wtorek, 30 grudnia 2014

Jeszcze bardziej wydaczona...

Człowiek jest tak skonstruowany, że pewne chwile, pewne wydarzenia i pewnych ludzi będzie pamiętał do końca życia. Czy też chce, czy nie chce - będzie pamiętał. Pamiętam dobrze, kiedy dostałam swój pierwszy cukierek od dziadka. Wróć. To nie był cukierek, ale kogel-mogel, bo przecież miałam wtedy trzy lata, kilka mlecznych zębów, a czcigodna rada Okrągłego Stołu miała dopiero zacząć swoje obrady za niecały rok. O cukierkach można więc było tylko wtedy pomarzyć... Pamiętam swój pierwszy raz. Tak, chodzi mi o seks, ale o tym pisać na pewno nie będę. Tu. I pamiętam też swoją pierwszą lekcję pod tytułem: "Pijesz? Nie mieszaj alkoholi!". Tak, pamiętam ją do dzisiaj. Pamiętam swój pierwszy dzień na studiach. Pamiętam naszą panią dziekan, zwaną Shakirą, której pierwsze słowa brzmiały mniej więcej tak: "Myślicie, że skoro dostaliście się na te studia, to jesteście tacy wyjątkowi? Pewnie już napisaliście sobie nawet przemowę na Oscary. A kuku! Rzeczywistość jest taka, że większość z was będzie kręcić seriale dla telewizji i teledyski disco-polo." Te teledyski to chyba sama sobie już z czasem dodałam... Pamiętam też, kiedy pierwszy raz ktoś złamał mi serce. Bolało, jak cholera. Do dziś mam wrażenie, że mam blizny na sercu. Ale pozbierałam się. I oczywiście pamiętam doskonale mój pierwszy dzień po przeprowadzce do Amsterdamu. Bo trudno go nie pamiętać. Byłam wtedy na polsko-holenderskim weselu. Pamiętacie? To był mój drugi post na tymże blogu: Wyprowadzka, wesele i oczywiście wódka!!! Jakże to było symboliczne. Jakże sentymentalne. Te wspomnienia wciąż są tak żywe, tak intensywne, jakby te wszystkie sytuacje zdarzyły się zaledwie wczoraj. Zaledwie kilka godzin temu. A przecież niektóre z nich miały miejsce dobrych kilka lat wstecz. Jednak najlepsze jest w tym wszystkim, że to właśnie one nas ukształtowały. Dzięki tym historiom żyjącym w naszych wspomnieniach człowiek jest tym, kim jest. A kim ja jestem teraz? Dziś? Ano właśnie... Pojutrze na kalendarzu pojawi się rok 2015 i w związku z tym czas na małe podsumowanie.

Jeszcze dużooooo takich historii z mojego życia pamiętam. Nie tylko tych "pierwszych". Ale to ja. Ja mam pamięć słonia, jak to już kiedyś zresztą Wam wspomniałam. Czasami pamiętam takie szczegóły, że sama jestem tym zaskoczona. Nawet czasami cholera, to pewnych rzeczy nie chciałabym pamiętać, ale cóż zrobić, że nie mam pamięci selektywnej? Ale to ja. A Wy Kochani, jeśli nie macie tyle wolnego dysku, tyle wolnej pamięci do przechowywania danych, w XXI wieku zrobi to za Was Internet. Tak. Teraz, jeśli czegoś nie pamiętamy, a prawdopodobnie udokumentowaliśmy to na swoim wallu, z pomocą przyjdzie nam Facebook i zrobi nam przegląd roku. Możemy odbyć sentymentalną podróż i zobaczyć swój 2014 rok w pigułce. Cóż, ja wierzę, że takie wirtualne wspomnienia dalekie są od tego, co doświadczyliśmy w realu, bo mimo wszystko są pozbawione emocji. I proszę mi nie mówić tutaj, że od tego są właśnie #hashtagi, bo one wyrażają tyle emocji, ile mimika naciągniętych i nabotoksowanych aktorów z "Mody na sukces". Nie. Wiecie, jak wygląda mój przegląd roku? Jego podsumowanie? Właściwie to ma on zawsze miejsce w maju. A dokładnie 15 maja. Wtedy z lubym mamy rocznicę. Naszego związku. I od pierwszego roku, od naszej pierwszej rocznicy, mamy taką małą tradycję, że robię lubemu na prezent kolaż, w który wklejam wszystko, co zebrałam z poprzedniego roku. Są to na przykład bilety do kina czy do muzeum, wizytówki z restauracji, w których jedliśmy, zaproszenia na wesele, kartki świąteczne i tego typu rzeczy. Cokolwiek, co wywołuje przyjemne wspomnienia z danego roku. I takich sporej wielkości kolaży mamy już na stanie trzy sztuki, a wiszą one w... naszej toalecie! Tak! Codziennie przypominają nam one o tych pięknych chwilach, które przeżyliśmy razem i które cementują nasz związek.


No dobrze, ale co to ma wspólnego z wydaczaniem się, toch? Ano ma. Kochani, to ostatni post. Spokojnie:) Ostatni w tym roku. Zastanawiałam się, jaką mądrość mogę Wam w nim przekazać. Co będzie taką kropką nad "i" dla 2014? I w końcu doszłam do wniosku, że po prostu - nadszedł czas na małe podsumowanie tego, jak bardzo w tym roku się wydaczyłam i który post z tego roku może o tym najlepiej poświadczyć. W końcu to blog o wydaczaniu się, więc czemu nie zrobić przeglądu samej siebie pod tym kątem? Zatem Kochani oto przed Wami TOP 7 żelaznych dowodów mojego postępującego wydaczania się w 2014 roku wraz z linkami na dowód. Oto moje wirtualne podsumowanie tego roku :)

1. Straciłam kolejny rower. Wydaczenie postępuje, bowiem mam obecnie na posiadaniu dwa rowery, z czego tylko jeden funkcjonuje... Świętej pamięci Żółtko...

2. Niestety zaczynam dostrzegać coraz więcej minusów swojej ojczyzny, a coraz bardziej przychylnym okiem patrzą na Holandię... Mija mi nostalgia za Polską, a i różnice kulturowe, które na początku doskwierały mi bardzo w Holandii, teraz wydają się znacznie mniejsze... Kryzysy polskiego emigranta, czyli 3 powody, dla których warto jednak zostać w Daczlandii Co z tą Polską? Vol. 1 Co z tą Polską? Vol. 2


4. Sprzedawałam swoje nienoszone już ciuchy na Koningsdag i bawiłam się przy tym wybornie, jak jeszcze nigdy wcześniej! Bawimy się przednio, choć tonik się skończył, ekshibicjonista grasuje, a podli złodzieje kradną laptopy, czyli już po Dniu Króla!


6. Zaczynam już nieco rozumieć holenderskie poczucie humoru. Co nieco. Holenderskie poczucie... humoru

7. Nabyłam psa, który jest oczywiście najpopularniejszą rasą w Holandii, a praktycznie nieznaną w Polsce, czyli kupiliśmy z lubym jamnika szorstkowłosego. Hollywood w Amsterdamie

I na koniec z podsumowań mój ulubiony post w tym roku. Nie wiem czemu, ale ta historia bawi mnie niezmiennie ;) O królewskim traktowaniu... butów, czyli traumatyczna historia lubego

A która historia z Wydaczonych z tego roku Wam Kochani najbardziej utkwiła w pamięci?

I oczywiście SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! Do zobaczenia w 2015! Stay Tuned!

sobota, 27 grudnia 2014

Wydaczone i niewydaczone NIEpostanowienia noworoczne

W 2015 stuknie mi 30-tka. Czy to dużo, czy mało? Ciężko powiedzieć. Czy do tego czasu osiągnęłam to, co chciałam osiągnąć? Po części i owszem. W drugiej cześci - nie bardzo. Kiedy byłam mała myślałam, że mając trzydzieści lat to człowiek jest już taaaaaaki dorosły. Taaaaki dojrzały. Myślałam, że to czas, kiedy zaczyna już wszystko iść z górki. Kiedy człowiek ma łatwiej w życiu. Bo jest taaaaaki mądry. Taaaaaki doświadczony. A tu proszę. Ciągle pod górkę. Ciągle czuję się jak dziecko, a przynajmniej jak zwariowana nastolatka. Ciągle nie czuję tej mądrości, co przychodzi z wiekiem. I ciągle szukam. Szukam swojego miejsca na ziemi, szukam celu. Przeznaczenia. Odnajduję je na nowo, bo ciągle się gubię. Ciągle zastanawiam się, kim jestem? I kim chcę być? Co chcę robić? Co osiągnąć? Jaki mam cel? I jak chcę dojść do tego celu? Raz myślę, że jestem wyjątkowa, jedna na milion, by zaraz za chwilę poczuć się tylko jedną spośród milionów. Jednego dnia mogę przenosić góry, drugiego wpadać w dołki (które zresztą sama sobie potrafię wykopać). I tak upłynęło mi prawie 30 lat na huśtawce życia. Na wahadle, co to pchało mnie raz w lewo, raz w prawo, aż w końcu wypchało mnie do Holandii, gdzie trzeba było zacząć wszystko od nowa. I pytam więc teraz siebie tak, jak i Wy zapewne zadajecie sobie to pytanie zawsze pod koniec grudnia: czy ten kolejny rok będzie dla mnie przełomowy? Udany? Wyjątkowy? Czy dokonam odkrycia na miarę Nagrody Nobla? Napiszę książkę na miarę Pulitzer? Dostanę Oscara? Grammy? Albo choćby Kryształową Kulę za "Taniec z Gwizdami"? A potem pojawia się przed moimi oczami inna, pesymistyczna wizja, że może ten rok wcale się niczym nie wyróżni, wcale nie będzie wspaniały, a zleci mi na wielkich marzeniach, niespełnionych obietnicach i kolejnych zmarszczkach, których nie wypełnię botoksem ani choćby tłuszczem ze swojego tyłka... Czy to ode mnie będzie zależał ten rok? Czy może od szczęścia? A co jeśli będzie on zależny od... nieszczęścia? Pecha? No jaki ten następny rok będzie? Tego to ja nie wiem Kochani, ale wiem jedno. Teraz jest czas obietnic. A tych mam już dosyć. Dlatego z okazji zbliżającego się Nowego Roku (NIE) obiecuję sobie:

1. NIE schudnę choćby o kilo. Bo kocham siebie i akceptuję taką, jaka jestem.

2. NIE będę nikomu niczego udowadniać. Świat jest pełen "mądrych" ludzi, którzy zawsze mają rację i szkoda tracić swojego i ich czasu na to, by oni popatrzyli na świat (na mnie) inaczej, niż przez pryzmatu swoich uprzedzeń, wierzeń bądź stereotypów (wstaw właściwe).

3. NIE będę najlepsza. W czymkolwiek. To za duża presja.

4. NIE będę miła, uprzejma, zawsze uśmiechnięta. Zwłaszcza, jeśli ktoś sobie na to nie zasłużył. Będę emocjonalna, szurnięta, a nawet złośliwa - jeśli tylko poczuję, że to daje mi ulgę w danej chwili i poczucie szczęścia.

5. NIE będę na siłę zapuszczać zniszczonych włosów, odmładzać się kremem z końskiego łajna czy kupować push-upów. Kobiecość i sex appeal to nie centymetry, liczby i ilość wpatrzonych w moje cycki facetów, ale to COŚ, czego nie da się racjonalnie ująć w słowa i opisać. To coś, co jest w twojej głowie i sposobie, w jaki się poruszasz.

6. NIE będę większą altruistką. Może czas najwyższy na zdrowy egoizm?

7. NIE nauczę się holenderskiego. Na to jeszcze potrzebuję trochę czasu. Więcej, niż rok.

8. NIE będę chodzić częściej na siłownię, NIE będę więcej czytać ani NIE będę mniej pić alkoholu czy palić (palę sporadycznie na imprezach). Będę za to próbować utrzymać poziom z tego roku, bo był całkiem zadowalający.

9. NIE będę udawać kogoś, kim nie jestem. Mogę być niczym w oczach całego świata pod warunkiem, że będę wszystkim w oczach tej jednej jedynej szczególnej mi osoby...

10. I NIE znajdę miłości życia, tej drugiej połowy. Bo już ją znalazłam :)

Kochani, a czego Wam życzę w Nowym Roku? By wszystko to, co sobie obiecacie i wszystko to, czego sobie NIE obiecaliście, udało Wam się. Aby wszystko to, co sobie zamarzyliście i to, o czym nawet nie śmieliście marzyć, spełniło Wam się. Aby wszystko, co sobie zaplanujecie i to, co wyszło Wam nieplanowane, ułożyło Wam się pomyślnie. I niech miłość, szczęście oraz zdrowie też Wam dopisują! Czy się wydaczacie, czy nie wydaczacie, czy bardziej się spolszczacie, albo może germanizujecie czy amerykanizujecie, czy cokolwiek tu wstawicie, Moi drodzy Czytelnicy, róbcie to, co kochacie, otaczajcie się ludźmi, których lubicie i patrzcie na Wasze odbicie w lustrze z szacunkiem i z sympatią. Bo ten pan/ta pani po drugiej stronie lustra będą z Wami przez cały następny rok. Bądźcie zatem dla niego/dla niej wyrozumiali, łagodni, dobrzy, bo Kochani, nikt z nas NIE jest ideałem i nim być NIE musi! :)

Szczęśliwego Nowego Roku i w 2015 dużooooooooo poczucia humoru!

niedziela, 21 grudnia 2014

(Przed) Świąteczna kolacja z Daczami

Jest taki film z 1995 roku. "Kolacja z arszenikiem". Grupka przyjaciół co tydzień zaprasza na kolację kogoś, kogo chce poczęstować specjalnym daniem. Nie tyle, co ta osoba dostanie przesoloną zupę albo czerninę, ile danie przyprawione arszenikiem. Bo zaproszony na kolację gość miał niewłaściwe poglądy. Otruć go więc trzeba było w imię idei. I w imię zasad. Ta czarna komedia to dobra lekcja tolerancji. Tak. Tolerancji. Niczym szlachetny morał z "Opowieści Wigilijnej" ten wiekopomny post będzie takim świątecznym: memento quievi (pamiętaj, by zachować spokój / milczeć). Ponieważ święta to czas dań nie zawsze lekkostrawnych, emocji niekoniecznie dobrych i rozmów czasami niebezpiecznych... 

Luby ma taką grupę znajomych, których może nie tyle, co nie lubię, bo każdy z tych ludzi z osobna jest naprawdę w porządku (no może poza jednym wyjątkiem), ile nie czuję się przy nich komfortowo. Dlaczego? Ponieważ kiedy spotykają się w tym gronie z niezrozumiałych dla mnie powodów wszyscy starają się być lepszą wersją samych siebie. Nawet luby. A atmosfera jest tam tak sztywna, jak na herbatce u królowej. Oczywiście rozmowom o pracy, awansach i podwyżkach nie ma końca. Inne akceptowane tematy to dzieci, podróże i znajomi, których tam przy stole nie ma. Słyszeliście, że G. ma nową dziewczynę? Ma dwadzieścia trzy lata! I znów wyrwał sobie sekretarkę! I wiecie, dlaczego oni też mnie nie lubią? Oto powód. W tej ich dyskusji o G. też się wypowiedziałam, choć krótko: No i co z tego?!

Bo co z tego, do cholery? Jego życie, jego sprawa. Już któryś raz na tych spotkaniach słyszę, jak komentują życie osoby, której w tym gronie nie ma. Aż nie chcę myśleć, co oni mówią o lubym i o mnie, kiedy nas z nimi nie ma. Raz na jakieś imprezie oglądaliśmy slideshow z wesela znajomych, których z nami oczywiście podczas tego oglądania nie było. Jedna z dziewczyn z obrzydliwą ironią zapytała: Czy myślicie, że ona (panna młoda) jest ładna? No i co ja oczywiście musiałam odpowiedzieć? Tak, uważam, że jest bardzo ładna. I cisza. I dziwne spojrzenia na mnie. A mi aż się jeszcze na język cisnęło, że na pewno jest o wiele ładniejsza od tej dziewczyny, która zadała tak głupie pytanie. 

Bo w życiu nie cierpię trzech rzeczy: wyjść z domu bez śniadania, głupich ludzi i pozerstwa. A w weekend byłam w świątyni tego ostatniego. W jego epicentrum. Aż dziw, że ci ludzie mogli siedzieć tam spokojnie na tych krzesłach, kiedy im tak wystawały te kije z tyłków. Luby na tyle szanuje mój stosunek do tej grupy znajomych, że ograniczył moje kontakty z nimi do minimum - raz na pół roku. Choć dla mnie to i tak o te pół roku za często. No i w piątek wypadło, że znowu się trzeba z nimi spotkać. Na kolacji z okazji świąt. Bez arszeniku, ale z przygodami. Nawet jeden jegomość został otruty. Dodam, że na ochotnika zgłosiłam się zrobić przystawki. Pierogi z kapustą i z grzybami. I z barszczem...

Spokojnie, nie otrułam faceta. Po prostu miał uczulenie na orzechy, które jakimś cudem znalazły się w sałatce, która miała być bez orzechów. Ja sałatki nie robiłam. Na szczęście, bo byłam poza kręgiem podejrzanych. Chyba. Cóż. Zrobiła się panika, facet błyskawicznie musiał wracać do domu zażyć swoje lekarstwo. W tej panice i akcji o(d)trucia nie wiem, czy moja przystawka im smakowała, czy nie smakowała, bo tylko jeden Dacz powiedział, że pierogi były dobre. Cóż. Wszystkim nie dogodzisz, choć zrobiłam je ze swoim magicznym dodatkiem, bo oliwą truflową dodaną do farszu. Danie główne wjechało na stół, a po nim deser. Luby zaszył się w kuchni z kumplem, którego wieki nie widział, więc mnie czekały rozmowy "indywidualne". O pracy. Pracy. Pracy. I jeszcze raz pracy. I próbuję rozmawiać z jedną dziewczyną na jakieś inne tematy. Pytam więc ją, jak jej ojciec, jak jej siostry, jak dziecko jej siostry, jak nowy facet jej drugiej siostry, jak jej nowa praca (to nawet mnie czasami zaskakuje, jak ja dużo wiem o tych ludziach, ale to chyba dzięki mojej pamięci słonia). Ona też więc zapytała mnie. Jak tam praca? I tyle. Myślę, że poza moją pracą ona o mnie absolutnie nic więcej nie wie. Nie wie pewnie nawet, że piszę książki. Bo to nie jest praca. A hobby. I myślę, że podobnie jest z resztą tego towarzystwa. Czy tacy są właśnie Dacze na święta? Czy tacy są w ogóle wszyscy Dacze?

Nie, absolutnie nie. To jest po prostu dość specyficzne środowisko. I podkreślę jeszcze raz, ci znajomi lubego inaczej zachowują się sami, a inaczej, gdy są w grupie. Jeden z tych znajomych lubego raz był z nami na weekend we Wrocławiu, gdzie tak się upił i tak rozbrykał, że wylał w klubie na jakąś dziewczynę butelkę whisky. Tak. Butelkę. No ale to było w Polsce, a w Holandii jest inaczej. W Holandii trzeba zachowywać się poprawnie. Taka kolacja zatem to nie śpiewanie kolęd, to nie wesoła i życzliwa atmosfera, to nie luz i zabawa, ale to konkurs świetności. Bądźmy więc lepsi na te święta Kochani - ale bądźmy też ludźmi. Lepsza wersja samego siebie to ta, w której dasz się lubić. Nawet nie będąc ideałem. Jednak najbardziej zwariowanym momentem tej kolacji było zachowanie mojego psa, który choć już dawno swoje potrzeby załatwia nie w domu, ale na dworze, postanowił, za przeproszeniem, nasrać tam pod stołem... I tym oto sposobem Dacze rozluźnili swoje spięte pośladki, śmiejąc się z tej "gównianej" sytuacji. Czyli koniec końców nie było tak źle. Kolację można uznać za udaną. Nikt nikomu nie podał arszeniku. A Wam Kochani życzę Wesołych Świąt bez żadnych przykrych niespodzianek pod świątecznym stołem i w gronie ludzi, przy których możecie być sobą!

A o innych historiach z tymiż oto znajomymi lubego możecie przeczytać tu: Freak show, czyli Dacze kręcą w wymiocinach i psich kupach weselny klip do 'This is love'! i tu: Holenderska tolerancja i sabotaż weselnej niespodzianki, czyli mam na to tak bardzo wyjeb*ne! Jak możecie zauważyć po tytule pierwszego linku, akcent psiej kupy już się zatem pojawił wcześniej w innej historii związanej z tym gronem. Ciekawie, doprawdy ciekawe... ;)

wtorek, 16 grudnia 2014

7 najdziwniejszych historii, jakie usłyszałam o Daczach... Część 1!

Mieszkając w Amsterdamie już ponad dwa i pół roku myślałam, że mało mnie tu może jeszcze zdziwić. W końcu, aż tak daleko Polska nie leży od Holandii, stąd różnice kulturowe między nami z czasem powinny zacierać swoje granice. W końcu, jesteśmy Europejczykami. W końcu, nasze kuchnie mają w swej podstawie wspólną kapustę i ziemniaki. W końcu, walczyliśmy przeciwko Niemcom. Czasem nawet razem, bagnet w bagnet. I tak troszkę rzeczywiście jest, że się człowiek tu wydacza. Z czasem. Wiadomo, im dłużej tu się mieszka, tym wydacza się bardziej. Jednak mimo to, Holandia, a raczej sami Holendrzy, wciąż nie przestają mnie zaskakiwać. Gdy luby czasem mimochodem opowie jakąś anegdotkę, to aż muszę się zatrzymać na chwilę i spytać kręcąc ze zdziwienia głową, że what?! Że co proszę? Czy ja dobrze słyszałam? Okazuje się, że ze słuchem nie mam problemu, ale ze zrozumieniem. A to dlatego, że ja czasem nie mogę zrozumieć, dlaczego mówi się o Daczach, że nie mają poczucia humoru? Przecież poniższe punkty toż to jakby wyjęte żywcem z Monty Pythona! Toż to paradoks goniący paradoks, absurd tak absurdalny, że aż abstrakcyjny. Toż to niezbity dowód na to, jacy Dacze są zabawni! Zresztą, co tu się długo rozwodzić, przekonajcie się o tym sami!

No. 1
Sobota. Pogodne grudniowe popołudnie. Jesteśmy na spacerze z lubym i z naszym psiakiem. Idziemy wzdłuż Prinsegracht. Mówię do lubego, że byłoby zabawnie mieszkać w domu o numerze 666. Luby na to: A wiesz, że w Holandii najczęściej kradzionym znakiem drogowym jest ten, który przy drodze wskazuje, że jesteś na odcinku 66,6 km? Nie, nie wiedziałam. No to rząd postanowił nie produkować już więcej tych znaków, bo szkoda pieniędzy i czasu, na wstawianie nowych. Czyli znów dowód na to, jakże Dacze to praktyczny i pragmatyczny naród. Pytanie tylko, co ma w sobie szczególnego ten znak, poza "magiczną" liczbą 66,6? Czyżby w Holandii działali prężnie drogowi sataniści?

No. 2
Trzy miesiące temu znajoma lubego ze swoim chłopakiem kupili sobie kota. Z drugiej ręki, dziesięcioletniego rudego sierściucha, który wygląda jak Garfield. Zapytałam, dlaczego nie chcieli małego kociaka, którego mogą sami sobie wychować. Wiesz, bo koty żyją długo, nawet 16 lat, dlatego my kupiliśmy już starszego, takiego co nie będzie tak długo żył. Usłyszałam w odpowiedzi. Był to na pewno jeden z najciekawszych argumentów, o którym słyszałam, jakim ludzie kierują się przy wyborze domowych zwierząt. To czemu nie kupiliście złotej rybki? One żyją krótko. Pytam. Bo rybki nie można pogłaskać. I podkreślę, to nie był żart z jej strony, a co więcej, znajoma lubego nie mogła zrozumieć, cóż to takiego dziwnego widzimy w jej odpowiedzi, że wolała kupić starego sierściucha, który nie będzie żył za długo?

Ol aj łont for christmas is ju... End lif for ever!

No. 3
O tej historii usłyszałam też stosunkowo niedawno od daczowskiej znajomej. Okazuje się, że jest takie miejsce w Amsterdamie, gdzie można wyleczyć... kaca! Tak! Idziesz tam skacowany, zamawiasz sobie "magicznego" drinka za jedyne 5 euro i voilà! Ponoć kac zażegnany. Gdzie to magiczne miejsce leży? Tego się już nie dowiedziałam, ale nawet jeśli jest to tylko "urban legend", to ma już doskonałą reklamę. Hangover emergency to byłby typowy wynalazek Daczy!

No. 4
W mojej dzielni zamknięto sklep meblowy, bo właściciel... serwował w nim kawę. Tak, zgadza się, toż to zbrodnia przeciw meblom i ludzkości! No jak się kawę serwuje, to i toaletę trzeba mieć, i tamto, i siamto, i jeszcze pewnie śmietankę, i jeszcze pewnie cukier. Zatem "mili" sąsiedzi mieszkający nad sklepem donieśli "uprzejmie" odpowiednim władzom, że dochodzi tam do zbrodniczego precedensu. I odpowiednie władze do tegoż sklepu przybyły, zbadały sprawę i tenże sklep zamknęły. Ów przykład wpisuje się tu doskonale w daczowkie umiłowanie do przestrzegania zasad - a raczej - do stania na ich straży, aby to sąsiad zasad nie łamał. Bo jakże to tak?! A myślałam, że to tylko w Polsce sąsiad sąsiadowi zazdrości nawet tego, że u niego trawa rośnie bardziej zielona. Tu w Holandii idzie to o poziom wyżej, bo zapach pysznej kawy obudził czujność stojącego na straży zasad sąsiada. I po co to było temu sprzedawcy?

No. 5
A jeśli już jesteśmy w temacie sklepów w mojej dzielnicy, to muszę też wspomnieć o pewnej lodziarni. Lodziarnia latem ma większy obchód, niż panie na red light district razem wzięte, bo taka jest popularna i ma tak dobre lody, ale... Ale przed jej wejściem postawiony był rożek. Wielkości człowieka. Z plastiku. No taka reklama na zachętę, a i przy okazji kosz na śmieci. I tenże rożek musiał zostać zakryty - bo kusił drań wstrętnie do obżarstwa. Niedobry! A fe! Niecny kusiciel! Za swoje zbrodnie został skazany na banicję przez miasto Amsterdam. I to tak na serio. I to true story.

Taki to oto "myk" właściciel lodziarni z "podłym" rożkiem zrobił...

No. 6
Wiecie, że w Holandii na jednego więźnia podatnicy wydają dziennie (!) sto kilka euro? A na więźnia psychicznego (dziennie!) prawie trzysta? A wiecie, dlaczego? Bo każdy więzień w Holandii ma prawo do choćby własnego... PlayStation! Więzienia w Holandii to w ogóle temat rzeka, bo jak mi to luby mówił, tutaj jest więzienne Eldorado, jak w Norwegii. Najwyżej to można dostać tu góra jakieś dwadzieścia lat. Nawet za wybicie całej wioski, łącznie z krowami, kurami, końmi i wszystkim, co było tam żywe. Luby opowiadał mi niegdyś głośny w Holandii precedens, że jakiś turecki lub marokański stręczyciel oraz handlarz ludzkim towarem poszedł w Holandii siedzieć za sprzedaż około stu pięćdziesięciu (!) dziewczyn z Europy Wschodniej do burdeli w Europie Zachodniej. Facet zarobił na tym interesie kilka milionów. No ale wpadł i poszedł siedzieć. Prawo pozwala jednak holenderskim więźniom opuszczać ten przybytek leniwej rozkoszy w zależności od kalibru popełnionych zbrodni, raz na jakiś czas, by się mogli spotkać z rodziną. Tenże turecki / marokański bandyta raz na dwa miesiące mógł więc udać się na spotkanie ze swoją żoną (!) i córką (sic!). I się udał. Do Turcji czy tam Maroka, które nie mają z Holandią ekstradycji... Reszta już jest historią.

No. 7
I à propos więźniów i przestępczości. Widzieliście taki film z Tomem Hanksem "Kapitan Philips"? To o piratach w Somalii. Jeśli nie widzieliście tego filmu,to i tak zapewne kojarzycie ten problem. Piraci w tamtejszych regionach często atakują statki - czy to pasażerskie, czy chętniej i częściej - te przewożące cargo. W 2011 roku piraci zaatakowali iracki statek. Na pomoc załodze przybyła holenderska marynarka wojenna. Akcja przebiegła dobrze, piraci zostali aresztowani i przywiezienie na proces do Holandii, gdzie trzech z nich zostało zwolnionych i poprosiło o... azyl! Reszta poszła siedzieć w holenderskich więzieniach i grać tam na PlayStation. Jako, że pewnie będą mieli przez ten czas stały meldunek w Holandii, po wyjściu z więzienia nie tyle, co będą mogli ubiegać się o azyl, ile o obywatelstwo.

Wnioski nasuwają się więc same. Lepiej być w Holandii bandytą, zbrodniarzem, a nawet somalijskim piratem, niż mieć lodziarnię albo, nie daj boże!, serwować w swoim sklepie meblowym kawę! I teraz przypominała mi się też inna historia w tym klimacie, ale zostawię ją do następnej części . A Wy znacie Kochani jakieś podobne daczowskie "misiaczki" w tym stylu? Jeśli tak, podzielcie się koniecznie :)

środa, 10 grudnia 2014

8 pomysłów na prezenty świąteczne dla Holendrów

Co prawda śniegu w Holandii nie tyle, co jak na lekarstwo, nie tyle, co jego śladowe ilości, ile nul, zero, a mimo to już czuć atmosferę zbliżających się świąt. H&M atakuje w telewizji spotami reklamowymi z Lady Gagą i Tony Bennettem w roli głównej, w radiu puszczane są świąteczne hity - Last Christmas aj giw ju maj hart bat de weri nekst dej ju giw it ołej, dis jer tu sejv mi from tirs, aj łil giw it tu somłon speszyl, Dacze kupują i ozdabiają choinki, a polskie sklepy w Holandii robią świąteczne zapasy - pierogi, barszcz, karp i te sprawy dla Polaków, którzy Boże Narodzenie spędzą w Daczlandii. I chwała im za to! W sensie - chwała sklepom, bo można dzięki tym polskim świątecznym potrawom chociaż trochę poczuć się jak w domu. Po zakupie i dekorowaniu choinki przychodzi więc czas na listę. Listę świątecznych zakupów. A na niej oczywiście pojawiają się prezenty. I tu zaczyna się problem, bo co tym Daczom kupić pod choinkę?

Czy to w Waszej rodzinie są Dacze, czy w kręgu Waszych znajomych, czy to w rodzinie Waszej drugiej połowy, a może to w ogóle Wasza druga połowa ma ten holenderski paszport, zastanawiacie się już zapewne, jaki prezent sprawić swoim Daczom w tym roku? Pozwólcie, że Wam pomogę, pozwólcie, że Wam przedstawię kilka propozycji. Ich cena będzie oscylować w okolicy € 50 i prezenty będą podzielone na cztery kategorie: stricte dla pań, stricte dla panów, prezenty związane z kulturą i oczywiście - prezenty z Polski. I te ostatnie myślę, że są zawsze prezentem niezawodnym - tak przynajmniej mówi mi moja, w tym roku już czteroletnia, praktyka świąteczna z Daczami. Zabrakło tu może kategorii stricte dla dzieci, ale sama swoich pociech nie posiadam, a znajomych z dziećmi praktycznie nie mam, więc wolę się w tym temacie nie wypowiadać. Choć według mnie dla nich zawsze sprawdzonym prezentem jest Lego albo jego tańszy odpowiednik Plamobil, który sama w Polsce kupiłam swojemu siostrzeńcowi. I był zachwycony! No to szykujcie swoje pinpasy, karty kredytowe, ojro czy tam złotówki Kochani! Nie ma co czekać, święta już tuż, tuż!

Dla pań:

Gift cards - karty upominkowe
Zaczniemy od banału. Jednak ceniące praktyczność Holenderki taki prezent na pewno docenią. Czy to będzie karta upominkowa z sieciówki typu H&M albo Zara, czy z Douglasa, czy może ze sklepu z bielizną (ja właśnie taką dostałam od lubego dwa lata temu i oboje cieszyliśmy się z tego prezentu...), Daczka będzie szczęśliwa, bo jak wiadomo, jej gust do najprostszych nie należy. A raczej - inaczej, tajemnica gustu Holenderki tkwi właśnie w jego prostocie. Nawet będąc kobietą nigdy nie kupiłabym Holenderce prezentu z ciuchów, dodatków, akcesoriów czy kosmetyków. Jeśli więc ty jesteś facetem - kup jej sprawdzoną i najpewniejszą kartę upominkową. Może to mało fantazyjny prezent, ale ona naprawdę będzie zadowolona. A o to chyba w tym wszystkim właśnie chodzi, by prezentami sprawiać innym radość :)

Zestawy
Może odpuśćmy sobie w tym roku klasyczny zestaw na święta, czyli żel pod prysznic + balsam, a dajmy w prezencie za to inny zestaw. Kino + restauracja. Mimo, iż "zużycie" prezentu będzie raczej błyskawiczne, to jeśli będzie to film, który ona już dawno chciała zobaczyć i jeśli będzie to jej ulubiona restauracja albo z jej ulubioną kuchnią, to na pewno będzie to prezent, z którego się ucieszy. Prawda jest taka i teraz kieruję te słowa do Was Panowie, kobiety z prezentami to są czasem trochę dziwne. Jeśli sobie same czegoś nie wybiorą, to ciężko je raczej pozytywnie zaskoczyć. Choćbyś nie wiem jak się silił na kreatywność. No chyba, że ona lubi sporty ekstremalne i jej świąteczną niespodzianką jest skok na spadochronie z samolotu, ale na to potrzebujesz nieco więcej, niż € 50. Jeśli zapytacie, jak to u mnie wygląda z lubym, to on zawsze dostaje ode mnie "świąteczny" cynk w postaci... linku do prezentu! Choć są kobiety nieco bardziej subtelne, niż ja, dlatego czytajcie czasem Panowie między wierszami. Zwłaszcza przed świętami ;) A jeśli chcecie zrobić świąteczny prezent nie tyle, co swojej żeńskiej holenderskiej drugiej połowie, ile swojej dobrej koleżance / przyjaciółce, kupcie jej mój ulubiony zestaw imprezowy, czyli butelkę dobrego (czerwonego) wina i stojak na wino. Taki oto sobie śmieszny stojak, jak na zdjęciu poniżej, znajdziecie na www.steelman24.com w cenie € 24,99.


Dla panów:

Wyroby skórzane
Moim ulubiony sklepem dla mężczyzn w Holandii jest Suitsupply. Bez dwóch zdań. Jak mam klienta, który jest facetem, zawsze biorę go tam na zakupy. I zawsze ten klient jest zadowolony. I zawsze wychodzi stamtąd obładowany torbami. Ten sklep ma po prostu w sobie klasę. Oferuje towary najwyższej jakości. A i na miejscu można zrobić przeróbki. Zresztą sklep sam w sobie ma świetny wystrój. I do tego obsługa jest na najwyższym poziomie, a jeśli jesteś w dodatku personal shopperem, to bardzo ułatwia ci twoją pracę, bo nie musisz latać ciągle za odpowiednimi rozmiarami do wieszaków. Jeśli twój facet jest Holendrem - na pewno zna nazwę tego sklepu. Fakt, ta marka słynie z garniturów, ale dodatki też ma wyjątkowe. I wśród nich właśnie można znaleźć przepiękne wyroby skórzane. Paski, szelki, portfele albo pokrowce na laptopy. I te ostatnie właśnie są w tym roku moim numerem jeden na liście świątecznych prezentów. Co prawda piękny, skórzany pokrowiec na laptop, który wpadł mi w oko kosztuje € 99, ale znajdziecie tam również inne skórzane akcesoria w przedziale € 30-60. Coś dla Holendrów, którzy cenią jakość i klasę.

Happy Socks - Wesołe Skarpetki
Może to aż zabrzmi śmiesznie, żeby kupować Daczom w świątecznym prezencie skarpetki, bo od razu nasuwają się Wam pewnie stare czasy, gdy to swojemu ojcu albo dziadkowi kupowało się pod choinkę skarpetki i Old Spice'a. Jednak jak to już było wspomniane na tym blogu kilka razy, a było to wspomniane tu: Niezłego masz stajla, czyli rozbieramy Daczy do naga! No prawie... i tu: Stuff Dacz people like, część 6! Holendrzy uwielbiają nosić do garnitury kolorowe, nietypowe skarpety. Im bardziej odjechane, im bardziej kolorowe i zwariowane - tym lepiej! I takie właśnie są skarpetki Happy Socks. Wesołe Skarpetki możecie zakupić między innymi w Amsterdamie - w sklepie Les Deux Frères przy Rozengracht 58. Taki zestaw czterech skarpet ładnie zapakowanych to koszt € 29,99. W sklepie Les Deux Frères możecie znaleźć także inne pomysły na prezenty dla panów, jak spinki do mankietów, rękawiczki czy... męskie bransolety. Mi osobiście przypadły do gustu skarpety à la muchomor, ciekawe więc, co powie na nie luby? ;)


Kulturalnie:

Museumkaart
Czyli karta wstępu do muzeów. Dzięki niej można wejść za darmo nie tylko do większości muzeów w Amsterdamie, ale do większości muzeów na terenie całej Holandii! Taka karta od momentu pierwszej aktywacji, czyli pierwszego wejścia do muzeum, jest ważna rok. I nie tylko w sumie obejmuje ona muzea, ale też galerie czy wystawy, gdzie jedynie trzeba czasem dopłacić do karty € 1,50 (lub ciut więcej) za wejście na daną ekspozycję. Teraz zapewne zastanawiacie się, ile taka przyjemność kosztuje i tu niespodzianka, bo dla dorosłego cena za kartę wynosi € 54,95 za sztukę. Według mnie prezent świetny, bo dzięki temu przez następny rok ma się co robić w weekendy :) Więcej informacji znajdziecie tutaj:
www.museumkaart.nl

Książka "Grachtenhuizen - Amsterdam canal houses"
Mówcie, co chcecie, ale dla każdego Holendra mieszkającego w Amsterdamie książka o tutejszych domach przy kanałach, z ich historią i przepięknymi zdjęciami, jest prezentem naprawdę wyjątkowym. "Grachtenhuizen" opowiada historię czterech wieków amsterdamskich domów przy kanałach, do których drzwi otwierają ich właściciele, najczęściej spadkobiercy z dziada-pradziada rodzinnych posiadłości (i fortuny). Nawet sam Eberhard van der Laan - burmistrz Amsterdamu wpuszcza do swojego pięknego domu fotografów i pokazuje w książce jego niesamowite wnętrza. Miałam okazję przejrzeć "Grachtenhuizen" od przysłowiowej deski do deski i śmiało stwierdzam, że jest to pozycja, którą chciałabym mieć w swojej biblioteczce. Cena za 400 stron, przepięknie ilustrowanych, to € 49,50. I teraz pytanie - czy jest tam po drugiej stronie ekranu jakiś Święty Mikołaj, co by mi zrobił w tym roku taki ładny prezent na święta? ;)


Prezent dla Holendra z Polski:

Wódka smakowa
Holender o wódce myśli z niesmakiem. I nic dziwnego! Tradycyjny smak wódki jest gorzki, intensywny i niezbyt aromatyczny, a wręcz odpychający, stąd Dacz będzie zaskoczony, gdy na przykład dostanie w prezencie taką Soplicę o smaku orzecha laskowego, śliwki, pigwy, maliny czy wiśni. Od wyboru do koloru, wedle preferencji! A w smaku - cóż rzec, nie trzeba mieć popitki! Dacz raz, że będzie zaskoczony w ogóle wódką smakową, dwa, że na pewno będzie celebrował degustację, trzy - jeśli zasmakuje w swoim prezencie - voilà! Wystarczy za rok kupić mu tylko inny smak ;)

Polskie łakocie: krówki, śliwki w czekoladzie, kukułki i ptasie mleczko
Chyba nigdzie w Holandii, poza polskim sklepem oczywiście, nie dostanie się suszonych śliwek w czekoladzie, ptasiego mleczka, kukułek czy krówek. Pamiętam, gdy po raz pierwszy kupiłam je rodzicom lubego na świąteczny prezent, ci zjedli wszystko na deser zaraz po świątecznej kolacji. Ja osobiście najbardziej lubię te z Krakowskiego Kredensu. W smaku może nie wyróżniają się jakoś szczególnie, ale są ślicznie zapakowana w małe urocze puszki, w których można na przykład, jak my z lubym, później przechowywać drobne złotówki niewydane w Polsce, a zalegające w portfelu. Tak z sentymentu trzymamy je w tej oto właśnie puszce, bo krówki oczywiście już dawno zostały zjedzone!

wtorek, 2 grudnia 2014

Co z tą Polską? Vol. 2

Przechodzę chyba ten etap emigracji, że po każdym pobycie w Polsce nachodzą mnie coraz to nowsze refleksje na temat mojej ojczyzny... Mój ostatni pobyt w Trójmieście zaowocował w różne odkrycia, którego efektem był ten oto post: Co z tą Polską? Vol. 1, który nie tylko błyskawicznie trafił do pierwszej dziesiątki najpopularniejszych tu wpisów, ale też spotkał się z dość dużym odzewem z Waszej strony (również w komentarzach). Mój znajomy, który myślałam, że nawet nie ma pojęcia o istnieniu Wydaczonych, napisał mi w prywatnej wiadomości na Fejsie - Pytasz Renia, co z tą Polską? To ja ci odpowiem - ano jest lepiej! Czy rzeczywiście jest lepiej? To próbowałam zbadać będąc teraz w swoich rodzinnych stronach na Dolnym Śląsku i.... Ano właśnie. I znów sama byłam naprawdę zaskoczona tym, co odkryłam...

 Jak już to praktykujemy z lubym od czterech lat (tak! tak długo!), na przełomie listopada / grudnia przyjeżdżamy na kilka dni do Wrocławia i do mojego rodzinnego (wesołego) miasteczka. Powodów tej naszej cyklicznej wizyty jest kilka. Raz, już dawno z lubym zdecydowaliśmy, że będziemy spędzać Boże Narodzenie z jego rodziną, a Wielkanoc z moją. Stąd wpadamy przed świętami i z prezentami, co by moja rodzinka nie czuła się zdegradowana tym podziałem (tak się jakoś przyjęło u nas, że Boże Narodzenie to "ważniejsze" i to "lepsze" święto). Dwa, jestem prawdziwą fanką Jarmarku Bożonarodzeniowego we Wrocławiu i kolekcjonerką tamtejszych kubeczków w kształcie buta. A w kolekcji mam sztuk cztery zaczynając od 2011 roku - to taka nasza świąteczna tradycja z lubym. Trzy, to drugi raz w roku (po Wielkanocy), kiedy mogę zobaczyć znajomych z tych okolic. I to właśnie oni byli moim głównym źródłem inspiracji dla tego postu.

Zacznę może od końca. Widzieliście film "Bogowie"? Jeśli nie, to sobie go zobaczcie. KONIECZNIE! Jeśli pytacie po wyjściu z kina zniesmaczeni, co z tą polską kinematografią? To odpowiem Wam tutaj - ano jest lepiej! Wraca mi wiara w polskie kino! Takich filmów to ja chcę oglądać na ekranie więcej! A i napisy były w języku angielskim (wrocławskie kino Nowe Horyzonty), to i luby nawet mógł obejrzeć film i potwierdzić, że "Bogowie" to dzieło na poziomie europejskim.


Zaczyna się pięknie! Czyli jest w Polsce lepiej?! Przynajmniej w sztuce i w kulturze. No niby zgadza się, ale...

Ale te polskie żale. Może nie tyle żale, ile swojego rodzaju rozgoryczenie. To, że filmy są lepsze nie znaczy, że ludzie są w Polsce lepsi. Spotykam się z moją kuzynką. Wrocław, rynek, mroźne popołudnie, wracamy z przyjemnego lunchu. Po drodze spotykamy starszego pana, który po dość głośnym oddaniu na ulicę sporej dawki flegmy krzyczy za nami, że, cytując, śmierdzi nam z kroku (jak długo żyję, takiego tekstu to jeszcze nie słyszałam...). Starszy pan, na oko coś koło siedemdziesiątki nie wyglądał w sumie, jak jakiś żul z rynsztoka, ale twardo krzyczał w naszą stronę jeszcze bardziej soczyste i mięsiste epitety. J....e wam z p...y!!! WTF? Jakoś cała ta sytuacja tak bardzo rozśmieszyła mnie w swoim absurdzie, że dostałam ataku śmiechu, co moja kuzynka skwitowała smutno: Ty to możesz się śmiać, bo wrócisz za kilka dni do Amsterdamu i masz święty spokój. A ja tu mieszkam i z takimi wariatami to spotykam się prawie codziennie... Choć "lepiej" potraktował mnie kiedyś mały chłopiec (może miał z osiem lat?) na dworcu w Katowicach witając mnie słowami: Sie masz k...o... Z kolei inna znajoma, która jest stewardesą, opowiadała mi teraz jak się spotkałyśmy, że dzień wcześniej jeden z pasażerów (Polak) zrobił w samolocie straszną awanturę o wymiociny (!) swojej żony i nazwał moją znajomą... suką i strącił jej daszek z głowy (a jakby mógł, to pewnie i by jej przetrącił).

Wniosek pierwszy - Polacy powinni jeszcze trochę popracować nad kulturą. Własną...  

Moje drugie odkrycie tyczy się polskiej mentalności. Ujmę to może w ten sposób, że Polak Polakowi... Polakiem. W tym sensie, że jeśli można komuś życie ułatwić, to po co? Dlaczego? To bez sensu. Lepiej komuś coś utrudnić, niż ułatwić. A najlepiej to jeszcze dokopać. Jak to trafnie zostało zauważone we wspomnianych wyżej "Bogach": Polak Polakowi to zazdrości nawet klęski. Ja bym poszła o krok dalej. Polak Polakowi to zazdrości nawet śmierci. Że ten Kowalski to zmarł tak dziad spokojnie we śnie... Moja znajoma pracuje w branży rozrywkowej, gdzie nie obowiązuje umowa o pracę. Ale o dzieło. Szlachetne dzieło. Polega to mniej więcej na tej zasadzie, że twój pracodawca może cię zwolnić w każdej chwili, ale jak ty odejdziesz w trakcie realizacji tegoż wiekopomnego dzieła, to czeka cię kara. Pieniężna. Niemała. Wręcz bajońska. I co tu zrobić, gdy na twojej ścieżce zawodowej równolegle pojawi się znacznie atrakcyjniejsza oferta? Nieważne, że będziesz stawać na głowie, załatwiać i szkolić swoje zastępstwo (za darmo, po godzinach), a i naprawdę wcale nie jesteś niezastąpiony. Ba! Kilka razy już usłyszałeś, że na twoje miejsce jest milion chętnych w kolejce. Jednak, gdy trafi ci się o wiele lepszy projekt, finansowo i w ogóle prestiżowo, nagle okazuje się, że bez ciebie wszystko się tam zawali, runie jak domek z kart i w ogóle, że nie ma szans i sensu bez ciebie tego robić. I że nie, nie i jeszcze raz nie. Musisz pracować do końca umowy. Choć każdy inny na twoim miejscu brałby lepszą ofertę. Od razu. Bez wahania. Nawet człowiek, który cię z tej twojej umowy nie zwolni (nie, bo nie) też by wybrał lepszą fuchę. Logiczne. Wiecie, o co mi chodzi? To jest tak, jak dzień przed złożeniem rezygnacji twój szef jakoś się dowiaduje od "przyjaznych" donosicieli, że chcesz odejść i cię zwalnia dyscyplinarnie za to, że nie włożyłeś papieru do drukarki. Albo za inną głupią błahostkę. Bo jak można człowiekowi dosrać, to dosrać trzeba. Jak można mu utrudnić życie, to czemu nie? Polak Polakowi lubi być Polakiem. Oj lubi. I posypią się teraz pewnie na mnie gromy, ale prawda jest taka, że każdy z Was pewnie przekonał się o tym kiedyś na własnej skórze. Przynajmniej raz. Jak potrzebowałeś wziąć wolne z pracy, a twój szef się nie zgodził. Specjalnie. Albo jak w liceum ktoś ci chamsko na sprawdzianie źle podpowiedział. Specjalnie. Albo twój sąsiad z góry uczył się grać na gitarze basowej o trzeciej w nocy. Specjalnie.

Wniosek drugi - Keep calm, bo Polak Polakowi Polakiem. Napis dobry w sam raz na jakiś t-shirt.

A co rzuciło się w oczy lubemu to... polskie autobusy. Czekamy w moim rodzinnym miasteczku na autobus do Wrocławia i luby się pyta w pewnym momencie, dlaczego autobus, który właśnie przejechał przed nami, miał mapę Holandii na tylnej szybie? Aaa! To stary holenderski autobus! Luby wycedził. Wsiadamy wreszcie do starego, rozklekotanego autobusu bez ogrzewania (na zewnątrz wiało złem, temperatura na minusie, a autobus, który miał przyjechać o 12.00 nie przyjechał, więc staliśmy sobie tam na przystanku pół godziny czekając na następny...) i jedziemy do Wrocławia. Luby rozgląda się po autobusie i pyta: Dlaczego tu są wszędzie francuskie napisy? Aaaa... Domyślił się już luby. Czyli Polacy kupują używane autobusy, których już nie chcą Francuzi, a które w Polsce jeszcze jeżdżą przez dwadzieścia lat, toch? Zabolało, no bo toch, bo to prawda. Czasem naprawdę można czuć się w Polsce, jak w kraju gorszej kategorii... Jak obywatel trzeciego świata.

Wniosek trzeci - to smutne, że autobusy uważane na zachodzie już za niesprawne jeżdżą po naszych drogach.

Czy jest w Polsce lepiej? Jeśli jest lepiej, to chyba tylko w dużych miastach, bo w moim rodzinnym miasteczku, które liczy może z sześć tysięcy mieszkańców, zauważyłam taką to oto prawidłowość, że czas nie tyle, co tam stoi w miejscu, ile się wręcz cofa. Może nie tyle czas, ile samo miasteczko. Mam takie smutne wrażenie, że staje się ono powoli miastem starszych ludzi. Miastem emerytów. Większość tak zwanych "młodych ludzi" (powiedzmy w moim wieku) z niego powyjeżdżała. Większość za granicę. Większość sklepów jest już tam zamykanych o 16.00. Co mają więc zrobić ludzie, którzy pracują w innych miastach i wracają później, bo po 16.00, jak na przykład moja mama? Mogą tylko zrobić zakupy w Biedronce, albo monopolowym (a tam wybór produktów niealkoholowym raczej jest słaby). Co z kulturą w tym mieście? Ano nic. Nic się nie robi w jej kierunku. Włodecki rok temu dał tam koncert. W kościele. I na tyle by było tej kultury. Moja mama smutno to skwitowała, że w Warszawie to ciągle chcą jakieś dotacje na kulturę, a u nich w mieście nic się nie dzieje, bo nie ma na to pieniędzy i jedyne, co można wieczorem tam robić, to oglądać telewizję. A w weekend można pójść do knajpy, choć wybór knajp słaby. Kiedyś w dobrych czasach było tam może z osiem barów, a teraz są trzy... Z życiem towarzyskim też więc słabo. Moja mama na pytanie, co tam w mieście słychać, czy zna jakieś plotki, po chwili namysłu pyta mnie: A wiesz, kto umarł? Na pytanie o moją starą znajomą, która została tam w miasteczku odpowiada, że ponoć rozstała się ze swoim mężem i zaczęła pić... Jezu, jakie to jest smutne!

Wniosek czwarty - no nie jest chyba za dobrze w Polsce w tych małych miasteczkach...

Czy w Polsce w zarobkach jest lepiej? Pewnie jest lepiej w niektórych branżach, ale moja siostra oglądała "Kuchenne rewolucje" i tam podsłuchałam, że facet w jakieś restauracji płaci kelnerce 3 złote za godzinę! Matko i córko! Jak za to żyć?! Luby mi kiedyś opowiadał, że jako dziecko dorabiał pracując w ogrodzie sąsiadów. Zarabiał 2 euro na godzinę (w przeliczniku z guldenów). A tu w Polsce ludzie ciągle pracują za 3 złote za godzinę... Skandal! SKANDAL!

Wniosek piąty - niektórzy w Polsce ciągle zapieprzają za przysłowiową miskę zupy.

W niedzielę przed wyjazdem poszliśmy z lubym na wrocławski Jarmark Bożonarodzeniowy. Powiem Wam, że nie mogłam przestać się tam uśmiechać! Ten Jarmark ma niesamowitą atmosferę! Ludzie są tam jacyś bardziej życzliwi, bardziej wyluzowani, no ogólnie bardziej szczęśliwi! Kupiliśmy z lubym nasz ulubiony oscypek z żurawinką, luby zamawiał po angielsku i gadał sobie ze sprzedawcą. Ja podziękowałam po polsku, gdy dostałam swoją porcję. Zdziwiona sprzedawczyni powiedziała do męża: O, to możesz po polsku do pani. Choć w sumie niech ćwiczy (to do mnie). Uczy się angielskiego. Dobrze mu idzie, nie? Szło mu całkiem nieźle :) Wydaje mi się, że tu chodzi o otoczenie, o atmosferę. Myślę, że mają one bardzo znaczący wpływ na to, jak się ludzie zachowują. Kim się stają. Kolorowy, piękny jarmark, miła, wesoła muzyka, zadbany wrocławski rynek, cudowne zapachy, szczęśliwi ludzie, roześmiane dzieci i w ogóle piękna zima sprawiają, że aż chce się żyć. Aż chce się być miłym. Aż chce się uśmiechać. A w szarym, zniszczonym blokowisku to nie chce się nic. Nawet nie chce się chcieć. Widzę tu, jak Dacze dbają o swój kraj, o swoje miasta, o ich otoczenie, o ich czystość, schludność, o to, by Holandia była atrakcyjna nie tylko dla turystów, ale przede wszystkim dla samych Holendrów. Miesiąc temu nasz dom był malowany, choć według mnie, naprawdę nie potrzebował żadnego odświeżenia. A w Polsce? A w Polsce to odnawia się głównie kościoły i urzędy. Słyszałam kilka dni temu w radiu, że bezdzietna kobieta postanowiła zostawić cały swój dość pokaźny majątek na renowację zniszczonych kościołów, bo serce jej krwawiło, gdy widziała, w jakim są stanie... Taka to właśnie polska mentalność. Kościół musi być odnowiony, odpicowany, a reszta budynków to może się rozpadać. Może nawet gnić. Byle kościół stał piękny i lśnił blaskiem swojej boskości. A w jego środku ksiądz z ambony powie ci w niedzielę, na kogo masz głosować. True story, które opowiedział mi teraz w zeszły piątek mój dziadek.

Wniosek szósty - w Polsce jest dużo szarych, zaniedbanych, często bardzo zniszczonych budynków zarówno w małych, jak i w dużych miastach.

Wniosek siódmy - kościół w Polsce ciągle odgrywa za dużą rolę w kształtowani świadomości Polaków.

Okej. Jaki jest więc wniosek podsumowujący wszystkie te wnioski? Czy jest w Polsce lepiej? A jak Wy sądzicie? Ja myślę, że w takiej Warszawie rzeczywiście może być lepiej. Widziałam, mieszkałam tam, a i ostatnio Warszawę odwiedzałam. Wiadomo też, że stolica zawsze lepiej i szybciej się rozwija. Jednak czy ogólnie jest w Polsce lepiej? Czy jest lepiej w małych i w średnich miasteczkach? I nawet nie chodzi mi o budowę dróg czy mostów. Już nawet pal diabli ekonomię. Politykę. Gospodarkę. Chodzi mi o ludzi. O ich mentalność. Czy możemy być z siebie dumni?

Możemy?

No dobrze, a teraz dla rozluźnienia atmosfery już na sam koniec opowiem Wam zabawną anegdotę. Świeżynka. Ze wczoraj. Nie było nas tydzień w Amsterdamie, więc zostawiliśmy naszego psiaka u rodziców lubego. Ci byli tak kochani, że przywieźli nam go wczoraj. Zrobiliśmy więc obiad, było też i wino... Opowiadamy z lubym, jak to tam w Polsce było. Oczywiście musiałam wspomnieć o filmie "Bogowie". I zaczynam: This movie is about Zbigniew Religa, the doctor who performed the first successful hair (!!!) transplant in Poland (Ten film jest o Zbigniewie Relidze, lekarzu, który dokonał pierwszego udanego przeszczepu włosów w Polsce.) Kurtyna... Takie małe zabawne przejęzyczenie, że zamiast "heart" (serca) powiedziałam "hair" (włosów). I wyszedł mi przeszczep włosów, zamiast przeszczepu serca... Cóż, ale wspomniałam, że do obiadu było wino? Wszyscy wybuchnęli śmiechem i ja też oczywiście śmiałam się chwilę po tym, jak zdałam sobie sprawę ze swojego językowego lapsusu. Śmialiśmy się wszyscy poza mamą lubego, która niedosłyszała mojego przejęzyczenia i kiwała tylko głową mówiąc, że to musiała być niesamowicie ciekawa historia. 

I rzeczywiście była ;) 

A tu zdjęcia z Jarmarku Bożonarodzeniowego we Wrocławiu! Prawda, że można już poczuć magię świąt?

niedziela, 23 listopada 2014

Stuff Dacz people DON'T like, część 1!

Po cyklu Stuff Dacz people like, czyli co Dacze lubią, przyszedł czas na to, czego (i kogo) Holendrzy nie lubią.

1. Amsterdam
 Ten punkt pojawił się jako ostatni w cyklu Stuff Dacz people like i wywołał w komentarzach małą dyskusję. Owszem, Holendrzy dzielą się na tych, co kochają Amsterdam i na tych, co go nie cierpią. Zapewne jest to też taka trochę specyfika stolicy, którą można zauważyć nie tylko w Holandii. Owszem, spotkałam się z opiniami, że Amsterdam może i jest pięknym miastem, ale tylko na wycieczkę. Tylko na kilka dni, bo mieszkać tam, to musi być tortura. Torturą nie jest, przynajmniej dla mnie, ale jak i wszystko inne w życiu, Amsterdam ma swoje plusy i też minusy. Plusy to na pewno architektura, życie kulturalne, ogólnie pojęta rozrywka, różnorodność kultur i ludzi, duży wybór sklepów, restauracji oraz barów. Minusy to z kolei korki (choć ja akurat nie mam z tym problemu, bo poruszam się głównie i wszędzie na rowerze), wysokie ceny - w usługach oraz za wynajem mieszkania, tłok - zwłaszcza turystów, a także szybsze tempo życia, co jedni mogą odbierać jako plus, inni jako minus. Pewnie i plusów, i minusów można by jeszcze trochę znaleźć. Myślę, że Holendrzy nie lubią Amsterdamu z tych samych powodów, co Polacy nie lubią Warszawy. Kiedyś nawet brałam udział w takiej dyskusji na polskim weselu, jaka to Warszawa jest zła i niedobra. Co ciekawe, ci, którzy najbardziej narzekali na stolicę, nigdy w niej nie byli (!), bo, cytując, po co? W sumie racja, po co mieliby tam nawet przyjechać na jeden dzień, skoro już mają tak silnie wyrobioną opinię na temat tego miasta? Cóż, każdy ma prawo do własnego zdania, ale ja zarówno Amsterdam, jak i Warszawę bardzo lubię, a także mieszkających tam ludzi :)

2. Turystów jeżdżących na rowerze i chodzących po ścieżkach rowerowych. 
Tu podobnie, jak w punkcie pierwszym. Dacze lubią i zarazem nie lubią turystów. Nie lubią turystów robiących tego typu rzeczy - Kac Amsterdam, czyli (nie)prawdopodobny scenariusz wieczoru kawalerskiego w Amsterdamie... (dla osób +18). Jednak najbardziej Holendrzy nie lubią turystów za to, że ci ciągle zachodzą im ścieżki rowerowe i ogólnie wyskakują im przed rower, jak Filip z konopi. Zmorą Dacza jest również turysta na rowerze. Można go z łatwością poznać po czerwonym rowerze z MacBike'a, na którym jadąc ślamazarnie i super wolno rozgląda się nerwowo na wszystkie strony. Pamiętam zresztą moje pierwsze dni na rowerze w Amsterdamie. Wtedy miałam swój pierwszy wypadek (i mam nadzieję, że ostatni!). Jechałam po złej stronie ścieżki rowerowej - po lewej stronie ulicy, zamiast po prawej... Myślałam, że wzdłuż ulicy jest tylko jedna ścieżka dla rowerzystów, tak jak to jest w Polsce... I oczywiście zderzyłam się z jakąś Daczką. Na szczęście bez większych szkód dla mnie i bez żadnych dla niej. Choć moralnie czułam się jak ostatnia sierota. Prawda jest taka, że wprawa w jeżdżeniu na rowerze przychodzi w Holandii z czasem.

3. Niemców.
Trudno w to uwierzyć, że Niemcy w Holandii ciągle obrywają za... I oraz II wojnę światową! Kiedy spytałam lubego, czemu Holendrzy tak bardzo nie lubią Niemców, to powiedział mi krótko - ano dlatego, że dwa razy wszczynali wojnę światową. No dobra, zgadzam się, ale chyba już czas, by o tym zapomnieć? Wojna w końcu skończyła się dobrych kilkadziesiąt lat temu. Choć wojna na kawały trwa między Niemcami a Holendrami do dzisiaj. W najlepsze. Dacze żartują na przykład, że Niemcy kradną im rowery, a ci oczywiście nie pozostają dłużni swoim sąsiadom. Skąpy Holender jeżdżący na wakacje kamperem wypełnionym zupkami w proszku i papierem toaletowym to bardzo częsty temat niemieckich dowcipów. Równie ochoczo Niemcy żartują ze stylu jazdy Holendrów na ich autostradach, a także z ich żółtych tablic rejestracyjnych NL = Never Learned (Nigdy się nie nauczył). Cóż, szczerze mówiąc, żartom z jazdy Holendrów na niemieckich autostradach, to się wcale nie dziwię. Kilka dni temu oglądamy film z lubym, gdy on dostał MMSa. Odbiera go i zaczyna rechotać. Pytam, co się dzieje? A mój znajomy jedzie właśnie autostradą w Niemczech. Patrz, jakie zdjęcie mi wysłał! Patrzę na zdjęcie, a tam licznik pokazujący, że ten jedzie (pociska) 240km/h... I nawet nie prędkość jest w tej historii przerażająca (ani śmieszna), ale fakt, że w tym momencie robił zdjęcie. No Dacz potrafi!

4. Grać z Niemcami w piłkę nożną.
I, a zwłaszcza II wojna światowa oraz piłka nożna. To główne grzechy Niemców według Holendra. Dacze nienawidzą grać z Niemcami w piłkę nożną, bo z reguły z nimi... przegrywają! W tej kwestii wojna pomiędzy tymi dwoma krajami trwa już od lat. Jest takie słynne zdjęcie, kiedy holenderski piłkarz Frank Rijkaard w trakcie meczu 1/8 finału Mistrzostw Świata w 1990 roku pluje na niemieckiego piłkarza Rudiego Völlera. To zdjęcie mówi chyba wszystko w tym temacie...


5. Być mylonymi z Niemcami.
Analogicznie do punktu 4 oraz punktu 5 Holendrzy nienawidzą być myleni z Niemcami. A za granicą dla niewprawionego ucha język niemiecki jest bardzo podobny do holenderskiego. Również z wyglądu Dacze są dość podobni do Niemców. W Holandii statystyczna kobieta jest postawną blondynką, mężczyzna z kolei wysokim blondynem. I podobnie jest w Niemczech, stąd bardzo łatwo o pomyłkę. A dla Dacza to prawdziwy horror i zgroza, kiedy ktoś "wyzywa go" od Dojcza!

6. Niesprzątania po swoim psie.
Jakiś czas temu byłam w Warszawie i nocowałam u znajomej. Wszędzie wtedy znajdywałam woreczki na kupy mojego psiaka. W torebce, w tylnej kieszeni spodni, w płaszczu... Moja znajoma nie mogła się temu nadziwić, że tak gorliwie podchodzę do tego zadania. W Polsce ponoć prawie nikt nie sprząta po swoich pupilach! W Holandii, zwłaszcza w Amsterdamie, to byłoby nie do pomyślenia. To byłby skandal! Ja wiem, to temat "brudny" i dosłownie śmierdzący, ale jeśli macie psa w Holandii i nie chcecie narażać się swoim sąsiadom i ogólnie Daczom - sprzątajcie kupy po swoim psie! Twój pies - twój obowiązek. Twój pies - twoja kupa do sprzątnięcia. Inaczej będzie wojna polsko-holenderska pod flagą biało-czerwoną, którą dawno dawno temu Marek Raczkowski u Kuby Wojewódzkiego wsadził wiadomo gdzie...

7. Jedzenia dwa dni z rzędu tego samego.
Kochanie, co dziś na obiad? Pyta małżonek swojej daczowskiej żonki. To co wczoraj kotku. Odpowiada żonka swojemu daczowskiemu małżonkowi. I ten pada trupem. Z głodu. Bo zjeść dwa razy pod rząd ten sam obiad w Holandii, to jak nie zjeść go wcale. Ba! Czasem nawet dwa dni pod rząd jakieś danie z makaronem, to dla Dacz już za dużo. A raczej już za nudno. Za mało urozmaicone. Jak dzień wcześniej była pasta, to następnego dnia preferują coś z ryżem. Albo z kaszą. Albo z ziemniakami. Nie dziwię się czasem naprawdę tym holenderskim kobietom, że nie chce im się już zbytnio gotować i wolą zamawiać coś na wynos albo kupować gotowe dania z Alberta Heijna. No dogódź tu takiemu wybrednemu facetowi, któremu trzeba ciągle coś nowego wymyślać. Kiedyś dwa tygodnie pod rząd upiekłam to samo ciasto z gruszkami. Myślałam, że luby się ucieszy, bo to jego ulubione. No ucieszył się, ale tak nie do końca. Chciał urozmaicenia. O matko i córko! No dobra. Niech ci będzie. Następnym razem upiekłam więc takie, którego nigdy mu nie robiłam. Z truskawkami. I co? I niezbyt mu podeszło, bo... woli jednak tamte! Woli ciasto z gruszkami! No i bądź tu mądry człowieku z tymi daczowskimi nawykami jedzeniowymi. Nie da czasem rady! Nawet MasterChef by się poddał!

8. Ludzi zachowujących się nienormalnie.
Niedawno byliśmy z lubym i jego bratem wieczorem w barze. Za nami siedziała grupka amerykańskich turystów. Zarówno luby, jak i jego brat nie mogli się zrelaksować, bo tamci gadali za głośno używając w co drugim zdaniu słowo like i OMG. She was like, and he was like, and I was like, and that was like and OMG... I w sumie nie wiadomo, o czym ten facet gadał, ale reszta towarzystwa potakiwała. Luby wiercił się i jak najszybciej chciał dopić swojego drinka, bo nie mógł znieść tych zachowujących się nienormalnie amerykańskich idiotów. Prawda, bo zachowywali się jak idioci, ale mi coś takiego nigdy nie zakłóciłoby przyjemnego wieczoru. Po prostu ignoruję takich ludzi, starając się ich nie słuchać. Jednak z Holendrami jest nieco inaczej. Wiecie, wspomniane doe normaal i ten ich daczowski stoicyzm. Do tego samego worka można też wrzucić publicznie całowanie się, publiczne kłótnie, publiczny płacz i bardzo głośny śmiech. I oczywiście Amerykanów, Włochów czy Hiszpanów, którzy dla większości Holendrów są nazbyt głośni i zbyt wylewni...


9. Przepłacać. 
Holendrzy też czasem sobie narzekają i jak zauważyła kiedyś Czytelniczka bloga Felicja ich ulubionym tematem narzekań jest to, że coś jest za drogie. Dacze nie znoszą przepłacać. Zresztą, kto lubi? Jednak zwłaszcza w Amsterdamie ceny pewnych produktów i usług osiągają wręcz absurdalnie wysokie ceny. Kiedy z lubym wybraliśmy się na wycieczkę po Belgii od razu rzuciło mi się w oczy, że jest tam taniej. Niby Belgia blisko, niby po sąsiedzku Holandii, a różnica w cenach wielka. Co tu dużo mówić, od razu rzuciłam się w wir zakupów... Mój luby z kolei zawsze narzeka na drogie taksówki. Tutaj w Holandii są z góry ustawione ceny dla wszystkich korporacji. Podobnie jest z dentystami. Wszędzie w Daczlandii obowiązuje ten sam cennik. Jak można się domyśleć, zarówno za taksówkę, jak i za dentystę słono się w Holandii zapłaci. Może dlatego właśnie oszczędni Dacze tak dbają o zęby i poruszają się rowerami? Hmm...

10. Spontaniczności.
Dacze muszą mieć wszystko zaplanowane. Koniec. Kropka. Spontaniczność to dla Holendra jakaś dziecięca fanaberia, charakterystyczna dla krajów mniej rozwiniętych... Z czego to wynika? Z kultury? Z wychowania? Z zamiłowania do agendy? Po prostu są ludzie, którzy muszą mieć wszystko w życiu uporządkowane i ci ludzie nazywają się Daczami. Spróbuj wpaść do holenderskich znajomych ze spontaniczną wizytą. Nieplanowaną. Nieumówionym. Spróbuj zgrać kilku holenderskich znajomych na spontaniczne piwo w środku tygodnia. Spróbuj zaprosić ich na obiad "tylko" z tygodniowym wyprzedzeniem. Nie da rady? Ano nie da! Holendrzy mają w sobie tyle spontaniczności, ile jest prawdy o naturalnych, nieretuszowanych zdjęciach Kim Kardashian z szampanem i jej ogromnym, gołym, naoliwionym tyłkiem... Zarówno te zdjęcia, jak i spontaniczność Daczy są mitem stworzonym zapewne przez samych zainteresowanych.

wtorek, 18 listopada 2014

Parapetówka w Holandii

O tym, że parapetówka w Holandii to bardzo ważna sprawa, miałam okazję przekonać się w tym miesiącu już dwa razy. W ten weekend i jeszcze w poprzedni. Holender, czy to kupuje mieszkanie w kredycie, czy to za pieniądze rodziców, czy też po raz pierwszy "tylko" je wynajmuje - taki skok w dorosłość musi przypieczętować imprezą. A ta zazwyczaj jest huczna, głośna, dość mocno zakrapiana i obfitująca w zniszczenia. Zniszczenia nowego gniazdka, rzecz jasna.

Nie dalej, jak półtora tygodnia temu, znaleźliśmy z lubym w swojej skrzynce pocztowej kartkę. Od naszej sąsiadki z domu obok, która uprzejmie nas informuje i donosi, że w piątek 7 listopada odbędzie się jej huczna parapetówka i z góry przeprasza za hałasy i różne tam wygibasy swoich gości, a także za nieudogodnienia spowodowane naruszeniem ciszy nocnej. A i w ramach rekompensaty oraz nawiązania poprawnych sąsiedzkich stosunków, zaprasza nas też na swoją parapetówkę na "małego" drinka. Pół naszego sąsiedztwa oczywiście znalazło w swojej poczcie podobne kartki.

No to mówię do lubego - Wpadamy? Luby jakoś niechętnie widzi ten pomysł. Już wie skubany, co się dzieje na takich imprezach. To co robimy wtedy? Pytam. Nie ma wyjścia, trzeba w piątek coś zaplanować poza domem. Padło więc na odległe kino, bo Pathé Arena i na film Interstellar, bo ten trwa prawie 3 godziny... A jakim cudem ten film ma 9/10 na IMDb? I 8,2/10 na Filmwebie? Tego to ja nie wiem, ale wiem na pewno, że powrót do domu o godzinie 1.30 w nocy nie był najlepszym pomysłem. Wtedy bowiem parapetówka naszych sąsiadów zaczęła się dopiero rozkręcać na dobre...


Podjeżdżamy pod dom - a tam nie przesadzam, 70 rowerów więcej, niż zwykle, zaparkowanych jak i gdzie popadnie. A i też sąsiedzi skrupulatnie wynosili na chodnik przed domem w trakcie parapetówki puste skrzynie po piwach - po godzinie pierwszej stało ich już tam z pięćdziesiąt. No może przesadzam. Może z czterdzieści. Muzykę było już słychać z daleka jako, że sąsiedzi z parteru, to i ogródek mają. A tam, mogliśmy z lubym stwierdzić ze stuprocentową pewnością, przeniosła się już cała impreza. I tam trwała do rana. Do godziny piątej z hakiem. Do ostatniej butelki piwa.

Trudno tak komuś zwrócić uwagę, że jest już trzecia w nocy i spać nie możemy, bo jest za głośno na tej imprezie, gdy dostało się na nią takie miłe zaproszenie... Cóż, jakoś przetrwaliśmy noc, choć możemy zaliczyć ją do nieprzespanej. Całe szczęście, że parapetówkę ma się zazwyczaj raz, a przynajmniej raz na jednym i tym samym mieszkaniu. Teraz mamy tylko cichą nadzieję z lubym, że ci sąsiedzi jak najdłużej zostaną w tym mieszkaniu. Przynajmniej do emerytury.

Jeśli chodzi o wspomnianą drugą parapetówkę - to tu miałam okazję przekonać się w ostatni piątek na własnej skórze, jak to rzeczywiście wygląda w Holandii. Choć sama niestety przekonałam się o tym, bo luby miał co prawda pójść ze mną, ale zaniemógł. Ze zmęczenia. Przez cały poprzedni tydzień nie odespał jeszcze parapetówki naszych sąsiadów...

Impreza planowo miała zacząć się o 20.00. Ja przybyłam o 22.00, bo piszcząc szczerze, czekałam aż przestania padać. A raczej, kiedy skończy się ulewa. I tu znów podobna sytuacja, jak tydzień temu. Przed nowym mieszkaniem mojej znajomej (Holenderki pochodzenia polskiego - mama Polka, a tata Dacz) mnóstwo rowerów zaparkowanych gdzie tylko popadnie. A raczej porzuconych gdzie popadnie. Muzyka może nie tak głośna, jaką my uświadczyliśmy w poprzedni piątek, ale najbliżsi sąsiedzi jestem pewna, że mogli ją całkiem dobrze słyszeć. Wchodzę do mieszkania, a tam tłum ludzi. Na oko - nawet i z siedemdziesiąt osób. Ciężko ocenić, bo towarzystwo porozchodziło się po całym mieszkaniu. Część bawiła w pokojach, część gawędziła na korytarzu, cześć tańczyła w kuchni, część paliła przed drzwiami wejściowym, a i tu znajoma podobnie, jak moi sąsiedzi, wynajęła mieszkanie na parterze, zatem ogródek również tam był w pakiecie socjalnym. A ogródek znajomej był też dość mocno oblegany, bo jak wiadomo, niezależnie od pory dnia i pory roku, jeśli deszcz nie pada, jeśli nie ma śniegu, Dacze wprost uwielbiają imprezować w plenerze...

Nawet jeśli jest to ogródek 2x2 metry. Nawet jeśli temperatura powietrza wynosi 5°C. Ach, ta daczowska gorąca krew ;)

A znajoma? Rozrywana. Oblegana. Każdy chciał z nią oczywiście pogadać. Sama zamieniłam z nią tylko kilka słów, bo musiała lecieć i wstęgę przecinać. Bo było i na tej parapetówce uroczyste przecięcie wstęgi. Było i morze wina, i ocean piwa, i był też nasz... polski Polonez! Tak! Serio! Jak wspomniałam, mama mojej znajomej jest Polką z pochodzenia, choć wydaczoną aż do perfekcyjnego holenderskiego akcentu (!) i to ona zaprezentowała zgromadzonym gościom nasz piękny tradycyjny taniec. Szok? No mały... Tego to bym się raczej nigdy nie spodziewała na daczowskiej parapetówce!

Po przecięciu wstęgi "dorwał" mnie tata tej mojej znajomej. Ty jesteś Polką, prawda? Kiwam potwierdzająco głową. No to na zdrowie! Krzyczy mi do ucha radośnie i wypija przezroczysty płyn z kubka, który ponoć był wodą, a nie wódką. Palisz marihuanę? Pyta mnie, choć nie wiem, czy to jest tylko pytanie, czy może jakaś propozycja... Nie, nie palę. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Dobrze, to bardzo dobrze. Twój facet to Holender? Pyta dalej. Znów kiwam głową. A kochasz ty go jeszcze? Rozbroił mnie tym pytaniem. No oczywiście! Kocham bardzo. Znów odpowiadam zgodnie z prawdą. Bo wiesz, powiem ci naprawdę szczerze, że ja swoją polską małżonkę to dalej kocham nad życie. No patrzę na nią i jakbym to ją wczoraj dopiero poznał! Nic się nie zmieniła! Dalej z niej ta sama piękna polska dziewczyna!

Jednak jest nadzieja, że można kochać kogoś kilkadziesiąt lat i spędzić z tą osobą resztę życia! Nawet, jeśli to Dacz ;)

Szkoda tylko, że dłużej już nie mogłam porozmawiać z uroczym tatą mojej znajomej, ale czekała mnie kolejna impreza i znajomi, którzy popędzali mnie SMSami ;) Choć zdążyłam porozmawiać jeszcze z bratem znajomej, który... ma dziewczynę w Polsce! Tak! On też jest z Polką! Jak sam mi powiedział (po angielsku, bo po polsku niestety mówił słabo), idzie śladami ojca, bo widzi, że to jest dobra droga :). Jak mi powiedział Polki są najlepsze! A teraz zapewne zapytacie już na koniec, jaki więc dałam jej prezent? Co daje się w Holandii na parapetówkę? Ano to, co w Polsce w sumie, czyli coś dla przyjemności i coś do domu. Dla przyjemności znajoma dostała naszą polską wódkę (jakżeby inaczej!), a do domu to zrobiłam specjalnie dla niej obraz techniką kolażu. Z akcentami polsko-holenderskimi, aby ten kolaż przypominał jej o słowiańskich korzeniach. Bo urodę to ma dość daczowską, a i z językiem polskim u niej słabo...

Ten post zmusza mnie również do jeszcze jednej małej refleksji - trzy razy zmienialiśmy już z lubym mieszkanie w Amsterdamie, a jeszcze nigdy nie mieliśmy parapetówki! Coś z tym trzeba będzie zrobić... Trzeba będzie to zmienić!

A oto, jak wygląda holenderska parapetówka od środka (na zdjęciu coś około 50% gości parapetówki mojej znajomej) ;)

czwartek, 13 listopada 2014

Kac Amsterdam, czyli (nie)prawdopodobny scenariusz wieczoru kawalerskiego w Amsterdamie... (dla osób +18)

Wspomniałam Wam kiedyś, że Dacze lubią i zarazem nie lubią turystów, zwłaszcza jeśli chodzi o tych turystów, którzy przyjeżdżają do Amsterdamu. Holendrzy lubią turystów, bo wiadomo, napędzają im gospodarkę wydając rocznie w stolicy Holandii całkiem pokaźne sumy. Z kolei nie lubią ich głośnego zachowania, pijaństwa, zachodzenia drogi rowerzystom, a i Holendrzy nie lubią u siebie... turystów jeżdżących na rowerze! Ja dzielę turystów przybywających do Amsterdamu na dwie kategorie: kulturalnych i niekulturalnych. Kulturalnych, czyli takich, co zwiedzają muzea, galerie, wystawy, chodzą i podziwiają architekturę artystycznych dzielnic, jak Jordaan czy de Pijp, a wieczorem wybierają się do dobrych restauracji i kilkusetletnich klimatycznych pubów. Ci niekulturalni z kolei, to omijają muzea szerokim łukiem, no może z wyjątkiem Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Ci turyści nie zapuszczają się w mieście dalej, niż w okolice Dworca Centralnego i Dzielnicy Czerwonych Latarni. Stołują się fast foodach, jak McDonald's czy tureckim Doner kebab. Pierwsze co, po przyjeździe tutaj, to oczywiście wizyta w coffee shopie. Do tej grupy turystów zaliczają się też panowie i panie, którzy przyjeżdżają do Amsterdamu na wieczór / weekend kawalerski / panieński. I dzisiaj chcę właśnie opisać tych drugich turystów. Tych, jak to ujmę, drugiej kategorii. Tych niekulturalnych. Tych skacowanych...

Czy wiecie, że trzecia część kinowego hitu "The Hangover" ("Kac Vegas") miała być w pierwszej wersji kręcona właśnie w Amsterdamie? Prawdopodobnie w Amsterdamie - tak powiedziała w 2011 roku na premierze w Los Angeles aktorka Jamie Chung, która zagrała główną rolę kobiecą w "The Hangover Part II" ("Kac Vegas w Bangkoku"). Dla niej właśnie Las Vegas, Bangkok i Amsterdam to najbardziej szalone miasta na świecie. Justin Bartha, grający postać Douga, również skomentował te doniesienia mówiąc, że Akcja filmu rozgrywająca się w Amsterdamie mogłaby przynieść inny rodzaj kaca... Wiadomo, jaki ;) Dodał też, że Zach Galifianakis (grający postać Alana) już pewnie tam jest. Jednak to były tylko plotki. Amsterdam w "The Hangover Part III" ("Kac Vegas III") pojawił się w filmie tylko na chwilę przy końcowych napisach i tylko na zdjęciach. I jeszcze na plakacie promującym film, na którym widzimy mocno skacowaną watahę siedzącą pod napisem I AMsterdam znajdującym się przed Rijksmuseum. A szkoda, że twórcy filmu nie wybrali Amsterdamu za lokalizację do trzeciej części. Narobili widzom tylko "smaczku". Strasznie jestem ciekawa, jakie wtedy miejsca w Amsterdamie wataha wybrałaby za swój kac ostateczny? Cóż by tu robili... A raczej nabroili. Być może tego dowiemy się w czwartej części. Może, może, jeśli w ogóle czwarta części powstanie, a jeśli wierzyć IMDb, to powstanie! I ma wystąpić w niej... Lindsay Lohan! Oj, to na pewno będzie się działo! Będzie melanż i zło! Będzie impreza! Ba! W czwartej części ma wystąpić też Jonah Hill, który brawurowo zagrał w "Wilku z Wall Street" Donnie'ego Azoff! Co za ekipa! Co za obsada! No do kompletu brakuje tylko Charlie'ego Sheena... Jednak wracając do tematu, jedno jest pewne - najbardziej ulubionym europejskim miastem "na kaca" jest właśnie... Amsterdam! I teraz zaprezentuję Wam "ścieżkę kaca" w stolicy Holandii. Zrobię taką teoretyczną drogę, jaką zapewne obrałaby wataha z "Hangover". To będzie taki mały zarys scenariusza tego, co mogłoby się w Amsterdamie wydarzyć. A co tam! Dziś przeniosę i poniosę watahę do Amsterdamu! Dziś zrobię Kac Amsterdam! A raczej - Kac Vegas w Amsterdamie ;)

Teraz wszystkie dzieci proszę o zamknięcie tej strony, bo to jest post dla osób pełnoletnich... Tylko dla osób +18!


Wataha przyjeżdża do Amsterdamu. Jest ich tym razem piątka - Jonah Hill zagra odnalezionego po latach brata bliźniaka Alana z innego ojca, którego to właśnie będzie wieczór kawalerski. Wataha udaje się wpierw do coffee shopu Bulldog, gdzie palą największego na świecie jointa (Alan doda coś do tego skręta ukradkiem), a następnie idą do Dzielnicy Czerwonych Latarni, gdzie są tak strasznie upaleni i mają tak realne halucynacje, że jedną z prostytutek biorą za Lindsay Lohan. Upalony Stu będzie chciał ją ratować z rąk bośniackich alfonsów, a Doug, jak to już zwykle, zniknie.

Wataha bez Douga, ale z uratowaną Lindsay Lohan, będzie zwiedzać miasto pod jej przewodnictwem. Wpierw oczywiście udają się na Museumplein, skąd wataha ukradnie literkę "I" z napisu I AMsterdam, i rikszą będzie uciekać przed goniących ich na rowerach policjantami. Zgubią ich wśród tłumu na Leidseplein, gdzie poznają inną grupę pijanych i wrzeszczących Anglików z kawalerskiego wieczoru, która da im w zamian za literkę "I" swoje przebrania (no tak, bardzo często w Amsterdamie czy to na kawalerskie, czy to na panieńskie wieczory, jego uczestnicy mają bardzoooo "fantazyjne" przebrania - raz widziałam Królewnę Śnieżkę i 7 krasnoludków - pan młody (!) był Królewną Śnieżką, a jego znajomi krasnoludkami... ). Tak więc wataha przebrana za bohaterki "Sex and the city" ("Seksu w wielkim mieście") wraz z Lindsay Lohan ostatecznie ucieknie przed policją. Dzięki swoim przebraniom, rzecz jasna. Zwizualizujcie to sobie. Alan będzie Samanthą, Phil - Carrie, Stu - Mirandą, a Jonah - Charlotte. A w tle muzyka z czołówki serialu ;)

Następnie wataha wynajmuje łódkę, której kapitanem okazuje się być... Pan Chow! W tym czasie watahę goni też łodzią ekipa bośniackich alfonsów i zaczyna się ekscytujący pościg po amsterdamskich kanałach. W trakcie tego pościgu alfonsi ustrzelą ucho Stu, a ponieważ jest przebrany za Mirandę z "Sex and the city", to będzie wyglądał, jak van Gogh. W tym czasie Doug ukradł różowy rowerek małej holenderskiej dziewczynce i akurat przejeżdżał nim po moście, gdy zobaczył watahę i ścigających ich łodzią alfonsów. Doug podniósł rowerek i rzucił nim w bośniackich alfonsów, trafił w kapitana, który wypadł z łodzi, a ich łódka zderzyła się z mostem. Doug brawurowo chce skoczyć z mostu do łodzi watahy, ale nie trafia do niej i wpada do kanału, z którego wyławiają go alfonsi. Wataha dyskutuje, czy ma ratować Douga, bo mają jego i jego ciągłych zniknięć dosyć, a i tak nigdy tu nie był aktorem pierwszoplanowym...

Alan jednak namawia resztę, by ratować jego szwagra. Lindsay Lohan prowadzi ich więc do nory bośniackich alfonsów, która znajduje się w starym... kościele. Przechodząc ulicą Alan wpada na starszą panią, z którą zaczyna się szarpać, a która okazuje się być... byłą królową Beatrix. Oczywiście Alan nie wie, że to była królowa, więc zaczyna na nią krzyczeć. Ochroniarze królowej odpychają szybko Alana, na co Pan Chow przychodzi przyjacielowi z pomocą i trzema ciosami karate pokonuje ich wszystkich, rozkłada ochroniarzy na łopatki, ci padają na ziemię, a królowa ucieka z krzykiem. Alan triumfalnie krzyczy za nią: "Patrz ślepa kobieto następnym razem, jak leziesz" (czy coś w tym stylu).

W końcu wchodzą cichaczem do nory bośniackich alfonsów, a tam widzą gejowską orgię z Geertem Wildersem w roli głównej. Ratują zbrukanego już niestety Douga i jadą z nim do hotelu. Doug budząc się rano mocno skacowany na szczęście niczego nie pamięta z zeszłej nocy, podobnie zresztą, jak reszta watahy. Gdy rozglądają się w kobiecych przebraniach, rozmazanych makijażach i sponiewieranych perukach po zdemolowanym pokoju hotelowym, zauważają Pana Chow śpiącego "na łyżeczkę" na kanapie... z Geertem Wildersem! Znajdują też obraz van Gogha, a Stu odkrywa, że nie ma ucha! Prawdziwy szok jednak przeżywają, kiedy z łazienki w samym ręczniku wychodzi... Lindsay Lohan i mówi: "Wiem, że umawialiśmy się na 100 euro od łebka panowie, ale za takie ekscesy, to ja chcę od was po tysiaku!".

The end!


Myślę, że ten scenariusz zgadza się pewnie z większością scenariuszy wieczorów kawalerskich w Amsterdamie... ;)

Po tegorocznym Halloween myślę również, że mój luby spokojnie mógłby zagrać w tym filmie dublera Alana ;)

Zaś o "moim Kacu Amsterdam" możecie przeczytać sobie tu: Seks w wielkim mieście, czyli cyckorozróba w Amsterdamie!

A i zbliża się weekend, więc nie pijcie za dużo i bądźcie grzeczni :)

piątek, 7 listopada 2014

Stuff Dacz people like, część 8!

Tym razem wstęp krótki - Stuff Dacz people like, część 8! i ostatnia, a i na końcu podsumowanie całego cyklu. Enjoy!

71. Podróże.
Gdziekolwiek wyjedziesz, jakikolwiek kraj wybierzesz za destynację swoich wakacji, jakiekolwiek miasto, na 99,99% spotkasz tam jakiegoś Dacza. Albo Daczkę. Nawet jeśli wyjedziesz na bezludną wyspę. Nawet do alternatywnego świata. Nawet na inną planetę. Dacz tam na pewno już będzie przed tobą popijał Heinekena. Serio. Dacze kochają podróże. Dalekie, egzotyczne, często dość kosztowne. Im dalej, im dziwniej, im dłużej - tym lepiej. Kolej transsyberyjska? Tanzania? Afryka wzdłuż i wszerz? Check, check, check! Luby ma wujka, coś koło 55 lat, który był niemal wszędzie. Z ręką na sercu. Naprawdę wszędzie. Wujek lubego ma w domu wielką mapę przybitą do ściany, na której szpilkami oznacza miejsca, w których już był. Możecie sobie wyobrazić, jak taka mapa wygląda... Krzysztof Kolumb, Ferdynand Magellan, Fileas Fogg i Wojciech Cejrowski razem wzięci mogliby tylko takiej mapki mu pozazdrościć. Ja mu tej mapki cholernie zazdroszczę! Może nie tyle tej mapki, co tych wszystkich wspomnień z jego podróży. Tych miejsc, które zobaczył. Jedzenia, którego spróbował. Kultury, którą podziwiał. Ludzi, których poznał. Cóż na to poradzić, że ja też kocham podróże! Małe i duże ;) W tym temacie wydaczam się w 110%!

72. Wags.
Czyli żony/dziewczyny piłkarzy. Holendrzy kochają nie tylko piłkę nożną i swoich piłkarzy, ale też kochają ich kobiety. Kiedy u nas w Polsce na partnerki piłkarzy, zwane często brutalnie "utrzymankami", wylewa się wiadra pomyj i gigabajty hejtu, to w Holandii robi się z nich gwiazdy, czci się je, ubóstwia i komplementuje. Kiedyś z większą grupą Daczy wybrałam się na narty. Wieczór, ognisko, telewizor i... holenderski program plotkarski. A tam newsy o najsławniejszej Wags w Holandii, czyli o Sylvie van der Vaart. Dziewczyny widząc ją tylko w telewizji zaczęły komentować: jaka ona piękna, jaka ona śliczna, jaka zgrabna, jaka fajna babka... Zero zazdrości, zero krytyki, zero hejtu. U nas na przykład o Annie Lewandowskiej pisze się: "ptasia cwaniara", "Taka irytująco rozmemłana", "Nie cierpie jej", "Znienawidzona jak TRANS doda", "Szafiarki wAGSY i inne pseudo-celebrytki powinny się głęboko zastanowić nad sobą i przemyśleć o ile to możliwe,.jak bardzo narażaja się na śmieszność. Czy one tego nie widzą? Tylko$$$" czy "WREDNY RYJ LEWandowskiej.. k***a szczerze? to ona wygląda jak Joker.." - cytaty komentarzy z Pudelka, pisownia oryginalna. Dacze uwielbiają swoje Wags, a w Polsce są one traktowane, jak persona non grata. Z czego to wynika?

Sylvie van der Vaart

73. Posiadanie dwóch imion i/lub dwóch nazwisk.
Tak, mój luby oficjalnie to tak naprawdę ma dwa imiona i jego rodzina głównie tak się do niego zwraca albo używają inicjałów tych dwóch imion - RJ. To całkiem porównywalne do naszego Jana Marii Rokity, z tym, że luby ma dwa imiona męskie. Na szczęście. Podwójnymi nazwiskami zaś najczęściej posługują się kobiety. W Holandii przyjęło się, że żona owszem, przyjmuje nazwisko męża, ale zostawia też swoje panieńskie. Ciekawi mnie tylko, co dzieje się w takim przypadku, gdy oboje mają nazwisko z "van Coś" bądź "van der Coś"? Chyba wtedy kobieta zmienia jednak panieńskie na nazwisko męża, jak Sylvie van der Vaart. Ale wróć. W sumie Sylvie wróciła niedawno do panieńskiego nazwiska po rozwodzie z piłkarzem Rafaelem van der Vaartem i nazywa się teraz Sylvie Meis. Już więc ex-Wags wniosła pozew o rozwód po tym, jak jej mąż pobił ją podczas imprezy sylwestrowej... Ups, ale ze mnie plotkara!

74. Kawa.
Dacze, jak Włosi - są fanatykami w temacie kawy. Kawa to świętość, picie kawy to wręcz w Holandii kultura. A raczej kult. Nie znam Dacza, który by nie miał swojej ulubionej kawiarni, która broń boże! nie jest żadną sieciówką, ale uroczą małą kawiarenką, gdzie właściciel sprowadza aromatyczne ziarna specjalnie z jakiegoś egzotycznego zakątka z Afryki, gdzie Ebola jeszcze nie dotarła. Jak się zapewne już domyślacie, luby również ma swoje ulubione miejsce (bo to cappuccino kochanie to niebo dla moich kubków smakowych!), które odwiedzamy z takim namaszczeniem w każdą sobotę, jakbyśmy szli na mszę w kościele. Owe miejsce znajduje się przy Westerstraat, zowie się Headfirst Coffee Roasters i rzeczywiście może poszczycić się przepyszną kawą, a jego właściciel to taki pasjonat kawy, że ma nawet na ręce wytatuowany portafilter (specjalny uchwyt do filtra kawy). Kawę też lubię, choć lubiłam ją na długo przed moją wyprowadzką do Holandii. Jednak ta kawa z Headfirst Coffee Roasters to faktycznie uczta dla kubków smakowych :)

75. Targowiska.
Targowiska, bazary, jarmarki, kiermasze - Dacze je wprost kochają! Z ciuchami, z rowerami, z meblami, z duperelami, z upominkami, z jedzeniem, no ze wszystkim, czym się da! Tylko w mojej dzielnicy odbywa się takich targów kilka, a w całym Amsterdamie to już dziesiątki, jeśli nie setki! Mój ulubiony targ to sobotni Boerenmarkt w Noordermarkt, czyli targowisko ze świeżą biologiczną żywnością. Nasze sobotnie poranki z lubym wyglądają zawsze tak, że wpierw idziemy na niebiańską kawkę do wspomnianego powyżej Headfirst Coffee Roasters, a następnie spacerujemy z naszym psiakiem na targ farmerów, gdzie kupujemy świeże owoce i warzywa, sery oraz najpyszniejszy chleb na świecie - kamut. Jak spróbujecie tego chleba - innego nie będziecie chcieli już jeść. Nigdy! Uwielbiam holenderskie targowiska, również te z ciuchami i meblami, bo tam zawsze wyszperam jakieś perełki. Ostatnio kupiłam przepiękny wenecki stolik za 18 euro! Ale o amsterdamskich targowiskach obiecuję kiedyś zrobić osobny post.

76. Wysyłać kartki.
Oj tak, tu kartki wysyła się przy każdej okazji. Nawet z "okazji" pogrzebu... Dostajesz taką kartę przed pogrzebem z informacją o pogrzebie i stypie, a później dostajesz drugą kartkę. Z podziękowaniem za przybycie na pogrzeb. Urodziny dziecka to również okazja do wysłania zarówno gratulacji dla świeżo upieczonych rodziców, jak i dla rodziców, by oznajmić wszystkim znajomym i całej rodzinie, że oto narodził się w tym i tym dniu, tego i tego roku nowy holenderski obywatel. Na wesele też tradycyjnie dostaje się zaproszenie, ale też po weselu zawsze przychodzi kartka - najczęściej ze zdjęciem państwa młodych i podziękowaniami za przybycie. Znajomi lubego, którzy wyprowadzili się do Nowego Jorku też wysłali nam kartkę i pewnie wszystkim innym znajomym, że już tam sobie spokojnie osiedli, poukładali życie i od teraz mają taki a taki oficjalny adres. Na kartce oczywiście jest ich zdjęcie w czapeczkach Yankeesów. Nawet nasz pies ostatnio dostał kartkę od swojego weterynarza... Dacze naprawdę kochają wysyłać kartki, kto tu mieszka ciut dłużej i ma holenderskich znajomych, ten na pewno przekonał się o tym na własnej skrzynce pocztowej ;)


77. Rozmawiać o pracy.
Oj tak, główny temat nie tylko holenderskich small talków, ale rozmów ogólnie. Byłam ostatnio z lubym na urodzinach jego kumpla. Co prawda po godzinie musiałam iść na inną imprezę, ale uwierzcie mi, że ta godzina dłużyła mi się w nieskończoność. Rozmawiałam z kilkoma Daczami (znanymi mi już i też nowo poznanymi) tylko o pracy. Pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Mojej pracy, lubego pracy i rzecz jasna pracy osoby, z którą rozmawiałam. Czułam się jak katarynka, która ciągle powtarza w kółko to samo. Ileż można wałkować ten temat? Rozumiem, jak ktoś ma fascynującą pracę i jest na przykład poskramiaczem lwów w cyrku, ale ileż można gadać o tym, że pracuje się jako sprzedawca jogurtów? Albo bankier? No nuda! Jak poznasz kogoś nowego w Holandii, to pierwsze pytanie oczywiście brzmi: Jak się nazywasz? Drugie: Co cię tu sprowadza? I trzecie, najważniejsze: Co robisz? Gdzie pracujesz? I ten temat Dacz może wałkować bez końca. W kółko. Za każdym razem, jak cię spotka, będzie cię o pracę znów pytał. Jak na przesłuchaniu. Luby ostatnio spotkał się z jednym ze swoich najlepszych przyjaciół, który wyprowadził się do Nowego Jorku (nie, to nie ten znajomy od kartki). Pytam, co więc u niego słychać? Jak jego żona? Czy ułożyli już sobie tam życie? Planują dziecko? A luby powiedział, że... nie wie. To o czym rozmawialiście? - dopytuję się. No... o pracy.

78. "Krzywe" domy.
Przyjeżdżają sobie tacy turyści do Amsterdamu, idą sobie do jakiegoś coffee shopu, palą spokojnie skręta, wychodzą później na ulicę, patrzą, a tu co? A tu "krzywe" domy! Dobra jazda - myślą sobie. Z tym, że to nie jazda ani halucynacja, ale rzeczywistość, która wcale nie jest efektem palenia trawy czy projektem szalonego architekta, ale to rezultat słabych fundamentów. A owe fundamenty to nic innego, jak drewniane pale wbite w błoto, które pewnie z kilkaset lat już mają i powoli, powoli osuwają się. A z nimi osuwa się cały dom. Stąd też sporo domów znajdujących się tuż przy kanałach wygląda tak, jakby lada moment miały runąć. Jakby miały przewrócić się w którąś stronę. Prawo albo w lewo. Czy to jest urokliwe? Tego raczej bym nie powiedziała, ale na pewno jest to dość charakterystyczne dla krajobrazu Amsterdamu. Sama też żyję w takim domu, który na pewno nie zalicza się do "prostych" i mam tylko taką cichą nadzieję, że jeszcze te kilka lat spokojnie sobie postoi i nie runie w środku nocy prosto do kanału...

79. Przekraczać tabu.
Mamy w Holandii legalną prostytucję, marihuanę, aborcję, eutanazję, małżeństwa par tej samej płci. Jest także tutaj i portal dla osób chcących zdradzać swoich partnerów - Second Love. Pewnie też obił Wam się kiedyś o uszy i odbił czkawką klub holenderskich pedofilów MARTIJN, który dąży do... "zniesienia barier prawnych" zabraniających dorosłym relacji seksualnych z dziećmi (sic!). W tej sprawie klub zgłosił się nawet do... Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. To jest jednak tak bardzo niesmaczny temat, że lepiej się w niego tu nie wdrążajmy. Holendrzy lubią przekraczać granice tabu również w sztuce. Pamiętacie martwego kota-helikopter - Czego to Ci Dacze jeszcze nie wymyślą?!? A czy słyszeliście o "Lampie nodze"? Holender Leo Bonte zrobił z własnej amputowanej nogi... lampę i wystawił ją na aukcję! Bonte tylko pod tym warunkiem, że będzie mógł wziąć nogę do domu i zrobić z niej lampę, zgodził się w szpitalu na amputację. To wywołało w Holandii dyskusję, kto ma prawo do amputowanej kończyny - szpital czy pacjent? Brzmi niedorzecznie? Irracjonalnie? Jak z Monty Pythona? To czytajcie dalej. Zatem Bonte swoją nogę ostatecznie otrzymał zabezpieczoną w wielkim słoju, na którym umieszczono wedle życzenia pacjenta lampę. Pomysłowy Dacz, aby zarobić pieniądze na nowoczesną protezę wystawił lampę-nogę na eBay'u. Aukcja została wstrzymana ze względu na naruszenie regulaminu - na aukcjach nie można umieszczać części ludzkiego ciała. Bonte się jednak nie poddaje. Ciągle próbuje sprzedać oryginalną lampę. Może są jacyś chętni wśród Was Kochani?

80. Amsterdam.
Oczywiście, że Holendrzy kochają Amsterdam i są z niego bardzo dumni! Obejrzyjcie sobie poniższe video - a dowiecie się dlaczego. No nie ma naprawdę innego takiego miasta na świecie. Uwielbiam Amsterdam i kocham tu żyć!

 

PODSUMOWANIE

Czyli lubię w sumie 25/80 (hmmm.... chyba jeszcze tak do końca się tu nie zaadoptowałam, bo nawet nie wydaczam się w 50%), czyli kocham albo "tylko" lubię Daczlandię za:

Rowery
Walkę z wodą
Pomarańczowe barwy narodowe, czyli orange is the new black!
Brak firanek
Aplikację Buienalarm
Słowo "lekker"
Zwarte Piet
Stroopwafels
Jazdę na łyżwach
Nabiał
Wiatraki
Dzień Króla
Sinterklaas
Różne pasty do smarowania na kanapki
Tarasy
Białe piwo
Łódki
Gay Pride
Kolorowe skarpetki do garnituru
Jamniki szorstkowłose
Car2Go
Podróże
Kawę
Targowiska
Amsterdam

Może nie będę tu się tak zarzekać do końca z tym... końcem tego cyklu, bo kto wie? Może przez kolejnych kilka miesięcy uzbiera mi się jeszcze ze 20 punktów, by dociągnąć do okrągłej 100? Zatem Kochani Stay Tuned! A w kolejnych postach przeczytacie o tym, czego Dacze nie lubią, a tego już na całe szczęście, jest znacznie mniej :)