sobota, 31 sierpnia 2013

It's okey to be gay, czyli coming out możliwy w Holandii w każdym wieku?

Generalnie nie uważam, iż moje pokolenie cechuje homofobia. Przynajmniej wśród moich znajomych nie znam nikogo, kto ma problemy z odmienną orientacją innych osób. Owszem, zdarza się każdemu z nas rzucić czasem określeniem Gay like Christmas, ale tak mówimy pieszczotliwie, z sympatią, o bardzo 'kobiecych' gejach. Takie to już mamy czasy, że homoseksualizm i biseksualizm przestały już szokować. Tym bardziej w Amsterdamie, gdzie co roku Parada Homoseksualistów przyciąga do miasta prawie milion ludzi wszystkich orientacji.
 
Pochodzę też z tolerancyjnej rodziny. Mimo, że moja mama jest katoliczką, naprawdę mało rzeczy ją szokuje. No tak mnie z siostrą rodzice wychowywali, że wierzymy w prawo do decydowania o samym sobie i o swoim życiu w myśl zasady wolno(ś)ć Tomku w swoim domku. Poza tym uwielbiam filmy Pedro Almodovara. Wszystkie, nawet Złe wychowanie. O co mi chodzi, do czego zmierzam? W ten sposób dążę do puenty, że w temacie homoseksualizmu może nie, że nic nie jest mi obce, ale nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. A tak przynajmniej mi się wydawało. Do niedawna.

Pewnej sierpniowej słonecznej niedzieli pojechaliśmy z lubym w jego rodzinne strony do Zeeland na zjazd rodzinny organizowany w domu jego babci. Od dawna wiem, że brat mamy mojego lubego jest gejem. Ma pięćdziesiąt parę lat i od ponad dwudziestu lat chłopaka, z którym razem też mieszkają. Nie wzięli jednak nigdy ślubu, choć od lat żyją, jak mąż z mężem. No taka typowa holenderska rodzina, w której zawsze jakiś gej się znajdzie. Wujka lubego i jego partnera znam już od dawna, bo już dwa lata z rzędu spędzaliśmy z nimi Boże Narodzenie. To strasznie fajna para, mili i ciepli ludzie. Dżentelmeni w wieku moich rodziców, którzy mieli to szczęście, że urodzili się w czasach, w których w Holandii nie trzeba się było ukrywać z homoseksualizmem. Ale...


Ale inaczej ma się sprawa z ludźmi z pokolenia moich dziadków. I mam na myśli oczywiście tu, w Holandii, bo gdyby wujek mojego lubego urodził się to w Polsce, to pewnie dopiero wychodziłby z szafy zostawiając swoją żonę z dwójką czy też trójką dzieci. I z psem. Ale do sedna. Otóż na owym zjeździe rodzinnym pojawił się niewidziany od kilku lat członek rodziny, prawie osiemdziesięcioletni młodszy brat babci mojego lubego. Człowiek przesympatyczny i jak to się mawia w kuluarach, Gay like Christmas. No i teraz tak... Gej w moim wieku, nic szokującego. Gej w wieku moich rodziców, no okej. Gej w wieku moich dziadków, a nawet i starszy, hmmm. A to nowość. 

I wywiązała się z moim lubym dyskusja, jak to wyglądało w Holandii, w czasach naszych dziadków, sprawa bycia gejem. Do czego piejesz? Pytał mnie luby. No jak, chodzi mi o twojego wujka, brata twojej babci. Tłumaczę mu. Ale ja nie wiem, czy on jest gejem. Yyyyyy, że co? No proszę cię... I mój luby pyta mnie, że na serio, na jakiej podstawie takie wnioski wynoszę? Hmmm. Niech no wyliczę. Otóż wujek przez lata pracował w modzie. Nigdy nie był żonaty ani nie miał dzieci. No i jego zachowanie, jego sposób bycia, w pewien sposób mogą sugerować jego odmienną orientację. Luby się nie ugiął. Jak widać gejem można być tylko do pewnego wieku, a raczej tylko od pewnej epoki. Od tej epoki, w którym stało się to "dozwolone".

W każdym bądź razie do końca tej rodzinnej imprezy tematu wujka już nie poruszaliśmy. Sytuacja się zmieniła, gdy wujek wracał z nami samochodem do Amsterdamu. Ja, jak to mam w swoim zwyczaju, całą drogą przespałam, a wujek trajkotał przez cały czas, po holendersku, oczywiście. Gdy zajechaliśmy pod jego mieszkanie, wujek zaproponował, abyśmy wstąpili na coś do picia. Luby, który wujka od lat nie widział i nigdy nie był w jego mieszkaniu, oczywiście ochoczo przystał na jego propozycję, mimo, że już prawie północ dochodziła, a nazajutrz trzeba było wstać skoro świt. 

Zajeżdżamy więc na nowe osiedle koło Stadionu Olimpijskiego z rzadko spotykanym w Amsterdamie wynalazkiem zwanym widną. A że wujek o lasce, to nowe gniazdko musiał wybrać z tym jednym warunkiem. Winda więc zawiozło nas na szczyt budynku, do, jak się okazało, muzeum kiczu i wszelkich pierdół imienia Liberace. Sędziwy pan kolekcjonował bowiem wszystko, przez stare kasetki, po porcelanowe figurki i talerze, aż po jakieś afrykańskie posągi. W łazience przypominającej rzymską łaźnię, pełno było rzymskich kolumn z marmurów (?), roznegliżowanych posągów i wielkiej rzymskiej głowy wystającej obok umywalki. Tia... To było najdziwniejsze mieszkanie, w jakim kiedykolwiek byłam. 

Najciekawsza jednak była sypialnia, w której obok łóżka wisiało pełno zdjęć i portretów różnych mężczyzn. Niektórzy z nich byli nadzy. Taki trochę soft erotic klimat w stylu zdjęć Bruce'a Webera. Ciekawy był również kolaż z pięknymi młodzieńcami... Nie powiem, chyba odnalazłam w tym temacie bratnią duszę. Oczywiście chodzi mi o kolaże.

Siedząc w salonie, w którym spoglądało na mnie milion porcelanowych figurek, piłam wodę i zastanawiałam się, kto tu sprząta i jak długo mu/jej to zajmuje, bo nigdzie nie dostrzegłam nawet milimetra kurzu. Oczywiście meble, piękne pozłacane antyki, równie zadbane, odrestaurowane, jeszcze bardziej nadawały temu miejscu pewnej dziwności, by nie powiedzieć dziwaczności.

Gdy pożegnaliśmy się z wujkiem, który zaprosił nas we wrześniu na swój artystyczny wernisaż, luby jeszcze w windzie przyznał mi, że wujek jest jednak ten teges. Że jest chyba gejem. I teraz zastanawiam się, czy sędziwy wujek miał swój oficjalny coming out, czy dalej pozostała część rodziny żyje w tej niewiedzy i w tej nieświadomości? A może w pewnym wieku, już nie wypada... pewnych spraw rozgrzebywać? Lepiej ich już nie roztrząsać? A może to znów jest ta daczowska wybiórcza tolerancja? Może gay is okey pod warunkiem, że na starość mu przejdzie? ;) No nie sądzę, a zresztą, sama już nie wiem. W końcu pierwszy raz w życiu miałam przyjemność poznać prawie osiemdziesięcioletniego geja. I wiecie co? Wcale nie wyglądał mi na faceta, który boi się wyjść z szafy. On się po prostu raczej w niej... zasiedział.

środa, 28 sierpnia 2013

Pan Mareczek, czyli polski konfesjonał (sklep) w Amsterdamie

Kochani, no taki to sezon, że wakacje, że festiwale, że wesela no i człowiek jakoś tak zapomina (a raczej chce zapomnieć) o Facebooku, o komputerze, a nawet o telefonie (w którym też ma Facebooka, rzecz jasna). Zatem powracam, odradzam się niczym feniks z popiołów i głoszę nowe wydaczone historie. Dziś na rozgrzewkę coś dla tych, co kochają polskie przysmaki, czyli konfesjonał Pana Mareczka. 


Jest takie miejsce w Amsterdamie, w którym prędzej czy później ląduje każdy Polak (czytaj Wydaczony) mieszkający w stolicy Daczlandii. Mowa oczywiście o Poolse Winkel, czyli polskim sklepie przy Van Woustraat 182-D. Polski sklep pod przewodnictwem pana Mareczka to taka nasza tutejsza mała oaza polskości, w której już od progu można usłyszeć polskie 'Dzień dobry'. Rok temu, dokładnie w Wigilię, wchodząc do tego sklepu tak z ulicy, tak z dworu, naprawdę można było poczuć się jak w domu. Pełno Polaków rozmawiających o zarzynaniu karpi i lamentujących, dlaczegoż to uszka już się skończyły (ha! wiedząc, że święta spędzę w Daczlandii, ja swoje uszka nabyłam trzy dni przed Wigilią). Kolejki do kasy, zakupy last minute i pan Mareczek słuchający niczym ksiądz w konfesjonale, świąteczne Polaków rozmowy. Aż muszę przyznać, że ta wizyta w polskim sklepie made my dacz Wigilia!

Jednak, co ciekawe, na pielgrzymki przychodzą tam nie tylko wydaczeni Polacy spragnieni pierogów, kefirku czy prawdziwej polskiej kiełbasy, ale jak się ostatnio okazuje, spragnieni i... poezji! Otóż tak, pan Mareczek, właściciel tego przybytku kulinarnej rozpusty w polskim stylu mającej w swojej ofercie wszystkie nasze regionalne produkty i przysmaczki (mówiąc szyfrem, o pewne produkty trzeba pytać zza zaplecza,  zza lady, jak na przykład o pyszne 'herbaty' ze specjalną polską trawą w środku podawane najczęściej z sokiem jabłkowym), postanowił dać wyraz nie tylko swojej naturze biznesmena-sprzedawcy, ale i artysty. I tym sposobem wydał tomik poezji pod tytułem Zależności. Co więcej, jak się pana Mareczka ładnie poprosi, to nawet wyrecytuje jeden ze swoich utworów. A jak się zakupi tak owy tomik, to i w gratisie dostanie się special dedication :)


I teraz podzielę się refleksją, bo tak owa zawsze powinna pojawić się przy obcowaniu z poezją. Kto choć raz był w polskim sklepie i przez chwilę pogadał sobie o margarynie-Marynie z panem Mareczkiem, to na pewno uznał go za otwartego i wesołego faceta, mającego zawsze jakiś dowcip w zanadrzu. Ja tam zawsze lubię sobie przyjść choćby tylko po jedną paczkę pierogów i po Mareczkowy dowcip. Zawsze jakoś tak mam od razu humor lepszy po wizycie w polskim sklepie (albo na starość robię się strasznie nostalgiczna!). A tu proszę, z poezji Pana Mareczka wyłania się obraz polskiego emigranta, który zestawia Amsterdam ze słowem... piekło? Lol! I ogólnie te poetyckie egzystencjalne rozterki rodem z Cierpienia młodego Wertera nie pałają tym Mareczkowym dowcipem i optymizmem, który tak rozsiewa po klientach w swoim sklepie. Hmmm... I od czego te Zależności są zależne? Nie mam bladego pojęcia.

Natomiast wiem jedno. Pan Mareczek zabrał mi przy mojej ostatniej wizycie zniżkową kartę na 8% i dał mi nową z 12% rabatem! Ha! Taki skok w drabinie hierarchii wydaczonej polskiej emigracji to nie lada awans. Taki w sam raz do uczczenia polskimi pierogami. I będąc właśnie po ich konsumpcji powiem jedno, nie ma lepszych kupnych pierogów ruskich, niż tych z Pudliszki! A ze zniżką 12% smakują nawet lepiej. A z kefirkiem to mamma mia! Czuję się prawie jak w domu, gdyby nie ten kanał za oknem ;) Nic, tylko pierogi lepić moi drodzy, a nie siedzieć na Fejsie!


wtorek, 13 sierpnia 2013

Jak i co kradną Polacy w Holandii, czyli musicie to zobaczyć!!!

3x Tyskie, 2x BacardiMix, 2x Redbull Tokkie i 4x fasolka w sosie pomidorowym. Nie, nie, nie. To nie jest lista zakupów na piątkowy wieczór. To lista 'rarytasów', które postanowił ukraść nasz rodak wczoraj, 12 sierpnia, w miejscowości Veen (Noord-Brabant) w jednym z tamtejszych marketów. Plan zacny, lista łupów imponująca, tylko coś nie tak poszło z tym wykonaniem...

Gdzie próbował schować się nasz sprytny rodak ze swoim łupem przed holenderską policją i jak przebiegał pościg, koniecznie zobaczcie na poniższym filmie! No Polak to jednak potrafi! Tylko do końca nie wiem, czy w tym momencie rozpiera mnie duma, wstyd czy też przepona ze śmiechu...

PS Na filmie możecie też zobaczyć przyjaciele naszego pełno-sprytnego-rodaka-złodzieja w pasiastych klapkach i do tego w.... białych skarpetach. Ale czystych skarpetach. Chwała bogu!

Oglądajcie i bawcie się dobrze!I pamiętajcie, nie próbujcie tego sami (nawet w domu)!

środa, 7 sierpnia 2013

Co u Daczy dziwaczy, czyli czego nie zrobisz w Holandii, żeby kobieta po stosunku krzyczała jeszcze przez godzinę

W poście Co Holendrów dziwi w Polakach, czyli 13-ście prawd o Wydaczonych przeczytałam w jednym z komentarzy słowa oburzenia, że to sporo przesada pisać, że tylko Polacy klaskają w samolotach po wylądowaniu. Według autora tegoż komentarza, Holendrzy również są w biciu brawa pilotom i stewardesom całkiem nieźle wprawieni. Cóż, ja tego osobiście nigdy nie doświadczyłam, co jednak nie znaczy, że tego nie robią. Dacze w końcu też mają swoje dziwactwa i  fanaberie, które w miarę nowych postów staram się nie tyle, co je opisać, ile je oswoić (wam i sobie). Dziś więc będzie o tym, co mnie najbardziej zdziwiło tak na dzień dobry, tak na samym początku, tak tuż zaraz po mojej przeprowadzce do Amsterdamu. Oczywiście dziś już tych rzeczy prawie w ogóle nie zauważam i nie uważam za dziwne, ale jeszcze rok temu jako emigrancka dziewica rozglądając się po holenderskich ulicach byłam niemal w kulturowym szoku. Oto więc pięć „perełek” wpasowujących się nam pięknie w cykl Wydaczanki Wydaczonych.

No. 1
Pisuary dla mężczyzn w środku miasta. Oj tak, ostatnio pojechałam na imprezę do jednego z klubów na Leidseplein w centrum Amsterdamu i parkując tam swój rower słyszę znajomy głos krzyczący moje imię. Rozglądając się po Leidseplein dostrzegam zza pisuaru znajomą twarz. Oczywiście mój holenderski kolega załatwiał właśnie swoją potrzebę i machał do mnie drugą (wolną) ręką, pozdrawiając mnie radośnie (procenty, procenty). To nic, że zapach, a raczej odór z tych pisuarów czuć w weekendowe wieczory i noce niemal w całym centrum miasta, ale grunt, że w ten sposób mężczyźni nie załatwiają swoich fizjologicznych potrzeb nad brzegiem kanałów, co w kilku ekstremalnych przypadkach skończyło się… zgonem. I bynajmniej nie mam tu na myśli wprowadzania się w stan nietrzeźwej nieważkości. 


No. 2
Brak firanek w oknach, bo niby po co? Bo przecież bóg i tak widzi wszystko. Po co odgradzać się od świata, skoro można dzielić się ze wszystkimi swą błogą codzienną egzystencją? Nic więc dziwnego, że program Big Brother wymyślili właśnie Holendrzy. Już w sumie nawet przestało mnie to dziwić, że mogę tak sobie spokojnie zaglądać ludziom w okna i powiedzieć dokładnie, co mają na talerzach i jakiego koloru wsuwki ma we włosach pani domu. Dacze to straszni ekshibicjoniści. Czy mieszkasz na parterze, czy na ostatnim piętrze, to nie ma znaczenia. Tu nie znają pojęcia wstydu. Ani słowa „firanki”. Choć z drugiej strony paradoksalnie rzadko która z Holenderek opala się topless na plaży. I bądź tu człowieku mądry na te ich dziwne obyczaje i reguły, na to, co można pokazać, a czego nie wypada zbytnio i trzeba to ukryć. PS w ramach anegdoty będzie tu kawał o firankach. A co! A czemu nie?

- Co zrobić, by kobieta krzyczała jeszcze godzinę po stosunku?
- Wytrzeć ch*** w firankę.

Yyyyy.... Nie w Daczlandii.
Kurtyna!

No. 3
Kalendarz w toalecie. Ale nie taki zwyczajny kalendarz. To jest raczej taki stary, wyświechtany kalendarz z całą masą imion przy konkretnej dacie. To właśnie w toalecie Dacz przypomni sobie, że dziś masz urodziny. Ciekawe, czy również z toalety wysyła solenizantom życzenia ze swojego telefonu?


No. 4
Jedna kawa równa się jedno ciastko. Nie mniej i nie więcej. Chcesz zjeść sobie więcej ciastek do kawy, czy nawet bez kawy, odwiedzając znajomych Daczy? Zapomnij! Tu, jak tylko rozdadzą po jednym ciastku do kawy dla każdego z przybyłych gości, natychmiast zamykają pudełko z ciastkami, chowają je i otwierają znów dopiero wtedy, gdy poprosisz o jeszcze jedną kawę tudzież herbatę. I zapomnij o tym, aby poprosić o ekstra ciastko tak bez niczego, bo po prostu masz ochotę. W Daczlandii jest to szczytem nietaktu i wbrew holenderskiemu savoir-vivre,  o którym więcej możecie przeczytać w ostatnim poście Sex, całusy i te sprawy, czyli savoir vivre po holendersku

No. 5
Brak zsypów. W Amsterdamie worki ze śmieciami wystawia się na ulicę. W określone dni, czyli dwa razy w tygodniu, zgarnia je śmieciarka. Zatem w naszej okolicy są to dwa poranki: we wtorki i w piątki. My z lubym zawsze wynosimy śmieci z rana, ale większość z naszych sąsiadów pakuje worki na ulicę już wieczorem. Często więc, zwłaszcza w takie upały jak ostatnio, worki rozdziobują ptaki i taka ulica, na przykład jak Van Ostadestraat w dzielnicy Pijp, wygląda jak po jakimś trzęsieniu ziemi tudzież innym kataklizmie. Wszędzie walają się śmieci, jakieś dziecięce kocyki, skórki od bananów, tampony i waciki, a nawet wyschnięte paprocie (!). Teraz na Jordaanie mamy zdecydowanie z lubym lepsze widoki, bo ze względu na turystów krążących tu dość często i gęsto, miasto bardziej dba o czystość i porządek w tej części Amsterdamu. Jednak gdy mieszkaliśmy na Pijpie, to czasem w noc przed wywózką śmieci na ulicy był taki syf, jak u Charlie'go Sheena po imprezie powitalnej, gdy wrócił z odwyku!

BEFORE:


AFTER: