wtorek, 28 stycznia 2014

Seks w wielkim mieście, czyli cyckorozróba w Amsterdamie!

Bycie singlem na obczyźnie to jest coś, o czym nie mam zielonego pojęcia. Serio. Przyznaję szczerze z ręką na sercu. Wyprowadziłam się do Amsterdamu ze względu na mojego lubego i nie mam pojęcia, gdzie można poznać tutaj kogoś interesującego ani jak wyglądają reguły gry zwanej randkowaniem. Czy inaczej to wygląda, niż w Polsce? Czy lepiej umawiać się z rodakiem, czy z obcokrajowcem? Gdzie pójść na pierwszą randką? Jak długo wstrzymać się z pierwszym razem? I tak dalej, i tak dalej... I okazuje się, że od czasu, kiedy ja byłam singlem, czyli naprawdę bardzoooo bardzoooo dawno temu, tak dawno, że jeszcze wtedy korzystałam z Internetu za pomocą kabla, wiele się w tym temacie zmieniło. A co się dokładnie zmieniło, tego dowiedziałam się od moich ekspertów.

A raczej ekspertek. Zeszły rok przyniósł wiele niespodzianek. Naprawdę wielu moich znajomych rozstało się ze swoimi partnerami. Jakaś plaga normalnie. Zaraza. I nie tylko mam na myśli znajomych z Polski, ale przede wszystkich tych z Holandii. Znajomi lubego to samo. Kilka par po kilku latach również powiedziało sobie dasvidaniya. I w ten oto sposób nowe towary przybywają na rynek randek. Single pierwsza klasa. Wykształceni, z dobrymi posadami, dobrymi zarobkami, mieszkaniami w kredycie w dobrych dzielnicach i na strzeżonych osiedlach, uprawiającymi regularnie sport, dobrze się odżywiającymi, dbającymi o siebie oraz jeżdżącymi na ekskluzywne wakacje. Partie, jak się patrzy. Niby wszystko ładnie, ale jest jedno ale. Wysokie wymagania.

Ciężko powiedzieć, z czego wynika ta wysoko postawiona poprzeczka. Czy po poprzednim partnerze świeżo upieczeni single doskonale już wiedzą, czego pragną? A pragną wiele... Czy może mają świadomość swojej atrakcyjności i swojej wartości, więc chcą, aby ich następny partner im dorównał? Czyżby w XXI wieku archaiczne słowo mezalians znowu przybierało na znaczeniu? Czy miłość, jak to powiedziała jedna z bohaterek Pogody na jutro, to luksus w tych czasach? Czy skoro kobiety dopasowują do butów torebki, a mężczyźni paski, nie powinni kierować się taką samą zasadą w życiu? Partner musi być dopasowany, z naszej kasty? Tych  postawionych "czy" jest już tu tak dużo, że ja nie wiem, jak ja bym się odnalazła teraz na tym randkowym rynku... Nie wiem, czy mogłabym być singlem w tych czasach. Czy przetrwałabym w tej dżungli....

Ale głowa do góry. Piątek, babski wieczór. Trzy singielki i jedna w związku (to sem ja), z czego te trzy pierwsze już spotykają się z fajnymi facetami. Nic dziwnego. Polki w Holandii, co by nie mówić, wzięcie mają. Wychowane na polskich krowach i na polskim mleku, na swojskiej śmietanie chowane, delikatne, rumiane jak chleb. Nie ma lepszych od naszych Słowianek, ten, kto widział i próbował, ten wie! Czyli w skrócie, my Polki wiemy, jak zrobić cyckorozróbę (wszelkie prawa do tej nazwy zastrzeżone, he, he!). Siedzimy więc z dziewczynami, polskim zwyczajem pijemy wódkę i plotkujemy, jak tam to wygląda w dzisiejszych czasach to randkowanie w Daczlandii, bo to nie jest taka prosta sprawa. Oj, nie jest!


Wpierw odwieczne pytanie, gdzie w Holandii można poznać interesującego jegomościa? Wypowiem się więc, jak to wygląda w Amsterdamie. Pierwsze miejsce to imprezy dla expatów, czyli ludzi zamieszkujących tymczasowo lub na stałe inny kraj. Takie imprezy to wspomniane już kiedyś InterNations Zwyczajne piątkowe party w Amsterdamie mające coś tam wspólnego ze służbą zdrowia czy ABC. Pewnie jest tego więcej, wystarczy tylko pogooglować. Okazuje się, że można też spotkać kogoś w kościele (!), jak to przydarzyło się ostatnio Basi, a także są strony dla polskich singli mieszkających w Holandii i tu też znam przypadki, które znalazły w ten sposób swoich partnerów. Generalnie jednak statystycznie rzecz biorąc single za granicą ciągną do swoich i tu nie wiem, jak to wygląda procentowo, ale strzelam, że 58% będzie wiązać się z Polakami, 30% wybierze obcokrajowców nie będących Holendrami i pozostałe 12% zwiąże się z Daczami. Ale tak tylko rzucam procentami w ciemno, jak Karol w Familiadzie dowcipami.

Reguły gry randek to dla mnie czarna magia. Okazuje się, że teraz chodząc na randki, po jakimś czasie nie tyle, że ustalamy, że teraz już będziemy parą, ale że spotykamy się na wyłączność. Takie rzeczy myślałam, że naprawdę dzieją się tylko w Seksie w wielkim mieście, ale okazuje się, że teraz to przyjęta norma. Wprawieni single nie lubią się ograniczać, co dla nowicjuszy może być małym zaskoczeniem. Seks na pierwszej randce? Tu nic się nie zmienia. Zdarzają się wyjątki, ale prawda jest taka, że pójście do łóżka z facetem po pierwszym spotkaniu jest równoznaczne z one-night-stand. Facet pomyśli, że taka babka jest łatwa. Za łatwa. Reguła minimum trzeciej randki ciągle obowiązuje, drogie panie. Potem dopiero przychodzą inne rozterki. Zostać u niego na noc czy nie zostać? Oto jest pytanie. Zaprosić go do siebie czy nie zaprosić? Na noc? Oto jest dramat. Ugotować coś samej czy znów pójść z nim na kolacje do restauracji? Naprawdę bycie singlem, to nie jest taka prosta sprawa, bo przypomina konstrukcją budowę czołgu T-54. Skomplikowane to narzędzie jest strasznie, ale trzeba twardo przeć do przodu. Czasem nawet po trupach... Jak maszyna.

I tak Basia chce ugotować walentynkową kolację facetowi, z którym się spotyka od kilku tygodni. Prawda, że ładnie? Wpada do mnie w piątek na kurs gotowania. Czy droga do serca mężczyzny wiedzie przez jego żołądek? Być może, być może, choć ponoć są kobiety, które znają krótszą drogę. Jedno jest jednak pewne. Basi bardzo zależy i Basia naprawdę bardzo się stara, żeby chłopaka mile zaskoczyć. Żeby go ugościć i mu dogodzić. Ale i tu pojawia się następne ale. Bo w sumie z drugiej strony.... Jezus Maria! Kobieta mnie bije! Czyli kolejna sprawa, jak nie wykastrować faceta? Gdzie kobieta jest kobietą, a gdzie zaczyna być kobietą nadgorliwą, a wręcz dominującą? Zbyt dominującą, a przez to dla faceta irytującą? Albo, co gorsza, o zgrozo!, zaczyna zastępować facetowi matkę? Brrrrrrr!

I tu pojawia się kolejny odwieczny dylemat kobiet, bo kiedy nam na kimś zaczyna bardzo zależeć, zaczynamy też za bardzo intensywnie myśleć. I to nieważne, czy jesteśmy na emigracji, czy w ojczyźnie. To tyczy się nas wszystkich. A kiedy zaczynamy za dużo myśleć, za dużo filozofować, zaczynamy kombinować. I przekombinujemy. Zazwyczaj. Zazwyczaj z tego naszego myślenia nic dobrego nie wychodzi. A prawda jest taka, że faceci są bardzo prości. Jak z jakiś powodów kobieta przestaje im się podobać, przestaje ich interesować, to przestają pisać i dzwonić. Przestają inicjować kontakt. Chyba, że naprawdę już tak długo jestem w związku, że i to się zmieniło. Że teraz to kobieta ma inicjować spotkania i zdobywać faceta. A jeśli tak jest, to I don't want to live on this planet anymore.... Facet musi być facetem i to on ma łazić za babką. To on ma być zdobywcą niezależnie od tego, czy jest Polakiem, czy Daczem, czy jeszcze kimś tam innym. Koniec. Kropka. A my kobiety jedyne, co możemy zrobić, my Słowianki wiemy jak użyć mowy ciała. Wiemy jak poruszać tym co mama w genach dała. To jest ta słowiańska krew! To jest ta uroda i wdzięk! Zatem kochane kobitki, kochane krajanki, róbmy w Daczlandii cyckorozróbę ;)


I taka to refleksja mnie naszła na dwa tygodnie przed najbardziej komercyjnym świętem świata.
Kochani, bojkotujmy Walentynki!

piątek, 24 stycznia 2014

Dlaczego Dacze lubią wszystko te vieren?

Wiadomo, okazji do świętowania nigdy nie za wiele, ale w przypadku Holendrów ostatnio zauważyłam, że sięga to czasem jakiś absurdów. Nie wiem, jak Wy, ale ja na przykład po swojej obronie poszłam ze znajomymi na piwo. I to tylko jedno. No dobra, piw było trochę więcej, ale naprawdę nikt z powodu zakończenia studenckiego życia nie robił jakieś wielkiej stypy.

A tu ostatnio byłam właśnie na takiej imprezie nowej pani magister, która urządziła party z okazji odebrania dyplomu na sto osób. Wynajęty lokal, alkohol, tort, DJ... i prezenty, oczywiście. Brakowało tylko fajerwerków.

Najgorzej jest jednak z tymi, którzy spodziewają się dzieci. Ja wiem, że wszystkim wtedy odbija, ale Holendrzy idą naprawdę w tej kwestii na całość. Wpierw jest oczywiście baby shower, obowiązkowo w amerykańskim stylu, z listą prezentów. Potem następna impreza z okazji przyjścia na świat dzidziusia (i kolejny prezent). W ten oto sposób dostaję od rozentuzjazmowanych rodziców trzy kartki drogą pocztową: jedną z zaproszeniem na baby shower, drugą z informacją, że dzidziuś się narodził i jak ma na imię, a trzecią po oficjalnej wizycie, którą złożyłam w celu podziwiania bobasa. Ta trzecia kartka to zazwyczaj taka ze zdjęciem dzidziusia. Czasem tych zdjęć jest kilka, dzidziuś w łóżeczku, dzidziuś na kolanach u tatusia, dzidziuś na rękach u mamusi. Czysty lukier, od którego można nabawić się cukrzycy. Nie to, że nie lubię dzieci, ale cudzych wystarczy mi jedno zdjęcie w domowej kolekcji.

Śluby to samo. Wpierw oficjalne zaproszenie, potem przed ślubem dostajemy inną kartkę od przyjaciół państwa młodych, którzy pomagają w organizacji wesele, a którzy zawsze mają jakąś tajemniczą niespodziankę. Jak tutaj: Niech ta miłość będzie dzika, jak Afryka! Zazwyczaj to niespodzianka tematyczna, że w tym sensie, że na imprezie tematem będzie Safari, albo coraz popularniejszy Wielki Gatsby, albo lata '70. Co kto woli. Byle goście ubrali się w klimacie tematu. Trzecia kartka przychodzi kilka tygodni po weselu ze zdjęciami (państwa młodych oczywiście) i podziękowaniami.

Ja nie wiem, skąd Dacze mają na to tyle czasu, by ciągle wysyłać ludziom jakieś kartki. Mieszkam tu już trochę ponad półtora roku i już mam ich całkiem sporo w swojej kolekcji. Czy naprawdę Dacze w swojej wesołej naturze mają celebrowanie takich okazji ze wszystkimi, których znają i co najmniej przez pół roku? A może to tylko czysty przejaw snobizmu i potrzeba ciągłej uwagi? Sama już nie wiem, ale ja osobiście preferuję świętowanie ważnych dla mnie momentów w małym gronie, ale najlepszych przyjaciół. A nie ludzi, których widzę raz na pół roku. I znam może od dwóch lat.

Snobizm, czy nie snobizm, jedno wiem na pewno. Dziś jest piątek i to jest dobry powód i dobra okazja, żeby świętować początek weekendu. Zrobię to oczywiście w wyborowym gronie i planuję polski babski wieczór w temacie Seksu w wielkim mieście, tyle że zamiast Cosmopolitana będzie Wyborowa ;)

Na zdrowie Kochani i miłego weekendu!

niedziela, 19 stycznia 2014

Kosmici atakują! Ale spokojne, na szczęście to dobrzy kosmici, bo...

Pamiętacie zapewne mojego sąsiada Paula kosmitę, który przewinął się na tymże blogu już w dwóch postach, a jak nie pamiętacie to proszę, to odświeży Wam pamięć: Policja, broń, haracz i sąsiad spłukujący trawę w kiblu, czyli jakże spokojny środowy wieczór i jeszcze tu: Quo Vadis, Domine? Czyli kto przybywa do Daczlandii za chlebem, a kto za... ziołem? 

Ostatnio Paul wybrał się na wakacje. Na Florydę do swojej dziewczyny. Wszak ma ona prawie siedemdziesiąt lat i jest znacznie starsza od Pula, bo ponad dwadzieścia lat, ale jak to mówią niektórzy, miłość nie zna wieku. I granic. Bo Ashley, tak jej na imię, mieszka właśnie na Florydzie.

W każdym razie o swoim wyjeździe Paul poinformował nas SMS-em dodając, że w tym czasie w mieszkaniu będzie przebywał jego przyjaciel z Londynu. John czy what ever jak mu tam na imię. 

O Johna obecności już wiedzieliśmy od pierwszej godziny jego przyjazdu. Na naszej wspólnej klatce schodowej tak śmierdziało trawą, jak nigdy. A uwierzcie mi, że Paul pali jej sporo...

I w sumie pewnie więcej istnienia Johna byśmy w ogóle nie zauważyli, gdyby raz luby nie natknął się na niego pod domem na ulicy. John fotografował. Niebo.

- Ty jesteś ten sąsiad z góry? - Zagadał lubego John.
- Ty jesteś John?
- Aha... - Pokiwał głową.
- Czemu fotografujesz niebo?
- Fotografuję kosmitów.
- Słucham? - Luby wytrzeszczył oczy.
- No kosmitów, a raczej ich dusze, które chowają się w chmurach. Patrz! Zaraz będą schodzić! 


John zaczął przewijać na swoim Nikonie kolejne zdjęcia chmur i nieba. Wszystkie wyglądała normalnie i tak samo. Luby podrapał się po głowie.

- Nic tu nie widzę...
- Patrz na te linie po samolocie! One się krzyżują, a to nie jest normalne! Mówię ci, że to kosmici! A dziś z nieba schodzą ich dusze. Ale to dobre dusze, więc spokojnie. W Anglii też są dobre dusze, ale w Hiszpanii to ci mówię że... Złe są. Złe są w Hiszpanii.
- Aha.
- Chcesz zobaczyć więcej zdjęć?
- Jasne! - Ja nie wiem, jak ten mój luby ciągle trzymał tam powagę.
- Patrz! Dusza na twoim ramieniu siedzi! - Poklepał lubego po ramieniu. - Ale nie martw się, to dobra dusza, bo widać, że jesteś dobry człowiek!

I tak luby przez pół godziny oglądał milion zdjęć chmur na laptopie Johna, gdy ja piętro wyżej czekałam z rosołkiem i kurakiem i to nie żadnym tam plofkipem! Ale luby za to mógł zobaczyć w chmurach twarz boga i kosmitów holenderskich, a raczej ich dobre dusze, a co najważniejsze, opalił się za darmo. Wystarczyło, że posiedział tam z Johnem tych dobrych kilka minut i już jakby zrzucił ciężar ze swoich barków, a raczej duszę dobrego kosmity z ramion. Czy jakoś tak. Godne siebie Paul zastępstwo sobie sprowadził, nie powiem.

Jednak powiadam Wam tu wszem i wobec, że jedno jest prawdziwe i pewne, że John palił mocny stuff i miał po nim niezłą jazdę......

czwartek, 16 stycznia 2014

Co ja Dacze? Vol. 3

Nie uwierzycie, ale w Nowym Roku nie tylko, za przeproszeniem, szlag trafił Żółtko. Wczoraj pogrzebałam mój komputer. Niech mu złomowisko będzie lekkie. Okazuje się, że nieprawdziwe jest powiedzenie, co cię nie zabije, to cię wzmocni. Ja waliłam w niego czasem pięścią. Jak się okazało, o ten jeden raz za dużo. O ten jeden raz za mocno... Niech mu złomowisko będzie lekkie. 

Spokojnie. Jestem jedną z tych racjonalistek, co to skrupulatnie robią back-up, jakby od tego zależało ich życie. Nie było więc większej tragedii poza oczywistą, że trzeba kupić nowy laptop. Nie mam poza tym sentymentu do elektronicznych rzeczy, telefonów, komputerów i tabletów. Ale jak ostatnio mój ukochany szalik skurczył mi się w praniu, to chodziłam struta przed dwa dni... A jak zgubiłam moją ukochaną czapkę w Bijenkorfie, to myślałam, że wystrzelam tam wszystkich w tym sklepie. Od tej pory do Bijenkorfu już nie chodzę. A czapka była futrzana. I z Zary. I najlepsza. I najpiękniejsza. Cóż... Każdy ma swoje jabłko Adama i swoją piętę Achillesa. Nawet kobieta. Na szczęście gdzieś w tych moich gratach przywiezionych z Polski znalazłam swój stary komputer, wielki i ciężki, niczym Kim Kardashian w ciąży, ale wciąż sprawny i wciąż nawet dobrze hula (jedynie Pudelek odpala się piętnaście minut...). Okazuje się, że stary Benq (chyba już go nawet więcej nie produkują, hę?) nie taki zły, jak go malują. Nawet jeśli jego oryginalnym oprogramowaniem był... Linux. Nikt w końcu nie jest idealny, nawet jeśli nie ma kilku klawiszy. Wiecie, co go nie zabije, to go wzmocni... To powiedzenie również nie sprawdziło się w stosunku do klawiszy starego poczciwego Benqa (w nie też waliłam często).

Zatem kolejny wydatek na dzień dobry w roku 2014. A nota bene, już jest następca Żółtka - Black Panter, na którym co prawda czuję się, jakbym jechała na dziecięcym rowerku, ale co tam. Za 70 euro było warto. Black Panter to na część starego Peugeota 207, którym kiedyś śmigał luby, a który sprzedał po tym, jak przeprowadził się z Rotterdamu do Amsterdamu i nie mając stałego pozwolenia na parking czy jakiegoś garażu, nie chciał płacić 5 euro za godzinę postoju. Więc po świętej pamięci Żółtku przyszła era Black Panter. Rower jest czarny, a siedzonko jest w geparcie centki. Ładny, co? Ładnie wybrał mi luby?


Ale co ja tu Dacze? Jak w jakimś kąciku zwierzeń, albo pożal się boże, jak w jakimś liście do Kasi z Bravo... Zatem wracamy do ciągu dalszego historii pewnego Dacza, która zaczęła się od zabawy w komandosów... Co ja Dacze? Vol. 2

Pojechaliśmy z moją dziewczyną na wakacje do Azji. Mieliśmy wtedy po dwadzieścia pięć lat. (Wow, jak ja miałam dwadzieścia pięć lat to stać mnie było co najwyżej na wakacje w Grecji, na które trzeba było dojechać autokarem. Bez klimatyzacji....). Na tych wakacjach było tak cudownie, że postanowiłem się jej oświadczyć. Kupiłem więc pierścionek tam na miejscu i myślałem, kiedy to zrobić. Na drugi dzień mieliśmy lecieć do Kambodży zobaczyć Pola Śmierci, więc myślałem, że to nie będzie ani dobra pora ku temu, ani odpowiedni nastrój. Musiałem więc się jej oświadczyć właściwie teraz. I zrobiłem to w jakimś obskurnym barze z całkiem dobrym jedzeniem. Powiedziała "tak" i coś jeszcze. "Weźmy ślub dziś i teraz. Będzie tak romantycznie". Co miałem zrobić? To kiwnąłem głową.

I tu z tłumaczenia lubego zrozumiałam tyle, że rzeczywiście wzięli ślub tego samego dnia, ale zgodnie z tamtejszym prawem, świadkami musieli być lokalni mieszkańcy, więc jej świadkową była kobiecina, która sprzątała w tym urzędzie, czy tam w tym kościele, w którym się pobrali, a jego świadkiem był tamtejszy organista. Prawda, że romantycznie?

I teraz wracam do właściwej historii dotyczącej Epicentrum. Gdy wróciliśmy z naszej podróży, która okazała się miesiącem miodowym, postanowiliśmy wyprawić prawdziwe wesele z wielką pompą. Zaprosiliśmy wtedy wszystkich chłopaków z Epicentrum. Na naszym weselu na każdym stole położyliśmy aparat fotograficzny taki oldschoolowy na klisze, żeby każdy z gości robił w trakcie imprezy zdjęcia. Koledzy z Epicentrum, którzy okupowali cały stolik numer 13, postanowili zrobić mi dowcip i poszli do łazienki, gdzie robili zdjęcia, ehmmm, no... swoich penisów w całej ich okazałości. 

Świetny dowcip myślicie, pod warunkiem, że to nie wasza teściowa odbierała te wszystkie wywołane zdjęcia od fotografa i przeglądała je jako pierwsza... Dodam, że teściowa jest z holenderskiej arystokracji. W każdym razie kilka tygodni później do każdego z gości wysyłaliśmy kartki z podziękowaniem za ich przybycie na nasze wesele. W ten sposób postanowiliśmy się zemścić na chłopakach za ten ich "dowcip". Na kartce wysłanej do Epicentrum wkleiliśmy zdjęcie jednego z tych penisów. Wybraliśmy najmniejszy, do którego później nikt się nie chciał przyznać, że to jego właściciel, a w środku kartki napisaliśmy:

"Dziękujemy kochani za Wasze przybycie. Mamy nadzieję, że równie dobrze bawiliście się na naszym weselu, jak my. To były dla nas niezapomniane chwile radości. Niby nic, ale wiecie jak jest. Małe, a cieszy!"

Snap in your face, bitches!

I wiecie co? Ta kartka w Epicentrum do dzisiaj tam wisi! Jednak ze względu na jej drastyczność nie zamieszczę tu jej zdjęcia, ale możecie sobie wyobrazić, że wyglądała mniej więcej tak, że w ten sposób, że w tej okazałości...

 

C.D.N......

niedziela, 12 stycznia 2014

Co ja Dacze? Vol. 2

Tym razem akcja dzieje się w Rotterdamie. Jak co roku organizowana jest świąteczna kolacja dla byłych i obecnych mieszkańców domu studenckiego zwanego Epicentrum... Kojarzycie zapewne nazwę z historii o Agnes, czyli Anioł śmierci w Epicentrum... .Nota bene dowiedziałam się, że Agnes w zeszłym roku została okradziona, a raczej jej mieszkanie. Dwa razy. Szok, że ktoś ograbił taką starowinkę. I to dwa razy. Całe szczęście, że Agnes może sobie przynajmniej dorobić do emeryturki "sprzątając" w Epicentrum. W każdym razie wybraliśmy się na ten event z lubym. Na tą kolację. Przed strawą były jednak drinki. Nie gdzie indziej, a w Epicentrum właśnie. I tu w ramach deserku mam dla Was zdjęcia z Epicentrum, w tym sławnej już toalety z jakże dziwnie niedopasowanymi drzwiami... Ale to na końcu. Teraz czas na historię pewnego Dacza, w której główną rolę będzie odgrywać Heineken. I to naprawdę w dużej ilości. Czy już wspomniałam, że nie mogę zrozumieć, dlaczego inne narody mówią, że niby Polacy to pijacy i zachowują się źle? Że niegrzecznie? Jak słuchałam tejże historii naprawdę nie mogłam tego zrozumieć. Ale już nie mendzę i nie smęcę, pora na część drugą daczowych opowieści, a tu odsyłam tych, którzy jeszcze nie czytali pierwszej: Co ja dacze? Vol. 1.

Rozmówca (nie ten, co na poniższym zdjęciu, ale znacznie starszy, bo lat ponad czterdzieści w zaawansowanym stanie prezesury i stopniu bogatości) stanął na stole i zaczął opowiadać historię ze swojego studenckiego życia. Żeby nie było, z kulturą. I z Heinekenem w dłoni.


A tak wyglądała owa "kolacja", a raczej "impreza" po niej... I w ten oto sposób określenie "party hard" nabiera w Daczlandii na jakości. I na znaczeniu...


Historia Dacza vol.2:

Było to za studenckich czasów. Lat może z dwadzieścia wstecz. Należałem do zarządu naszego bractwa studenckiego i odpowiedzialny byłem między innym za broń (na marginesie luby miał taką samą "fuchę"). Poszliśmy raz do baru należącego do naszego bractwa i strzelaliśmy do lamp. Gdy wróciliśmy do domu i trochę więcej wypiliśmy, nawet trochę więcej niż sporo, postanowiliśmy pobawić się w komandosów. Na dworze. Ale oczywiście użyliśmy do tej zabawy ślepaków. Żeby nie było. Idiotami nie jesteśmy. Gdy skończyliśmy naszą zabawę wróciliśmy do Epicentrum i od razu zasnęliśmy. Nie wiem ile czasu później minęło, gdy obudziło mnie szturchnięcie czyjeś ręki. Otworzyłem oczy i zobaczyłem czterech uzbrojonych policjantów i każdy z nich mierzył we mnie swoją bronią. Myślałem, że zabawa w komandosów trwa dalej. Niestety, jakże myliłem się...

Zwinęli nas wszystkich na komisariat. Wcześniej oczywiście przeszukali cały dom w asyście psów.

Dodam tu od siebie, że Epicentrum wygląda jak najgorsza melina w jakimś Tadżykistanie i nazywane jest przez jego mieszkańców i nie tylko przez nich zresztą, jakże słodko i uroczo, bo crack house. Nazwa, wydaje mi się, bardzo trafna, bardzo właściwa i jakże adekwatna, w każdym razie koleś rzecze dalej.

Chcieliśmy więc skorzystać z prawa do jednego telefonu. Okazało się, że w holenderskim prawie przysługuje nam ten telefon dopiero po ośmiu godzinach. Czy jakoś tak. Trafiliśmy więc do celi i że byłem wciąż bardzo pijany, zacząłem się zastanawiać, co w takiej chwili robią ludzie na filmach. No to zacząłem robić pompki... Po zrobieniu stu zasnąłem. No dobrze, nie stu. Może ze dwudziestu. Zasnąłem na podłodze. Obudził mnie rano policjant, że mogę wreszcie zadzwonić, wykonać ten przysługujący mi jeden telefon. Dzwonię więc do jednego z najlepszych prawników w Holandii, nota bene, który też kiedyś mieszkał w Epicentrum. Ten mi mówi, żebym się nie martwił, bo nic nie zrobiliśmy przecież i że wypuszczą nas po upływie dwunastu czy tam dwudziestu czterech godzin. Bez wniesienia zarzutów. Bo niby za co? Za zabawę w komandosów? I tak też policjanci zrobili. Jedyny szkopuł w tym, że wypuścili nas w takim stanie, w jakim nas zgarnęli, czyli bez portfeli, porządnych butów czy kurtek. I tak dwie godziny wracaliśmy z tego posterunku do Epicentrum. Dodam, że to był styczeń, najzimniejszy od wieków... A ja po powrocie do Epicentrum wziąłem szybki prysznic i biegiem poleciałem na uczelnię. Tego dnia miałem ważny egzamin. Jakimś cudem go zdałem.

A teraz Wam opowiem historię swoich zaręczyn i swojego ślubu...

Czyli Ciąg Dalszy Nastąpi :) A teraz obiecany deserek. Smacznego!


PLEELICHT - ŚWIATŁO DO KIBLA / Meest vieze knopje te wereld - najbrudniejszy przycisk na świecie / Wil je cholera? DRUK HIER (1x is GENOEG) - Chcesz cholerę? NACIŚNIJ TUTAJ (jeden raz WYSTARCZY)

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Świętej pamięci Żółtko...

Otóż tak, moi drodzy. W Holandii rowery mają swoją określoną żywotność. Zazwyczaj jest ona określona przez pana złodzieja, tudzież panów złodziei, tudzież całe złodziejskie klany i rodziny walące taborami, jak to było w przypadku mojego Janka Żółtko po, świętej pamięci, Janku. Jednak czasem, gdy rower jest mało atrakcyjny dla złodziejskiej klasy robotniczej, jego żywotność określa czas. I pogoda. Bo jak powszechnie tu wiadomo, rowerów w Holandii nie trzyma się w piwnicy, na strychu, klatce schodowej czy też w mieszkaniu. Rowery zostawia się zawsze na ulicy przypięte do tego, co tam akurat popadnie.

A jak taki rower wiecznie stoi na ulicy, to wiadomo. Pogoda bywa różna, choć przeważnie deszczowa. Przeważnie - w 90%. A jak wiadomo, gdzie deszcz - tam rdza, a rdza to niby taki rak z przerzutami dla dwóch i też czterech kół. I tak rower powoli dogorywa, by nie powiedzieć brzydko, zdycha. Tym bardziej, kiedy zostaje sam na dwa tygodnie przypięty do mostu bez możliwości ruchu. Wtedy istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że właściciel po powrocie zastanie zimnego trupa. Z możliwością drogiej reanimacji. Ale czy jest tego sens, skoro staruszek kupiony w nieokreślonym wieku i w stanie użytkowanym, ma już dobre półtora roku? No nie, nie ma sensu, już lepiej kupić nowy rower...

Więc wróciłam wczoraj w nocy z Pragi, nota bene miasta, które podbiło moje serce, i zasiadam dziś na swym Żółtku. Jedziemy. Niby skrzeczy i jęczy bardziej niż zwykle, ale co tam, w końcu dwa tygodnie bez ruchu, to rower musi "rozprostować kości". Cisnę więc go mocniej, pędzę szybciej i nagle bum! Nie mogę ruszyć pedałami! Czyli szlag trafił łańcuch! Niedobrze, myślę, bo przecież mam nożne hamulce, a nie ręczne, a pedałami ani rusz. Czyli ni hu-hu, nie mogę wyhamować rozpędzonego Żółtka. A tu pech, bo cisnę z górki, centrum miasta, skrzyżowanie, a ja pakuję się na czerwonym prosto pod koła rozpędzonej taksówki. Scena dosłownie, jak z Oszukać przeznaczenie zmiksowana ze Speed: niebezpieczna prędkość, z tym że Żółtko w żaden sposób nie przypomina miejskiego autobusu, mi tam daleko do Sandry Bullock, a i na ratunek nie przybędzie mi żaden Keanu Reeves. Trzeba więc było jakiś manewr zakombinować na szybko. Samej. Wjechałam więc z impetem na chodnik w małą grupę japońskich turystów i wyrżnęłam klasyczny orła cień, który mógłby zostać oceniony przez Wodeckiego w Tańcu z gwiazdami na mocne sześć. Na szczęście nie ucierpiałam ja, ani japoński wyż demograficzny, ale coś intuicja mi podpowiadała, że Żółtko wyzionęło ducha. I wielce prawdopodobne, że na amen. I, o ironio, pakując się w azjatyckich turystów...

No to chwilkę leżę, kontempluję swój epicki upadek. Wreszcie wstaję, otrzepuję się, oceniam straty i chwilę później biorę za rączkę rowerek i do serwisu heja śmigam z tym moim konającym Żółtkiem pod pachą. Tam pan-specjalista-od-tragicznych-przypadków fachowym okiem wycenił wszystkie naprawy na około 120 euro, a i szansa, że za kilka tygodni coś znów będzie trzeba naprawić, usłyszałam, że jest dość spora. A do pilnej naprawy wyszło tego kilka punktów. Szlag trafił serce roweru, czyli łańcuch, który rdza tak zżarła, że to ponoć cud, że i tak tego dnia te parę metrów przejeździł ten mój biedny rower. I że w ogóle w sumie cud, że nie rozpadł się na pół, jak to pan w serwisie mi powiedział, zdarzyło się jego kuzynce. 


A co tam, wyliczę te rany wojenne Żółtka:

1. Łańcuch. Cały do wymiany. Łącznie z tym plastikowym pudłem.
2. Nóżka, bo się ciągle kiwa. Do wymiany.
3. Przednia lampa. Bo wycelowana w dół. Cała do wymiany.
4. Gumowe trzymaki na kierownicę - bo się kiedyś odkleiły i gdzieś mi się posiały. Nowe trzeba zakupić w ilości dwóch sztuk.
5. Siodełko dość popękane, więc przydałoby się nowe. Alternatywnie.
6. I koła trzeba dopompować, bo coś wydawały się panu sflaczałe.
7. Niekoniecznie, aczkolwiek ze wskazaniem na wymianę w bliższej, niżeli dalszej przyszłości, nowe pedały.

Punkt pierwszy okazał się raną śmiertelną...

Ale dostałam komplement za to, że mam bardzo sprawne i dobrej jakości tylną lampę. I z nią nic nie trzeba robić. Jest pierwsza klasa. Ekstra, super, choć jedna dobra wiadomość - myślę. Pan fachowiec dalej mnie naciska.

- To co, naprawiamy?
- Nie, no chyba nie ma sensu. Wyjdzie drożej, niż nowy rower.
- Ale wie pani. Rower jest w całkiem dobrym stanie. Rama solidna i ta elegancka tylna lampa. A i kolor ładny. Taki żółty.
- Hmm... No racja, śmigam nim ponad półtora roku, a kupiłam już używany.
- No widzi pani. To co, naprawiamy?
- Yyyy... No nie. Nie bardzo. Jednak swoje życie cenię bardziej, niż sentymenty. Ale może chce pan go ode mnie odkupić na części?
- Zwariowała pani? Nie, dziękuję.

To żeśmy sobie pogadali. I tak swój Nowy Rok w Amsterdamie zaczynam od kupienia nowego roweru. Tak sentymentalnie, tak epicko, tak symbolicznie, jakby jedna epoka się właśnie skończyła, a druga zaczęła na swój sposób. Żegnaj więc żółtko, mój drugi rowerku. Dziś już cię nie zapnę do mostu licząc, że ktoś cię miłościwie przygarnie. No bo co mam zrobić ze zwłokami? Wrzucić, jak to praktykują Dacze, jego korpus do kanału? No nie wiem... Nie wiem, czy na tyle już się wydaczyłam, że tak mogę... W każdym razie proszę dziś o minutę ciszy w intencji świętej pamięci Żółtka.

R.I.P.
Żółtko 23.06.2012 - 06.01.2014
Tu spoczywa Żółtko
Porsche wśród dwóch kół.
Niech mu będzie wkrótce lekki 
Amsterdamskiego kanału muł.


PS Dla rozładowania tej jakże żałobnej atmosfery, oto przed Wami 10 najśmieszniejszych i jak najbardziej autentycznych tekstów z nagrobków:

1. Na nagrobku Ezekiala Aikle w East Dalhousie Cemetery, Nova Scotia:
 Tu leży
Ezekial Aikle
Wiek 102
Był dobry
umarł młodo

2. Na cmentarzu w Ribbesford, Wielka Brytania Nagrobek Anny Wallace:
Dzieci Izraela chciały chleb
A Pan zesłał im mannę,
Stary Wallace chciał żonę
I diabeł dał mu Annę. 

3. Aby upamiętnić wypadek Uniontown, Pennsylvania:
Tu leży ciało
Jonathana Krogulca,
który wcisnął gaz
zamiast hamulca.

4. Epitafium od żony (cmentarz w Vermont): 
Tu leży świętej pamięci
mój mąż John Barnes
który zmarł 3. stycznia 1803.
Jego młoda żona - 23 lata -
wciąż może być dobrą gospodynią
i bardzo potrzebuje pocieszenia.

5. W czasach kowboi (1880), Arizona, Cmentarz Boot Hill w Tombstone: 
Tu leży Lester Chciej
Cztery kule 44.
Nie więcej, nie mniej. 

6. Na nagrobku Ellen Shannon z Girard, Pennsylvania umieszczono napis: 
Spłonęła 21. marca 1870
w wyniku eksplozji lampy
wypełnionej
Niewybuchającym Olejem Danforth’a.

7. Harry Edsel Smith z Albany, stan Nowy Jork:
Ur 1903 - Zm 1942
Spojrzał do szybu windy w górę,
by sprawdzić czy jedzie na dół. Faktycznie jechała.

8. 


9.


10. Mój ulubiony. Sama sobie chyba zafunduję taki ;)