnego medycznego wykształcenia. Dla mnie to po prostu głupota, zwłaszcza gdy taka kobieta decyduje się rodzić w typowo amsterdamskim domu, gdzie w razie komplikacji trzeba wzywać nie tylko karetkę, ale i straż pożarną (bo nie będzie innej drogi, niż wyciągać rodzącą przez okno, bo wszystkie schody w Amsterdamie są cholernie wąskie!). 10 punktów za brak wyobraźni dla Gryffindoru! Brawo!


Więc, strasznie mnie to dziwi i trochę śmieszy, że kiedy mogę tak z ulicy dokonać aborcji, ale z drugiej strony, jeśli zdecyduję się na posiadanie dziecka, to już urodzić je muszę, według holenderskich zasad z kosmosu, w sposób naturalny. I gdzie tu sens i logika? Z jednej strony możesz decydować o swoim ciele, a z drugiej strony nie. Bo tak. I kropka. I tyle. Gdy rozmawiałam o tym z moim kuzynem ginekologiem-położnikiem, powiedział mi, że taki poród naturalny dla matki i dziecka z punktu widzenia możliwych komplikacji, jest bardziej zalecany. Zatem dobra, zgadzam się. Jest na to logiczne i z punktu widzenia medycyny, racjonalne wytłumaczenie. Ale z drugiej strony mój kuzyn sam przyznał, że wraz ze swoją małżonką, również panią ginekolog, zapisali się na cesarskie cięcie na konkretny termin. I mają dziś dzidziusia zdrowego jak ryba. I to, co jest wyjątkowe w tym przykładzie, to MOŻLIWOŚĆ WYBORU. Fakt, że sposób narodzin dziecka to była ICH decyzja.

A z mojego punktu widzenia jako kobiety, ten drobniutki paradoks bardzo mnie tu irytuje. Bo jak będę kiedyś w ciąży, to nie mam wyjścia. Cesarkę zrobię w Polsce i tyle. I nikomu nie będę się tłumaczyć, dlaczego chcę decydować o swoim ciele, skoro w XXI wieku MEDYCYNA DAJE MI TAKI WYBÓR. No bo jeszcze gdyby to był wiek XIX albo i nawet XX, ale teraz? Gdy nie żyję w głębokiej Afryce ani w jakimś ciemnogrodzkim średniowieczu, ale ponoć mieszkam w bastionie współczesnego liberalizmu, to pytam, WTF? Gdzie w tym momencie jest ten legendarny liberalizm, którym tak bardzo chwalą się Dacze? No gdzie, ja pytam? I jedynym pocieszającym aspektem w tej całej historii jest mój luby, który będąc właśnie jednym z tych dzieci urodzonych w zaciszu domowego ogniska, powtarza mi: twoje ciało, twój wybór. I to jest ten wzorowy holenderski liberalizm, o którym się tyle słyszy. Szkoda tylko, że patrząc przez pryzmat mojego osobistego, holenderskiego doświadczenia w tej kwestii, to wyjątek potwierdzający regułę...


I jedna uwaga techniczna, już na sam koniec. Nie krytykuję tu holenderskiej służby zdrowia, którą przetestowałam, może nie na własnej skórze, ale zdecydowanie na własnym ciele i stwierdzam, że działa bez żadnych zarzutów i jest naprawdę na wysokim poziomie. Na pewno wyższym, niż publiczna w Polsce. Moim celem również nie jest wdawanie się w dysputy, co jest lepsze dla kobiety, dla matki, cesarka czy poród naturalny? I inne kwestie takiego typu, jak na przykład, czy dają kobietom znieczulenie podczas porodu w Holandii, czy go nie dają? A już w ogóle daleka jestem od tłumaczenia, czemu to właściwie ja się tu wypowiadam na ten temat, skoro sama nie jestem matką i nigdy nie rodziłam w Polsce, a co dopiero w takiej Holandii. Nie. Tu nie chodzi o holenderską służbę zdrowia, sposób czy warunki rodzenia w Holandii, czy też wymądrzanie się na tematy, o których nie mam tak naprawdę zielonego pojęcia, a raczej mam, ale mgliste i teoretyczne. Moją intencją jest tylko i wyłącznie zwrócenie uwagi na pewien paradoks, który stawia pytanie w tym jednym z najbardziej liberalnych krajów na świecie: gdzie leży granica prawa decydowania o swoim życiu i ciele? Czemu w jednych kwestiach kobiety mają tu wybór, a w innych ten wybór jest im odbierany? Z jakiego prawa, czy też z jakiego powodu? Bo ja rozumiem kwestie zdrowia na pierwszym miejscu, ale czy komplikacje po zabiegu aborcji nie następują z takim samym prawdopodobieństwem, jak komplikacje po cesarskim cięciu? I kiedy nawet gotowa jestem zapłacić za cesarkę, bo moje ubezpieczenie nie pokrywa takiej operacji, spotykam się ze ścianą bardziej toporną niż Mur berliński, która ma dla mnie jeden argument w postaci: nie, bo nie. Bo my wiemy, co jest dla pani lepsze, LEPIEJ. True story.

Uhh, aż przepraszam, że dzisiaj to tak strasznie na poważnie wyszło ;) W następnym odcinku Wydaczonych Pogromców Mitów będzie dużo lżej. I zabawniej. Obiecuję!

środa, 12 czerwca 2013

Holenderska tolerancja i sabotaż weselnej niespodzianki, czyli mam na to tak bardzo wyjeb*ne!

Dziś zaczynamy cykl Wydaczonych Pogromców Mitów, czyli przez następne posty będziemy obalać najpopularniejsze mity, tudzież stereotypy, mocno zakorzenione w podświadomości nieświadomych nie-Daczów. Czyli, mówiąc brzydko, będziemy dość intensywnie (i nieco kontrowersyjnie) plotkować o przywarach Holendrów. Gotowi?

Wary czy przywary, ale Holendrzy to mistrzowie kamuflażu. Tak. Kamuflażu. To naród, który jak żaden inny opracował do perfekcji techniki PR-u. To, co ogólnie się o nich myśli, zostało bardzo sprytnie, bardzo dokładnie i z pełną premedytacją wykreowane na potrzeby… turystyki. Nie wierzycie? To uwierzycie. Zacznijmy więc od obalania mitu numer jeden: tolerancji.

Wszyscy mówią, jacy to Holendrzy nie są tolerancyjni. A już w ogóle wśród homoseksualnej części populacji Holandia to niemal taka ziemia obiecana, niemal taki raj, jak dla Wojtka Fibaka wybory miss studentek. Pary homoseksualne mogą zawierać tu od 2001 roku związki małżeńskie, od 2005 roku mogą adoptować dzieci, a już od 1811 roku (!) mogą legalnie afiszować się ze swoją orientacją, bo wtedy to właśnie oficjalnie zalegalizowano (!) homoseksualizm w Holandii. Brzmi dumnie. Brzmi pięknie. Brzmi niemal tak sielankowo, jak wyznania miłości polskich celebrytów na okładce Gali. Ta Holandia to podręcznikowy wzór tolerancji, nieprawdaż?


No nie, bo do końca tak różowo to tu nie jest wcale, a wcale. Owszem, Holendrzy są bardzo tolerancyjni. Ale wybiórczo. Gej? Okej! Ale mieć już za sąsiada takiego Marokańczyka czy… Polaczka, to już inna kwestia. Bo to już nie bardzo, nie bardzo. Holendrzy są tolerancyjni, ale z drugiej strony mają bardzo wąskie horyzonty dość mocno ograniczone stereotypami. Taki Polak, na przykład, to w oczach Holendrów pijak i nierób. I nieuk. Holendrzy często się dziwią, że w Polsce jest taka… Ikea, na przykład. Polak nosi wąsa, włosy przystrzyżone na krótko, nie potrafi się ubrać, a jedyne słowo, jakim się posługuje, to kurwa. I nic, że wina troszkę jest w pokoleniu naszych ojców, którzy nie słynną ze zbyt pozytywnego pierwszego wrażenia. Nic, bo jak taki Holender zobaczy jednego czy dwóch takich Polaków, to już do końca życia będzie myślał, że oto cały naród polski zbudowany jest na ten wzór. (Nie wiem, jak wy, ale ja tam swojego wąsa regularnie golę. Nogi też.).

 
Zatem Holendrowi wypada być tolerancyjnym, jeśli rzecz tyczy się orientacji czy koloru skóry, ale tolerancja w temacie narodowości to już rzecz nie tak oczywista. Holender ma świat perfekcyjnie uporządkowany w ciasnych szufladach stereotypów i ani myśli, by zmienić w nich cokolwiek, bo niby po co? Bo niby czemu? A teraz będzie przykład. Dość obrazowy, myślę. Taka Partia Wolności, na pewno słyszeliście (a jak nie, to czytajcie uważnie), pod przywództwem niezłego oszołoma, Geerta Wildersa, która stworzyła sobie dość popularną stronę internetową. Na owej stronie można było składać skargi na mieszkających w Holandii Polaków, tudzież innych obywateli, tej jakże gorszej od reszty, środkowej i wschodniej części Europy. Na stronie można się było skarżyć nie tylko, powiedzmy, w takiej kwestii zakłócania przez Polaka porządku publicznego po, według relacji Holendra, suto zakrapianej libacji, ale nawet w kwestii takiejże, że chciwy idiota Polaczek pracujący za grosze, zabrał dobremu uczciwemu Holendrowi, jego, jakże zasłużoną, pracę...

Może jątrzę tu jadem i tryskam żółcią, ale też Dacze nieźle wczoraj zaleźli mi za skórę. Rzecz się tyczy ostatniego posta, czyli tego o freak show i kręceniu w wymiocinach oraz psich kupach weselnego wideo. Zaczęło się od tego, że to nawet nie ja, ale mój luby, odebrał telefon, że mam ściągnąć info o nowym poście ze swojego walla na Facebooku, bo na pewno zepsuję niespodziankę, o której państwo młodzi mają dopiero się dowiedzieć na swoim weselu w sierpniu. Okej, usunęłam, choć oczywiście wcześniej miałam w swojej świadomości zakodowane, aby tytułem, nie daj boże, nie zdradzać nic, co może nasunąć tamtym dziwne skojarzenia, czyli nie używać angielskich ani holenderskich słów, jak wesele, niespodzianka i  Bounty. I niby wszystko dobrze już i wszystko pięknie, ale wieczorem ten sam upierdliwy jegomość żąda usunięcia śladów postu... wszędzie. W całym Internecie. Wkurzona jak rzadko, po raz pierwszy w życiu usuwam przyszłego pana młodego i przyszłą panią młodą ze swoich znajomych na Facebooku. To za mało, pisze tamten Dacz do mojego lubego. Ona ma usunąć tego posta. I koniec. I kropka. Bo państwo młodzi, którzy mnie nawet prawie nie znają, na pewno codziennie sprawdzają mój blog, czy czasem ja nie piszę czegoś o przyszłych atrakcjach-niespodziankach na ich weselu. A jak nie chcę usunąć posta, to niech (chociaż!) zablokuję go jakiś polskim hasłem, albo (!) niech zablokuję wszystkie IP przychodzące z Holandii... czyli to będzie jakieś 50% moich czytelników. Litości Daczu z zapędami Geerta Wildersa! Ciekawe czy jegomość już się gdzieś poskarżył na wredną Polkę, co to nikczemnie niespodzianki weselne swoimi postami psuje! Oj, ja niedobra! Choć z drugiej strony myślę, że chłopak już dawno nie miał takiej podniety i dawno mu już nikt tak nie urozmaicił dnia jakże wielką dramą i tragedią w postaci jakże okrutnego polskiego sabotażu daczowskiej niespodzianki weselnej. No cóż, challenge accepted. Wczoraj była nawet nie trzecia i czwarta, ale już piąta wojna światowa o nikczemność Polaków względem światłych Daczów. Pytanie teraz tylko, kto ją wygrał?

Niby śmieszne to i absurdalne, ale troszkę szczęka opada. I już nie mówię o moim własnym, wczorajszym przykładzie, bo to jest bardziej zabawne niż smutne. Ale mówiąc o tejże wcześniej wspomnianej stronce skrajnie prawicowej partii Geerta Wildersa. A już zwłaszcza, gdy się dowiemy, że ten portal popierało niemal… 30 % holenderskiej ludności. A historia się tyczy nie średniowiecza, a… 2012 roku. Wiem, SIC! I co sobie można myśleć uzmysławiając, że niemal co trzeci Holender uważa Polaków za obywateli gorszej kategorii? A to sobie można myśleć, że wśród znajomych takiego mojego lubego na przykład, są na pewno osoby, które nie do końca dobrze mi życzą... … Brzmi groźnie, ale trzeba mieć na to tak, jak pan Żaba na poniższym zdjęciu: 


 PS
Postu nie usunęłam, ale usunęłam jegomościa ze znajomych na Facebooku (jak to skomentowała moja koleżanka o.... latający Holender). Fakt faktem, w takim tempie to co tydzień zacznie mi ubywać holenderskich znajomych. Ale osiągnęłam to, co chciałam osiągnąć. Sprawa ucichła. Facet przestał się odzywać, bo już nic nie zobaczył więcej na moim Facebooku. Bo niby jak? I można znaleźć kompromis z Daczami? Ano można! Wilk syta i owca cała, a i można było obejść się bez tej wielkiej dramy i agresywnej wojny ;)

wtorek, 11 czerwca 2013

Freak show, czyli Dacze kręcą w wymiocinach i psich kupach weselny klip do 'This is love'!

Wszystko zaczęło się w niedzielę rano, gdy mój luby skoro świt, tuż przed ósmą, zerwał mnie z łóżka krzycząc: Wstawaj śpiochu! Jedziemy do Rotterdamu! Yyyy... Że co do cholery? Bo prawdę mówiąc, bardzo źle znoszę wstawanie w weekend wcześniej niż przed 9.30. No dobra, wcześniej niż przed 11.00... Zapomniałaś, że kręcimy weselne wideo dla Bounty'ego? O shit! Mój boże, to dzisiaj? Ano dzisiaj, dzisiaj. I moje marzenie, aby się wreszcie porządnie wyspać zostało równie gwałtownie unicestwione, jak Robb Stark w przedostatnim odcinku Gry o tron.

Śniadanie, szybki prysznic i już o dziewiątej zbiórka. Ciągle ziewam i mam focha, ale niech będzie, jedziemy do Rotterdamu. Chwilę po dziesiątej dojechaliśmy na miejsce, czyli do pubu należącego do stowarzyszanie studenckiego, do którego niegdyś należał mój luby. Tam miał być kręcony klip do utworu This Is Love will.i.ama i Evy. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, chodzi o to, że jeden ze znajomych lubego - niejaki Bounty, w sierpniu bierze ślub z niejaką Laurą i ich znajomi postanowili nakręcić dla nich zabawne wideo, które ma być taką miłą niespodzianką ślubną. I w tym właśnie pubie w Rotterdamie mamy kręcić zdjęcia, a premiera klipu oczywiście w sierpniu, na weselu Bounty'ego. A czemu Bounty'ego? Ponieważ chłopak jest w połowie Daczem, a w połowie z matki Indonezyjczykiem, zatem, cytując jednego z obecnych tam Daczów, jest ciemno-czekoladowy na zewnątrz, a w środku ma biały kokos. Tia....


Ja, co prawda, nie jestem ani znajomą pana młodego, ani panny, już niekoniecznie takiej młodej, bo znacznie starszej od swego narzeczonego, ale czegoż to nie robi się dla (własnej) miłości. Wchodzimy więc do tegoż baru, a tu smród niesamowity. To nie mój pierwszy raz w tej wiecznie cuchnącej spelunie, ale tym razem to już jakieś apogeum. Fu! Śmierdzi bardziej niż w latrynach na obozach harcerskich! I co się okazało po odsłonięciu kotar? Że to bardzo okazałe wymiociny rozbryzgane po całej podłodze, krzesłach i stole wydawały z siebie ten właśnie odór. Jakiś chętny kamikaze sprzątnął je szufelką, po czym wyrzucił na balkon, ku uciesz i ku strawie nadlatujących do wymiocin ptaków. Yuck, so disgusting!

Tym jakże uroczym i swojskim akcentem zaczęliśmy ten dzień zdjęciowy, który zamiast dwóch, trwał (aż!) sześć godzin. Z czego pięć to tylko same przygotowania i próby. Wideo bowiem miało być kręcone w jednym ujęciu i maksymalnie w pięciu podejściach. Oczywiście miałam być jedyną nie-daczowską gwiazdą w tymże klipie, co zaskakującym w sumie nie było dla mnie wcale. Ale... Ale właśnie przez to 'ale' z lubym kłóciliśmy się wcześniej w domu (i to było właśnie powodem mojego porannego focha), bo wiadomym było, że nikt dla mnie po angielsku specjalnie nie będzie tu mówił. Zatem poświęcając swój czas, energię, ale i również weekendowy sen i wypoczynek, kosztem sześciu godzin z ponad dwudziestoma Daczami, których kompletnie nie rozumiem, robiąc coś miłego dla państwa młodych, których tak w sumie nie do końca darzę sympatią i wzajemnie, było wyczynem, co najmniej na mój bardzo egoistyczny i hedonistyczny charakter, rzekłabym, ekstremalnie altruistycznym. Myślę, że takie poświęcenie zasługuje co najmniej na rozpatrzenie mojego wniosku o kanonizację w Watykanie. I to jeszcze za mojego życia powinni pomyśleć nad zrobieniem ze mnie świętej męczennicy. Amen.

Reżyserem tegoż dzieła okazał się niejaki finalista holenderskiej edycji programu X Factor. Za te kilka godzin pracy zgarnął ze swym kumplem operatorem, zgadnijcie ile? 400 euro. I, jak się okazało, było to cena naprawdę atrakcyjna i promocyjna, bo konkurencja chciała co najmniej dwa razy tyle (to jest miejsce, w którym węszę pomysł na biznes, więc, są jacyś chętni?). Choć z drugiej strony, roboty przy tym było naprawdę sporo i to w jakże ekstremalnych, bo cuchnących, warunkach, a facet naprawdę się starał i wychodziło mu to dość profesjonalnie. Po godzinie przydzielania wszystkim ról, po kolejnej godzinie prób śpiewania i kolejnych dwóch godzinach rozstawiania ludzi na właściwych pozycjach i doborze rekwizytów, powoli zaczynaliśmy dochodzić do punktu właściwego, punktu kulminacyjnego, czyli kręcenia wszystkiego w jednym ujęciu (to miała być niemal taka Rosyjska arka Sokurowa, tylko zamiast 96 minut miała trwać niecałe 300 sekund).

Kręcenie klipu zaczęliśmy od sceny w pobliskim parczku, gdzie próbując omijać psie kupy, mieliśmy ganiać w kółko i klaskać, jak przedszkolaki w performansie Mam chusteczkę haftowaną. Niektórzy w śmiesznych kostiumach, niektórzy ze śmiesznymi akcesoriami, jak na przykład taki batonik Bounty, skakali ochoczo klaszczą w rączki i czasem niestety lądując prosto w paszczy jakże cuchnącej psiej kupy. Następnie z parczku musieliśmy błyskawicznie biec do baru, gdzie każdy miał odśpiewać swoją zwrotkę na swojej wcześniej obranej pozycji. Mi przypadło w udziale: osoba 19 z tekstem: If you want it like I want it, gdzie wyskakiwałam zza śmierdzącego piwskiem i moczem baru. A także osoba numer 32 z tekstem: Can you feel the love? Szczerze powiedziawszy, miłości podczas nagrywanie tegoż klipu wcale nie czułam, ale za to inne zapachy, fakt faktem, obiły się o moje nozdrza, jakby to powiedzieć, dość intensywnie swym fetorem.

Był też basenik dziecięcy i taplający się w nim Dacz (basenik później został opróżniony w ten sposób, że jego zawartość została wylana tak po prostu, na podłogę w barze), była i dziewczyna przebrana za prostytutkę, byli nawet i rodzice pana młodego robiący niczym nachalni paparazzi co sekundę sweet focie. Myślę sobie: Mój boże! Co za freak show i cyrk na kółkach razem wzięty w typowym daczowskim stylu! Jednak gdy już po wszystkich krętkach i dokrętkach oglądaliśmy efekt końcowy, co to pan reżyser z X Factora wspólnie z panem kamerzystą wypłodzili, naprawdę szczęki w dół, fochy do domu i ironia do lasu, bo wyglądało to kurczę, no mega-wyrąbiście! Trochę podobnie, jak w tym klipie poniżej, tylko że lepiej, bardziej profesjonalnie i z większą fantazją no i bardziej w daczowskim stylu!



I mimo tych sześciu godzin ciągnących się w nieskończoność w tym powalającym moje nozdrza smrodku, i mimo obecności, jakże to licznej i nikczemnej liczby Daczów, naprawdę, naprawdę super było wziąć udział w tym jakże nietypowym przedsięwzięciu. Nawet kosztem snu, focha i nieegoistycznych pobudek. Co więcej, naprawdę nie planowałam wybrać się na owo wesele w sierpniu (mimo wielkich protestów lubego, ale naprawdę miałam być wtedy bardzo niedyspozycyjna, wiecie, zajęta pracą albo chora), to teraz wiem, że pójdę na ten ślub tylko dla tegoż wideoklipu! Co by nie mówić, byłam w końcu jego gwiazdą, osobą 19 i 32, więc to naprawdę nie byle jaka trzecioplanowa rola!

A teraz będzie bardzo DUŻOOOOOO zdjęć dla zobrazowania Wam tegoż arcydzieła daczowskiej fantazji. A jak tylko będę miała dostęp do materiałów wideo, obiecuję, że też pokażę! Chyba, że wcześniej puści to holenderska MTV albo X Factor i wtedy będę Was musiała rozliczyć z tantiemów ;)











sobota, 8 czerwca 2013

Jak to w nieswoich skarpetkach pod eskortą policji wróciłam z imprezy o szóstej rano, czyli kolejne party w Amsterdamie mające (znowu) coś tam wspólnego z pewnym lekarzem

Ufff... I ten długaśny tytuł mówi w sumie nic i wszystko. Zaczęło się jak zawsze, niewinnie i znów na imprezie InterNations. Event miał miejsce nie w byle jakim miejscu, bo w najlepszym hotelu w Amsterdamie - Sofitel Legend The Grand Amsterdam. So far, so good. Na miejscu jednak okazało się, że wcale nie tak good, a raczej very very bad, bo jakiś idiota/idiotka wymyślił/a zrobić imprezę w ciasnej sali konferencyjnej.

Na to party wybrałam się z Basią, z którą postanowiłyśmy urozmaicić i ulepszyć ten wieczór drinkiem w hotelowym barze, który okazał się posiadać chyba jeden z najpiękniejszych ogrodów, jaki widziałam dotychczas w Amsterdamie. I, co jeszcze ciekawsze, w ogrodzie znajdowała się naprawdę bardzooooo nietypowa fontanna (zdjęcie poniżej)... Niestety mimo pięknej słonecznej pogody, wieczór okazał się być bardzo chłodny, więc szybko musiałyśmy wracać z Basią z powrotem do tej podłej sali konferencyjnej.



Na tej imprezie obowiązywał dress code. Panowie smokingi, panie sukienki galowe i jak to brzmiało w zaproszeniu with a touch of blue. Co prawda mam galową sukienkę rodem z czerwonego dywanu i to do tego niebieską, ale coś mi się wydawało, że wyglądałabym co najmniej komicznie pedałując w niej na swoim żółtym rowerku. Poza tym, w razie gdybyśmy z Basią chciały zmienić lokal, nie wiem czy w takiej kiecce rodem z bajek Disney'a w ogóle wpuściliby mnie później do jakiekolwiek klubu.

Mimo to na imprezie klika dziewczyn i facetów dostosowało się do dress code'u, a my z Basią tylko pozwoliłyśmy sobie na ten a touch of blue. Więc tocząc większe i mniejsze smalltalki przy papierosie, poznałyśmy z Basią kilku nowych znajomych, w tym wypaczonego Dacza, co nie wierzył, gdy mu powiedziałam, że wydałam w Polsce książkę. Uprzejmie mi donosił, że sam właśnie skończył operację plastyczną na otwartym sercu, a po imprezie siada w swoją rakietę i odlatuje na Marsa. Albo księżyc. Co kto lubi. No to bon voyage Daczu!

I tak równo o północy, jak w bajce o Kopciuszku, impreza dobiegła końca i z Basią zdecydowałyśmy dalej dać się ponieść melanżowi. Pięć minut spacerku i już byłyśmy w sercu normalnej imprezy w Baru Italia. Tam niespodzianka. Ludzi pełno, ścisk, muzyka, a Basia, która jest singielką powiedziała, że jeszcze nigdy w jednym miejscu nie widziała tylu fajnych facetów. A już zwłaszcza taki jeden zwierzak, tak ociekający testosteronem, że można by go z niego zlizywać. Ja tam, co prawda, zaślepiona ślepo w swojego lubego, ale fakt faktem, sztuki były tam tak dorodne, jak rasowe byczki na Wystawie Zwierząt Hodowlanych, Maszyn i Urządzeń Rolniczych w Sitnie koło Zamościa.

I tak tańcząc, piwo pijąc, zeszło nam jakieś dwie godziny. Basia zdecydowała się wracać, ja dopijając swoje piwo, opuściłam lokal chwilę później za nią. I może naprawdę nie byłoby co opowiadać, gdyby nie fakt, że jak ja to mam w swoim brzydkim zwyczaju po kilku godzinach tańczenia w szpilkach, chodzić boso. Po ulicy. Zatem wracałam po swój rower zaparkowany na  Dam Square na bosaka. I naprawdę ten wieczór byłby zwyczajny i spokojny, jak co piątkowe modlitwy w kółku różańcowym, gdyby nie jegomość zafascynowany moimi bosymi stopami, który zahaczył mnie w drodze. I co się okazało? Że to oczywiście lekarz. I do tego onkolog. Moja wrodzona hipochondria naprawdę zaczęła w tym momencie szaleć i zaczynam coraz bardziej podejrzewać, iż teraz to już naprawdę wszechświat chce mi powiedzieć, że mam kurde, raka. Że ci wszyscy lekarze, których ciągle "przypadkowo" spotykam na swojej drodze melanżu, to chodzące znaki. Świadczące o moim nadchodzącym i nieuchronnym końcu. Że oni wszyscy są jak zabójcze omeny przeznaczenia.

No to rozmawiam z tym doktorem w drodze po rower. Facet okazuje się żyć i pracować w moim ukochanym Nowym Jorku. Ale to nic. Gdy on pyta, skąd jestem i odpowiadam, że z Polski, facet przechodzi z płynnego perfekcyjnego angielskiego w perfekcyjnie płynny polski... Mi szczęka opada, a on uśmiecha się od ucha do ucha. Daje mi swoją wizytówkę, a tam najbardziej polskie z polskich nazwisko... Kowalski. Gdy doszliśmy do Dam Square już byliśmy polskimi kumplami na emigracji, ja w Amsterdamie, on w Nowym Jorku. Usiedliśmy na Dam Square na jakże symbolicznym miejscu, bo zaraz za The National Monument. Tam od słowo do słowa okazało się, że lubimy taką samą muzykę, lubimy Komedę, te same filmy, a jeden film w szczególności, a nawet tą samą jedną szczególną scenę w tym właśnie filmie. C'mon! Gdy drążąc dalej okazało się, że oboje lubimy wino i marzymy o posiadaniu własnej winnicy, zaczęłam rozglądać się za ukrytą kamerą. A tak owa na Dam Square jest i dzięki niej Wielki Brat może oglądać wszystko. Wy też możecie. Wracając jednak do historii. Doktor Kowalski dobił mnie już faktem, że kocha jeździć konno... No cóż. Jeśli myślicie, że ta historia w tym właśnie momencie przenosi się z Amsterdamu do Nowego Jorku, to sory-batory. Muszę was rozczarować. Pan doktor nie jest zbytnio, jakby to delikatnie ująć, w mojej kategorii wiekowej. Aczkolwiek jego inteligencja - respect.

 I tu niespodzianka.  W tym oto momencie dołączył do nas trzeci towarzysz tej imprezy, czyli jegomość częstujący nas frytkami. I tak jedząc we trójkę frytki na Dam Square rozmawialiśmy o niczym i o wszystkim. Gdy frytki się skończyły, nasz nowy holenderski towarzysz, który okazał się dyrektorem IT w poważnej amsterdamskiej korporacji, wyciągnął skręta i tak paliliśmy go zanurzając się w coraz to bardziej filozoficzne dysputy i podziwiając wschód słońca.


Gdy już tak tam zamarzałam siedząc na tym zimnym, mokrym pomniku, że aż mój nowy przyjaciel doktor-rak musiał mi oddać swoje skarpety, to był znak, że pora wracać do domu. Wsiadłam na żółtko i ruszyłam próbując rozgrzać się w tych pierwszych promieniach słonecznych. I wtedy podjechał do mnie funkcjonariusz na Harley'u Davidsonie i pytał, czy wszystko w porządku. W moim pierwszy polskim odruchu prostuję plecy myśląc, że będę wyglądać na bardziej trzeźwą niż jestem, bo od razu uroiło mi się, że zaraz będę dmuchać w balonik i pan policjant zatrzyma mnie by sprawdzić, czy nie jadę "po spożyciu". A że to sobota blady świt, ja w imprezowej kiecce, make-up w totalnej rozsypce, takie skojarzenie może się słusznie mu nasunąć. Ale że to jest Holandia, nie Polska, pan policjant grzecznie zaoferował się odeskortować mnie do domu i jadąc obok siebie ucięliśmy sobie miłą pogawędkę o moim skradzionym Janku i moim obecnym, według pana policjanta bardzo fajnym, żółtym rowerku. 


I jak tu nie kochać tego miasta?!