niedziela, 29 grudnia 2013

Co ja dacze? Vol. 1

Ha! Zarówno wykwintna kolacja w Brukseli, jak i całe święta tak w ogóle, obeszły się bez większych atrakcji, niespodzianek, tudzież wpadek, tudzież głupiutkich faux pas z mej strony, z których żarci się przez lata i tworzy suchary bardziej chrupiące niż te, które serwuje Karol przy niedzielnym stole pod sztandarem Familiady (pacz: Berry Christmas, czyli moja największa świąteczno-daczowska wpadka...). Za to czas ten obfitował w historie, które znajomi Dacze, tudzież rodzinka mego lubego, z każdą kolejną lampką wina opowiadali coraz chętniej. I coraz głośniej.

Zauważam, że święta w Holandii to nie tylko jedzenie. To również, a może i przede wszystkim, picie. Wino na pierwszy dzień świąt, który jest tu ważniejszy niż Wigilia, nie kupuje się na butelki, ale na kartony. I na jeden taki karton wypada sześć sztuk butelek. A kartonów jest kilka. I kolacja jest baaaaaaaaardzo długa, bo składające się z czterech przystawek, trzech dań głównych i dwóch deserów. Czyli jak zaczyna się o szóstej wieczór, tak kończy się o trzeciej w nocy, czy też rano - jak kto woli. Czy wspomniałam już, że tak w ogóle owa kolacja zaczyna się szampanem? W każdym razie podczas tejże strawy idzie naprawdę sporo wina. Ubywa go w duuuuuuuuużej ilości. I w zastraszającym tempie. Ale im więcej tego wina ubywa, tym robi się weselej... Jakby zwrot Wesołych Świąt nabierał na jakości, na znaczeniu. I zobowiązywał.

Kolacja w Belgii zresztą wyglądała podobnie. Picie, jedzenie i posiedzenie. A potem tańce w klubie Spirito Brussels, który mieści się w dawnym... kościele. Tia... Zdecydowanie ostatnimi czasy przeżywam duchowe odrodzenie, może też trochę za sprawą grypy żołądkowej, która tuż po świętach zebrała swoje żniwa również w postaci mojej osoby. Ale nie ma co narzekać. Myślę, że jestem jedną z nielicznych "szczęściar", które po świętach znacznie schudły, bo całe 2,5 kilo. A razem z lubym uzbiera nam się wspólnie tego całe 6 kilo. Można? Można.

Ale dziś nie o mnie. Dziś głos zabierają Dacze i ich historie, które namiętnie i z pełną uwagą słuchałam przez ostatnich kilka dni. Opowieści przy stole zarówno tym wigilijnym, jak i tym belgijskim, obierały różne tory, przybierały różne formy i schodziły na wszelakie szlaki pod tytułem na przykład: "Dlaczego język migowy nie jest językiem uniwersalnym? I czemu dla każdego kraju migowy jest inny?" -  Tako rzekł i tako pytał przy świątecznym stole wujaszek lubego po kilku lampkach wina. No właśnie, dobre pytanie. D(l)aczego? Czemuż to? I w tym momencie każdy przy stole zaczął się chwalić swoją znajomością migowego. Wyglądało to dość komicznie... Ale, jak się zapewne domyślacie, z języka migowego do rozmów o Alfabecie Braille'a przeszliśmy chwilkę później całkiem "płynnie". No jednak Dacze to potrafią rozmawiać nie tylko o pracy i związanych z nią mozolnych, codziennych wysiłkach. Ale, żeby tak się stało, musiało upłynąć trochę wina.


I choć nikt nie znał odpowiedzi na pytanie wujaszka, to również nikt z tego powodu nie rozrywał szat. Po prostu szybko zmieniono temat bodajże na Hobbita (na marginesie, polecam!). A dziś, żeby już Was dłużej nie trzymać w niepewności i w napięciu, zaserwuję Wam porcję daczowskich historii zasłyszanych w Brukseli przy uroczystej i jakże eleganckiej kolacji. Historie te jednak co najmniej odbiegały od podniosłej atmosfery tejże strawy i nie były adekwatne do trzech noży, trzech widelców, jednego widelczyka i łyżeczki ułożonych obok wielkiego talerza. Ale wiecie, znów zadziałało to wino i ta łacińska mądrość In vino veritas, której słuszność została mi wpojona jeszcze w liceum (w starym systemie, nie żadne tam gimnazjum!). A gdy ogarnę się zaś po Nowym Roku i wrócę z wojaży, zaserwuje Wam nowe części tegoż nowego cyklu. I nowe historie. Baaaaardzo wydaczone ;) No to jedziem z tym koksem!

Któraś tam butelka wina....

- Prowadzisz bloga Renata?
- Aha. - Pokiwałam głową, gdy współpracownik lubego dolał mi wina do kieliszka.
- O czym ostatnio na przykład pisałaś?
- Hmm, no na przykład o holenderskich domach studenckich.
- O, to mogę ci kilka śmiesznych historii opowiedzieć z własnego życia.
- Jasne! Dawaj!
- Raz mieliśmy remont w naszym studenckim domu. I zatrudniliśmy takiego pana z wąsem, co malował nam ściany.
- Oooo. Z Polski?
- No chyba.
- I co dalej?
- No ukradł nam Playboy'e. Ale wiesz, takie naprawdę zabytkowe egzemplarze. Z lat '80, a nawet jeszcze starsze. Jak skończył robotę, zakosił skubany wszystkie. Nawet te najbardziej wyświechtane.

Kurtyna.

- O czym rozmawiacie? O Playboy'u? - Zapytała podejrzliwie żona jegomościa od skradzionych pisemek.
- A opowiadam Renacie na jej bloga historię z naszego studenckiego domu.
- A! Ooo. Też coś mogę opowiedzieć! - Żona jegomościa aż podskoczyła.
- Jasne, im więcej historii, tym lepiej! - Aż udzieliło mi się jej podniecenie.
- Ja mieszkałam w mieszanym domu studenckim. W tym sensie, że mieszkali tam faceci i facetki.
- Aha. Integracja. No super. - Pokiwałam ze zrozumieniem głową.
- I raz na noc została u nas siostra koleżanki. Siostra miała zespół Downa. Wytłumaczyłyśmy jej, która łazienka i która toaleta jest dla pań. I gdy wróciła z toalety pytamy, czy wszystko okej?, bo jakoś tak dziwnie podekscytowana była, jak wróciła z tego WC. Ona mówi, że tak i że ładnie, że tyle w kobiecej toalecie jest kobiecych zdjęć.
- A ona pomyliła kibelki! Bo koledzy z domu studenckiego okleili swoje WC gołymi laskami z Playboy'a!!! - spuentował za żonę jegomość mąż.
- Stefan! Choć raz dałbyś mi skończyć!

Kurtyna.

- Co cię najbardziej zadziwiło na początku w Holandii? - Zapytał mnie jegomość, którego dopiero co poznałam podczas tej kolacji.
- Duuuużo by wymieniać.
- No to daj jakiś przykład.
- Okej. Raz luby wziął mnie na obiad do jednej takiej restauracji w Rotterdamie. Idę do toalety i co ja tam widzę? Jezusa... A dokładniej jego wielki posąg.
- O Boże!
- Dokładnie. O Boże, a raczej, o Jezu...
- Nie, w sensie o Boże, bo ja tam kiedyś pracowałem za studenckich czasów jako kelner, więc wiem dokładnie, o której restauracji mówisz. Właściciel tej restauracji ma jeszcze kilka innych knajp i kilkanaście coffeeshopów. Poza tym ma jeszcze inną działalność, kumasz z jakiego cyklu... - Puścił mi oczko.
- Chyba się domyślam.
- Że w sensie to był koleś, jak z Rodziny Soprano. W każdym razie wszyscy się go bali, jak cholera, choć płacił całkiem nieźle. Zawsze w niedziele gościł w tej swojej restauracji dostawcę mięsa i dostawcę warzyw.
- Aha. No to z klasą. I na bogato.
- A żebyś wiedziała, że na bogato. Oni dwaj zawsze zostawiali nam bardzo wysokie napiwki. I zawsze płacili gotówką. A jak płacili, to rozwijali taki plik banknotów! - Tu pokazał mi pianę na dwa palce.
- Nieźle.
- Ale pewnej niedzieli ten od mięsa już nie przyszedł. Zamordował go.
- Kto? Ten twój szef go zamordował? Ze nieświeże mięso? - Gdybałam na głos.
- Nie, gdzie tam! Zamordował go teść. Jego własny teść. 
- Aha. A ten szef to Dacz?
- Dacz.
- To o co chodzi z tym Jezusem w toalecie?
- On kupił stary kościół we Włoszech i rozebrał go niemal doszczętnie.
- I ten Jezus w kiblu, to z tego kościoła pochodził? - Spytałam z lekkim niedowierzaniem, choć już znałam odpowiedź. Twierdzącą.
- No dokładnie. I mozaika na podłodze w tym kiblu to też pochodzi z tego kościoła. Bodajże ze sklepienia. Ale nie pytaj mnie, gdzie ten wariat postawił sobie konfesjonał....

Kurtyna i koniec wina...


CDN...

czwartek, 19 grudnia 2013

Berry Christmas, czyli moja największa świąteczno-daczowska wpadka...

W weekend przed świętami, jak już co roku zresztą, jedziemy z lubym do Brukseli. Okazją do tego wypadu jest nie tylko zakupienie na prezenty belgijskich czekoladek, ale, a może i przede wszystkim, świąteczna kolacja organizowana przez jednego z belgijskich partnerów biznesowych lubego. Kolacja, tak zwana top of the top, czyli snobistyczna restauracja co najmniej z jedną gwiazdką Michelina, przesadnie drogie wino nieadekwatne do smaku (albo nieadekwatne do mojego mało wyrafinowanego i wprawionego podniebienia) oraz ciągle nadskakujący kelnerzy. I pisząc cięgle mam na myśli co dwie minuty. Ale, co by nie mówić, tenże partner stawia to nie ma co narzekać, tylko pławić się podczas tejże kolacji w tym jakże wykwintnym luksusie, czytajcie snobizmie, w myśl zasady darowanemu obiadowi nie zagląda się w talerz.

Wyobraźcie sobie teraz te wszystkie garnitury, wspaniałe kiecki z metkami typu Prada, Chanel i inne Coco. W powietrzu unosi się chmura perfum większa, niż na wyprzedaży w Sephorze, tudzież innym Rossmannie. Złote bransoletki i niebotycznie drogie zegarki zaciskają nadgarstki. Zresztą, zaciśnięte też są męskie szyje krawatami i kobiece mięśnie brzucha, które próbują ukryć wzdęcie, tudzież zadęcie. Ściśnięte są także poniektóre pośladki. Macie już wyobrażenie atmosfery tego wieczoru, tej kolacji, jak i uczestniczącego w niej towarzystwa, pora więc przejść do sedna i puenty tej historii. No to trzymajcie się krzeseł.

Nie bez kozery mój luby nazywa mnie ciągle głuptaskiem, Silly, silly Renia - no tak najczęściej się do mnie zwraca. Bo sęk w tym, że ja prawie zawsze i wszędzie popełniam jakieś faux pas, za co mój luby, paradoksalnie, kocha mnie jeszcze bardziej. Była to moja pierwsza taka kolacja w tej Brukseli i w ogóle mój pierwszy raz w tym mieście i w ogóle w tej Belgii. Było to dokładnie dwa lata temu, jeszcze wtedy nie mieszkałam w Holandii, więc przyleciałam na nią z Warszawy. Wpierw lot samolotem do Amsterdamu, potem pociąg do Brukseli, opóźniony zresztą i szybka zmiana kreacji w hotelu. Nie miałam czasu nawet uczesać włosów, bo kolacja już się zaczęła. Więc wsiadamy w taksówkę i szybko jedziemy.

Odcinek taksówka - restauracja pokonywaliśmy w strasznej ulewie. Bez parasola. Więc pierwsze co po ściągnięciu płaszcza w tejże restauracji, udałam się do toalety. Poprawić makijaż, fryzurę i doprowadzić się do porządku. Makijaż poszedł szybko, przyszła więc pora na włosy. O tyle, co miałam swój cały przybornik do make-upu, o tyle zapomniałam lakieru. Do włosów, rzecz jasna. Również w miarę szybko, jakoś te włosy ładnie upięłam w koński ogon i zadowolona z siebie rozejrzałam się dookoła w swojej naiwności myśląc, że w tak drogich restauracjach pewnie mają w damskich toaletach różne takie tam rzeczy, które kobieta potrzebuje do poprawienia urody. Zadowolona wypatrzyłam, jak mi się wydawało, lakier do włosów. I pryskam nim swój koński ogon, naprawdę nie żałując w myśl zasady, że będzie ładnie błyszczeć. Koński ogon, rzecz jasna, miał błyszczeć. Sekundę później czuję, że coś jest nie tak, że coś dziwnego unosi się w powietrzu... Do moich nozdrzy dotarł zapach zgniłych jagód, czyli typowy odór odświeżaczy powietrza, jaki to zapewne każdy z Was trzyma w... kiblu.

I teraz wyobraźcie sobie moją minę i moją reakcję w slow motion. Dokładnie wyglądało to tak, jak myślicie:


Czułam się, jakby ktoś (czyli ja, Renia rączkowska) tym odświeżaczem powietrza zrobił mi tak:


Za chwilę mam po raz pierwszy usiąść przy stole z holendersko-belgijską śmietanką light biznesu, a ja co? Walę odświeżaczem z kibla! I to jeszcze o zapachu zgniłych jagód... Psikam się swoimi perfumami, ale to nic nie pomaga, ta substancja już wżarła się nie tylko w moje włosy, ale mam wrażenie, że też w mój mózg. Co zrobić? Myślę i patrzę na zegarek, że już siedzę w tej łazience za długo. No nic. Idę twardo do stolika. Witam się z każdym i siadam obok lubego, który szepcze do mnie... ładnie pachniesz. A ja co wtedy robię? Ano ja, troszkę chyba z tych nerwów, troszkę ze zmęczenia podróżą i troszkę bez namysłu wybuchłam przy tym stole i przy tych wszystkich gościach dłuuuuugim, gromkim i niemal demonicznym śmiechem, niczym złe czarownice w kreskówkach, wprawiając w konsternację całe towarzystwo. Nie było więc wyjścia i jak już się trochę uspokoiłam, musiałam opowiedzieć wszystkim tam zgromadzonym swoją historię z łazienki z odświeżaczem powietrza w roli głównej, która ma moje szczęście tak rozbawiła to całe towarzystwo, że rok temu nie miałam problemu, że ktoś tam gadał tylko po holendersku. Rozluźniłam więc tam wszystko. Nawet te spięte pośladki. Zostałam wtedy gwiazdą wieczoru i jedynie obsługujący mnie kelner ciągle patrzył na mnie z ironicznym uśmiechem i jak pierwszy raz podszedł z moim zamówieniem, to też prawie parsknął mi śmiechem do zupy. Wyniuchał skubany, jaką to gafę strzeliłam. A może to nie ja pierwsza tam wzięłam za lakier do włosów odświeżacz powietrza?

W każdym razie była to kolacja w klimacie baaaardzo Berry Christmas, dosłownie w tego zwrocie znaczeniu, która myślę, że w mojej pamięci zapadanie na długo. Rok temu obyło się bez żadnych wpadek, wypadków i ekscesów, więc ciekawe, czy teraz w ten weekend dobra passa będzie trwała nadal? W każdym razie, jeśli nie teraz, to na pewno coś musi zdarzyć się wkrótce, jeśli chcę utrzymać tytuł mistrza wpadek tudzież absurdalnych daczowskich faux pas. Co by jednak nie było, mały lakier do włosów został zakupiony dziś w Etosie. Tak na wszelki wypadek ;)

niedziela, 15 grudnia 2013

Jak bardzo się wydaczyłam? Czyli 40 objawów i 8 stopni wydaczenia...

Wolisz pójść do baru ze znajomymi na piwo, niż popijać z nimi w domowym zaciszu wódeczki? Zamiast smaczne mówisz lekker? I nawet w deszczu, śniegu czy wietrze śmigasz na rowerze? To wiedz, że coś się dzieje... Wiedz, że oto pierwsze objawy wydaczenia wystąpiły u Ciebie. Jak ich nie wyleczysz wracając szybko do Polski, to wiedz, że potem będzie jeszcze gorzej. Wiedz, że objawy będę się mnożyć, a te wcześniejsze nasilać. Wiedz, że jesteś na dobrej drodze do całkowitego wydaczenia. Wiedz, że jesteś na prostej drodze po holenderski paszport...

Oto więc przed Wami wszystkie symptomy wydaczenia, jak i stopnie jego zaawansowania...


Poziom podstawowy: 

1. Wolisz piwo zamiast wódki, a zwłaszcza ukochałeś sobie Heinekena.
2. Zamiast smaczne mówisz lekker, zamiast fajnie mówisz gezellig.
3. Niezależnie od pogody, pory dnia i roku jeździsz na rowerze. Czy na obcasach, czy z walizką, czy z dzieckiem, czy tym wszystkim naraz, jedziesz twardo na dwóch kółkach. 
4. Ludzie mówiący głośno są dla ciebie za głośni.
5. Wolisz Pindakaas zamiast Nutelli.

Poziom początkujący:

6. Jesz wszystko dwoma sztućcami (oprócz deserów i zup).
7. Mniej narzekasz.
8. Masz zawsze w domu stroopwafel, które podjadasz pijąc kawę.
9. Zaczynasz kolekcjonować parasole.
10. Jeśli w ogóle do tej pory miałeś firanki, to teraz wyrzucasz je na śmietnik. 

Poziom średnio-zaawansowany: 

11. Jesz obiad (nie mylić z kolacją!) w godzinach 19.00 - 21.00, choć nie uważasz to za normalne.
12. Masz w domu na stałym wyposażeniu zgrzewkę Heinekenów.
13. Jakość kawy zaczyna mieć dla ciebie znaczenie, zakupujesz więc machinę Nespresso i regularnie nabywasz niebotycznie drogie kapsułki w renomowanym sklepie.
14. Powoli i nieco ślamazarnie zaczynasz rozmawiać z Holendrami po holendersku, z czego Dacze się cieszą, jak małpy z bananów, tudzież karki ze sterydów.
15. Jesteś oficjalnie zameldowany i ubezpieczony w Holandii. 

Poziom zaawansowany:

 16. Jesz obiad (nie mylić z kolacją!) w godzinach 19.00 - 21.00 i uważasz to za całkiem normalne.
 17. Zatrudniasz do sprzątania raz w tygodniu, tudzież raz na dwa tygodnie, Fatimę lub inną Consuellę.
18. Narzekasz na Marokańczyków i Turków, z przewagą na tych pierwszych.
19. Zaczynasz prowadzić agendę...
20. Ciągle narzekasz na brzydką pogodę, ale w sumie już się do niej przyzwyczaiłeś.

Poziom bardzo zaawansowany:

21. Jeśli jesteś kobietą - farbujesz włosy na blond, jeśli mężczyzną - włosy zapuszczasz.
22. Jeśli jesteś kobietą - kupujesz płaskie kozaki, jeśli mężczyzną - kupujesz parę butów za 400 euro.
 23. Wiesz, kto to Linda de Mol, Ali B, Yolanthe Sneijder-Cabau van Kasbergen, Rafael i Sylvie van der Vaart czy Barbie, bo oglądasz holenderskie telenowele i programy rozrywkowe, a także czytasz daczowskie plotki.
24. Przestaje cię kompletnie interesować polska sytuacja ekonomiczna i gospodarka, za to jesteś na bieżąco z holenderską polityką i prenumerujesz Elseviera.
25. Nie tylko już całkiem dobrze mówisz po holendersku, ale i swoje posty na fejsie piszesz po holendersku dla swoich daczowskich przyjaciół.

Poziom ekspert:
 
26. Masz samochód na żółtych, czyli daczowskich, blachach.
27. Podczas mistrzostw świata w piłce nożnej wywieszasz za okno pomarańczową flagę z napisem Hup Holland!
28. Nie ma już dla ciebie Świętego Mikołaja, istnieje już tylko Sinterklaas.
29. Zaczynasz zbierać paragony i co miesiąc rozliczasz swoje i swojej drugiej połowy zakupy (sic!).
30. Zmienia ci się twój własny podpis, który zaczyna przypominać dziecięce bazgroły. 

Poziom super-ekspert:

31.  Już nie chodzisz do dentysty będąc w Polsce, ale robisz to w Holandii.
32. Umieszczasz w toalecie kalendarz, w którym wpisujesz imiona przy dacie urodzin tej osoby (czy jakoś tak).
33. Przechodzisz na ateizm, tudzież stajesz się agnostykiem.
34. Masz w swoim posiadaniu dwa, a nawet trzy rowery, z czego tylko jeden jest sprawny.
35. Podróżując z Polski do Holandii, mówisz i myślisz: wracam do domu...

Level hard: die or become a Dacz:

36. Kupujesz kamper i od tej pory tylko nim śmigasz na wakacje.
37. Nadajesz swoim dzieciom holenderskie imiona.
38. Narzekasz na Marokańczyków, Turków i Polaków z przewagą na tych ostatnich.
39. Mówisz płynnie po holendersku, choć akcent polski i tak ci pozostał (i tu niespodzianka, tego akcentu nigdy się nie pozbędziesz...).
40. Dostałeś holenderski paszport, przez co musiałeś zrzec się polskiego obywatelstwa. Gratuluję, zostałeś wydaczony w 100 %! GAME OVER!

Biję się w pierś i przyznaję się do objawów numer: 1-20, czyli wystarczy, że zafarbuję włosy na blond i już jestem na początku poziomu bardzo zaawansowanego... A jak tam Wasze wydaczenie postępuje?

czwartek, 12 grudnia 2013

Breaking dacz idioms with Stifler's mom!

Cóż, każdy kraj ma swoje idiomy. Osobiście mam kilka ulubionych rodzimych porzekadeł, jak: mucha nie siada, pies na baby, chodzić spać z kurami (sic!), patrzeć, jak sroka w gnat, rozpuszczony jak dziadowski bicz czy krowa, która dużo ryczy mało mleka daje. Czyli sporo z nich jest o zwierzętach. A jak się tak przypatrzeć holenderskim idiomom, to też można odnaleźć pewną prawidłowość. Często nawiązują one do wiatraków, kwiatów, rowerów, chodaków i wody. A jak do wody, to wiadomo, kanały, statki, wały i inne morze, jakże zaszczytnie ujarzmione przez Daczy. Kiedy więc my sobie tworzyliśmy przeważnie idiomy o zwierzątkach, Dacze szli dumnie, jak to zwykle oni, w swoje narodowe symbole. Rozszyfrowanie i przetłumaczenie niektórych idiomów było dość trudnym i żmudnym zadaniem, ale jak widać poniżej, wykonalnym ;) Oto przed Wami więc daczowskie idiomy, których znajomość pozwoli Wam wydaczyć się jeszcze lepiej, a jako bonus na samym dole 3 prześmieszne filmiki z mamą Stiflera w roli głównej (które wcale nie znalazły się tutaj od tak, od czapy, bez kozery)!


Numer 1. 
Een klap van de molen gehad hebben (Być uderzonym przez wiatrak) - Być szalonym, mieć bzika.

Numer 2
Met molentjes lopen (Chodzić z małymi wiatrakami) - Być głupiutkim, niepoważnym.

Numer 3
Blijf met de klompen van het ijs (Trzymać chodaki poza lodem) - Pilnować swoich interesów trzymać się z dala od cudzych spraw.

Numer 4
 Een boer op klompen (Rolnik tudzież wieśniak w chodakach) - Źle wychowany człowiek.

Numer 5
Je kunt niet over twee sloten tegelijk (Nie możesz przeskoczyć dwóch rowów naraz) - Musisz dokonać wyboru między jednym a drugim nie możesz mieć ciastka i zjeść ciastka.
 
Numer 6
Water naar de zee dragen (Przynosić wodę do morza) - Robić coś niepożytecznego, bezsensownego, daremnego.
 
Numer 7
De schepen achter zich verbranden (Spalić za sobą statek) - Palić za sobą mosty.

 Numer 8
Onder zeil gaan (Pójść pod żagiel) - Pójść spać.

 Numer 9
Ga toch fietsen! (Idź na rower!) - Zamknij się! Idź sobie!

Numer 10
Op een oude fiets moet je het leren (Musisz nauczyć się na starym rowerze) - Powinieneś uczyć się seksu od starszej kobiety, takiej MILF, jak na przykład mama Stiflera ;)




wtorek, 10 grudnia 2013

Hollish shit! Czyli jak wkurzyć Daczy?

Wiecie, jak wkurzyć Dacza? Ja wiem. Oj wiem i to aż za dobrze. Zdarzyło mi się kilka razy na tyle wkurzyć Daczy, że ten ich stoicki spokój zniknął z ich twarzy i przepadł gdzieś w próżni, jak Hanka w kartonach. Nie wspomnę już o tym, że czasem podczas kłótni z lubym też potrafię całkiem skutecznie wyprowadzić go z tej daczowskiej równowagi  i podlać jego temperament paroma kroplami silniejszych emocji... Ale spokojnie, nie zdarza się to za często, bo luby unika kłótni, jak diabeł święconej wody. Taki to jego typowy daczowski temperament doskonale uzupełniający się z moim polskim ;)

Choć z tym opanowaniem Daczy, to ja Wam powiem, że to też jest chyba nie do końca prawda. Mam wrażenie, że to trochę taki mit, a zwłaszcza zważywszy na fakt, jak to niby Dacze są bezpośredni i szczerzy, by nie powiedzieć, że aż w tym swoim waleniem prosto z mostu i nie owijaniem w bawełnę są często chamscy i gruboskórni. Niby oni uważają to za swoją wielką zaletę i są z tego dumni, ale jak dla mnie to może być jednym z objawów kontrolowanej i zawoalowanej agresji, którą nazwali sobie ładnie bezpośredniością. Ale to tylko taka moja teoria, bo wiecie, co złego, to nie Dacze... Jednak czy aby na pewno? Czyżby? Wykoncypujcie sobie sami z poniższych przykładów z życia.


Przykład z życia No.1

Przyłapać Dacza na zdradzie. Ha! Wierzcie lub nie, ale Dacze też bywają niecnymi figlarzami! Raz wybrałam się z koleżanki w tygodniu wczesnym wieczorkiem na winko do jednego z moich ulubionych barów. A że wówczas zbierałam materiały do cyklu Cho-Daczki to wzięłam swój aparat. Zamówiłyśmy winko, poplotkowałyśmy, a tuż przed wyjściem zaczęłam robić fotki. Gdy skończyłam, wróciłam do stolika, po czym ktoś puka mnie w plecy. Odwracam się, a tu facet wyskoki na 1,5 metra i szeroki na 2,5.

-Kto pozwolił pani robić tu zdjęcia?!
- Yyy, to na bloga.
- Proszę mi pokazać te zdjęcia!
- Dlaczego? - Pytam go nieco przestraszona, bo facet zaczął na mnie wrzeszczeć.
- Nie życzę sobie być na żadnym zdjęciu! Proszę je skasować! Teraz! Tu! Przy mnie! Już!

No to skasowałam te zdjęcia przy nim, bo bałam się, że ten koleś w swojej wściekłości może mnie zjeść!  Patrzę za nim, jak wraca do stolika, a tam siedzi wdzięcząca się do niego aż zbytnio nadgorliwie, młoda i piękna dziunia. Taka co najmniej nie w jego kategorii i nie chodzi mi tu tylko o kategorię wagową... Ale widocznie panna w sam raz na jego kieszeń. Cóż, facet widocznie to prawdziwy gentleman z klasą i jakże miło z jego strony, że zdradzając swoją żonę z ekskluzywną prostytutką, wpierw wziął tamtą na kawę. Bo w trakcie tej swojej paniki i żądań usunięcia zdjęć, machał mi spocony tymi swoimi łapskami przed twarzą i wtedy to błysnęła mi przez chwilę jego obrączka. Muszę dodawać, że seksowna dziunia nie miała żadnej obrączki?

Przykład z życia No.2

Zajechać taksiarzowi drogę swoim rowerem (i to kiedy ty masz pierwszeństwo). Oj tak. Mi taksiarz w takiej sytuacji aż się zatrzymał, wyszedł z auta, wyzwał mnie, po czym na koniec pozdrowił mnie swoim środkowym palcem. Pozdrowienie odwzajemniłam, co go na tyle rozwścieczyło, że zaczął bluzgać mnie jeszcze bardziej. Wymieniwszy więc wzajemnie uprzejmości (ja w języku polskim, on w holenderskim) każde z nas rozjechało się w swoją stronę.


Przykład z życia No.3

Powiedzieć Daczowi, że mieszka się w Holandii już półtora roku, a jeszcze nie potrafi się perfekcyjnie mówić w języku holenderskim. I uwierzcie mi, że to naprawdę bezsensu tłumaczyć, że jest się w trakcie nauki. Rok na opanowanie języka nawet największemu idiocie powinien w opinie przeciętnego Dacza spokojnie wystarczyć. I uwierzcie mi, nie ma sensu tłumaczyć, że wy w takim razie zaliczacie się do zaszczytnego grona tych największych idiotów. Lepiej się więc nie tłumaczyć, tylko podjudzić takiego Dacza i powiedzieć mu, że nauka tego języka nie ma sensu, bo nikt w tym języku nie rozmawia poza małą Holandią i jeszcze mniejszą Belgią (i to nie całą!) i wolicie zamiast tego, na przykład, podszlifować swój francuski albo doprowadzić do perfekcji swój angielski. Jak dodacie, że holenderski to niemal jak łacina, czyli prawie martwy język, to Dacz się na tyle wkurzy, że da Wam już na zawsze spokój z pytaniem Hoe is met jouw Nederlands? (Jak tam z twoim holenderskim?). A i w ogóle da Wam święty spokój na zawsze w tym sensie, że obrazi się na Was na amen.

Przykład z życia No.4

Dacze łatwo się wkurzają przy rozmowach na kontrowersyjne tematy, stąd też tak owych unikają. Jednak ostatnio wszyscy mówią o Zwarte Piet i posądzeniu Sinterklaasa o rasizm. Kiedy więc cała Holandia pyta Zwarte Piet of niet? ja raz na piwku ze znajomymi lubego zapytałam ich, co o całej sprawie myślą i zaczęła się niemal taka jatka, jak na weselu Robba Starka w Grze o tron... W Holandii przyznać publicznie, że zgadza się z rasistowską teorią Zwarte Pieta to chyba nawet gorzej, niż powiedzieć, że jest się przeciwko monarchii. Zwarte Piet znany jest z tego, że jest nieco przygłupim i fajtłapowatym pomocnikiem holenderskiego Świętego Mikołaja, a także z faktu, że jest czarny. Teorie jego koloru są dwie: poprawna politycznie wersja mówi, że jest czarny od sadzy w kominku, druga zaś, że Zwarte Piet przyjechał pomagać Sinterklaasowi z Afryki no i z racji tego ma czarny kolor skóry, czyli mówiąc poprawnie, jest Afro-Holendrem, ale... Ale w sprawie Zwarte Pieta opinia jest trochę podzielona, no bo czy on jest pomocnikiem Mikołaja czy też jego sługą? A jeśli sługą i do tego czarnym, to sorry-batory, ale to już pachnie niewolnictwem. I nie zapominajmy też o złotych kolczykach Pieta, które na myśl przywodzą wszystkie teledyski ciemnoskórych raperów. Czyli wypisz wymaluj, Zwarte Piet to niewolnik, tyle że w wersji Dacz-extreme-makeover. Cóż, patrząc na poniższe stare zdjęcie można mieć pewne skojarzenia, ale o to była tak zacięta dyskusja między Daczami w barze, że nawet jeśli Zwarte Piet będzie miał być pomalowany na wszystkie inne różne kolory, to i tak Dacze solidarnie będą malować buźkę na czarno. Na to wyłamała się jedna daczowska dziewucha (kamikadze!), że ona nie widzi w tym problemy, by Zwarte Piet był biały, czerwony czy żółty. Na to każdy na nią, że to już nie byłaby tradycja, która ze swojej definicji winna zostać niezmienna. Ja siedzę cicho, piwko piję, wiecie, Daczom już więcej nie chcę się narażać i podpaść, ale troszkę po cichu się śmieję tam, że nawet doszło do tak absurdalnego precedensu, iż całą sprawą zajmie się specjalna komisja ONZ pod nadzorem Wysokiego Komisarza ds. Praw Człowieka. Dziewczyna broni się mówiąc, że może rzeczywiście nazwa jest niefortunna, bo Czarny Piet i do tego głupkowaty, no i co jeszcze, co gorsze, nie pomocnik w sumie, ale sługa... Sinterklaas jest w takim razie rasistą, chyba proste, nie? I korzysta dziad z taniej, by nie powiedzieć niewolniczej, siły roboczej. Dalej w owym barze trwa dyskusja, czy jest sens wybielić Czarnego Piotrusia? A że już każdy troszkę wypił, to toczyła się debata, czy wystarczy tylko zmienić jego imię czy całkiem zerwać z tradycją Zwarte Pieta i wysłać go z biletem powrotnym do Afryki? I Dacze w tej chwili zaczęli się autentycznie kłócić... Ech, tego się nawet opisać nie da. Doświadczenie to rzadkie, stąd jakże bezcenne!



Przykład z życia No.5

Można jeszcze wkurzyć Daczy perfidnie psując im niespodziankę weselną. Ale tak wiecie, psując ją z taką wredną polską premedytacją, jak to tylko wredny i perfidny Polaczek potrafi. To trochę długa historia, która już była, więc na koniec zainteresowanych odsyłam tutaj: Holenderska tolerancja i sabotaż weselnej niespodzianki, czyli mam na to tak bardzo wyjeb*ne!  

środa, 4 grudnia 2013

Anioł śmierci w Epicentrum...

Nie wiem, czy pamiętacie, jak kiedyś Wam wspomniałam o tych różnych stowarzyszeniach, tudzież zrzeszeniach studenckich w Holandii. Mają one własne zarządy, obrady, walne zgromadzenia i zasady, a także i domy studenckie, które jednak nie mają nic wspólnego z życiem w polskich akademikach.

Ot, w takim domu studenckim żyje sobie może z dziesięć osób, niemal każdy ma swój własny pokój, a dzielą tradycyjnie łazienkę, kuchnię i salon, w którym na honorowym miejscu stoi święte pudło, czyli telewizor. Ale, żeby nie było tak luksusowo, jak myślicie, opowiem Wam, jak wygląda taki dom studencki, w którym mieszkał mój luby.

Dom ten mieści się w Rotterdamie, już kilka pokoleń studenciaków zdążyło się przez niego przewinąć i ma własną nazwę, a mianowicie Epicentrum. Nazwa myślę, że bardzo adekwatna, bo dla mnie to miejsce właśnie wyglądało, jak jakieś epicentrum chaosu, bałaganu, tudzież najgorszego trzęsienia ziemi. Przykłady tegoż stanu podam dwa, ale wydaje mi się, że będą bardzo obrazowe i dość dobitne.

Raz, kiedyś jeden z gości, bo nawet nie jeden z lokatorów, nie mogąc dostać się do toalety wybił w drzwiach wielką dziurę (potrzeba matką wynalazku?). Lokator, którego ów gość dokonał zniszczeń, poczuł się w obowiązku dostarczyć nowe drzwi. I przyniósł tak owe, które znalazł na... śmietniku. To jednak nie jest w tym wszystkim najdziwniejsze, bo drzwi okazały się za krótkie na szerokość, stąd ani się nie zamykały ani nie pozwalały na jakąkolwiek prywatność w wychodku, no bo między drzwiami a ścianą była szpara na dobre dwadzieścia centymetrów...


Drzwi zyskały status legendy, a i ponoć przez moment miały nawet swój fanpejdż na Fejsie. Były w związku ze ścianą w Epicentrum, ale jak się możecie domyślać, status tego związku to skomplikowane. Czy muszę dodawać, że owe drzwi z wielką szparą, jak w zębach Karolaka, już od kilku lat dalej tam stoją? Że nikt ich na nowe o właściwych wymiarach jeszcze nie wymienił? Przynajmniej do czasu, jak ja byłam w Epicentrum, czyli jeszcze tam były pół roku temu.

Drugi przykład będzie obrzydliwy, więc ostrzegam tych wszystkich, co mają wrażliwsze żołądki tudzież bardziej wysublimowane poczucie estetyki. Rzecz tym razem tyczy się łazienki, a dokładniej prysznica, a dokładniej znajdującego się w nim sitka. Sitko regularnie było opróżniane, ale jego zawartość wcale nie lądowała w koszu na śmieci, ale na ścianie w łazience. Więc kłębki kłaczków zdobią tak w ten sposób łazienkę w Epicentrum wywołując, przynajmniej u mnie, odruch wymiotny. Czy można to nazwać sztuką? Pewnie można, skoro jakiś holenderski  "artysta" robi helikopter z martwego kota i nazywa to dziełem "sztuki". Czego to Ci Dacze jeszcze nie wymyślą?! Można?

Można. Holandia liberalna jest, więc można w niej wszystko, więc czemu niby taki kłaczek nie miałby zostać dziełem studenckiej sztuki?

Ale, ale, ale żebyście sobie nie myśleli. Do Epicentrum raz w tygodniu przychodziła pewna pani,  żeby posprzątać (piszę teraz o czasach, kiedy mieszkał tam mój luby). Dziwne? No nie bardzo. Pani od sprzątania miała na imię Agnes, miała ponad 80 lat i została okrzyknięta przez mieszkańców domu Aniołem Śmierci... Czemu tak ładnie i tak poetycko? Bo za każdym razem, jak przychodziła, opowiadała kto tam znów umarł z jej znajomych.

Ten i ten zmarł w czwartek. A tamta w sobotę. Jutro mam pogrzeb kuzyna, a w niedzielę idę na stypę brata męża mojej siostry. - Tak oto mniej więcej wyglądała agenda tego Anioła Śmierci. 

Agnes była jednak ogólnie bardzo kochaną, dobrą i nieco gadatliwą kobietą. Miała tylko jedną wadę, ze względu na swój wiek nie mogła już sprzątać. Więc jej praca polegała na tym, że wypiła zrobioną jej przez jednego z chłopaków kawę, potem ułożyła w salonie w stosik kilka gazet i zmęczona tym sprzątaniem robiła sobie przerwę i kimała na kanapie. I raz mój luby przyszedł do domu z zajęć i patrzy, a Agnes leży na tej kanapie i się nie porusza...

Cholera, Agnes umarła - zmartwił się wtedy nie na żarty mój luby. Potrząsł nią trochę, ale na szczęście kobiecina się przebudziła. To była tylko jej "krótka" drzemka w trakcie "pracy".

Dlaczego mając tyle lat ona ciągle tam "sprzątała"? - Pytałam z niedowierzaniem lubego.

To trzymało ją wałśnie przy życiu. - Odpowiedział mi luby bardzo na poważnie. Tak wiecie, serio, serio i wcale nie z przymrużeniem oka.

I jak poprosiłam lubego,  żeby dowiedział się, czy Agnes dalej tam sprząta, to co się okazało? Że luby miał racje. Dla Agnes sprzątanie w Epicentrum okazało się receptą na nieśmiertelność, a przynajmniej na długowieczność. Prawie 86-letnia Agnes ciągle tam przychodzi, tyle że raz sprzątając złamała sobie rękę, więc już tylko wpada do Epicentrum na kawę i drzemkę. A syf, jak tam był, tak i pozostał. A nawet jest nieco większy, bo już nikt nie układa gazet w stosik ;)

niedziela, 1 grudnia 2013

Wyniki konkursu, czyli historia Agi

Kochani! Dziękuję za wszystkie Wasze nadesłane teksty, gdybym mogła, nagrodziłabym Was wszystkich! No, ale że takie a nie inne zasady konkursu sobie wymyśliłam, to wiecie, no przykro mi, ale możecie spróbować szczęście następnym razem.

Jednogłośnie zwyciężyła Aga (nazwisko do wiadomości wtajemniczonych), z którą w sprawie uroczystego wręczenia nagrody skontaktuję się osobiście. Doprawdy, rozbawiła mnie jej historia, którą zresztą sami zobaczycie, tudzież poczytacie, jak się potoczyła, tudzież wydaczyła i też zrozumiecie, dlaczego autorka chciała pozostać anonimowa ;)
Aga, gratulacje, zresztą gratulacje należą się Wam wszystkim!

Mój stan "wydaczenia" jest znacznie dłuższy, niż Twój, ale dwie rzeczy mamy wspólne, bo też wyprowadziłam się do Holandii dla faceta i podobnie jak Ty krótko po naszej przeprowadzce wybraliśmy się na wesele jego znajomych. I moja historia będzie właśnie o tym i nazwałabym ją "Wyprowadzka, wesele i gdzie jest wódka?".


To było moje pierwsze holenderskie wesele, na którym doznałam kulturowego szoku. Nie było jedzenia, oprócz tych ich krokietów z musztardą i frytek z majonezem, a do picia podawali tylko wytrawne białe albo czerwone wino i oczywiście piwsko. Wtedy właśnie miałam wątpliwą przyjemność doświadczenia po raz pierwszy słynnego skąpstwa Daczów.

To był dla mnie jakiś szok normalnie, żeby tak sępić na własnym weselu! Że nie wspomnę, że wesele trwało jeden dzień i skończyło się równo o pierwszej, bo jak mi się wydaje, tylko do tej godziny DJ był opłacony. Ale nie wiem w sumie po co ten DJ tam był, skoro i tak prawie nikt nie tańczył. Było sztywno, nudno, wszyscy gadali po holendersku, a ja nie rozumiałam jeszcze wtedy ani słowa i ciężko mi było to wszystko wytrzymać bez wyższych procentów.

To ja co?

To ja poszłam do baru i spytałam, czy mają jakąś wódkę. Oczywiście powiedzieli, że do wyboru jest tylko to piwo i wino. No to zaczęłam żartobliwie tłumaczyć barmanowi, że ja to jestem z Polski no i bez wódki to ja na weselach nie umiem się bawić. No to ten powiedział, że sprawdzi na zapleczu. Wraca po chwili z flaszką i to Wyborowej! Hurra! Jestem uratowana! Ja już szczęśliwa na maksa, barman mi polewa, gdy uzmysławiam sobie, że to przecież ta sama wódka, co dałam młodym na prezent! No cóż, wypiłam trochę tego wina wcześniej i pamięć mi już widocznie zaczęła szwankować... To pomyślałam sobie, no że trudno, skoro flaszka już otworzona nic się nie stanie, jak ja będę sobie piła tą Wyborową dalej...

No i tak do końca wesela po trochu sobie ją cichaczem piłam.

Całej flaszki oczywiście nie skończyłam i oczywiście nikomu się nie przyznałam do skonsumowania prezentu... Też nikt się później mnie nie pytał, co się z tą wódką stało, a i tych znajomych swojego faceta, zresztą już byłego, nigdy więcej nie widziałam. 

I taka to moja krótka historia pod tytułem: Wyprowadzka, wesele i gdzie jest wódka? napisana ku przestrodze, żebyście za wiele nie spodziewali się na holenderskich weselach.

Pozdrawiam!