środa, 31 lipca 2013

Gdzie holenderskie coffeshopy zaopatrują się w trawę, czyli daczowskie kwasy i zasady

Kochani, no to bawimy się dalej w Wyliczankę Wydaczankę i dziś wyliczamy holenderskie kwasy i zasady. W Daczlandii obowiązuje tylko jedna zasada – otóż wszystko ma swoje zasady. I jakakolwiek trudno w to uwierzyć, naprawdę prawie wszyscy Dacze bezkrytycznie i bezwzględnie tych zasad zawsze przestrzegają. Są oczywiście pewne wyjątki od tej reguły, jak sławetna już jazda na rowerze na czerwonym świetle. Nota bene, ostatnio jechałam sobie spokojnie żółtkiem, jak gdyby nigdy nic na czerwonym świetle po Dam Square, gdy ni stąd ni zowąd wyskoczył mi przed koła policjant grożący mi palcem i daczący z uśmiechem ej, is rood! Więc ja do niego sorry i jadę twardo dalej i jak najszybciej przed siebie, co by mu czasem nie przyszło do głowy wlepić mi mandatu na 80 euro (bo tyle tu kosztuje przyjemność jazdy na czerwony świetle). Lucky me! Tym razem mi się upiekło! Jednak generalnie Dacze mają całą masę zasad, które przestrzegają równie rygorystycznie, niczym zakonnice z Klasztoru sióstr Szarytek pór pacierza. Te zasady czasami są mniej lub bardziej absurdalne, często to są niezłe kwasy wykluczające się wzajemnie. Oto przedstawiam wam zatem wyliczonych siedem zacnych przykładów, które zobrazuję nam pięknie Teorię kwasów i zasad Lewisa (według Wikipedii to teoria określająca właściwości kwasowe i zasadowe substancji chemicznej na podstawie jej zdolności akceptorowo-donorowych). Zatem oto i one:

 
Zasada i (zdecydowanie żaden tam) kwas No. 1
 Nie przywłaszczaj nigdy rzeczy nienależącej do ciebie.

Oj tak! To zdecydowanie moja ulubiona zasada, choć wiem, że nie dotyczy rowerów (swoją drogą nie sądzę jednak, by to daczowska mafia zajmowała się uprowadzeniem cudzych bike’ów) czy kradzieżą portfeli i telefonów w klubach (i znów pytanie, czy to miejscowi, czy może… turyści?). W każdym razie, mój przykład z życia pokazuje, że Dacze to jeden z uczciwszych narodów. Kiedyś mój luby potrzebował swojego osobistego laptopa do pracy. A że z rana jest bardziej zakręcony, niż włosy na brodzie Hipstera, odczepiając swój rower postawił torbę z laptopem na jakimś drugim rowerze i zapomniawszy o nim spokojnie pojechał sobie do pracy. Nie mieszkałam wtedy jeszcze nawet miesiąca w Holandii, gdy ktoś dzwoni do drzwi i pyta, czy mieszka tu ten i ten. No tak, to mój luby. O, to chyba zostawił swój komputer na cudzym rowerze. Ja szczęka w dół, wpuszczam jegomościa do mieszkania, który przeprasza od progu, że zaglądał do środka, ale dzięki temu znalazł w torbie kopertę z naszym adresem i wiedział, gdzie i komu ma go zwrócić. Byłam tak zszokowana, że zapomniałam o jakimś znaleźnym, chociażby butelce wina dla tego uczciwca. W tym całym szoku podziękowałam mu tylko ładnie i zadzwoniłam do lubego z pytaniem, Kochanie czy wiesz gdzie jest twój laptop? I zgadnijcie! No nie miał pojęcia ;)

Zasada i kwas No. 2
Wszystko musi mieć swoje regulacje i nie ma, że boli!

Tak, tak. W Holandii jeśli chcesz wynająć na przykład swoje własne mieszkanie za sumę uznaną przez Ciebie za właściwą, musisz zebrać odpowiednią ilość punktów, inaczej nie możesz go wynająć za więcej, niż bodajże 750 euro. Dziwicie się czasem, dlaczego niemal w każdym pokoju w Holandii jest zlew? Bo za każdy zlew przyznawany jest 1 punkt. Tak, tak, w naszym 3-pokojowym mieszkanku mamy 6 zlewów, choć i tak to nie jest tam żaden wielki rekord. A zlew mamy choćby w składziku nie liczącym sobie nawet metr na metr. To samo jest w przypadku, jeśli na swoim dachu chcesz na przykład zbudować sobie taki taras, szykuj się na drogę przez mękę biurokracji, załatwiania pozwoleń i zatwardzonego serca (tudzież innych organów) znudzonego urzędasa.


Zasada i kwas No. 3
Wszystkim po równo, więc zapomnij o oszczędzaniu.

Czyli coś dla kierowców. I tu zaboli pewnie tych, co lubią oszczędną jazdę, czyli na gazie (nie mylić z podwójnym gazem!) albo na Dieslu. Tu w Holandii nie ma tak łatwo, bo nie chcąc posiadać w swym aucie tradycyjnego benzynowego silnika, zapłacisz za tą przyjemność krocie. Tak, tak, samochód na gaz czy Diesel jest tu dodatkowo opodatkowany. I bynajmniej nie mam na myśli jakiegoś tam symbolicznego podatku, tylko zdzierską kwotę. Jeśli więc dużo jeździsz, ale naprawdę  dużo, dużo, to może w Holandii zaoszczędzisz jeżdżąc na gazie albo na Dieslu. Ale zwróci ci się ten podatek dopiero po kilku miesiącach, jak nie kilku latach.

Zasada i kwas No.4
Zaznaczaj swoje terytorium i nie naruszaj cudzego.

Wojna światów ostatnio rozegrała się na mojej siłce. Otóż jeden Dacz zostawił na jednym z 40-stu rowerów w sali RPM/SPINNING swój ręcznik. Sala pusta. Wchodzę ja i inny Dacz. Ja wchodzę pierwsza, więc tamten Dacz do mnie z pełną powagą, że zajęłam jego rower. Mówię mu, że sorry, ale nie widzę tam wygrawerowanego jego imienia. Siada więc obok mnie na innym rowerze, na którym leżał jakiś ręcznik. Też pomyślałam, że pewnie ktoś z poprzednich zajęć zapomniał o nim, bo kiedy wchodziliśmy do sali to była całkiem pusta, a zajęcia miały się rozpocząć dopiero za 20 minut. I tak powoli sala się zapełniała, przybyło jakieś 10 osób i w tym, jak się okazuje, właściciel owego ręcznika. I zaczęła się awantura dwóch Daczy. Agresja w pełni, walka zwierzaków, samce na arenie ciskające w siebie testosteronem. O co poszło? No bo jeden zaznaczył tym ręcznikiem swoje terytorium i tamten drugi nie miał prawa ręczniczka ruszać, a tym samym zająć roweru tamtego. Czy jakoś tak. Ten z ręczniczkiem kłócił się więc, że był tu pierwszy i albo będzie jeździł dziś na swoim bike'u, albo nie będzie jeździł dziś wcale. I jak się skończyła ta cała afera? No cóż, skoro tego rowerku facet z ręcznikiem nie obsikał, to ten drugi się nie ugiął. Aż w końcu wściekły właściciel ręcznika opuścił salę krzycząc do tamtego klootzak, co oznacza rzecz jasna dupek.

Zasada i kwas No. 5
Absurd coffeeshopów.

Jedna z najbzdurniejszych, jeśli nie jest to najbzdurniejsza, zasad w Holandii głosi, że coffeeshopy nie mogą sobie hodować marihuany, tudzież innych lekkich narkotyków. Mogą je tylko sprzedawać. Choć fakt faktem, jest dozwolona przez prawo pewna ilość do hodowli, która starczy może na kilka jointów, co jest dość zabawną i przewrotną liczbą, biorąc pod uwagę fakt, że niektóre z coffeeshopów potrafią sprzedać dziennie 10-12 kg trawy (!). Jak więc coffeeshopy zaopatrują się w towar? Otóż korzystają, jakżeby inaczej, z nielegalnych źródeł... Czyli legalnie sprzedają przez frontowe drzwi, zaś kupują nielegalnie przez tylne drzwi tworząc szarą strefę, jak to powiedział w 2008 roku Max Daniel, Hoofd Operatien at Natonale Politie: The policy of allowing shops to sell their supplies via the front door but not buy via the back door has created a gray area that is, by definition, good for doing business.


Zasada i (czy?) kwas No. 6
'Nie' dla kombinatorów.

Wyobrażacie sobie takie ubezpieczenie w Polsce, za które miesięcznie płacicie tylko 10 złotych, a jeśli pójdziecie na parapetówkę do znajomych i na przykład oblejecie im czerwonym winem ich nową śnieżnobiałą kanapę, to właśnie to ubezpieczenie odkupi ją waszym znajomym za was. No jasne, że nie! Ja przynajmniej takiego sobie nie wyobrażam! Typowy polski kombinator szybko puściłby takiego ubezpieczyciela z torbami. A w Holandii tak owo istnieje. Płacisz za takie miesięcznie 2,5 euro i jeśli naruszysz, zniszczysz, spalisz, zalejesz tudzież zdarzą się z twojej winny inne nieszczęśliwe wypadki w stosunku do cudzej własności, ubezpieczyciel pokryje naprawę albo zakup nowej rzeczy. Wyobrażacie sobie, jaką Dacze muszą mieć mentalność, skoro taka firma nie zbankrutowała po miesiącu, a nawet ba! Jest ich kilka w Holandii i świetnie sobie prosperują? Ja myślę, że ten nasz przeciętny polski kombinator szybko znalazłby milion sposobów na to, by taką usługę swojego ubezpieczyciela, mówiąc delikatnie, nadużyć. A w Daczlandii gdzie tam! Mój luby posiada to ubezpieczenie już dobrych parę lat i nigdy, ale to nigdy, z niego nie skorzystał. Zresztą jak większość Daczy. Po co w sumie mają to ubezpieczenie, to ja nie wiem, skoro zazwyczaj zniszczone cudze mienie szybko honorowo chcą naprawić albo odkupić? Cholera wie...

Zasada i największy kwas ever No.7
Ludzie dla prawa, a nie prawo dla ludzi

Burza związana z małą Renią chorą na ostrą białaczkę, która nie mogła być właściwie zdiagnozowana w Holandii ze względu na biurokrację, protokoły i zasady panujące w służbie zdrowia oraz w ośrodku dla uchodźców. Dziewczynkę zdiagnozowano dopiero w Polsce, gdzie wraz z rodzicami została deportowana z Holandii. A że mała Renia było widać gołym okiem, że jest chora i niemal umierająca, no cóż... Zasady to zasady. I ich trzymać się trzeba. Rodzinę z chorym dzieckiem wsadzono więc na pięć dni do zamkniętego ośrodka deportacyjnego, a potem do samolotu. I wsio do Polski. Nic, że dziecko już wtedy było niemal w stanie krytycznym. Bo tak było w papierach jakiegoś urzędasa. Bo taki był protokół. Dlaczego Dacze przestrzegają tak ślepo tych swoich zasad, a czasem wręcz bezdusznie? Dlaczego w Daczlandii obowiązuje zasada my dla prawa, a nie prawo dla ludzi? No cóż.... Zasady i kwasy, a i owszem, chodzą czasem w parze, zwłaszcza tu w Holandii. Wynika to troszeczkę zapewne z racjonalności Daczy, którzy od uczuć, empatii, emocji czy w ogóle bycia ludzkim w stosunku do drugiego człowieka, wolą kierować się tym, co mają w papierach. A w papierach mają krok po kroczku, wszystko ustalone i ładnie rozpisane wedle schematów, wedle protokołów i nie ma tam zasady, by Dacz czasem kierował się również sumieniem i sercem, a nie zawsze głową i protokółami. I to jest chyba największy kwas daczowskich zasad, że ludzie są dla prawa, a nie prawo dla ludzi.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Sex, całusy i te sprawy, czyli savoir vivre po holendersku

Moi drodzy, zaczynamy dziś nowy cykl. Lubicie wyliczanki? No to przez najbliższe posty będziemy sobie wyliczać, czyli pobawimy się w nową grę i zabawę zwaną Wyliczanka Wydaczanka, czy jakoś tak. Jesteście gotowi? No to zaczynamy! Na początek będzie więc małe co nieco o holenderskich obyczajach, czyli dziś przejdziecie przyspieszony kurs savoir vivre dla Wydaczonych. No to gotowi? Można zaczynać? No to odliczamy! A raczej wyliczamy ;)

No. 1
Nie odwiedzaj Holendra bez zapowiedzi! Tu nie ma gość w dom, bóg w dom. Tu jest raczej znajomy na chacie bez zapowiedzi, równa się wrzód na daczowskim tyłku (i to jest w miarę delikatnie powiedziane). Tu bez wcześniejszego umówienia się i zapisania w agendę jesteś intruzem. Spontaniczność to dla Dacza fanaberia plebsu. Tu wszystko musi się odbywać wedle kalendarza, wedle planu, wedle zasad, czyli wedle świętej niczym biblia, agendy. Tutaj znajdziecie dowód rzeczowy: Afspraak is afspraak, czyli biblia Dacza

No. 2
Jedna kawa, jedno ciastko. Na czym to polega? Gdy pójdziecie w gości do typowo holenderskiego domu dostaniecie do jednej kawy czy herbaty, tylko jedno ciastko. I tyle. Pudełko z ciastkami zostanie zamknięte i odłożone na półkę. Chcecie drugie ciastko? To musicie wypić drugą kawę, choć w Holandii w gościnie nie wypada pić więcej, niż dwie filiżanki. I nie wypada dopominać się o więcej ciastek. Ha, i to nie jest żaden żart z mojej strony, tylko taki psikus i niuansik Daczy!

No. 3
Przy pierwszym spotkaniu obowiązuje uścisk dłoni, przedstawienie się z imienia oraz z nazwiska i zazwyczaj wtedy Dacz od razu przechodzi z tobą na „ty”. Każde następne spotkanie to trzy razy buziak na powitanie. Czy zaczniecie od lewego, czy prawego policzka, to nie ma tak naprawdę większego znaczenia, bylebyście zaczęli i skończyli na tej samej części twarzy. Uwaga! Często Dacze cmokają się w powietrzu, zatem takich cmokaczy również potraktujmy w ten sam sposób, czyli całujemy wówczas nie bezpośrednio w policzek, ale w próżnię co najmniej 10 cm od daczowskiej facjaty.


No. 4
Przy większych i mniejszych small talkach ani słowa o seksie. Nawet w żartach. Tu nie ma powiedzonka: „To było tak pyszne, że miałem/miałam orgazm kulinarny”. Wszelkie słowa nawiązujące do seksu to w Holandii faux pas. Należy pamiętać, że Holendrzy to dość sztywna nacja i wbrew pozorom bardzo konserwatywna, stąd tematy mogące wywołać mniejsze czy większe emocje, nie rozluźniają wcale Daczy, a wręcz odwrotnie, jeszcze bardziej spinają ich pośladki.

No. 5
O tym już było, ale należy to powtórzyć, że w Holandii trzeba jeść zawsze dwoma sztućcami, czy to widelcem i nożem, czy to nożem i łyżką. Nawet taką sałatkę. Inaczej Dacze będą patrzeć na ciebie, jak na człowieka z buszu, bez ogłady i kultury. Nie bądźmy więc barbarzyńcami w ich oczach i w towarzystwie Daczy nie jedźmy absolutnie nic samym widelcem, no chyba, że zamówiliśmy zupę. Eet smakelijk!

No. 6
Mów dwa tony ciszej. Ponieważ w naszej słowiańskiej krwi zamiast lodu, płynie temperament, przez co lubimy dyskutować głośno i gestykulując, co dla Dacza z boku wygląda często i gęsto, jakbyśmy właśnie byli w ferworze walki i w samym środku zawziętej kłótni. Dacze są wyważeni, z rzadka czymkolwiek się ekscytują i nie lubią przebywać w towarzystwie głośnych ludzi, bo takie osobniki także spinają ich pośladki i mięśnie na łokciach.


No. 7
Gdy pożyczasz pieniądze od Dacza, oddaj mu jak najszybciej. Dacze upomną się o swoją kasę szybko, choćby to było 50 eurocentów i tu macie znów dowód: Where is my money man? Czyli ponownie 50 eurocent of shame. I będą się upominać dopóty dopóki nie odzyskają, co do nich należy. Lepiej więc nie wchodzić z Daczem na wojenną ścieżkę i w konflikty dotyczące finansów. A najlepiej to w ogóle od nich pieniędzy nigdy nie pożyczać. Amen.

No. 8
Dość kontrowersyjne, ale prawdziwe, czyli nie obsikuj deski w publicznej damskiej toalecie. Doprawdy nie wiem, jak to robią Daczki, ale wszystkie toalety (oczywiście nie liczę tych, które znajdują się w typowo turystycznych obszarach kraju) czy to w restauracjach, czy na siłowni, zawsze są czyste. Nie ma problemów, jak w Polsce, spowodowanych tak zwanym „sikaniem dam na Małysza”, gdzie potem wszystko dookoła w WC jest… Zresztą, łatwo to sobie wyobrazić i nie jest to zbyt estetyczna wizja (ani widok na żywo). W Holandii jest taka dobra i mądra zasada mówiąca, zostaw po sobie taki sam porządek, jaki chciałabyś zastać.

No. 9
Nie rzucaj słów na wiatr. Holendrzy to honorowy naród i umowa ustna ma niemal taką samą moc prawną, co umowa na papierze. Nie wypełnienie obietnicy automatycznie czyni cię osobą niewiarygodną i niewartą dalszej współpracy. I taka opinia może się za tobą ciągnąć i ciągnąć wśród znacznej większości holenderskiej komuny, bo Dacze to straszne paple i lubią sobie czasem rozluźnić pośladki obsmarowując tyłki innym w towarzystwie.

No. 10
I najważniejsze – nie narzekaj. Wyjątek stanowi tu pogoda. Na pogodę możesz narzekać w Holandii zawsze, wszędzie i ile wlezie (choć z drugiej strony ostatnimi czasy jakoś to narzekanie na pogodę za bardzo nie ma sensu, bo mamy teraz piękne lato, które chyba zawitało do Daczlandii na dłużej). Holendrzy nie są narodem, który ma w zwyczaju użalać się nad sobą, robić z siebie ofiary, czyli jak to doskonale określa angielskie słówko, „victimising”. Tam gdzie przeciętny Polak widzi problemy, Holendrzy widzą wyzwanie, więc tu w czasie small talków nikt nie płacze, że strzela mu w krzyżu, stawy trzeszczą, dzieciaki nie dają spać, a żona znów przypaliła obiad (jeśli już w ogóle go ugotowała). Dacze skupiają się na rzeczach istotnych, konkretach i są narodem, który nie lubi okazywać słabości. Zatem zawsze twardo się uśmiechaj i ciągle mów, że u ciebie prima! A jak, bo to lepiej niż goed!

I na koniec pamiętaj, że czasem czegokolwiek nie zrobisz, jakkolwiek nie będziesz otwarty, miły, uprzejmy i uśmiechnięty dla Daczy, to i tak:

piątek, 26 lipca 2013

Pablo jest 'under arrest', czyli jak holenderska policja zgarnęła polskiego 'bossa wszystkich mafii'

Dziś będzie bardzo krótko słowem wstępu. Oto przed Wami historia Pabla, która prawdopodobnie jest jedną z najbardziej hardcorowych opowieści nie tylko na tym blogu, ale i w całej historii wszystkich poprzednich i wszystkich następnych pokoleń Wydaczonych. Zapnijcie więc pasy, bo przed Wami ostra jazda ;)

I tak pewnego razu....

Wracam sobie spokojnie przez Amsterdam z lanchu samochodem, do pracy w jednym z banków. W pewnym momencie zaskakuje mnie gliniarz na motorku i przyjaźnie machając, zaprasza do 'rutynowej' kontroli. Nieopodal czekają już jego koledzy, również weseli i uśmiechnięci. Jestem do tej zabawy już przyzwyczajony, w końcu mam amerykańska furę na polskich blachach, a to jest więcej niż podejrzane w Daczlandii. Po wymianie paru zwyczajowych uprzejmości typu, ile mam koni i co ja tu robię, panowie nawiązują łączność radiową z baza. Słyszę, że głos im nieco poważnieje, w końcu jeden z nich podchodzi do mnie i oświadcza z trwogą w oczach, niczym w gangsterskim filmie, że jestem under arrest!.


Ja, jeszcze nie wyczuwając, że teraz gramy w nową grę, odparłem z uśmiechem, żeby skończyli wygłupy, bo do pracy się śpieszę i tak dalej. Ale oni (bo już się przegrupowali i zaatakowali we 4, żeby dodać sobie odwagi), kazali mi się odwrócić, położyć ręce na maskę, przeszukali mnie, po czym zakuli w kajdanki. Pytam wtf? A oni na to, ze jest za mną rozesłany międzynarodowy list gończy. Z Rosji! Oczywiście tłumaczenie, że to pomyłka itd, tylko ich utwierdziło w przekonaniu, że dorwali grubą rybę międzynarodowej przestępczości :)

Skutego, eskortowali mnie we 4, zapakowali w policyjną sukę i na komisariat. Tam zamknęli w takiej śmiesznej szklanej celi. No to się pytam przez megafon, czy mnie już chociaż rozkuć mogą? Po naradzie, z pewną taką nieśmiałością, zgodzili się. No to ja idąc za ciosem pytam, czy jeszcze zadzwonić mogę (na amerykańskich filmach przecież można, nie?). Wiec znów po naradzie pytają podejrzliwie no a gdzie? Odpowiadam A no do pracy, kochaniutcy, że nie wrócę sobie dzisiaj, bo mnie przyaresztować postanowiliście! I oni mi na A to my zadzwonimy do banku i wyjaśnimy sytuację. Taaaa... Bardzo dziękuje, ale wolałbym jednak sam :)
 
Dzwonię więc do kumpla, pana K, i mu opowiadam, żem zaaresztowany. Na to on, rozbawiony, żebym wracał do roboty, a nie głupoty wymyślał. Na to ja, że wiem, że mi nie wierzy, ale to wszystko prawda! Kumpel wszedł przez Ajfona na bazę Interpolu i w 3 minuty wiedział, że to głupia pomyłka. Jednak dzielna policja z okręgu Amsterdam-Amstelland dwie bite godziny walczyła ze swoimi superkomputerami, zanim ostatecznie ustaliła, że poszukiwany ma alias faktycznie taki sam, jak moje nazwisko, no ale poza tym jest ode mnie 15 lat starszy, 10 cm wyższy, ma inne imię, inną narodowość, ogólnie ani jeden szczegół się nie zgadza, poza tym jednym jedynym, więc to (chyba) nie ja...


Zapytałem tylko grzecznie, czy jak w bazie poszukiwanych jest na przykład pan Smith, to czy aresztują wszystkich Smithów w całym kraju? No ale chyba nie załapali dowcipu... Ale ponieważ dzień później leciałem do Londka spytałem jeszcze, czy na Schipholu mnie znów czasem nie zaaresztują, bo pewnie mają te same systemy? Odpowiedź była prawdziwym nockoutem: och, nie martw się, wyjaśnisz im, że to pomyłka i nie będzie problemu :)

PS Rok później znowu mnie zatrzymali, ale to już zupełnie inna historia...

wtorek, 23 lipca 2013

Gdzie na plażę w Holandii? Czyli jedziemy do Vlissingen!

Cuda zdarzają się na całym świecie każdego dnia niezauważalnie. A tu proszę, prosto z niebo spadł na nas niczym w przypowieściach biblijnych cud niespodziewany, cud nadnaturalny, cud dla wszystkich ogólnodostępny, czyli cud w postaci prawdziwego lata. Tak, tak! Do Holandii zawitało prawdziwe lato i niczym obwoźne wesołe miasteczko tudzież cyrk, zapewnia nam tu wszystkim zgromadzonym tyle radości, tyle rozrywki i tale funu, że wszyscy czujemy się jak małe dzieci! Zresztą, taki prezent od natury Holendrzy co roku umieszczają na pierwszym miejscu w liście do Świętego Mikołaja. Drogi Mikołaju, podaruj nam trochę słońca... I w tym roku modły i prośby zostały wysłuchane, i tak z drobnymi przerwami, niemal już od dwóch tygodni rozkoszujemy się tu w całej Holandii prawie w 100% błękitnym niebem i temperaturą liczącą sobie ponad 30°C. Jednym słowem, nie ma już gadania, czy dziś jest kloteweer, czy tam lekkerweer. Nie ma już gadania o pogodzie, bo zamiast tego rozkoszujemy się nią w pełni bez słów! Niemal jak na wakacjach!

Nawet wczoraj, w poniedziałek, w Amsterdamie, o godzinie 22.00 wszystkie bary w naszej okolicy były pełne turystów, jak i samych Daczy, delektujących się typowo holenderskim letnim orzeźwiaczem, czyli białym piwem podawanym z cytrynką (witbier). To moje drugie lato w Amsterdamie i muszę przyznać, że nawet nie ma porównania z poprzednim rokiem. Zeszły lipiec pamiętam jako jedną niekończącą się ścianę deszczu, z temperaturą nie przekraczającą 20°C i tylko z jedną przejażdżką po tutejszych kanałach, gdy akurat był jeden w miarę znośny wieczór.

Zatem co robić, poza oczywistą wycieczką łódką po kanałach, w tak piękną i wymarzoną pogodę? Oczywiście trzeba się wybrać na plażę! A tych tutaj nie brakuje! Holandia ma w sobie ten plus, że nie jest dużym krajem i wycieczka nad morze z Amsterdamu nie zajmuje tyle, co droga z Krakowa do Gdańska. W Holandii jest wiele urokliwych plaż do wyboru. Większość z nich jest do siebie dość podobna i jest podobna do plaż w Polsce. Zatem są one piaszczyste, szerokie, czyste, zadbane i oczywiście w takie upalne dni jak ostatnimi czasy, nieco zatłoczone. No ale w końcu jest przecież sezon wakacji szkolnych, zatem dzieciaków na plażach jest i cała masa. Temperatura wody również porównywalna z naszym Bałtykiem. Czyli jest okej, znośnie i ja tam bez problemu pływam sobie, choć staram się podobnie jak w Polsce, omijać meduzy.

Chcąc więc wykorzystać ten prawdziwy cud i dar natury, postanowiliśmy zrobić sobie z lubym długi weekend. W sobotę skoro świt, 13.00 popołudniu zapakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy w jego rodzinne okolice, czyli do prowincji Zeeland. Zeeland znajduje się na północnym-zachodzie kraju i słynie z pięknych widoków, jak i również pięknych plaż. Na prowincję składa się wiele mniejszych lub większych wysepek, których większość położona jest poniżej poziomu morza. W czasie sezonu letniego populacja może zwiększać się tu dwukrotnie w dłużej mierze dzięki niemieckim turystom. To również w Zeeland znajduje się jeden z najdłuższych mostów na świecie (a swojego czasu najdłuższy) i najdłuższy w Holandii - Zeelandbrug liczący 5022 m. Most ten łączy dwie wyspy Schouwen-Duiveland i Noord-Beveland.

Zatem jedziemy. W sobotę akurat niebo zasnuło się dość gęstymi chmurami, choć nadal było bardzo ciepło. Dla nas bomba, bo po pierwsze A - nie mamy klimy w aucie, po drugie B - chcemy pozwiedzać, a w upał i w pełnym słońcu raczej skończylibyśmy bycząc się na plaży (a to robiliśmy z prawdziwą wprawą leniwców przez następne dwa dni). Luby postanowił twardo pokazać mi swoje wszystkie ulubione miejsca z dzieciństwa i tak rozpoczęliśmy naszą wycieczkę krajoznawczą po Zeeland. Zwiedziliśmy całą masę urokliwych, małych i mniejszych wiosek, w których mijani po drodze mieszkańcy machali nam na powitanie i pozdrawiali nas z uśmiechem. Nawet mali chłopcy chodzą tam w chodakach, o których zawsze myślałam, że obecnie są już tylko reliktem przeszłości, takim gadżetem dla turystów. Dalej jakieś dziewczynki łowią ryby w stawie, a kot w jednej z tamtejszych kawiarni, w której czas jakby stanął w miejscu, leniwie wyleguje się na krzesełku przeznaczonym dla gości. Normalnie sielanka będąca skrzyżowaniem Klanu, Złotopolskich i M jak miłość. Wyciągam więc szybko wnioski: czyżby mieszczuchy z Amsterdamu nie potrafiły się wyluzować tak, jak ludzie z prowincji, przez budowanie podziemnego skarbca à la Sknerus McKwacz?


 W każdym razie jedziemy, czasem zatrzymujemy się podziwiać widoki, albo po prostu napić się kawy. Podziwiamy przyrodę, piękne i urocze małe domki, krówki pasące się bez łańcuchów i koniki hasające wolno przy jakimś wodopoju. Jesteśmy zrelaksowani, nie jest ani za gorąco, ani za zimno, radyjko gra, a wiaterek ochładza nas przez otwarte (spuszczone?) szyby. I w takiej słodko-pierdzącej atmosferze dojechaliśmy do miejsca naszej głównej destynacji, czyli do miejscowości Vlissingen, a dokładnie do znajdującej się tam plaży. Może to nie jest jedna z najpiękniejszych plaż w Holandii, ale na pewno posiadająca jeden z najpiękniejszych i najdłuższych w Holandii bulwarów, czyli odpowiednika naszego polskiego deptaka. Jak już wspomniałam słoneczko tego dnia pokazywało się raczej sporadycznie, stąd zdjęcia nie oddają w pełni piękna i uroku tej plaży!


W epilogu co nieco może wspomnę o samym Vlissingen, ponieważ to dość popularna turystyczna miejscowość. Akurat w czasie naszej wycieczki, czyli w sobotę 20 lipca przebywało pokaźne obwoźne wesołe miasteczko, które zawsze w połowie lipca gości kilka dni w mieście. Kolejną atrakcją Vlissingen jest również co roku odbywające się na samym początku sierpnia Midzomernachtmarkt. W tym roku odbędzie się w piątek 2-go sierpnia. Tego dnia miasto zamienia się w jeden wielki festyn, podczas którego odbywają się wszelkiej maści imprezy i koncerty zwieńczone spektakularnym pokazem sztucznych ogni. Zaś na samym Midzomernachtmarkt można kupić naprawdę wszystko! W tym roku Midzomernachtmarkt odbędzie się w Vlissingen już po raz trzydziesty. Planujemy się tam wybrać z lubym, więc spodziewajcie się obszernej relacji z tego eventu;)

środa, 17 lipca 2013

Co Holendrów dziwi w Polakach, czyli 13-ście prawd o Wydaczonych

 Śmiejemy się ze skąpstwa Daczy, z ich sztywniactwa czy wybiórczej tolerancji. Żartujemy tu tak sobie, że nie ma Dacza bez agendy, tak jak nie ma Dynastii bez Alexis. Ale, gdy my tu tak sobie śmiechu i chichu z tych daczowskich przywar, w tym czasie Holendrzy również patrzą na nas czasem spod byka myśląc: you make my day, Polaczku! Dziś więc hop siup, zmiana frontu, hop siup odwracamy lustro i dziś przyjrzymy się naszym polskim przywarom, które rozśmieszają tak Daczy, aż obnażają zęby i wprawiają ich w permanentne zdziwienie pod tytułem wtf? (Why They're Freaks?). Oto przed Wami nie tyle, co parszywa trzynastka, ile przaśna niczym wiejska potańcówka w remizie na dożynkach 1988 w Grzybowie pod hasłem Szał i czar-par PGR-u. Zaskakująca niczym sławetny wówczas występ Grzybowianek z Koła Gospodyń Wiejskich. Oto więc i ona:

1. Kolejki.

No to zostało nam po czasach PRL-u. My Polacy chyba w jakiś masochistycznych zapędach kochamy kolejki i kochamy w nich stać. W Holandii już tej wątpliwej przyjemności raczej nie uświadczymy, chyba, że chcemy się wybrać do domu Anne Frank, tudzież innego popularnego muzeum. Na poczcie, w bankach, w urzędach czy w takim markecie w Holandii, idzie to bardzo szybko i sprawnie. Zatem, gdy Dacz ma pójść w Polsce na pocztę czy na zakupy do Tesco, szlag go trafia i psioczy po holendersku wniebogłosy. Bóg go jednak nie usłyszy (w Polsce bóg rozumie tylko po polsku) i biedak musi tak odstać te swoje kilka, kilkanaście, czy w ekstremalnych przypadkach, nawet kilkadziesiąt minut, aby wysłać do rodziców kartkę z takiego Krakowa na przykład.


2. Jedzenie jednym sztućcem.

Serio, serio. Cokolwiek je Dacz, zawsze używa do tego albo widelca i noża, albo widelca i łyżki. Zupa jest tu jedynym wyjątkiem, stąd może w Holandii prawie zup się nie jada (bo nie wypada). Dla Holendra to szczyt zniewagi, braku kultury i ogłady, gdy w towarzystwie będziesz jeść tylko widelcem. Bo jak to? Czemu? Przecież nie jesteś tu sam, świntuchu! Tyczy się to nawet sałatek, którą Dacz zawsze zje przy użyciu widelca i łyżki. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, ja się przyzwyczaiłam. Ba! Nawet do tego stopnia się wydaczyłam, że jedzenie jednym sztućcem faktycznie wydaje mi się jakoś takie nieestetyczne. Jakoś takie mało eleganckie.

3. Jedzenie obiadu ok 17.00.

I tu zawsze jest o to z lubym wojna światów. On najchętniej zawsze jadłby obiad (!) o 20.00, a nawet 21.00, a ja twardo chciałabym się trzymać 17.00. No może 17.30. I co? I ruskim targiem, a raczej daczowskim, stanęło na 19.00, co przez pierwsze pół roku zaowocowało dodatkowymi kilogramami tłuszczu, które musiałam wytopić na siłowni, aby zmieścić się w moje letnie sukienki. Holendrzy taki nasz polski obiad jedzą bardzo późno, później nawet niż my Polacy jemy lekką kolację. Cóż, zrozumiałabym to może, gdybyśmy żyli w takim ciepłym kraju, jak Włochy czy Grecja na przykład, gdzie przez upały chce się jeść dopiero po zachodzie słońca, ale tutaj? W tej krainie niemal wiecznych deszczów? No to tłumaczy, dlaczego tak dużo Daczy i Daczek bardzo intensywnie uprawia sport i siedzi w siłowniach do 23.00. Przecież trzeba to jakoś spalić!

4. Klaskanie w samolocie.

Oj tak! To zawsze bawi Dacza, gdy Polacy po wylądowaniu samolotu klaskają, jakby zobaczyli co dopiero małpie show w objazdowym zoo na swoim osiedlu. Sama do końca nie rozumiem czemu? Nie czemu Dacze się wtedy z nas śmieją, ale czemu my właściwie tak ochoczo klaskamy? Jak w chórku u Rubika. Ja wiem, że w ten sposób dziękujemy pilotowi za to, że dolecieliśmy w jednym kawałku do celu i za to, że nie wyrżnął orła przy lądowaniu, ale w sumie to chyba tylko my Polacy tak robimy... Że w tym sensie, że klaskamy. Że jak u Rubika...


5. Wygląd: t-shirty, dresy i krótko przystrzyżone włosy.

Dacz bezbłędnie wyłoni z tłumu Polaka (i wzajemnie). Dla Dacza wszyscy Polacy (nie mylić z Polkami!) wyglądają tak samo. Noszą t-shirty (czasem nazbyt ciasne), dresy, a na elegantsze okazje przywdziewają jeansy. Dacze nie mogą się też nadziwić, dlaczego prawie wszyscy Polacy noszą krótko przystrzyżone włosy. I w ten sposób dla Dacza przeciętny Polak, niczym Azjata, niczym nie wyróżnia się z tłumu i każdy wygląda dla nich niemal tak samo, jak ludziki z klocków Lego.

6. Piwo: półlitrowe i z sokiem.

Dla Daczy wprawionych od pokoleń w piciu piwa, Polacy są prawdziwymi profanatorami tej sztuki. Raz, w Holandii nie dostaniesz prawie w żadnym barze półlitrowego piwa, największa szklanka ma pojemność 330ml, a popularne tu tak zwane fluitje to mają mniej niż 200ml... Dacz nie rozumie, dlaczego Polak nie chce zimnego piwa, tylko sączy te swoje pół litra, które już w połowie robi się ciepłe. Po pierwsze, Dacz nie wie, że Polak rzadko kiedy sączy piwo, a raczej, mówiąc kolokwialnie i dosadnie, chleje je dość szybko. I po drugie, to dość dziwne, że zawsze super oszczędny Dacz nie rozumie tej prawidłowości, że dla Polaka tak jest po prostu ekonomicznej. W ten sposób można zaoszczędzić i pieniądze, i czas, bo po co dwa razy stać w kolejce po nasze polskie małe piwo? A piwo z sokiem to już prawdziwy dramat i horror Dacza, gdy słyszy w barze, jak ktoś tak owe zamawia z sokiem malinowym czy imbirowym. Żegna się wtedy taki Dacz lamentując, że całe pokolenie Heinekenów przewraca się w grobie wymiotując. 

7. Wódka do obiadu.

Może to tylko specjalność mojej babuleńki, ale Dacz nie potrafi zrozumieć, jakim cudem w polskich domach do obiadu zamiast wina, czy w ostateczności piwa, podawana jest wódka. A już na Wielkanoc czy Boże Narodzenie Dacz patrzy na polską rodzinę przy stole, jak na rodzinę Adamsów, jak na bandę wariatów i alkoholików, którzy stukając się kieliszkami tłumaczą, że to na lepsze trawienie. Że to na zdrowie! To dowód dla Dacza, że nam tylko pijaństwo w głowie...


8. Słodkie wina w sklepach i w restauracjach.

I idąc dalej tropem alkoholi, po piwie i wódce, mamy wina, które dla Dacza występują w jednej tylko postaci: wytrawnej. Dla mnie bomba, bo nie lubię słodkich win, ale z drugiej strony jako wielka fanka wolnej woli i wyboru, nie widzę przeszkód, dlaczego w polskich restauracjach czy sklepach nie miałoby być w asortymencie słodkiego wina? No w myśl zasady, dla każdego coś miłego. Jednak Dacze kręcą tylko głową i wyglądają, jakby zbierało im się na wymioty, gdy w polskiej restauracji kelnerka pyta: sweet or dry wine? No znów ta nasza polska profanacja alkoholi!

9. Fusiasta kawa.

Tu kolejna profanacja, bo kultura picia kawy w Holandii to bardzo (po)ważna sprawa! Moja mama jest wielką fanką reliktu komuny, czyli tak zwanej fusiastej kawy. Widząc to pierwszy raz mój luby prawie złapał się za głowę i pytał, czemu moja mama nie przepuści sobie tych fusów przez jakiś filtr? No to tłumaczę mu, że no risk, no fun. W Posce kawa jest nie po to, by się nią delektować, ale żeby taka siekierezada szybko postawiła cię na nogi. I ponoć właśnie (według mojej mamy) nie ma mocniejszej kawy, niż ta pita z fusami osadzonymi na spodzie (i tymi wyplutymi z wierzchu). A już w ogóle, jak moja mama pije swoją fusiastą kawę ze szklanki w srebrnym spodku, luby powtarza wtedy swoje ulubione: silly, silly Polish. Ale mama się jakoś nie obraża. True story.

10. Lektor w tv.

Nie dubbing, nie napisy, ale właśnie lektor. To jest so so Polish! No fakt, nie tylko Dacz jest zdziwiony po raz pierwszy włączając w Polsce telewizor. Ci, co siedzą dłużej za granicą pewnie zgodzą się, że jest to trochę faktycznie bez sensu, gdy monotonny głos jakiegoś faceta (bo nigdy nie kobiety) mówi dialogi wszystkich aktorów. Gdyby zamiast lektora dać tak napisy do wszystkich filmów w tv, pewnie więcej ludzi w Polsce mówiłoby po angielsku. A przynajmniej więcej rozumiałoby w tym języku. Mój luby na początku w ogóle uważał, że ten facet, ten lektor w tv to pewnie tłumaczy, co się dzieje na ekranie, bo to niby taka wersja dla niewidomych.Tak sobie naprawdę naiwnie biedny myślał. Ponoć nie on jeden.

11. Zmienianie tytułów filmów.

To samo się tyczy filmów. Jednak tu akurat to nawet my Polacy bardzo często jesteśmy zdziwieni, jak daleko do granic abstrakcji i jak daleko do granic absurdu posuwa się wyobraźnia polskich dystrybutorów w tłumaczeniu zagranicznych tytułów filmów. Oto kilka najbzdurniejszych przykładów, żeby no wiecie, make your day Kochani.

Filmy:
Wirujący Seks (Dirty Dancing)
Szklana Pułapka (Die Hard )
Podziemny Krąg (Fight Club)
Więzień nienawiści (American History X)
Kac Vegas w Bankoku (?!) (Hangover. Part II)
Oszukać przeznaczenie (The Final Destination)
Szkoła uwodzenia (Cruel Intentions)
 

Seriale :
Moda na sukces (Bold and Beautiful)
Skazany na śmierć (Prison Break)
Gotowe na wszystko (Desperate housewives)
Świat według Bundych (Married with Children)
 
12. Wesela.

I tu dla Dacze jest prawdziwy szok. Kulturowy. Dacz w swym skąpstwie nie będzie wydawał nie wiadomo ile na swoje wesele. Tym bardziej, że nigdy tak owe mu się nie zwróci, jak zdarza się to często w Polsce, bo w Holandii kopertę dać w prezencie to wręcz faux pas! Tutaj co najwyżej zrzuci się 10-ciu Daczy po 10 euro i dadzą na prezent jakiś cooler do szampana. I wsio. Wesele w Holandii zawsze trwa tylko jeden dzień i rzadko można się spotkać, że Dacze zaserwują coś więcej, niż tylko przystawki. A w Polsce? Postaw się, a zastaw się! Dacz na polskim weselu nie może wyjść z szoku i z podziwu, że tyle jedzenia, że tyle picia, muzyka na żywo, a i jeszcze butelkę wódki drugiego dnia dostanie się na wyjściu. Wow! No i jeszcze te koperty w prezencie... Marzenie Dacza. No ale niestety, u nich nie wypada, kopert się nie składa, tylko dostanie taki Dacz ze 3 coolery do szampana i swoje wesele musi przedziadować przy mięsnych kulkach i kilku butelkach piwa, gdzie my w Polsce bawimy się na bogato! Z udźcem, dzikiem czy tam guźcem (taką świnią z Afryki)!

 
13. Polskie słowa: fajerwerki lub ała.

Dacze śmieszą niektóre z naszych spolszczonych z angielskiego słów. Jak usłyszy Dacz nasze fajerwerki nie może przestać się śmiać i dziwić się, dlaczego nie zostawiliśmy fireworks, skoro na przykład weekend w Polsce zostawiliśmy jako weekend, a nie łykend. To samo z naszym polskim ała krzyczanym przez nas w chwilach mniejszej czy większej agonii. Na całym świecie ludzie krzyczą ał, a my Polacy, a co, lubimy sobie wszystko przedłużać, to czemu nie wydłużyć swojego cierpienia, krzycząc donośnie ałaaaaaa! I jak to mówi o nas mój luby, Polacy znają angielski lepiej, niż sami Anglicy, bo u nas zamiast, jak na całym świecie nie mówi się boyband, tylko w liczbie mnogiej boysband!

*I............... piękne kobiety wisienką na torcie :)

Choć tu akurat nie ma się czemu dziwić, bo w Polsce są same śliczne i zadbane kobitki!!! Biedny więc taki Dacz, co się tylko Daczek u siebie naogląda, a przyjedzie do Polski i nie może wyjść z szoku i z podziwu, ile u nas laseczek chodzi po ulicy. No, ale w końcu polskie kobiety to nasze dobro narodowe! I za to wypijmy na zdrowie, abyśmy rosły ładne i zdrowe ;)

niedziela, 14 lipca 2013

Afspraak is afspraak, czyli biblia Dacza

W Holandii istnieje jedno słowo, które jest oznaką dla każdego Dacza, że oto grasz w ich drużynie, że jesteś już jednym z wydaczonych graczy. To słowo jest kluczem, nie tyle co do serca Dacza, ile co do jego życia. Bez tego słowa każdy Dacz zginąłby w chaosie i popadłby w niełaskę spontaniczności, a nawet co bardziej prawdopodobnie, straciłby biedak sens życia. Dla tych, co mieszkają już dłużej w Holandii, to słowo pewnie nie jest ani żadną zagadką, ani tajemnicą. Wiecie już, o co chodzi? Tak! Zgadza się! Bingo! Oczywiście chodzi o legendarną w Holandii agendę.

Agendę każdy Dacz ma i bez gadania. Koniec. Kropka. Agendę trzeba mieć, dla agendy trzeba żyć. Czy to w wersji analogowej w postaci oldschoolowego papierkowego organizera, czy w wersji cyfrowej w swoim BlackBerry, albo w komputerze zrobioną w Excelu, agendę trzeba po prostu mieć. Co więcej, w Holandii pełno jest wszelkiej maści programów mających na celu pomóc stworzyć Daczowi agendę doskonałą czy to w swoim telefonie, czy w laptopie. True story.


I nawet mój luby, którego nigdy, ale to nigdy nie zaklasyfikowałabym jako typowego Dacza, też ma agendę, którą traktuje niemal z takim namaszczeniem, jakby to co najmniej była biblia, w której może znaleźć odpowiedzi na wszystko, a zwłaszcza na egzystencjalne problemy tego świata. Ba! Co więcej, kilka tygodni po tym, jak przeprowadziłam się do Amsterdamu, padło z ust lubego sakramentalne: kochanie, może już tak nadszedł czas, abyś i ty zaczęła prowadzić swoją agendę? I usłyszał ode mnie w odpowiedzi: nie, nie, nie i jeszcze raz NIE! O nie! Co to, to nie! Nigdy w życiu! Aż tak, to nigdy nie dam się wydaczyć! Nikomu! I kiedy luby popadł w całkowity obłęd absurdu związanego z agendą mówiąc mi, że pomoże mi ją zrobić w Excelu, powiedziałam dość! I powiedział to tak stanowczo i dobitnie, że już później nie wróciliśmy do tego tematu. Nigdy.

Teraz za każdym razem, gdy słyszę z ust Dacza albo Daczki, z którym/którą chcę umówić się tylko na chwilę, tylko na godzinę na kawę lub piwo, słyszę: muszę wpierw sprawdzić w swojej agendzie, kiedy i czy w ogóle mam czas na to. C’mon! Ludzie! Trochę luzu! Trochę spontaniczności! Dajcie już spokój z tym organizowaniem sobie życia co do ostatniej minuty i co do ostatniej sekundy, a najlepiej jeszcze z wyprzedzeniem co najmniej na pół roku! Act normal!

PS Moja agenda na co dzień wygląda mniej więcej tak: