poniedziałek, 30 września 2013

Holland vs The Netherlands, czyli jak naprawdę powinno nazywać się Daczlandię?

Rzeczywiście od ostatniego postu minęło już sporo czasu, ale ciężko tak wykrzesać z siebie jeszcze wenę, kiedy kończy się drugą książkę, a i po drodze przypałętała się jakaś sztuka teatralna. Ale wczoraj nowa powieść już poszła do wydawnictwa i teraz pozostaje tylko trzymać kciuku, żeby wydali ;) No mam nadzieję, że świat jeszcze udźwignie kolejne 50 shades of sex.

Zatem odradzam się znów, jak Feniks z popiołów i śpieszę głosić słowo wydaczone. I dziś poruszymy dość kontrowersyjną i ważną kwestię językową, czyli jak faktycznie Daczlandia powinna nazywać się poprawnie? Holandia czy De Nederlandia? Oto jest pytanie.

I niby odpowiedź serwuje nam filmik w poniższym poście skopiowany z YouTube'a na samym dole, ale przecież w sumie my Polacy nie mamy takiej wątpliwości nazywając Holandię po prostu Holandią i tyle w tym temacie. Ale może to właśnie było takim strzałem w stopę i dlatego Dacze nas niezbyt darzą sympatią, bo nazywamy ich kraj niepoprawnie. Pewnie najlepiej, gdyby tu w tej kwestii wypowiedział się profesor Miodek albo Agnieszka Holland, ale do dziś nie dostałam od nich żadnej odpowiedzi, więc poniższy filmik powinien wystarczyć, a Wy moi drodzy miejcie na uwadze, kiedy rozmawiacie z Daczem i mówicie po angielsku o ich kraju Holland, a nie The Netherlands, jak bozia przykazała i daczowski savoir-vivre nakazuje.


Holland to brzmi tak pospolicie, niemal jak Poland, The Netherlands brzmi dumnie(j). I piszę ten post ku przestrodze, bo niedawno strzeliłam takiego byka w daczowskim gronie i dostałam w zamian na ten temat pół godzinny wykład plus nazajutrz poniższy link w wiadomości na Fejse. A zaczęło się tak niewinnie. Urodziny jakiegoś kumpla lubego, który dostał od nas w prezencie flaszkę wódki i holenderską książkę o prawie podatkowym, na którą bardzo się ucieszył (ucieszył się na książkę, ale nie na wódkę, wiem, sic!!!). Ale na mnie padł ten zaszczyt, żeby wręczyć mu ten prezent, więc powiedziałam mu dając wódkę The best from Poland i The best from Holland dając następnie książkę. No i się zaczęło...

Zatem gdy powiesz do Dacza o jego kraju Holland, wiedz, że coś się będzie dziać. Wiedz, że diabeł się w nim zagotuje i będzie obracał Daczem, niczym wskazówkami zegara... Więc oglądajcie ten film instruktażowy, uczcie się i zapamiętajcie. Daczlandia to nie Holandia, bo ponoć to tak, jakby powiedzieć o Polsce, że to Rosja...

środa, 18 września 2013

Policja, broń, haracz i sąsiad spłukujący trawę w kiblu, czyli jakże spokojny środowy wieczór

Środa, godzina 20.00, wieczór jak co dzień, mieliśmy właśnie odpalić sobie z lubym nowy odcinek Suits, kiedy zadzwonił domofon. Co za licho? Okazało się, że przyszedł po haracz facet, który raz w miesiącu myje nam szyby. Już mu raz grzecznie podziękowaliśmy za jego usługę, ale dziś nam płakał, że czasy są ciężkie i musi jakoś utrzymać biznes. To znów zapłaciliśmy haracz w wysokości 13 euro za 5 minut jego pracy (tyle mniej więcej mył te szyby) i powiedzieliśmy znów grzecznie, że dziękujemy i następnym razem mu po prostu nie zapłacimy, więc niech nie myje już tych szyb. Facet wzruszył tylko ramionami. Zobaczymy za miesiąc, czy znów tu przylezie z tym swoim Windexem i sprawę trzeba będzie załatwić NIE-grzecznie.

Siadamy z lubym wygodnie na kanapie i już chcemy wcisnąć play, gdy znów dzwoni domofon. Co znów do licha. Halo? Pyta luby. Dobry wieczór. Policja. Odpowiada mu męski głos po daczowsku. Luby pyta, o co chodzi? I tu zaczyna się cała historia. Otóż podnajmujemy wynajmowane mieszkanie - praktyka często stosowana w Holandii służąca obniżeniu czynszu. Jak komuś legalnie podnajmiesz mieszkanie w Holandii, to już tego osobnika tak łatwo i tak szybko się nie pozbędziesz. To samo z czynszem. Nie można w Daczlandii ot tak sobie nagle zmienić jego wysokości. W ten oto sposób nasz sąsiad z dołu za o wiele większe mieszkanie od naszego płaci za wynajem miesięcznie... 300 euro. I aż wstyd przyznać, ile razy więcej my płacimy. Sąsiad cwany, mieszka tu od 20 lat i właściciel naszego budynku nie może się go pozbyć. Czyli taki daczowski standard.


W każdym razie podnajmujemy mieszkanie od znajomych lubego, którzy wyjechali na rok do Singapuru. Rzecz w tym, że para, właściwie to już małżeństwo, uwielbia polować. A wiadomo, jak polowanie to i w grę wchodzi broń. Dostać pozwolenie na posiadanie broni i trzymanie jej na chacie, to w Holandii nie jest taka łatwa sprawa i to cała skomplikowana procedura. Trzeba zakupić odpowiedni sejf i bla, bla, bla. Ale też policja ma prawo skontrolować, czy broń jest trzymana w domu w prawidłowych warunkach, zamknięta w sejfie, nienaładowana i takie tam. I oni mogą to sprawdzić o każdej porze dnia i nocy. My poprosiliśmy tych znajomych lubego, żeby broń zabrali z chaty, co też uczynili (call me old fashioned, ale jakoś tak dziwnie mi mieszkać w chacie, gdzie jest kilka strzelb, a w tym jedna leżała pod łóżkiem!). Ale że dalej są tu oficjalnie zameldowani, policja dziś złożyła nam wizytę. By sprawdzić stan spoczynku broni, oczywiście. 


Luby więc zastanawia się szybko, co powiedzieć temu gliniarzowi. No i powiedział, że on nic o broni nie wie, a denata nie ma w domu. Luby szybko zadzwonił do tego znajomego, który akurat przyjechał na parę dni do Amsterdamu z Singapuru i opowiada mu całą historię. Znajomy mówi, że policja powinna mieć w systemie, że przenieśli broń do innego mieszkania. I żebyśmy się nie martwili, on to wyjaśni i on to załatwi. Okej. No to załatwione. To my już sobie spokojnie siadamy na kanapie, popcorn się robi, cola light chłodzi, a tu znów domofon. No WTF? Co się dzieje?

I  okazuje się, że tym razem dzwoni nasz sąsiad z dołu. Stary Anglik Paul, który wdepnął na minę będąc na jakiś wakacjach (nie mam pojęcia gdzie, naprawdę) i teraz ma drewnianą nogę. Paul nie pracuje, żyje z renty i całymi dniami jara trawę na chacie, którą hoduje (co ciekawe, jego córka gra w popularnej daczowskiej telenoweli). Paul też jest wiernym wyznawcą różnych teorii spiskowych, wierzy w anarchię, chce obalić system i coś jeszcze... Paul nienawidzi policji. A raczej się jej panicznie boi. Wierzy, że policja go obserwuje... I jak tylko gliniarze zjawili się u nas na chacie, to Paul wpadł w taką paranoję, że zgasił w domu wszystkie światła i spłukał całą swoją trawę w kiblu! Jak tylko policja odjechała, przybiegł cały spanikowany do nas na górę krzycząc, Co się dzieje? Co tu się dzieje?! Bloody hell! Dlaczego tu była policja? Co zrobiliśmy? Więc luby mu tłumaczy, że przyszli skontrolować broń.


Broń? Jaką broń?! Paul był już cały blady. Spokojnie, nie ma już tu żadnej broni. Uspokajał go luby. I Paul zaczął krzyczeń zestresowany, że tak nie może być! On nie może tak żyć wiedząc, że w każdej chwili może się zjawić tu policja! Że on na to nie pozwoli! (Pewnie boi się, że co chwilę będzie musiał spuszczać trawę w kiblu trawę) I on TO załatwi! No nasz pech, bo przecież to nie pierwsza tutaj kontrola policji tej cholernej broni... Więc ciekawe teraz, jak Paul TO załatwi? Bo żeby czasem nas nie załatwił i żeby następny post nie był o szukaniu kolejnego (bo już czwartego od momentu mojej przeprowadzki do Daczlandii) mieszkania w Amsterdamie. 

I tyle na dobranoc. Pora obejrzeć ten nowy odcinek Suits! Taka środa, że Paul made ten post!

niedziela, 15 września 2013

Fellini w Eye Museum, czyli troszkę kultury

Drodzy Wydaczeni! Jeszcze tydzień potrwa wystawa poświęcona twórczości Federico Felliniego w Eye Museum w Amsterdamie. Byłam, zobaczyłam i się zachwyciłam. I nie tylko dlatego, że w latach wczesno-młodzieńczych La Dolce Vita na tyle zawładnęła moją wyobraźnią, że sama władowałam się w wieczorowej kiecce do fontanny na wrocławskim rynku (co skończyło się mandatem od straży miejskiej...), ale choćby by pooglądać coś, o czym nawet nie miałam pojęcia, że prowadził Fellini, czyli jego... Dziennik snów!


Otóż Fellini był nie tylko genialnym reżyserem, ale pędzlem też nieźle potrafił władać. Patrząc na jego obrazy i rysunki mogę śmiało twierdzić, że był takim połączeniem Pablo Picassa z Salvadorem Dali. Fellini też zmagał się z dziwnymi snami, co nieźle nam koresponduje tu z ostatnim postem. I see Dacz people....

W każdym razie jeden psychoterapeuta polecił Felliniemu, by te sny zaczął jakoś dokumentować. Więc Fellini stworzył Dziennik snów, w którym rysował te co bardziej hardcorowe, pisząc z boku swoją analizę. Dla mnie to wręcz fascynujące zobaczyć, co siedzi w ludzkich umysłach i co potrafi zrodzić wyobraźnia w trakcie fazy REM. Na tyle wręcz zainspirowałam się Fellinim, że na poważnie zaczynam myśleć, by tak owy dziennik też zacząć prowadzić, tylko może nie malować tych snów, co je opisywać ;)

Wystawę polecam, choć to ostatni dzwonek, by się na nią wybrać! Dla zachęty i przynęty kilka fotek poniżej, choć z samej wystawy mam tylko dwa zdjęcia, bo obowiązywał zakaz robienia fotek (a ja zła i niedobra te dwie ustrzeliłam, a co!). No i ciekawa jestem, jaka wystawa szykuje się po Fellinim. Byłam też na wystawie Kubricka w Eye kilka miesięcy temu i też spędziłam dobrych kilka godzin na jej oglądaniu (była tam nawet maszyna do pisania ze Lśnienia, na której Jack Nicholson pisał All work and no play makes Jack a dull boy, bądź maska Toma Cruise'a z Oczy Szeroko zamknięte, ostatniego filmu Kubrica). Mam więc nadzieję, że następna wystawa będzie poświęcona Almodovarowi albo Cronenbergowi, którego w tym miesiącu przerabiam i urabiam z lubym wieczorami (dziś Nierozłączni, jutro Nagi lunch!).

Kilka praktycznych wskazówek. Do Eye Museum dostaniecie się darmowym promem z Centraal Station, który kursuje co 6 minut. Po wystawie warto pójść na lunch bądź kawę do tamtejszej restauracji, która ma niesamowity klimat i magiczny widok z tarasu. Możecie też pójść później do kina, które również znajduje się w muzeum. Coś całkiem innego, niż Pathé ;) Właściwie wycieczka do Eye Museum to pomysł na cały dzień. Wystawa, lunch i kino. Polecam zwłaszcza w takiej właśnie kolejności w tym małym cudzie architektury!


A tu ciekawostka. Na wystawie można było również oglądać zdjęcia, które wysyłały Felliniemu fanki i fani (zwłaszcza ci odmiennej orientacji). Ta pani z tym lalkami, czy raczej urwaną lalce głową, jakoś szczególnie zwróciła moją uwagę...


A tu fragment Dziennika snów... Hmm... Ciekawe co na ten sen powiedziałby Zygmunt Freud?

wtorek, 10 września 2013

I see Dacz people....

Mam taki sen. A raczej, powracający koszmar. Szkoła podstawowa, jakaś piąta, szósta klasa (w starym systemie, bo na gimnazjum się nie załapałam), rozdanie świadectw. Świadectwo z czerwonym paskiem, książka w nagrodzie i wszystko się niby zgadza. Wszystko, oprócz....

Nie jestem w swoim rodzinnym miasteczku. Ba! Nawet nie jestem w Polsce. Świadectwa rozdają nam na Dam Square w Amsterdamie. Rozglądam się wokół i widzę tylko samych Daczy i same Daczki. Wszyscy chłopcy mają dłuższe włosy i niebieskie koszule, dziewczynki to same nieproporcjonalne blondynki. Wszyscy oprócz mnie ubrani są w tradycyjne holenderskie stroje i chodaczki. I wtedy zaczyna się piekło...


Moi rodzice dają mi w prezencie rower za świadectwo z czerwonym paskiem. Rower to nie moje żółtko, ale dziecięca zabawka z czterema kółkami. Ja wtedy w ryk, że nie będę na nim jeździć, bo jestem za stara na taki rowerek, że to wstyd i wszyscy będą się ze mnie śmiać. I akcja nabiera nagle tempa.

Zebrani w kółko na  Dam Square Dacze biorą mój rowerek i wrzucają go do kanału. W kanale widzę na dnie pełno tego typu rowerków. Płaczę, a moi rodzice coś mi tłumaczą po holendersku. Wtedy rowerki zmieniają się w Daczy i machają do mnie z dna kanału, a w tle rozbrzmiewa jakaś daczowska piosenka. Budzę się wtedy z krzykiem, niemal para leci mi z ust i ciężko dyszę szepcząc do lubego I see Dacz people... I to w kanałach.


Przerażające, co? I teraz interpretacja moja jest taka, a raczej kilka interpretacji, że:

A - Podświadomie ciągle nie mogę przeboleć straty Janka
B - Jako wzorowa uczennica mająca zawsze świadectwa z czerwonym paskiem (przynajmniej w szkole podstawowej) nie mogę przeboleć, że jeszcze nie nauczyłam się holenderskiego
C - Tęsknie za rodziną
D - Tęsknie za szkołą (?!)
E - Ciągle nie mogę przeboleć, że ludzie pozbywają się w Amsterdamie rowerów przez wrzucenia je do kanałów
F - Czuję się jak banita. Ani Polska nie jest już moim domem, ani też Holandia
G - Tak moja podświadomość odbiera proces wydaczenia
H - Moi rodzice powinni nauczyć się holenderskiego

Co sądzicie? A,B,C,D,E,F,G czy może H? I czy Wy też macie czasem jakieś dziwne wydaczone sny / koszmary (gdzie, na przykład, Dacze zamieniają się w poczwary)?

czwartek, 5 września 2013

Oszukać przeznaczenie po daczowsku, czyli historia Hani & Michała

Ja nie wiem, co to się dzieje, jak to się dzieje, ale coś jest na rzeczy z tymi różnymi historiami mieszkań znajomych Wydaczonych. A to Gosi okradli mieszkanie złodzieje-fashioniści Jedzenie, hipstersi, szmatki i traumatyczna historia Gosi, a to ostatnio usłyszałam mrożącą krew w żyłach i powietrze w płucach opowieść o mieszkaniu znajomej pary z Haarlemu. No WTF? Ale po kolei. Zacznę może od początku.

W mieszkaniu Hani i Michała w Haarlemie gościłam raz. Na Hani urodzinach. Była to impreza w temacie filmowym, gdzie mieliśmy przebrać się za kultowe postacie z filmów. Luby był Wielkim Gatsbym, a ja Mią z Pulp Fiction (czarna peruka, bose stopy i takie tam klimaty). W każdym razie, od pierwszego wejrzenia, od pierwszej sekundy, zakochałam się w ich mieszkaniu. Zakochałam się w tych wysokich sufitach i klimatycznych pokojach rodem z przedwojennych polskich kamienic. No mieszkanie miało swoją duszę. I jak się niestety okazało później, była to dusza z piekła rodem.


Hania z Michałem planowali przeprowadzkę do innego mieszkania. Nie widzieliśmy się już jakiś czas (bo wakacje, bo wyjazdy, bo różne perturbacje), aż w sierpniu wreszcie wybraliśmy się z Basią i z lubym do Haarlemu na festiwal Jazz & More (z czego po jednym dniu bycia na tym festiwalu mogę stwierdzić, że było to bardziej more niż bardziej jazz). Nie tylko wybraliśmy się tam dla muzycznych uniesień, ale głównie po to, by spotkać się z Hanią, z Michałem, tudzież innymi poznanymi ludźmi (Ania-pozdrawiam!) i wypić z nimi piwko, tudzież wódeczkę. Bo jakżeby inaczej?!

No i tak sobie siedzimy na miejskiej plaży, na beforku, jemy pizzę, pijemy piwko, zbieramy się na festiwal, jest pięknie, sielsko-anielsko, deszcz tylko kropi a wiatr zawiewa tylko ze wschodniej strony i nagle Hania mówi O kurczę, nie opowiedzieliśmy wam co się stało z naszym mieszkaniem! Co? - pytam. Michał mi odpowiada Spaliło się niemal doszczętnie. Hania dodaje Trzy dni po naszej wyprowadzce. Co proszę? Słucham? No najgorsze jest w tym wszystkim, że nowi lokatorzy wprowadzili już się do tego mieszkania i mieli tam już wszystkie swoje rzeczy, choć na szczęście ich samych wtedy nie było, jak wybuchł pożar w nocy. Spali gdzie indziej. 

Uwierzycie? To dopiero znaczy oszukać przeznaczenie! Trzy dni po przeprowadzce... Szok! Michał opowiadał, że był w tym spalonym mieszkaniu. Widział ich dawną, spaloną sypialnię... Gdyby z Hanią się nie wyprowadzili, tamtej nocy spaliby w tym, spalonym teraz, łóżku... Brzmi to dość makabrycznie, nie sądzicie? No stare mieszkanie ze starą instalacją. Shit happens. Dobrze, że ktoś z ulicy zauważył pożar i zaczął w nocy dzwonić domofonem, bo udało się w ten sposób obudzić i później ewakuować dawnego sąsiada Hani i Michała, który ma teraz ponoć dziurę w podłodze i widok na to pogorzelisko...

Najgorzej ma ta para, bo już mieli w tym mieszkaniu wszystkie swoje rzeczy, które spłonęły. To młodzi ludzie, to było ich pierwsze wspólne mieszkanie... Smutno dokończył Michał. A ja głupia czasami lamentuję, jakie to ja mam problemy i kłopoty. A tu Daczom w ogniu piekielnym spłonął, by nie powiedzieć górnolotnie, cały dorobek ich życia. A Hania z Michałem to chyba naprawdę oszukali przeznaczenie... Brrrr! I jak tak człek sobie pomyśli, że czasem takie niby zwykłe decyzje, jak zmiana mieszkania, potrafią zadecydować o naszym życiu, to jak tu nie wierzyć w opatrzność niebios i losu?!