czwartek, 28 listopada 2013

De Kakker, czyli holenderski odpowiednik anty-hipstera

Poznacie go po czerwonych spodniach, koszulce polo z podniesionym kołnierzykiem z logo Ralpha Luarena i przewieszonym na plecach sweterku Tommy'ego Hilfigera. Typowy Kakker będzie wyglądał, jakby wracał właśnie z meczu polo, turnieju tenisa, tudzież z klubu jachtowego. Nosi buty na łódkę albo mokasyny bez skarpet i wtedy podwija nogawki w swoich czerwonych spodniach, by wykakkerować się jeszcze bardziej. Kakker często jest też opalony (w końcu żeglował w Saint-Tropez) i idealnie ogolony (żadne tam Gillette 3machy, ale profesjonalny golibroda z brzytwą zrobił mu z twarzy jesień średniowiecza). Dłuższe, nieco wyżelowane włosy Kakker starannie zaczesuje do tyłu. Jak nosi okulary, to nie są to Ray-Bany, ale coś w stylu Harry Potter u Chanel. Co do okularów przeciwsłonecznych, to te zakładają za swoją polo-koszulkę. I tak odpicowany wozi się swoją sportową furą po mieście, tudzież wypasioną łodzią po kanałach.


Kakker pochodzi od holenderskiego słowa kak, co w tym kontekście oznacza arogancję oraz szykowność. Także genezy tego słowa należy szukać w holenderskim wyrazie bekakt, co oznacza snobistyczny, przemądrzały i nadęty. Kak to również kupa, w sensie odchody, tudzież gówno, a Kakker to osoba, która to gówno robi. Taka to jednak tylko mała dygresja, bo ponoć zbieżność nazw z tymże Kakkerem od robienia kupy jest naprawdę przypadkowa...... Tiaaaa..... I, co najważniejsze, słowo Kakker wymyślili sami Dacze.

Więc Kakker jest bogaty, jak wynika z powyższej definicji. To raz. Dwa, jest też trochę taki arogancki, nadęty i wzdęty, gdyż wyżej sra, niż tyłek ma. Trzy, patrzy na ludzi z góry i czuję się lepszy od wszystkich, którzy mają mniej pieniędzy, niż jego rodzice. Cztery, lubi metki z tak zwanej wyższej półki, jak wspomniany już Tommy Hilfiger i Ralph Lauren, ale nie gardzi też Benettononem, Lacoste, Scapa czy Gaastra (swoją drogą ta nazwa zawsze kojarzy mi się z zaawansowanym stopniem gastrofazy). Pięć, jest dość pewny siebie, ale pewnie dlatego, że jeszcze nie zaczęły mu wypadać włosy (jak włosy wypadną, dany delikwent nie może być już Kakkerem, nie i koniec!). Sześć, uprawia jakiś drogi sport i ma jakieś kosztowne hobby (na przykład szydełkowanie złotem). Siedem, nosi sweterek w tak zwany serek i nie o to mi chodzi, że mole zżarły mu ten sweter w szafie (jak to mi się zdarzyło ostatnimi czasy i mój sweterek jest podziurawiony jak serek). Po prostu dekolt ma w serek, żeby okulary lepiej się tam trzymały.

W Amsterdamie znajdziesz takiego Kakkera przy P.C. Hooftstraat, czyli tam, gdzie najdroższe sklepy. Prawdopodobnie jego rodzice mają dom z widokiem na Vondelpark (a przy okazji mają blisko do stadniny koni), domek letniskowy w Afryce z widokiem na safari i zimowy domek w Szwajcarii (stawiam w ciemno na Verbier). Oczywiście jest też Kakmeisje, czyli żeński odpowiednik Kakkera, która od dziecka albo trenuje tenis, albo gra w hokeja. Kakkersi często chodzą w grupach i między sobą łączą się w pary w myśl zasady, co dwie fortuny, to nie jedna. A przy okazji nie ma później problemu z podpisaniem intercyzy i socjalnego skandalu wywołanego przez mezalians. Bo mimo wszystko niezależnie od płci Kakker ma takie otóż ulubione powiedzonko nie dla psa kiełbasa. Oczywiście kiełbasą jest w tym przypadku Kakker.

Czy poznałam w Holandii jakiś dorodny okaz Kakkera? A poznałam, poznałam (ten mój luby to ma czasem nieco dziwnych tych swoich znajomych) i rzeczywiście w stu procentach pasował do powyższego opisu, tudzież stereotypu. Czerwone spodnie, sweterek w serek, mokasynki bez skarpet... Choć to może duże słowo, że poznałam, zważywszy na fakt, iż ów Kakker rozmawiał ze mną nie więcej niż pięć sekund, gdzie w tym czasie wymieniliśmy tylko imiona i uścisk dłoni. I wiecie co? Cholera, nikt już zapewne nie odda temu biedakowi jego stracone na zawsze i tak bez sensu zmarnowane, jakże cenne pięć sekund, które spożytkował na mnie.

I bardzo ciekawe to wszystko w kontekście historii, którą pamiętam z liceum, kiedy to jeden z kolegów założył, pierwszy i zarazem ostatni raz, czerwone oraz za krótkie spodnie i do końca szkoły nie miał już życia, bo każdego dnia znalazł się ktoś, kto mu te spodenki chamsko wypomniał... Też pewnie za jego socjalną porażkę i banicję odpowiadał inny incydent, kiedy to tenże kolega doniósł naszemu dyrektorowi, że w jednej z męskich toalet pół szkoły pali marihuanę, ale to już zupełnie inna historia... Co ciekawe, dyrektor miał lekcje przy tej toalecie i zawsze szczęśliwy powtarzał stojąc na korytarzu, jak tam ładnie pachnie rumiankiem albo miętą... A wniosek z licealnej historii jest taki, że jaki kraj, taki Kakker ;)

wtorek, 26 listopada 2013

O Królewnie Googlewnie

Z racji zawodowej na swoim prywatnym Fejsie lubię i obserwuję dużo stron modowych. Wiecie, w większości różnych holenderskich blogów, sklepów, projektantów, stylistów i innych samozwańczych znawców trendów. I tak ostatnio patrzę na post jednego z daczowskich vintage-sklepów, gdzie powrzucali zdjęcia z nowej kampanii a pro otwarcia ich wirtualnego sklepu i widzę ją, znajomą twarz. Dziewczynę ode mnie z siłowni.

I tak, jak myślałam. Dziewczyna jest modelką. Wchodzę więc na fejsbukową ścianę płaczu tegoż holenderskiego butiki zaopatrzonego w asortyment z drugiej ręki i moim oczom ukazuje się jeszcze więcej zdjęć owej niewiasty. Z torebeczką lub w płaszczyku, w sandałkach albo w ogóle w samej sukieneczce bez bucików. Poza taka i owaka, "z dzióbkiem" i "na karpia". Słowem dziewczyna widać, że na tych zdjęciach dała z siebie wszystko. Dziewczyna wygląda świetnie, no pierwsza klasa. Na zdjęciach nawet lepiej, niż na żywo. No lepiej, niż w realu!

Zresztą na siłowni, zawsze zadbana, z włosami jak prosto od fryzjera i w pełnym makijażu, przyciągała zarówno wzrok kobiet jak i przede wszystkim mężczyzn (nazwy siłowni nie podam ze względu na panującą na tymże blogu politykę product placement, więc bardzo przykro mi moi wydaczeni koledzy). Zresztą zawsze chodziła z dumnie podniesioną głową, wyprostowana jak struna, nie spoglądając na nikogo i ciągle bez cienia uśmiechu. Słowem była wyniosła i dystyngowana, jak kibel w Watykanie, ale to jej trzeba przyznać, że buźkę i figurkę to skubana miała super. Panowie prężyli się koło niej, pakując ile wlezie, oferując jej to wodę, to ręcznik, to batonik energetyczny, to banana, a nawet ci co bardziej śmiali, oferowali jej wspólny stretching. A ona nic. Nic na ich starania. Odmawiała wszystkim i wszystkiego twardo pedałując tak sobie na tym rowerku ze słuchawkami w uszach i patrząc beznamiętnie przed siebie.

Co prawda, w holenderskim Vogue (który prenumeruję od pierwszego numeru) jeszcze jej nie widziałam, ale z zacięcia na jej twarzy i z jej pewności siebie wnioskuję, że to tylko kwestia czasu. Może nie będzie to od razu okładka, ale jakaś sesja na łące przy dojeniu holenderskiej krowy będzie na pewno. Jeśli już macie więc wyrobiony w głowie obraz Królewny Googlewny i napaliliście się na puentę o niej, jak szczerbaty na suchary, nie pozostaje mi nic innego, jak zaspokoić Wasz apetyt.

Królewna Googlewna pewnego dnia przestała przychodzić na siłownię. Ot tak. Nagle. Zniknęła. Było to już jakieś trzy miesiące temu, kiedy widziałam ją po raz ostatni. I nie ja jedna. Wszystkim brakowało jej, gdy tak dumnie wchodziła na bieżnię, rozpuszczała swoje gęste, długie blond włosy i w tym obcisłym białym podkoszulku biegła przed siebie, niczym Pamela Anderson w Słonecznym patrolu. Zwłaszcza jeden umięśniony Australijczyk, który na siłownię przychodzi bardziej poleżeć na solarium, niż poćwiczyć, płakał długo za jej odejściem. 

I tak już prawie trzy miesiące jej nie widziałam, aż do ostatniego weekendu, kiedy jej obfoconą twarz zobaczyłam na tymże fanpejdżu. I wczoraj będąc na siłowni mówię temu Australijczykowi, że laska jest modelką i tutaj, a tutaj może sobie pooglądać jej foty. Nie był tym zainteresowany mówiąc, że on to woli w realu, a nie w jakimś wirtualu patrzeć na takie Królewny Googlewny i dodając jeszcze coś takiego, coś w tym stylu, no właśnie coś w ten deseń (serio-serio), że...

piątek, 22 listopada 2013

Dacz Wars, epizod 6. Keep calm & drink vodka

Dawno, dawno temu w odległej Daczlaktyce, lud polski zapoczątkował ekspansję nowej Ziemi rozpoczynając w ten sposób nie tylko nowy rozdział w historii polskiej wielkiej emigracji XXI wieku, ale i tak zwane absurdalne, tudzież abstrakcyjne, "Dacz Wars"... Zapytacie teraz zapewne, kto w końcu wygrał te utarczki i potyczki? A odpowiedź będzie prosta, jak prostownica do prostych włosów. Oczywiście, że Dacze. Jakiej to więc broni użyli, że tak nad nami chamsko zwyciężyli? Jak zawsze, dowiecie się tego z poniższego wideo. 

A wniosek jest taki z całego tegoż cyklu, że z Daczami, to jak z wiatrakami, nie ma sensu walczyć, skoro mogą wszystkich zmieść z powierzchni ziemi w zaledwie dziesięć sekund... Dlatego wniosek wszystkich wniosków jest taki, że za wszelką cenę staramy się z Daczami utrzymać pokój w myśl zasady "make love, not war" (jak to ja praktykuję ze swoim lubym) i pierwszy wyciągnij rękę, zamiast rzucić kamieniem (nerkowym). Tym optymistycznym akcentem zakończmy więc te wszystkie absurdalne spory, wyimaginowane wojny, zakopmy ciężkie niczym powietrze na Śląsku topory wojenne i pójdźmy swoim swojsko-polskim zwyczajem z Daczami na wódkę, bo:

Vodka. Connecting people.
Power to you. Vodka.
Vodka. Just do it.
Vodka. I'm lovin' it.

Always vodka-vodka. 

wtorek, 19 listopada 2013

Dacz Wars, epizod 5. Polskie Imperium kontraatakuje...

Dawno, dawno temu w odległej Daczlaktyce, lud polski zagubił się na obcej Ziemi. W poszukiwaniu zaginionej ambasady przemierzał Daczlandię wzdłuż i wszerz swoim BMW. I teraz myślicie sobie pewnie, BMW, no nieźle! To się Polak na emigracji dorobił! Jednak niestety holenderska policja miała co do tego inne zdanie i pewne wątpliwości, co do stanu technicznego tegoż BMW... Cóż rzec. W Holandii biednemu Polakowi to wiatr nie tylko dmucha w plecy, ale i ciągle wieje w oczy. Bo jak tu nie stwierdzić z pewną śmiałością, że bezduszna holenderska policja to się normalnie na tych Polaków z poniższego filmu chamsko uwzięła? Ani nie chcieli powiedzieć tym biedakom po trudach ich batalii w obronie samochodu, jak dojść do najbliższego coffeeshopu (bynajmniej nie takiego, gdzie można napić się kawy), ani wziąć w łapę, ani nie okazali zrozumienia dla tego cuda techniki i motoryzacji, bo zawyrokowali, że jest zagrożeniem dla ich dróg. I niby na jakiej podstawie tak stwierdzili? Dlaczego? Bo co? Przecież samochód jeździ, tak? A oni co? W kilka minut zrobili generalny przegląda techniczny? Przecież takie BMW w Polsce to jeszcze z dziesięć lat spokojnie by pojeździło i to nawet ba! Po polskich dziurawych drogach. I to nawet ba! Jakby przerobić na gaz to i pewnie nawet z piętnaście lat śmigałoby jak nowe! A holenderska policja co? No co zrobiła? Skonfiskowała biednym Polakom ich BMW... Tak! A wniosek z tego filmu jest taki, że nasz polski konsul w Holandii ma chyba dość ciekawą pracę pełną wyzwań i historii z cyklu "D(l)aczego ja?".

PS Ja wiem, że nie każdy w życiu ma lekko i nie ma co szydzić z rodaków, ale sami zobaczcie na tym filmiku, dlaczego o Polakach w Holandii krążą takie, a nie inne historie tudzież stereotypy, że Polacy to nie potrafią się zachować, że piją i że języków nie znają... Nie wiatr tu w oczy wieje, ale prawda w oczy kole...

niedziela, 17 listopada 2013

Konkurs, konkurs, konkurs!

Sprawa jest prosta, jak budowa metra. Zarówno tego w Warszawie, jak i w Amsterdamie. Wy lubicie stronę Wydaczonych na Facebooku oraz opisujecie swoje życie w Holandii, tudzież hardcorową historię, jaka Wam się tu przytrafiła, tudzież ekscentryczną przygodę, jaka spotkała Was w Daczlandii (może to być nawet opowieść z punktu widzenia turysty, a nie tylko polskiego wydaczonego emigranta), tudzież pedantyczny wygląd Waszego daczowskiego szefa, a ja najlepszą opublikuję na blogu plus prześlę nawet zwycięzcy nagrodę. A jak zwycięzca będzie z Amsterdamu (albo w Amsterdamie) to na specjalne życzenie zwycięzcy mogę nawet ową nagrodą przekazać osobiście, czytajcie, przyoszczędzić na przesyłce ;)

Wasze wydaczone historie przesyłajcie na renata@stylingamsterdam.com

Macie czas do końca listopada 2013 roku.

Nagrody:
 
1. Książka Gracze (nówka sztuka nieśmigana) z autografem i ze specjalną dedykacją autorki.
2. Najbardziej dołujący polski film, który uświadomi Wam, że życie na emigracji wcale nie jest takie złe i czy naprawdę warto wracać do kraju, czyli 33 sceny z życia w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej.
3. Publikacja zwycięskiego postu na blogu Wydaczeni.
4. Wieczna chwała i poklask polskiej emigracji w Holandii.

Regulamin:

1. Klikacie Lubię to, czyli że lubicie Wydaczonych na Fejsie.
2. Piszecie tekst o dowolnej długości i wysyłacie go do mnie tytułując swój mail Konkurs. Tylko błagam, nie przesyłajcie mi epopei emigracyjnej pod tytułem Pan Daczeusz...
3. Jury w składzie ja i tylko ja wybiera zwycięzcę, a kryterium oceny będzie moje subiektywne widzi-mi-się.
4. W razie otrzymania zerowej ilości zgłoszeń, automatycznie konkurs wygrywam ja i tylko ja.

Zatem do klawiatur i powodzenia!

środa, 13 listopada 2013

Czego to Ci Dacze jeszcze nie wymyślą?!

Dacze, jak tu wszyscy na emigracji zdążyliśmy już zapewne słusznie zauważyć, mają niezłą fantazję, jeśli chodzi o nowe wynalazki, tudzież inwencję twórczą. Tak, tak. Ci spokojni, chłodni, wyważeni, słowem stoiccy Dacze, nieraz w swej fantazji mogą Was, jak i cały świat, nieźle zaskoczyć. Skąd to się bierze? Nie mam pojęcia. Ale jedno wiem na pewno. Jeśli czegoś jeszcze nie wynaleziono, dajcie Daczom chwilkę, bo ulubionym ich powiedzonkiem jest challenge accepted. Wszak, który inny naród wymyśliłby chodaki i wiatraki? Odnieśmy się więc do historii, czyli do Wikipedii i bliżej się temu zjawisku przyjrzyjmy. Gerard Philips (tak, ten od firmy Philips!)? Dacz. Thomas Alva Edison? Korzenie holenderskie. Vincent van Gogh (po któż to inny wpadłby na pomysł, aby uciąć sobie ucho?)? Holender. Gerard Adriaan Heineken (po któż to inny, może stworzyć takie piwo, które sam James Bond woli pić zamiast Martini  z wódką wstrząśnięte nie mieszane?!)? Oczywiście Dacz. Coś w tym jest, że nawet, jak teraz zamknę oczy, to holender, I see Dacz people... Zaraz się kurde okaże, że nawet nasz polski Kopernik był z matki Holenderki. Damn it! Wszystko możliwe, wszak panieńskie nazwisko matki Kopernika nie brzmi zbyt polsko, bo jakoś tak Watzenrode. A i Konrad Wallenrod zaraz okaże się Daczem...

I teraz będzie szok, bo co tam, penetruję zagadnienie głębiej. I teraz kropla w morzu celebrytów, tudzież prawdziwych uzdolnionych ludzisk z showbizu, którzy mają daczowskie korzenie. Angelina Jolie, Kim Kardashian, Wentworth Miller (po nim akurat można było się tego spodziewać...), Christina Aguilera, Matt LeBlanc, Marlon Brando, Robert De Niro, Johnny Depp, Michael Douglas, Charlize Theron, Clint Eastwood, Zac Efron, a nawet Serena van der Woodsen z Plotkary i doktor House! Tak to rzecze Wikipedia. Dla porównania sławy z polskimi korzeniami (takie, co to się zna ze słyszenia i widzenia z telewizji, tudzież z Pudelka) to Scarlett Johansson i Martha Stewart. Bo tak, my polskie kobiety słyniemy z urody, sex appealu i zdolności pani domu, których mogą nam pozazdrości bohaterki Gotowych na wszystko... Czyż nieprawdaż? ;)

Ale co to ja chciałam napisać? A! Już wiem! Chciałam Wam przedstawić dziesięć holenderskich wynalazków, tudzież pomysłów, które przeszły lub zapewne wkrótce przejdą, do historii! Oto i one:  

1. Dziwaczne rowery
Znacie to holenderskie powiedzenie, pokaż mi swój rower, a ja powiem ci, kim jesteś? Jak zapewne stali czytelnicy Wydaczonych wiedzą już, jestem posiadaczką roweru w kolorze żółtym, co zapewne świadczy, że jestem w głębi duszy krypto-turystką w tym kraju i w tym mieście. Panie, ja tu tylko przejazdem... Dzięki daczowskiej fantazji, wybór rowerów jest tu spory. Od klasycznych modeli po dziwaczne stwory. Małe i składane, takie w sam raz do pociągu. Albo takie, na których jeździ się w pozycji leżącej. Albo tak zwane cargo bikes lub nazywane bardziej z daczowska bakfiets, wyglądające jak taczka, w którą wkłada się, na przykład, dzieci (takim rowerem, zapewne ze względów praktycznych, wozi się też nawet sam daczowski Święty Mikołaj Sinterklaas i jego rasistowscy pomocnicy). Daczowska fantazja w konstruowaniu rowerów nie ma ograniczeń. Nie bez kozery też typ jednego z najbardziej popularnych i hipsterowskich rowerów nosi nazwę holenderka. Rower w Holandii to nie tyle, co środek lokomocji, ile stan umysłu, więc fantazja przy jego konstruowaniu nie ma u Daczy limitu...


2. Buienalarm
Aplikacja na phona, iPhona tudzież smartphona, bez której już nie wyobrażam sobie życia w Daczlandii. Zawsze ostrzega mnie przed deszczem a i dokładnie pokazuje, jakimi falami będzie przebiegać ulewa. Kiedy będzie lać jak z cebra, a kiedy tylko kropić. I pokaże to co do minuty, choć tylko, a może aż, dwie godziny naprzód. To chyba jeden z najmądrzejszych i najbardziej praktycznych holenderskich wynalazków. Czasem naprawdę wystarczy poczekać w domu tylko pięć minutek, by nie przemoknąć do suchej nitki. Instalujta, instalujta w swych telefonach, jeśli jeszcze tego appa nie macie. Buienalarm to kolejny stopień wtajemniczenia, czytać, wydaczenia...

 
3. Gin
Tak! Nie piwo, ale gin jest holenderskim odkryciem. To wiele tłumaczy, dlaczego mój luby jest takim koneserem i kolekcjonerem ginu, choć sam mocno się zdziwił, gdy mu powiedziałam, że ten specyficzny smaczek tego trunku zawdzięcza jednemu ze swoich rodaków. Ten szlachetny alkohol wynalazł niejaki Dacz Franciscus Sylvius żyjący sobie w latach 1614-1672 i początkowo był on sprzedawany, jako lekarstwo... Nie wiem, jak Wy, ale ja tam ginem mogę się leczyć na wszystkie dolegliwości i choroby tegoż świata ;)

4. secondlove.nl
 Czyli portal dla tych nie tyle, co szukają pierwszej miłości, ile drugiej. Czyli czytajcie: partnera do zdrady, bo ci, co kochają zdradzać, też mają prawo do miłości. Wszystko jest jasne, reguły z góry ustalone, bo w sumie wcale nie miłości szukacie na tej stronie, ale kogoś do niecnych schadzek. Wiecie, skoro można mieć ciuchy z drugiej ręki, to czemu nie również cudzą żonę? Tudzież męża? Tylko nosić trzeba na zmianę... z kimś innym. Bo w sumie nawet, jeśli ktoś jest w związku, to czemu by nie poszerzyć swój status o inne opcje? Stronę reklamuje takie oto hasełko Flirten is niet alleen voor singles, czyli Flirt nie jest tylko dla singli, czyli jakże miło i wesoło, kiedy zdradzać mogę w koło. Spoko, strona ma "tylko" 400.000 zarejestrowanych użytkowników. Ktoś chętny?


5. Big Brother
Oczywiście, że ten program wymyślili Holendrzy, a dokładnie niejaki producent John de Mol w 1997 roku. Wszyscy znamy z widzenia niechęć Daczy do wynalazku zwanego powszechnie firanki, stąd taki pomysł na podglądanie innych w zamkniętym pomieszczeniu, narodził się nie gdzie indziej, a właśnie w Daczlandii.

6. Plaszak
To już było, ale tak mi się spodobało, że powtórzę. Plaszak, czyli torebka do sikania, został uznany według Daczy w 2011 trzecim najpopularniejszym słowem roku. Czymże jest więc ten wynalazek? Ano wytworem holenderskiej kolei, która w swej fantazji wcale nie ustępuje naszemu swojskiemu, polskiemu PKP, który w swoim pierwotnym przeznaczeniu miał służyć za ekwiwalent braku toalet w holenderskich pociągach. To taka torebeczka przypominająca tą, co jest na wymioty w samolotach, tyle że Plaszak (a mówiąc poprawnie, de Plaszak) jest z plastiku i nie oddaje się do niego pawia, tylko siku.


7. Fotoradar
Zgadza się, ten ulubiony wynalazek wszystkich kierowców to wytwór holenderskiej firmy Gatsometer BV. Nic jednak w tym dziwnego zważywszy na fakt, jak Dacze uwielbiają przestrzegać tych swoich kwasów i zasad... Gdzie holenderskie coffeshopy zaopatrują się w trawę, czyli daczowskie kwasy i zasady

8. Martwy kot, jako dzieło sztuki
Niejaki Bart Jansen, Holender, znany, tudzież tak zwany, artysta, zrobił ze swojego martwego kota Orville'a "dzieło sztuki", czyli latawiec. Ów "dzieło sztuki" o nazwie Orvillecopter rzeczywiście lata i jest sterowane za pomocą pilota. Kot, który zmarł w wyniku potrącenia przez samochód, dobrze został zakonserwowany. No wygląda prawie, jak żywy. Prawie, jak żywy, tyle że martwy. No i lata. Martwy, ale lata. Sterowany. Na pilota. Sztuka - makabra, a raczej makabreska. A dokładniej już, to groteska. Uwaga dzieci! Nie próbujcie tego w domu!

 
 9. Małżeństwa tej samej płci 
1 kwietnia 2001 roku w ratuszu na Waterlooplein w Amsterdamie pobrały się pierwsze nie tylko w Holandii, ale i na świecie, cztery pary tej samej płci. Ba! Co więcej, ślubu im udzielił nie kto inny, jak sam burmistrz Amsterdamu - Job Cohen! Nie, to nie był primaaprilisowy żart, tylko dzień, w którym Holandia oficjalnie stała się pierwszy krajem na świecie, który zalegalizował małżeństwa osób tej samej płci. Za Holandią szybko poszły w ślady inne liberalne kraje, ale co tam! Dacze byli pierwsi!

10. Podróż na Marsa 
Tutaj holenderska fantazje bije na głowę wszystko inne, co powyżej. Nawet powieści s-f i stary film z Arnoldem Schwarzeneggerem Pamięć absolutna, który, co ciekawe, jest dziełem nikogo innego a... holenderskiego reżysera Paula Verhoevena! Zresztą, o tym szalonym daczowskim pomyśle, mogłabym osobny post, a nawet i ba!, osobną książkę napisać. Więc w skrócie, w 2023 roku kilka osób pojedzie na Marsa z biletem w jedną stronę. Tak, ta szóstka już nigdy nie wróci... Już zgłosiło się 200.000 (!) chętnych kandydatów, którzy do końca życia chcąc oglądać tylko piach. Ich misja na Marsa to w skrócie rozmnażanie się i kolonizacja czerwonej planety. Czekajcie już na nowy blog Wymarsowieni. Więcej dowiecie się o tej idei z poniższego linku oraz video. I jak będziecie oglądać ten film pomyślcie sobie: TAK, TEN POMYSŁ NARODZIŁ SIĘ W DACZOWSKIEJ GŁOWIE! TAK! TO JEST HOLENDERSKI PROJEKT! TAK! DACZOM SKOŃCZYŁA SIĘ MOŻLIWOŚĆ KOLONIZOWANIA ZIEMI, TO WZIĘLI SIĘ ZA MARSA! TAK! TO NIE JEST ŻART Z CYKLU SIENCE FICTION, TYLKO KOLEJNA EDYCJA BIG BROTHERA, TYLE, ŻE NA MARSIE...

Tutaj przeczytacie więcej o wyprowadzce na Mars:
 Jak polecieć na Marsa i nigdy nie wrócić? Tak, to możesz być Ty!


poniedziałek, 11 listopada 2013

Dacz Wars, epizod 4. Stara nadzieja

Dawno, dawno temu w odległej Daczlaktyce, lud polski obchodził swoje jakże ważne święto 11 listopada na obcej Ziemi. Tęsknota za ojczyzną, wyalienowanie i wrażenie obcości dawało się we znaki tego dnia we wszystkich odcieniach swej szarości. Poczucie tożsamości narodowej na emigracji wydawało się silniejsze, niż za czasów dawnego życia w Polandii. Zryw patriotyczny można było zaobserwować zwłaszcza na Facebooku, gdzie inni znajomi banici co rusz zmieniali swoje zdjęcia profilowe, tudzież zdjęcia w tle, na polską flagę albo orła cie(r)ń w koronie. Obudziła się w ten sposób w sercach stęsknionych za ojczyzną rodaków stara nadzieja na to, że Polska nie tyle co będzie Chrystusem Narodów, gwałconą co rusz przez Unię Europejską, tudzież Stany Zjednoczone, ile będzie Winkelried Narodów, co to przez nią się tam przepchnie kilka reform i ludzisk, co udowodnią, że może być tam kiedyś (nawet!) lepiej, niż na obczyźnie w jakimś innym zachodnim kraju. Bo na wygnaniu, jak na wojnie. Ciągle trzeba walczyć ze stereotypami, uprzedzeniami, a i też o swoje miejsce (w szarym) szeregu. Aż tu nagle niespodzianka! Stara nadzieja znów odżyła dzięki nowej emigracji i co się okazało? Jednak Ci Dacze, co tak myślimy, że nas tu niezbyt lubią i szanują, wcale nie mają o nas takiego najgorszego zdania. Zatem 11 listopada niech moc będzie z Tobą, bo jak pokazała nam historia, polska walka o niepodległość wcale nie okazała się walką z wiatrakami ;)

czwartek, 7 listopada 2013

Dacz Wars, epizod 3. Zemsta Daczów

Dawno, dawno temu w odległej Daczlaktyce, lud polski za bardzo rozgościł się na nowej Ziemi. Starzy mieszkańcy z daczowskiego pradziada na dziada nie kryli swej dezaprobaty. Wpierw ich ziemię spenetrował lud arabski z Turcji, tudzież, o jeszcze większa zgrozo, z Maroka, to tuż po otwarciu granic również ich kraj licznie zasiedlili Polacy. Dacze wpierw z ukrycia przyglądali się niby biernie temu zjawisku, a tak naprawdę po ciuchu przygotowując zemstę. Zemsta miała być zabawna, szydercza i w klimacie piosenek disco-polo, a jej kulminacja nastąpiła w 2008 roku. W tymże roku powstała to właśnie daczowska przyśpiewka o busiku pełnym Polaków, którzy, cytując ową przyśpiewkę, 'przyjeżdżają razem po parę groszy i puszkę piwa'. Bo jak wiadomo w powszechnej i stereotypowej świadomości niemal każdego Dacza, nic tu w Holandii tak nie smakuje prostemu Polaczkowi, jak puszka Tyskiego, tudzież Żywca, z Alberta Heijna i najlepiej na goedemorgen z rana. Cóż, swoją drogą naród polski ciężko, głośno i w oparach licznych procentów pracował na taką a nie inną opinię. Zatem nie wstydźmy się swojej natury i A-Team (A jak Alkoholik) 'go, go, go' po piwko! I niech moc Tyskiego, tudzież Żywca, będzie z nami! ;)

wtorek, 5 listopada 2013

50 holenderskich słów, które chcielibyście znać, ale o które boicie się zapytać...

Kochani! Przed ekranami Waszych komputerów wyświetla się właśnie 50 post na tymże blogu! Czy to dużo, czy to mało zważywszy na fakt, że w sobotę Wydaczonym stuknie równo pół roku? Sama już nie wiem, ale jakoś to wszystko zleciało szybko... Za szybko nawet. Choć na pewno daleko mi jeszcze do takiej liczby, jak na przykład ilość odcinków Mody na sukces. Ale spokojnie. Na emeryturę się jeszcze nie wybieram, ani też nie planuję w najbliższym czasie wyjazdu z tej, jakże pogodnej, jak Syberia w zimie, Daczlandii. Więc jeszcze jakiś czas zostanę tu z Wami. To nie jest zatem czas na różne tam takie podsumowania, ale to najlepszy moment na zestaw 50-ciu niezbędnych holenderskich słów, tudzież zwrotów, które podzieliłam tu ładnie na 5, jakże istotnych w naszym emigranckim życiu, kategorii. Zatem przed Wami 50 holenderskich słów, czyli 50 schande woorden, 50 shameful words, 50 słów wstydu i 50 shades of orange, które chcielibyście znać, ale o które boicie się zapytać, bo dobre wychowanie, tudzież polska wrodzona skromność, Wam nie pozwala, a które pomogą Wam wydaczyć się jeszcze i jeszcze lepiej ;)


*Miłość / Nienawiść (Liefde / Haat):

1. Kochanie - Schat (o facecie) / Schatje (o babeczce)
2. Dupek - Klootzak
3. Kocham cię! - Ik hou van je!
4. Nienawidzę cię! - Ik haat je!
5. Seks w kuchni (w ostrzejszym znaczeniu) - Neuken in de keuken
6. Spadaj! - Ga nou weg!
7. Masz chłopaka / dziewczynę? - Heb je al een vaste relatie?
8. Żona / mąż - Vrouw / man
9. Rozwód - Echtscheiding
10. Wesoła Wdówka - de Vrolijke Weduwe
  
*Zdrowie (Gezondheid):

11. Botoks - Botox
12. Kac - Kater
13. Biegunka - Diarree
14. Gazy (tudzież bąki) - Wind
15. Dawkowanie - Dosering 
16. Przechowywać z dala od dzieci! - Geneesmiddelen buiten het bereik van kinderen houden! 
17. Prezerwatywa - Condoom
18. Nudności - Braakneiging
19. Ciąża - Zwangerschap   
20. Na zdrowie (toast) - Proost! / Gezondheid

* Rozrywka i zabawa (Entertainment en plezier):

21. Festiwal smurfów - Smurfenfestival
22. Wyścigi krewetek - Garnaalkruiers Wedstrijd 
23. Piwny weekend - Bierweekend
24. Rajd czterech wieczorów - Avondvierdaagse
25. Siedzenie na kolumnie - Paalzitten
26. Koński targ - Paardenmarkt
27. Pchli targ - Rommelmarkt
28. Targ wyrobów rękodzieła ludowego - Folkloremarkt
29. Procesja - Sacramentsprocessie
30. Toaleta publiczna - Openbare toiletten

* Zakupy (Winkelen):

31. Matki Boskiej Pieniężnej - Onze Lieve Vrouw van Geld
32. Tylko się rozglądam - Ik kijk even rond
33. Za drogie - Te duur
34. Tanie - Goedkoop 
35. Zniżka - Korting
36. Zawinąć w gazetę - In een krant gewikkeld
37. Wódka - Vodka
38. Monopolowy - Slijterij / Drankwinkel
39. Ile za gram? - Hoeveel kost een gram?
40. Bankomat nie chce zwrócić mojej karty - De geldautomaat geeft mijn pinpas niet meer terug

* Varia:

41. Osioł - Ezel
42.  Dupa - Reet
43. Duża dupa - Dikzak
44. Idź do diabła - Loop naar de hel
45.  Syn / córka napalonego wielbłąda - Zoon / dochter van een hoerige kameel
46. Przekleństwo w stylu k*rwa - Verdomme!
47. Poniósł mnie melanż - Ik leed aan een melange
48. Torebka do sikania (?!) - Plaszak (trzecie najpopularniejsze słowo w Holandii w 2011 roku)
49. Eksplodujący, dobrze utuczony kurczak - Plofkip (pierwsze najpopularniejsze słowo w Holandii w 2012 roku)
50. Wydaczeni - Vanderdaczworden