środa, 26 lutego 2014

Kryzysy polskiego emigranta, czyli 3 powody, dla których warto jednak zostać w Daczlandii

Hu, hu, ha, hu, hu, ha nasza zima zła! A tu zimy w Daczlandii nie ma i już pewnie jej w tym sezonie nie uświadczymy. Moja pierwsza zima bez śniegu... Aż łezka się w oku kręci, aż normalnie zatęskniło się za domem. Dziś słoneczko za oknem, ponad 10°C, kwiaty na tarasie zaczęły nawet kwitnąć, a ja się pytam, gdzie te czasy, że pod koniec lutego nie można było dojechać do szkoły, bo zima znów zaskoczyła drogowców? Kiedy to się stało, że przez cały rok jeżdżę na rowerze, dzień w dzień, niezależnie od pory dnia i roku? A, już wiem. Stało się to wtedy, gdy przeprowadziłam się do Daczlandii, czyli będzie to na początku czerwca dwa lata temu. Mój boże, to już prawie dwa lata na emigracji, dwa lata z dala od domu i nawet nie zliczę, ile razy w tym czasie myślałam o powrocie, ile razy miałam ochotę spakować walizki i wrócić na ojczyzny łono. A potem sobie przypominałam, że wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma i myślałam o tych powodach, dla których zdecydowałam się wyprowadzić z Polski. Dla których nie chciałam w niej zostać. A było ich kilka.

Ten post więc dedykuję Asi, bo moi Kochani Wydaczeni, rzecz ostatnio stała się niezwykła. Przyjechały do mnie z wizytą dwie znajome Polki, które mieszkają w Pradze. Obie Asie. W sobotę zaplanowaliśmy obiad, a potem oczywiście wyjście "na miasto". Na obiad wpadł brat lubego. I uwierzcie lub nie, ale w rodzinie mojego ukochanego teraz nie jest jedna Polka, ale sztuk dwie. Tak, tak, brat lubego już jest oficjalnie z Asią i lata teraz do niej cały w skowronkach i prawie tak zakochany w niej, jak Natalia Siwiec w silikonie. Pytanie więc teraz, czy Asia przeprowadzi się do Daczlandii, czy na odwrót? Na razie wiem tylko tyle, że brat lubego szuka pracy w Pradze, a ich rodzice już martwią się, że przy świątecznym stole trzeba będzie mówić po polsku ;) Cóż, na pewno jest spora szansa na karpia w galarecie.

W każdym bądź razie, jeśli Asia ma powiększyć swoją osobą polską populację na holenderskiej ziemi i być kolejną Wydaczoną, to musi być uprzedzona i mieć świadomość, że tu nie wszystko jest złotem, co się świeci. Że przed nią wiele wzlotów, ale i jeszcze więcej upadków. Że przed nią płacz za domem, płacz za grochówką mamy, a nawet ba! za żartami Karola Strasburgera w "Familiadzie". No może Asia już tak bardzo nie będzie płakać, bo w końcu żyje już jakiś czas w tej Pradze, ale też swoją drogą czeskiej mentalności o wiele bliżej do naszej polskiej, niż daczowskiej, więc na pewno czeka ją mały szok kulturowy. Zresztą, sami na pewno wiecie z doświadczenia, jak to jest. Sami nieraz zapewne narzekacie na Daczlandię, Daczów i przede wszystkim na deszczową pogodę oraz tutejsze jedzenie. Sami zapewne na początkach płakaliście za domem i chcieliście pakować walizki. Pewnie niektórzy z Was nawet zaczęli je pakować. Pewnie jakiś mały procent z Was nawet je spakowała i zdecydował się na powrót. Początki są trudne. Zawsze. Jak myślę o sobie, o tej dziewczynie sprzed dwóch lat i jej początkach w Daczlandii i o tej, którą jestem teraz, to jakby to były dwie różne osoby. Bo raz, życie w innym kraju człowieka zmienia, a dwa, że najgorsze problemy, kryzysy i przeszkody mam już za sobą. Takie mam wrażenie. Zatem dziś będzie o tych powodach, które zatrzymują nas w Daczlandii. A przynajmniej mnie. Które pozwalają tu przetrwać egzystencjalne kryzysy każdego emigranta. To smutne, ale te powody to w sumie duże minusy naszego kraju, których chyba większość z nas ma świadomość. Asiu, ten post jest dla Ciebie, dedykuję go Tobie ;)

1. Polska mentalność
Wiecie, jakie jest najbardziej polskie słowo? To słowo "żółć", które zawiera same polskie znaki. Nie ma bardziej polskiego słowa niż "żółć". To smutne, ale coś w tym jest. Czasami zastanawiam się, skąd w nas jest tyle żółci, którą zwłaszcza możemy zaobserwować w Internecie. Jak ludzie, będąc anonimowymi, potrafią obrażać i oceniać drugiego człowieka, którego wcale nie znają, jak bardzo potrafią zmieszać go z błotem nie przebierając w słowach. Używając przekleństw i CAPS LOCKA. Zastanawiam się, jakim to trzeba być człowiekiem, pisząc kolokwialnie, by dosranie komuś innemu uprzyjemniło mu dzień? Uszczęśliwiło go... Jak to jest, że wolimy komuś wytknąć malutki błąd, drobne potknięcie, niż pochwalić całość, która jest przecież naprawdę dobra? I wiem, wiem, hejterzy tudzież trolle są wszędzie, na całym globie, ale w Polsce czasem to zjawisko osiąga jakieś apogeum. I w tej naszej polskiej mentalności nie chodzi mi tylko o żółć, ale też o inne cechy. O narzekanie na przykład. Robienie z siebie męczenników. Różnica w Holandii jest taka, że raczej tu się nie narzeka, bo jak coś jest źle, to próbuje się to zmienić, naprawić, rozwiązywać problemy. A my Polacy lubimy narzekać, że to jest złe, tamto jest tragiczne, ale nic nie zmieniać, nic z tym nie robić. Często tłumacząc to dlatego, że nie ma się wyboru. No właśnie. O to chodzi. O to, żeby mieć ten wybór. Trzeba zrobić wszystko, by mieć możliwość wyboru. Wybór pozwala nam mieć kontrolę nad swoim życiem, że jak jedna uliczka okaże się ślepą, to idzie się inną. Następną. I prawda jest też taka, że mało która jednostka może zmienić świat, ale wszyscy jesteśmy zdolni do zmieniania samych siebie. Do zmiany naszego życia. A w Polsce jest trochę tak, że wolimy narzekać, ale w sumie to nic nie chcemy zmienić. Boimy się tych zmian. Boimy się powiedzieć "nie", boimy się powalczyć o swoje. Jakby strach związany z jakimikolwiek zmianami był zakorzeniony w naszej mentalności. A życie w sumie należy do tych, którzy potrafią o nie powalczyć, a to zawsze wiąże się ze zmianami, które przede wszystkim zaczynają się od zmian samego siebie.


2. Polska polityka
Polityką się nigdy nie interesowałam, ale wiem podstawowe rzeczy i to mi wystarczy, by stwierdzić, że dobrze nie jest. A nawet jest bardzo źle. Jedni mówią, że jesteśmy wasalem Ameryki, inni że Rosji, a jeszcze inni krzyczą, że Polska jest wasalem Unii Europejskiej. W każdym razie nie wiem, które pokolenie może coś zmienić w naszym kraju, strzelam, że to będą nasze wnuki, jeśli nie prawnuki (jestem 20-sto kilkulatką). Z prostego powodu. Podczas drugiej wojny światowej Rosjanie na pół z Niemcami wybili nam prawie całą inteligencję i lata głębokiej komuny na pewno nie pozwoliły nam jej odbudować należycie. Polityka dla mnie ze swojej natury jest nieczysta, a u jej koryta, zgodnie z prawem natury, żrą same świnie. Polska polityka, zaraz obok polskiej mentalność, jest według mnie powodem, dla którego, cytując Szczepana Twardocha, Polski w Polsce nienawidzą wszyscy. Polski nienawidzi tzw. obóz patriotyczny, ponieważ żyją w czymś, co wydaje im się nie-Polską albo anty-Polską. Premierem jest Donald Tusk, którego mają za pachołka Niemców i Moskali, rządzą nami za pośrednictwem swoich wasali okupanci. Z kolei dla ludzi o opcji lewicowo-liberalnej prawdziwą Polską byłby kraj z tradycji Kołłątaja, Boya, Słonimskiego, Michnika, a tu mają Polskę, która słucha Rydzyka i chce głosować na PiS, Polskę, która tłumnie obchodzi rocznice smoleńskie i zapier... do kościoła – zadupie Europy, gdzie przetrwały największe demony kontynentu. I też jej nienawidzą. Biedni nienawidzą Polski, bo są przez nią ru...ani. Kocha ją tylko wąska grupka – wiem, że to brzmi jak z fatalnej publicystyki, ale lepszego sformułowania nie widzę – beneficjentów przemian. Ba! Laureat Paszportu Polityki mówił w "Tygodniku Powszechnym" nawet bardziej dosadnie, że Większość Polaków została przez Polskę wyruch.... Sama bym tego lepiej nie ujęła. Prawda jest taka, że w naszym ojczystym gnieździe jest bardzo jasny podział, albo ty kogoś wyruch..., albo ty będziesz wyruch... Cóż, jak ktoś z tym się nie zgadza, niech rzuci we mnie kamień. I też w Twardocha, bo nie dość, że pisarz, to jeszcze bezpartyjny heretyk...

3. Polskie absurdy
Do nich zaliczymy PKP, ZUS i tak tragicznie niskie, że aż śmieszne emerytury, polską służbę zdrowia i czekanie w półrocznej kolejce na badanie, które za pół roku można przeprowadzić już tylko na trupie podczas autopsji. I naprawdę wiele innych bzdur i paradoksów, z którymi przeciętny Polak styka się na co dzień, a z którymi w takiej Daczlandii nie spotkasz się prawie nigdy. Prawie, bo oczywiście znajdą się wyjątki i szybko znajdą się tacy, co tu je wymienią. Jednym z takich absurdów, które nie dają mi spokoju, to właśnie sytuacja na Olimpiadzie w Soczi i Zbigniew Bródka. Ten szalenie zdeterminowany strażak znów udowodnił, że Polak potrafi. Potrafi, bo nie ma innego wyboru. Że w naszym kraju nie można "normalnie", że jeśli człowiek sam się nie zaprze, to raczej nikt mu nie pomorze. Przynajmniej Bródce pomogli koledzy z remizy, bo brali za niego dyżury, by ten mógł trenować. I teraz porównuję sobie go z holenderskimi zawodnikami i dla mnie to jest takie smutne, że często, za przeproszeniem, jesteśmy jak te dziady. Że Bródka mówi, w jakich warunkach żyli w Soczi polscy, a w jakich holenderscy sportowcy. Oczywiście ci drudzy w nieporównywalnie lepszych. A potem dowiadujemy się, jak wyglądały treningi Zbigniewa Bródki, jak nie ma lodu, to ćwiczy w wełnianych kapciach na desce imitującej lód (!). Zgadzam się, że naprawdę w takim wypadku jeszcze bardziej powinniśmy być dumni, że z czegoś takiego mamy olimpijskie złoto, ale przynajmniej w moim przypadku ta radość jest podszyta odrobiną goryczy. Przykro mi, że w naszym kraju często naprawdę bardzo utalentowani ludzie nie mają szans na rozwijanie prawidłowo swoich talentów. A i też młodzi zwykli ludzie, żeby mieć jakieś godne życie muszą wyjeżdżać za granicę, gdzie nie tyle, co mogą się realizować zawodowo, ile żyć w miarę sensownie, a nie ciułać każdy grosz, bo pracują za naprawdę maksymalne minimum. Smutno mi, bo widzę w Polsce taką tendencję, że jak ktoś jest naprawdę mądry, utalentowany i zna języki, nawet się nie waha chwilę, tylko jak najszybciej po studiach szuka pracy za granicą. W Holandii jest bardzo dużo wykształconych na SGH-u, tudzież innych dobrych polskich uczelniach ludzi, którzy pracują tu na wysokich stanowiskach i do kraju nigdy nie wrócą, bo w Polsce nawet robiąc dokładnie to samo, na tej samej pozycji nigdy nie będą zarabiać takich pieniędzy. A i często nawet nie o pieniądze chodzi, ale o podejście do pracownika. I może nawet nie tyle, co chodzi o podejście do pracownika w Polsce, ile o podejście do człowieka. 


I gdy myślę o tych trzech powodach, dla których zdecydowałam się wyjechać z Polski (bo pierwszym powodem był oczywiście luby) robi mi się smutno, a zarazem czuję ulgę, że to tak jakby jest za mną, że te trzy powyżej wymienione punkty coraz mniej mnie dotyczą, już nie są powodem mojej frustracji, bo raczej nie zamierzam wracać na stałe do swojego ojczystego kraju. I choć naprawdę nie wiem, czy gdyby nie mój Dacz zdecydowałabym się na emigrację, to może nie tyle, co mnie moja ojczyzna rozczarowała, ile nie dała mi żadnych racjonalnych powodów, by w niej zostać. By namówić ukochanego, żeby jednak na początek spróbować budować życie w Polsce, bo sama z siebie zadecydowałam, ze lepsza przyszłość czeka nas w Holandii. I póki co, nigdy tak naprawdę tej decyzji nie żałowałam i nigdy bym jej nie chciała cofnąć ani zmienić, choć nieraz wyzywałam i pomstowałam w niebiosa, że pakuję walizki i wracam do Polski. Ale to były naprawdę typowe kryzysy polskiego emigranta, które bardzo szybko mijały. A ostatnio w ogóle mam wrażenie, że minęły bezpowrotnie. Chyba przechodzę na kolejny etap Wydaczenia. Asia pamiętaj więc, że najgorsze są początki, a później jest już tylko lepiej ;)

wtorek, 18 lutego 2014

Co ja Dacze? Vol.5

Ta historia wydarzyła się naprawdę i jest tak absurdalna, że swoją niedorzecznością bije na głowę wszystkie tu inne historie z tego cyklu. Takiej historii nie powstydziłby się sam Monty Python ani The biggest loser w swojej nowej wersji, czyli The biggest fat winner. Przeczytajcie więc przypowieść o daczowskich grubasach, którzy za swój życiowy cel obrali misję utuczenia się na tyle, by ważyć ponad 100 kilo... Cel ten, nie tyleż co był niezdrowy, ileż idiotyczny, bo wyznaczony sobie tylko po to, aby móc się najeść na pewnej kolacji. I to nawet nie tyle, że na jakieś darmowej kolacji, bo trzeba było za nią słono zapłacić... Przypowieść tak ową opowiedział mi nie kto inny, ale luby... Czyż to nie romantyczne, że mój ukochany ważył kiedyś ponad 100 kilo? 

Zdarzyło się to kilka lat temu i znów, jak to już zwykle tu bywa w tego typu opowieściach, za studenckich czasów. Okazuje się, że studenci z Rotterdamu w całej swojej fantazji organizują raz do roku wystawną kolację. Jest jednak jedno ale. W tej kolacji nie mogą wziąć udział ot tak, wszyscy zainteresowani, zwykli śmiertelnicy. Mogą na nią udać się tylko ci, którzy spełniają jeden warunek, czyli ważą ponad 100 kilo. Nie, to nie jest żart. To true story. I tak luby, który lubi wyzwania wraz z dziesiątką innych swoich kumpli powiedzieli sobie Challenge Accepted! I wzięli się do roboty, czyli do jedzenia. Swoją drogą teraz już wiecie, dlaczego później chłopaki musieli śmigać 10 dni na rowerach z Rotterdamu aż do samego Rzymu... Co ja Dacze? Vol.4. Musieli jakoś zgubić te nadprogramowe 30 kilo, a przy okazji pomóc chorym na raka dzieciom. Altruistycznie i jakże praktycznie zarazem. Nieprawdaż?


Mieli dwa miesiące, żeby przytyć od 15 kg do 30 kg, w zależności od tego, kto ile tam miał wzrostu. Dacze to wysoki naród, więc niektórzy nawet aż tak bardzo nie musieli się wysilić, żeby przybrać na wadze. Gorzej z tymi, którzy mieli mniej niż 1,80, ci to musieli się nieźle namęczyć i postarać... I w tej drugiej kategorii był właśnie mój luby... Cóż Wam powiem patrząc na jego zdjęcia z tego okresu... Wyglądał gorzej, niż Cartman z South Parku. Niż Miss(ter) Piggy... Chłopaki, aby cel osiągnąć, jedli najgorsze świństwa na świecie, najbardziej tuczące i najbardziej kaloryczne. Co drugi dzień stołowali się w McDonaldzie. Na desery potrafili zjeść dwa pudełka lodów na łebka i do tego poprawić paczką M&M's. A kto był jeszcze na siłach, to deser kończył stroopwafelami. Jak jajeczniczka, to tylko taka na pół kostce masła. Jak kawusia, to tylko taka na dziesięć łyżeczek cukru. Jak do kina, to tylko z popcornem XXXL i największą colą, oczywiście nie light ani żadne tam zero. Pełno-słodką colą, na którą przypada około 70 kostek cukru na dwa litry. Wszystko musiało być na pełnym wypasie. Na kalorycznego maxa! I ja wiem, że to dla organizmu musi być teksańska masakra piłą mechaniczną i człowiek nie jest po takiej "diecie" okazem zdrowia, ale wytłumaczcie to studentom, którzy myślą, że to niezła zabawa i dobry pomysł. Bo kiedy mają obżerać się w swoim życiu, jak nie w czasach, gdy są młodzi i ta przemiana materii jeszcze jakoś im całkiem dobrze funkcjonuje? Przynajmniej ja staram się to tak jakoś racjonalnie i logicznie wytłumaczyć...

O dziwo, w dwa miesiące cała dziesiątka ważyła ponad 100 kilo. Zadowoleni, szczęśliwi i dumni z siebie Dacze udali się na długo oczekiwaną kolację, za którą słono ówcześnie zapłacili. Co by nie było, przed kolacją odbyło się publiczne i uroczyste ważenie wszystkich jej uczestników. Po wykluczeniu z kolacji ewentualnych oszustów, którzy hantlami, kamieniami czy tam innymi ziemniakami wypychali sobie kieszenie, żeby mieścić się w skali, wszyscy zasiedli do stołów. Zasady tejże kolacji były proste, jak kręgosłup baletnicy i jak marzenia przeciętnego dresiarza (3xB, czyli BMKa, blondynka i bicebs, czyli 100 kilo na klatę). Na każde 10 kilogramów delikwenta przypadało jedno danie. Czyli jak taki delikwent ważył 100 kilo, tych dań miał zjeść w sztuk ilości 10. Jak ważył 120 kilo, serwowali mu tych dań w sztuk ilości 12. Do każdego z dań podawane było wino. Na szczęście nie butelka, ale lampka. I był jeden haczyk. Dania były naprawdę obfite, naprawdę XXL, super size me, ale w końcu nie bez kozery panowie trenowali się w tym obżarstwie przez ostatnie dwa miesiące, a już naprawdę bardzo intensywnie przez ostatnie kilka dni przed ową kolacją. Pierwsze cztery, pięć dań to była łatwizna. Wszyscy nie jedli, ale wpieprzali. Żarli. Jak świnie. Nawet sobie nawzajem wyjadali z talerzy, by pokazać, jacy to z nich chojracy i dobrzy zawodnicy. Szóste i siódme danie szło już gorzej. Ósme to już ledwo, ledwo. A dziewiąte przypominało scenę z Sensu życia wg Monty Pythona. Dziesiątego chyba jeszcze nikt nie przeżył...


Ową historię potraktujcie z przymrużeniem oka, bo czyż każdy z nas nie miał szalonych pomysłów za studenckich czasów? Ja ze znajomymi, na przykład, wybrałam się o 5 rano nad morze. Z Katowic do Sopotu. Spędziliśmy w pociągu 12 godzin tylko po to, by wypić wódkę na plaży, a potem uciekać przed strażą miejską na molo, by na końcu posilić się w McDonaldzie i zaledwie po 3 godzinach opuścić Sopot i znów spędzić 12 godzin w pociągu na Śląsk... Pamiętam, że jakaś znajoma znajomego podrzuciła nam jeszcze w Częstochowie wódkę przez okno... Jak jechaliśmy do Sopotu. A zrobiliśmy to tylko dlatego, że po obejrzeniu w kinie Katynia (!!!), obejrzeliśmy również pewną bardzoooo inspirującą reklamę Coca-Coli... Akcja reklamy dzieje się w domu starców. Pielęgniarka podaje starszemu panu colę pytając, czy ten się jej napije. Nigdy nie piłem Coca-Coli... odpowiada jej zdumiony starzec. Tu nastąpił flash-back, czego dziadek w życiu jeszcze nie robił. I po powrocie do akademika bawiliśmy się przy piwie w zabawę, czego w życiu jeszcze nie zrobiliśmy. I jeden kumpel powiedział, że nigdy nie był nad polskim morze... Postanowiliśmy więc to naprawić. Jeszcze tej samej nocy. Reszta to historia, z której zostało nam video, jak tańczymy na plaży śpiewając: Always Look on the Bright Side of Life. Coś chyba w tym jest... w tej studenckiej sympatii do Monty Pythona ;)

Wracając jednak jeszcze tylko na chwilę, już na sam koniec do daczowskiej historii kolacji dla grubasów, bo teraz będzie najciekawszy motyw tej przypowieści. Jak się okazuje, jest również tego typu kolacja, w podobnym klimacie i na podobnych zasadach, organizowana dla uczestników ważących mniej niż 60 kilo. Znów na każde 10 kilo przypada jedno danie, jeden posiłek. Ponoć porcje są bardzo minimalistyczne, by nie powiedzieć, jak w centrum leczenia anoreksji, ale do każdego serwowanego dania podają wino... Kto więc chętny? Kto idzie tam ze mną? ;)

piątek, 14 lutego 2014

2 melony, 2 jajka, 21 gram chili, 21 gram cukru i 5 kropel cytryny, czyli przepis na jakże udany związek z Daczem!

Drogie wydaczone panie, bo dziś mówię do Was! Dziś Walentynki, więc nie mogło być inaczej. No musi być walentynkowo, słodko-pierdząco i inspirująco. No musi, bo inaczej się samo wymusi. Wy, które dla swoich daczowskich mężczyzn zostawiłyście ojczystą ziemię, pracę, rodzinę, przyjaciół, a nawet psa czy tam kota, jak kto woli, wedle preferencji. Wy, które dla swojej drugiej połowy porzuciłyście wszystko i zdecydowałyście się zmienić całe swoje dotychczasowe życie i zamieszkać w Daczlandii. Wy, tak Wy, to do Was mówię, które zadawałyście sobie w kółko, milion razy to samo pytanie: czy warto? Pewnie niektóre z Was dalej czasem pytają siebie same ... Czy było warto? Było?

Powiadam Wam, BYŁO! Przynajmniej w moim wypadku. Początki są zawsze ciężkie. Nowy kraj, nowe obyczaje, nowa kultura i brak sklepów monopolowych czynnych 24 godziny na dobę. Nie ma już mamy ani babci, trzeba więc samej nauczyć się lepić pierogi i gotować barszcz. Trzeba samej ciasta pichcić i smażyć schabowe. Trzeba, bo inaczej żołądek żal ściska i tęsknota za ojczystym domem osiąga jakieś kulinarno-melodramatyczno-traumatyczno-histeryczne apogeum. I przyjaciół nowych trzeba sobie jakoś skombinować. Nawet zwykłych znajomych, z którymi raz na ruski miesiąc pójdzie się napić piwa. Słowem wszystko trzeba zacząć od zera. Zbudować od nowa. Praca, język, ludzie... Olaboga! Tyle tego jest, że aż tożsamość narodowa zaczyna Ci się już mieszać. To wszystko nie przyjdzie łatwo. Nowe życie na ojczyźnie buduje się mozolnie, z trudem i bardzo długo, jak w Polsce autostrady. I też trzeba czasem coś pokombinować... 

Nie uniknie się kłótni, wzajemnych żalów i pretensji. To ja zostawiłam dla Ciebie wszystko, a ty nie masz nawet siły pójść ze mną do kina?! Czy tego typu bzdety. Zamiast kina możecie tu wstawić dowolnie wszystko. I pewnie wstawiałyście. Nie dość, że zawsze, gdy zamieszka się wreszcie z partnerem jest dziwnie i trzeba się docierać, to takie zamieszkanie z nim w jego kraju jest jeszcze dziwniejsze i bardziej skomplikowane, bo musicie się też dotrzeć kulturowo. I tu już często zaczyna się walka żywiołów. Ty jesteś emocjonalną i temperamentną Polką, więc jesteś ogniem. On, typowy wyważony i zrównoważony Dacz jest w Waszym związku wodą. I wojna żywiołów trwa, lecz w końcu, jak to bywa w życiu i w przyrodzie, ogień gasi wodę. Jednak nie w tym sensie, że on triumfalnie zdominował Ciebie swym stoickim spokojem i zmieniłaś się w idealną, przesłodzoną i zaprogramowaną tylko po to, żeby usługiwać swojemu facetowi, żonę ze Stepford. Chodzi o to, że on z czasem na tyle Cię oswoił i na tyle ujarzmił, że już tak często nie razisz go siłą swojego emocjonalnego focha. A przecież wiesz dobrze, że w tym rażeniu masz dużą wprawę i z precyzją snajpera umiesz doskonale wykorzystać swoją biologiczną broń na NIM. Bo tak już nas matka natura stworzyła, że oprócz dużych słowiańskich melonów, mamy jeszcze słowiański wybuchowy temperament. Ale spokojnie. To zazwyczaj idzie w pakiecie. Idzie ze sobą w parze. Tak nas przyroda urządziła. Zostało udowodnione naukowo, że kobiety z dużym biustem są bardziej agresywne. True badania i true story. I nie pytajcie mnie, skąd wiem takie rzeczy, bo odpowiedź zawsze będzie tylko jedna. Od Dżoany, która ma spoooorą wiedzę w tym temacie, bo sama ma bardzoooo duże te, no... melony. Na szczęście wtedy właśnie przydadzą się twarde jaja Waszego Dacza, który zarówno wie jak kochać i adorować kobietę, jak i też doskonale wie, kiedy i jak ustawić ją do pionu. Zarówno potrafi dać swojej lubej wiele ciepła, jak i czasem, jeśli ona zasłuży (bo kto w końcu jest prowodyrem niemal tych wszystkich kłótni, no kto?!), wylać na nią kubeł zimnej wody.


Ale założę się, że ten Wasz Dacz pokochał Was właśnie za ten temperament, którego mam wrażenie, że Daczki w procesie daczowskiej kobiecej (r)ewolucji zostały pozbawione. Taka kolej rzeczy, wpierw Dacz zwraca uwagę na Wasze słowiańskie melony, a potem widzi Waszą żywiołowość, spontaniczność i perwersyjno-przaśne poczucie humoru, w których zakochuje się na amen. I to jest właśnie to 21 gram chili, której dają Waszemu związkowi "ten smaczek", aby ta miłość nie była mdła, beznamiętna i sucha, jak Jola Pieńkowska tańcząca niby to "sexy" w rytm My słowianie w telewizji śniadaniowej. Nie o to w miłości chodzi. Trochę pikanterii przydaje się zawsze, nigdy nie zaszkodzi, a już zwłaszcza w tych sprawach alkowy... No wiecie na pewno, o co mi chodzi, moje drogie panie, że facet czasem musi wiedzieć, jak dobrze rozniecić, a potem ugasić ogień, który wybuchł na przykład w takiej Waszej sypialni. Albo łazience, znów jak kto woli, wszystko zależy od Waszych preferencji. Czy tam fantazji ;)

I w tej mieszance musi być cukier koniecznie, jak waga naszej duszy, w ilości 21 gram. Bo nic tak nie poprawia nam dnia, poczucia humoru i rozwesela nam życia, jak odrobina słodyczy. Może więcej, niż odrobina, ale też nie można przeginać. Cukier w nadmiarze również szkodzi. Powoduje cukrzycę, zawroty głowy i niezbyt dobrze wpływa na apetyt. Uwielbiam swojego lubego za to, że nie daje mi kwiaty tylko w Walentynki. Że kiedy wspomniałam mu raz, tylko jeden i jedyny raz o perfumach, które sto lat temu używałam, a których byłam ciekawa, jak teraz mi podpasują, dostałam je na urodziny. Że gdziekolwiek nie jedziemy, rezerwuje nam bilety do opery, bo wie, że lubię i się w operze snobuję. Bo zgodził się, żebyśmy mieli psa, choć woli koty. I zawsze kupuje do obiadu czerwone wino, bo wie, że białego nie trawię. Choć białe to jego ulubione... I to jest ten cukier, którym karmimy się nawzajem. Choć nienawidzę, prasuję mu koszule. Choć uwielbiam, nigdy nie gotuję ryby, bo wiem, że on jej nienawidzi. Nawet już samego zapachu. I co najdziwniejsze jest dla mnie, nigdy nie chodzę z nim na zakupy ani mu nie mówię, jak ma się ubierać. Choć moda to moja obsesja, a estetyka ubioru to mój zawód, to naprawdę, jak mój luby się ubiera, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. A mówiąc dosadnie i kolokwialnie, mnie to wali. Można to wszystko nazwać pójściem na kompromisy, jednak dla mnie to jest właśnie ta słodycz w związku, która ludzi jeszcze bardziej ze sobą scala. No jak lukier na pączku ;)

I na koniec tego przepisu, dla równowagi 5 kropel cytryny. Nie mniej i nie więcej. A już na pewno nie więcej, bo za dużo kwasu i goryczy na dłuższą metę unieszczęśliwia człowieka i zatruwa związek, który staje się z czasem toksyczny. Łzy wyzwalają i oczyszczają, ale jeśli wylewamy wodospad Niagara z byle powodu, to coś jest na rzeczy. Coś funkcjonuje nie tak, jak powinno. Coś złego się dzieje, jakiś demon zazdrości czy innej niepewności, już się mocno zagnieździł. I albo puściła jakaś tama, którą trzeba załatać, albo rzeka wylała do oceanu. A w tym drugim przypadku to już trzeba uważać, żeby się w tych własnych łzach czasem nie utopić. Więc 5 kropel cytryny są jak najbardziej normalne i jak najbardziej wskazane, ale więcej tych kropel może skwasić efekt końcowy, a mówiąc mniej metaforycznie, Wasz związek. To ostatnio moje ulubione motto: wszystko z umiarem i wszystko będzie dobrze. Wszystko utrzyma się w normie (uwaga! owe motto nie tyczy się alkoholi, bo wiemy tu wszyscy dobrze, jak kończy się mieszanie nawet najmniejszych ilości...). Tak więc w udanym związku musi być i namiętność, i lukier, i radość, i smutek, i łzy. I ogień, i woda. Bo inaczej byłoby nudno, do cholery! Byłoby mdło i bez smaku!

Zatem drogie panie, daję Wam w prezencie na Walentynki ten oto przepis na udany związek z Daczem. Stosujcie go codziennie, a będziecie po prostu szczęśliwe, bo czy nie o to właśnie chodzi w miłości? I tak w ogóle w życiu? O uszczęśliwianie się we wszystkich możliwych aspektach? Najlepszego więc Wam życzę na te Walentynki, w to faszystowskie święto komercji. Wydaczonym i nie-wydaczonym. Paniom i panom. Samotnym i tym w związku. A nawet może zwłaszcza tym pierwszym, tym singlom, co to nie znaleźli jeszcze swojego drugiego "jajka", swojej drugiej połowy. Do Was kieruję te słowa na koniec: miłość zawsze przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie, gdy się jej najmniej spodziewacie. I zawsze z zaskoczenia. Wiem to na pewno i znam to z doświadczenia. Zatem miejcie się na baczności, bo nie znacie dnia i godziny... Tako ja Wam powiadam i tako rzecze, i taką ja rzucam na Was dziś walentynkową klątwę ;) STRZEŻCIE SIĘ!   

A to kolaż taki dla Was Kochani wykonałam w Paincie. W klimacie. Buziak dla dobrego kucharza. A raczej kucharki, co to dziwne przepisy wymyśla, czyli polska dziewczynka w tradycyjnym ludowym stroju krakowianki i z tej samej dziwnej serii daczowski chłopiec w tradycyjnym ludowym stroju cholera wie z którego regionu (tylko ten Dacz jakiś taki mały mi wyszedł, a raczej niski, ale ma za to zacne chodaki i tulipany w rączce). Reszta się zgadza, ona opalano, on jakiś blady... Prawda, że ładnie? ;) Przed Wami:

DACZ-POLISH VALENTINE'S KISS! (Ależ słodko-całuśnie-pierdząco mi wyszło, ach, och!)

wtorek, 11 lutego 2014

Dekalog Daczomana (tudzież Daczomanki), część 2 i zarazem ostatnia

Pomyślmy. A raczej, podsumujmy. W poprzednik odcinku Dekalogu Daczomana było coś o sztuce, a dokładniej o filmie i malarstwie, coś o historii Daczlandii, cosik o monarchii i żółtych zębach króla oraz totalnie wyrwane z kontekstu piersi Doutzen Kroes. Może nie tyle piersi, ile jej zacne krasne lico. Kijk: Dekalog Daczomana (tudzież Daczomanki), część 1 i zarazem przedostatnia. Pora zatem dalej rozszerzyć i poszerzyć Waszą wiedzę w pozostałych kategoriach dotyczących Daczlandii, tak w razie gdyby reaktywowali teleturniej Va banque, a Kazimierz Kaczor zadałby Wam pytanie: Który kraj nieźle dał d... na Euro 2012 i przegrał wszystkie mecze w swojej grupie? I wtedy Wy opowiadacie bez namysłu, z całą pewnością, przekonaniem i zawoalowaną impertynencją: Czym jest Daczlandia? No właśnie, a swoją drogą dobre pytanie. Czym jest Daczlandia? Bo jakoś nikt nie ma co do tej kwestii jednego zdania...

Co kraj, to obyczaj. I to powiedzonko sprawdza się zawsze na każdym polu i o każdej porze roku. Pytając więc czym jest Daczlandia, wpierw zapytaj, kim są jej mieszkańcy? I tu znów wrócimy do popularnego ostatnio tematu (byle do piątku, a potem przez rok święty spokój!), czyli do Walentynek, faszystowskiego święta komercji, w którym nie tyle, co warto, ile trzeba kochać. Może nie tyle, co kochać, ile być w związku. Może nie tyle, co być w związku, ile z kimś zjeść kolację, obejrzeć film, ewentualnie pójść do kina. A ewentualnie, jak się poszczęści obu, to pójść na koniec do łóżka. Jakby tego nie można było robić w inne dni... Co mają Walentynki do Dekalogu Daczomana? Wbrew pozorom, sporo. Miałeś/miałaś już pierwszą randkę z Daczem? Błysnąłeś/błysnęłaś już wiedzą z poprzedniej części Dekalogu? Rozmawialiście już o skradzionym obrazie Rembrandta i filmach Verhoevena? Bosko! Ten daczowski facet czy facetka już pewnie je Ci z ręki, już masz u niego dziesięć punktów ekstra! 

Pora więc podnieść poprzeczkę i zabłysnąć czymś nowym. Pora nabić sobie jeszcze więcej tych punktów. Albo przynajmniej mieć jakieś tematy do rozmowy. Co kto woli. I to nie tyczy się tylko randek czy Walentynek. Dekalog możecie używać dowolnie, na wszystkich spotkaniach, gdzie jest dużo Daczy. Na imprezach służbowych, towarzyskich i sportowych. Zarówno w filharmonii, jak i w publicznej toalecie. Znów, co, kto i jak woli. Zatem ciąg dalszy właśnie nastąpił.

6. Po szóste primo.
 Muzyka. Na tym polu Dacze mają kilka sukcesów. Zaczęło się od Vengaboys (tak, to Dacze!) i kultowych hitów Up and down, potem było We like to party Boom, Boom, Boom, Boom, a skończyło się na We're going to Ibiza. Powiedziałabym, że tytuły tych hitów były bardzoooo życiowe i w jakże słusznej wychodziły kolejności. Po Vengaboys i eurodance pop disco, które przerodziło się poniekąd w house (no może nie tak szybko i nie tak do końca, ale co ja tam wiem, muzykologiem nie jestem) pojawili się DJe typu: Tiësto, Afrojack, Ferry Corsten i oczywiście Armin van Buuren. I wielu, wielu innych. Status DJa jest dość prężny w tym kraju, a na dowód choćby niech posłuży Wam koronacja Wilhelma Alexandra, który jako świeżo upieczony król wpadł na koncert van Buurena wraz z Maximą i córami w słodkich pelerynkach a'la Harry Potter. Daczlandia stolicą house'a? I trance? No ja myślę! Choć ja tam wolę chodzić do klubów w Amsterdamie, gdzie puszczają Beyonce i Blurred Lines... No ale ja się w końcu na muzyce nie znam wcale...

7. Po siódme primo.
Heineken. Zgadza się. To piwo. Ale to nie jest zwykłe piwo. To symbol. Tu duma narodowa Holandii. To coś, dlaczego James Bond zrezygnował z Martini. Wstrząśniętego, niemieszanego. Heineken to nie tylko marka. To też nazwisko. Oczywiście nazwisko założycieli, którzy przez następne kilka pokoleń pracowali na to, czym dziś jest Heineken. Teraz zagadka. Czyje nazwisko od lat pojawia się na pierwszym miejscu w rankingach najbogatszych Holendrów? Bingo! Pomyślcie teraz, uzmysłówcie to sobie, że każdy Wasz wypity Heineken wzbogaca potomków tego rodu nie tyle, co już o kolejne miliony euro, ile miliardy. Jeśli temat w daczowskim towarzystwie schodzi na rozrywkę, to warto wiedzieć, że browar Heineken istnieje od 1863 roku, że łączy różnych ludzi, jako macie na dowód poniższe zdjęcie Putina z królem, które już zyskuje status kultowego, a Holandia ma dzięki niemu dostawę gazu zagwarantowaną przez najbliższe dziesięć lat, choć w sumie król zapłacił za to poparciem u gejowskiej części swego ludu. Ale coś za coś. Nie można mieć wszystkiego. Co jeszcze powinniście wiedzieć o Heinekenie? Że nawet Dacze nie wiedzą, skąd wziął się symbol piwa, czyli czerwona gwiazdka, choć mają w tym temacie kilka bezsensownych historii jej genezy. Dalej. Trzy lata temu nakręcono holenderski film Porwanie Heinekena z Rutgerem Hauerem w tytułowej roli. Poznajcie teraz nazwisko Willema Holleedera (dziwna zbieżność nazwisk widocznie nieprzypadkowa), który owego porwania dokonał. Ale to już jest tak długa historia, że kiedyś Wam ją opowiem w osobnym poście, na przykład o holenderskich gangsterach. Tu tylko wspomnę, że Holleeder pozwał twórców filmu, bo według niego ekranizacja tej historii zaszkodziła... jego reputacji. A mówią, że Dacze nie mają poczucia humoru ;)

Na zdrowie! Putin pije Heinekena z daczowskim królem (tym od żółtych zębów, co widać zresztą wyraźnie na poniższym zdjęciu) oraz królewską małżonką (tej, od ojca posądzonego o paranie się tyranią):


8. Po ósme primo.
A jeśli już mowa o Olimpiadzie w Soczi, to przechodzimy do bardzo ważnej kategorii w Holandii, jaką jest sport. Daczlandia obecnie jest, zaraz po Kanadzie, na drugim miejscu w rankingu olimpijskim, klasyfikacji medalowej, czy jak to tam się zowie. Jako piszę do Was te słowa, Holandia ma 7 medali, w tym 3 złote. Patrząc po ilości Daczy na mojej siłowni, powiem Wam, że w sumie wcale nie dziwota. Ale, najlepsze, że w rywalizacji łyżwiarzy szybkich na 500 m w Soczi, złoty medal dostał Holender, srebrny medal Holender i brązowy też Holender, który nota bene jest bratem bliźniakiem tego samego, co dostał złoty medal. Same Dacze na podium! I tu teraz ciekawostka, bo jak się okazuje, Dacze naprawdę są fanami tej dyscypliny sportu i to oni właśnie (!!!) wymyślili, że płozy z tyłu nie będąc na stałe połączone z obuwiem (klapią tak sobie) pozwalają śmigać po lodzie szybciej. Czy jakoś tak, zresztą sami zobaczcie na poniższym zdjęciu, o co mi chodzi. Jak ja to usłyszałam, byłam normalnie w szoku, nie mogłam uwierzyć, że raz Czego to Ci Dacze jeszcze nie wymyślą?! A dwa, tacy z nich łyżwiarze, a przecież hokej u nich praktykuje się raczej na trawie! A jeśli chodzi o sport, to tu jeszcze tylko taka mała podpowiedź, aby raczej nie wchodzić na temat piłki nożnej, która coś ostatnio u Daczy kuleje. Taaaa.... Niegdyś duma piłkarska Wesley Sneijder to teraz wraz ze swoją małżonką Yolanthe jest bardziej celebrytą, niż piłkarzem. No teraz to jest taki nasz polski Radzio Majdan (tylko bez przeszczepionych nie wiadomo skąd włosów), choć Yolanthe to akurat daleko zarówno do Dody, jak i perfekcyjnej pani domu ;)

Dacz did it! W sensie, że udoskonalili tak łyżwy...


9. Po dziewiąte primo.
Branża turystyczna jest nieodłączną częścią Holandii, jak wiatraki, chodaki i tulipany. Historię tych trzech ostatnich również możesz znać i dogłębnie zgłębić, ale pod warunkiem, że chcesz kogoś na śmierć zanudzić opowiadając o niej... Gadanie o wiatrakach czy tulipanach jest taaaaaakieeeee cliché! Taaaaaakieeee banalne. Taaaaakieeee nudne! To tak, jakby nam jakiś obcokrajowiec wykładał historię warszawskiej Syrenki albo Kolumny Zygmunta. Zrobi to na Was wrażenie? No właśnie, nie bardzo. Wszyscy przyjeżdżający do Holandii turyści, również ci, a może nawet i przede wszystkim, zwłaszcza ci, którzy korzystają z typowych holenderskich rozrywek, jak coffee shopy i burdele, napędzają holenderską gospodarkę. I mafię, w przypadku tych drugich... Ale nie będzie tu mowa o seks-turystyce, bo jak powszechnie wiadomo i jak gminna wieść niesie, z Daczami nie wypada gadać o seksie, a nawet, ba! O nim żartować. Pisząc zatem tu turystyka mam na myśli dobra narodowe i krajoznawcze Holandii, choćby takie perełki, jak te wpisane na listę dziedzictwa narodowego UNESCO. Takich obiektów w Daczlandii jest całe sześć sztuk, a w tym jedna, która niezmiennie mnie zachwyca. Mowa o Kinderdijk. Zdjęcia z Kinderdijk często możecie zobaczyć na różnego rodzaju pocztówkach z Holandii. Nie dziwota. Jak gadać już o wiatrakach, to tylko o tych z Kinderdijk. Ta prowincja Daczlandii znajduje się 15 kilometrów od Rotterdamu i jest skupiskiem najbardziej zabytkowych wiatraków w Holandii w ilości sztuk 19, a które powstały w latach 1738-1761. Popatrzcie na to poniższe zdjęcie tylko. No prawda, jakie ładne? Cholera! A miało nie być o wiatrakach, bo to cliché... A wyszło, jak zawsze ;)

I już wszystko jasne, gdzie Dacze tak uczą się śmigać na tych swoich udoskonalonych łyżwach...


10. Po dziesiąte primo. I ostatnie primo.
Skoro już tak tu ciągle mędzę o tych Walentynkach, to na sam koniec niech będzie w klimacie tychże świąt, czyli nie tyle w słowach, ile w obrazie krótko o The Dutch Kiss. Co to jest? A zobaczcie sami! I sami sobie to video zinterpretujcie. A potem weźcie najbliższą osobą, pocałujcie ją i podajcie dalej miłość! Czy jakoś tak. Bo po dziesiąte, nie pożądać rzeczy bliźniego swego, ale już pożądać bliźniego to całkiem normalna, naturalna i ludzka rzecz. Zwłaszcza w Walentynki. Niech więc moc holenderskiego pocałunku będzie z Wami! Niech miłość i tolerancja szerzy się zwłaszcza tu na emigracji. Między nami Polakami i między nami Polakami, a Daczami! Czy jakoś tak miałam optymistycznie spuentować na koniec ;)

czwartek, 6 lutego 2014

Dekalog Daczomana (tudzież Daczomanki), część 1 i zarazem przedostatnia

Hey! Hey! Hey, hey, hey! 
Daczo, Daczo man (Daczo man) 
I've got to be, a Daczo man 
Daczo, Daczo man 
I've got to be a Daczo! Ow....

I tak dalej, i tak dalej...


Tako śpiewało kiedyś Village People w nieco odmienionej wersji z Macho Manem w roli głównej i tako śpiewam Wam ja, drodzy Daczomani. Dziś witam więc pięknie i uroczyście ową pieśnią biesiadną wszystkich Daczomanów tudzież Daczomanki, co to hołdują kulturze daczowskiej, zapatrzone w nią ślepo, jak w obrazek. A, co więcej, ba!, składają nawet na jej część ofiary sakralne w postaci hojnie i nadgorliwie płaconych (po)datków.

Paczta, paczta. Moi Kochani rodacy emigranci. Mieszkacie już jakiś czas w takiej Holandii, jako single co poniektórzy, jak te tu panny Seks w wielkim mieście, czyli cyckorozróba w Amsterdamie! i w pewnym momencie poznajecie taką babeczkę daczowską zdrową, blondwłosą, dorodną i młodą jak jałówka, tudzież okazałego i długowłosego, jak ogier w arabskiej stajni, Dacza. Chcąc im zaimponować i czymś przed nimi zabłysnąć, coś tam musicie wiedzieć o ich kulturze, sporcie czy tam nawet co nie co o takiej polityce. Religię sobie darujcie. Lepiej już gadać o dupie Marynie z Daczem, niż o bogu, a zwłaszcza o tej pierwszej części. No dobra, nieco już ironizuję. Więc do rzeczy. 

Pora więc przejść do esencji tejże puenty i przedstawić Wam Dekalog Daczomana. Tudzież Daczomanki, rzecz jasna. Przydatny na spotkaniach towarzyskich w daczowskim gronie, randkach z daczowskim DNA, tudzież obiadku u potencjalnej daczowskiej teściowej. Dekalog ten nie tyle, co wzbogaci Wasze morale i nada sens Waszej emigranckiej egzystencji, ile pomoże Wam życie w Daczlandii nieco ułatwić. Wiadomo, że wszyscy lubimy błyszczeć, popisywać się wiedzą, erudycją i oczytaniem, dlatego tym bardziej warto pokazać Daczom, że nie ma inteligentniejszego człeka nad Polaka. Dobra, nie ma co już dłużej przedłużać. Oto przed Wami więc dekalog wyryty na drzwiach jednego z tysięcy holenderskich wiatraków. Będzie on podzielony na dwie części, żeby Was tak nie zniechęcić już na starcie obszernością materiału, który musicie sobie przyswoić. Powtarzajcie więc za mną:

Jam jest Dacz Twój, który Cię wywiódł z ziemi polskiej, z domu na roli. Czy jakoś tak.

1. Po pierwsze primo. 
Znaj i obejrzyj przynajmniej trzy holenderskie klasyki daczowskiego kina: Turks fruit, Soldaat van Oranje oraz Zwartboek. Wiedz o nich też, że wszystkie te filmy powstały na kanwie kultowych w Holandii powieści, a co więcej, wszystkie są dziełem jednego reżysera. Wiedz, że nazwisko tego reżysera to Paul Verhoeven. Wiedz, że Verhoeven nakręcił też kilka filmów w Hollywood, czyli (tytuły filmów polskie): Pamięć absolutna, Nagi instynkt i Showgirls. Zapamiętaj to nazwisko, a będzie Ci dany podziw i szacunek w oczach Daczy. Amen.

2. Po drugie primo.
Wiedz, że film Dziewczyna z perłą z Colinem Firthem oraz Scarlett Johansson opowiada o życiu jednego z najsławniejszych holenderskich malarzy Johannesa Vermeera. Obejrzyj ten film, tak jak i przejdź się do Domu Rembrandta w Amsterdamie oraz muzeum Van Gogha. Poczytaj coś o nich nawet na Wikipedii, znajdź ciekawe smaczki, jak te, na przykład, dotyczące obrazu Rembrandta Nocna straż albo poczytaj o skradzionym obrazie Rembrandta Burza na jeziorze galilejskim. Zresztą, to nie był jedyny obraz Rembrandta, którzy ukradli ów zuchwali i chytrzy złodzieje, co buszowali w Sali Holenderskiej w bostońskim muzeum. Zakosili też i obraz Vermeera Koncert. Do dzisiaj nie znaleziono tychże skradzionych perełek daczowskiej sztuki, wycenianych w sumie razem na pół miliarda dolarów. Ba! Mówią, że obraz Vermeera Koncert jest uważany za cenniejszy obraz, jaki kiedykolwiek skradziono. A o van Goghu to już tego chyba nikomu nie muszę przypominać, że za życia sprzedał biedak tylko jeden obraz. I to swojemu bratu...

3. Po trzecie primo.
Druga wojna światowa to dla Daczy bolesny temat ze względu na ich błyskawiczną kapitulację. 10 maja 1940 roku wojska niemieckie przekroczyły granice Holandii, a 14 maja 1940 po zbombardowaniu Rotterdamu została podpisana kapitulacja, a królowa Wilhelmina wraz z rządem uciekła do Londynu. O tym może jednak nie warto akurat wspominać, bo to dla Daczy dość drażliwy temat. 4 dni, mimo że heroicznej walki, wciąż kładą się cieniem goryczy na ich patriotyczne uczucia. Ale, ale warto wiedzieć coś o Anne Frank i jej pamiętniku, warto wiedzieć, że Medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata dostało najwięcej Polaków, bo 6 339, ale zaraz za Polakami są Dacze z ilością 5 204 sztuk. Dacze są dumni ze swojej pomocy Żydom w czasie niemieckiej okupacji, więc tu można połechtać ich po ego, że tacy podczas wojny okazali się heroiczni i wspaniali. A tak pro po wojny, czy wiecie, że nasz polski generał Stanisław Maczek był honorowym obywatelem Daczlandii? I jest pochowany w Bredzie? Ba! Nawet w Bredzie jest taka ulica Generaal Maczekstraat! 

4. Po czwarte primo.
A jeśli już mowa o królowej Wilhelminie, którą wszyscy tu znamy z pysznych miętówek, warto też rozszerzyć swoją wiedzą na temat tutejszej monarchii. Holendrzy kochają swoich królów oraz swoje królowe i są dumni, że ktoś w Daczlandii zasiada na tronie. Za rok, 16 marca 2015 roku, monarchii w Holandii tak naprawdę dopiero stuknie 200 lat... A pierwszy król Daczlandii Wilhelm I, sam mianował się królem. Tak! Monarchia w Holandii jest dziedziczna, ale w przeciwieństwie do Anglii, tu król, tudzież królowa może w każdej chwili abdykować na rzecz młodszego potomka, jak to rok temu zrobiła królowa Beatrix na rzecz swojej najstarszej latorośli Wilhelma Alexandra, który jest znany ze swoich żółtych zębów, pięknej żony Maximy i trzech córek wyglądających jak zdrowe okazy przykładnej daczowskiej dziołchy. Uff... I tu ciekawostka, ojciec Maximy nie został zaproszony na ślub córki, bo w Argentynie był kiedyś ministrem za czasów reżimu generała dyktatora Jorge Rafael Videla, czyli mówiąc dosadnie, parał się tyranią. A na ślub córki nie pozwolił mu przybyć... holenderski parlament. Tak, nie wolnoć Tomku w daczowskim domku.

5. Po piąte primo.
Co do królowych, zwłaszcza tych, które są królowymi piękna, wiedz, że jedną z najlepszych modelek na świecie jest Doutzen Kroes, aniołek Victoria Secrets, który zarabia rocznie miliony dolarów. Duma Holandii zaraz obok nieco starszej Lary Stone jest dla Daczy tym, czym dla nas Anja Rubik. I nie chodzi mi tu o to, że jest naszą szkapą, bo Dacze mają dla swoich światowych gwiazd nieco więcej szacunku i podziwu. Doutzen Kroes jest niezbitym dowodem na to, że nawet z daczowskiej dziewuszki też może wyrosnąć urodziwa kobieta i nie ma co się dziwić Daczom, że tak czczą swoją królową piękna, która swoją drogą zagrała dwa lata temu, skądinąd w całkiem dobrym daczowskim filmie Nova zembla.


CDN...

poniedziałek, 3 lutego 2014

Co ja Dacze? Vol.4

Dawno, dawno temu, za kilkoma pagórkami, pięcioma autostradami, dwustoma krowami i siedmioma wiatrakami, w głowach pewnych Daczy zrodziła się pewna myśl. Myśl ta, nie tyle, co była szalona, ile szalenie szlachetna i potwierdzała jedną z teorii głoszących, ino to Dacze lubią brać udział w różnego rodzaju akcjach charytatywnych. Sprawa dotyczyła dzieci chorych na raka i polegała na tym, że za każdy przejechany kilometr każdego uczestnika, tudzież rowerzysty, na trasie Rotterdam - Rzym na konto pewnej zacnej fundacji spływały pieniążki. Prawda, jak szlachetnie? Skąd spływały te pieniążki, tego to nie wiem, to zagadka, ale powiadam Wam, że zapewne jest, że chłopaki na darmo nie pedałowały...

W tejże akcji udział brał luby plus kilkunastu jego kumplu ze studiów w Rotterdamie. Ci, co jeszcze z tej brygady nie mieli porządnych rowerów, to zakupili tak owe na potrzeby tejże charytatywnej eskapady (ach te daczowskie pożyczki studenckie). Wiecie, takie specjalne, co to nie mają klasycznych pedałów, tylko takie, w które wbija się specjalne i profesjonalne buty. Czy jakoś tak. Ba! Co więcej, zamówili sobie nawet takie same stroje kolarskie, co by każdy kierowca, każdy mijający ich samochód miał pewność, że oto studenci z Rotterdamu mają nie tylko szlachetne i miękkie serce, ale i twarde, jak stal pośladki. Łydki zresztą też. W sensie, że też mają twarde. Łydki, rzecz jasna.

Jak to Dacze, w swojej nieskończonej rozgarniętości, podzielili się uczciwie obowiązkami. I tak dwóch młodzieńców było odpowiedzialnych za stan oraz ewentualne naprawy, renowacje i konserwacje rowerów, następna dwójka za czystość i świeżość odzienia, następna grupa ogarniała trasę, jeszcze inna noclegi, a jeszcze inna szamę. Luby z innym kumplem byli odpowiedzialni za regularne prowadzenie bloga z tejże wyprawy. Jak widać, to u nas rodzinne ;) A tak w ogóle, prawda, że ładnie? Prawda, jak szlachetnie to wszystko z ich strony? Jak widać, studenci w Holandii nie tylko piją i balują... Ale i też robią coś z pożytkiem dla ciała i ducha. I dzieciaków, oczywiście.

I tak w 10 dni pokonali odcinek Rotterdam - Rzym zasilając w ten sposób konto fundacji o ładnych kilka tysięcy euro, a dokładnie, to o 40 tysięcy. Ale spokojnie, ta historia ma swoje głębsze dno. Esencję i sedno. Do Rzymu chłopaki przybyli w piątek. Jak się można domyślać, dość zmęczeni. Plan od początku był taki, że do Rotterdamu nie wracali znów rowerami, ale samolotem. Wszyscy mieli zabukowane bilety na niedzielę, żeby chociaż w sobotę sobie w Rzymie odpocząć. Wszyscy, oprócz jednego gościa, który w sobotę popołudniu miał ślub swojej siostry i był chyba nawet drużbą, więc musiał złapać samolot w sobotę rano. Ale wiecie, jak to jest... Wiecie na pewno. Tylko jeszcze jedno piwo. To ostatni kieliszek. Za kilka minut już naprawdę lecę się przespać... I pijesz dalej.

Tak oto wyglądała ich trasa:


 Przez te 10 dni jazdy te daczowskie poczciwe chłopaki mając świadomość, że na drugi dzień muszą przejechać znów te prawie 200 kilometrów, to nie za bardzo sobie poużywali. Właściwie to szli spać przed 21.00, zaraz po kolacji. Ale, gdy tylko dojechali do Rzymu, obiecali to sobie odbić. A co! I to z nawiązką! I sobie odbili. Gdy wszyscy koledzy pili w piątek świętując triumf ducha i zwycięstwo ciała nad materią, jegomość, który miał nazajutrz z samego rana samolot na wesele swojej siostry, wpierw grzecznie picia procentów odmawiał, potem się w końcu złamał, ale podkreślał, że za godzinę spada i tak w końcu ta godzina przeciągnęła się do piątej rano i stanu absolutnej nietrzeźwości. Jegomość postanowił więc tej nocy, a raczej tego ranka, już nie spać, tylko twardo czekać do siódmej, kiedy miał opuścić hotel i udać się na lotnisko. Był zmęczony i prawie w fazie "pijany w trupa", ale skoro przejechał co dopiero rowerem prawie 2 000 kilometrów, był pewien, że może też twardo wytrzymać dwie godziny, zanim połknie czerwoną pigułkę od Morfeusza i odleci do Daczlandii. Dosłownie.

W lobby hotelu pił kawę za kawą. Takie wstrętne espresso z automatu. Po morderczym dziesięciodniowym wysiłku, przejechaniu kilkuset kilometrów i wypiciu morza piwa, było to nie lada wyzwaniem, żeby nie zasnąć. Ale cudem mu się udało. Alleluja! Znów siła ducha wygrała nad słabością ciała. Punkt siódma wtoczył się do taksówki, był na lotnisku nawet przed czasem, odprawił swój rower i zadowolony udał się do swojego terminalu, usiadł triumfalnie przy bramie, w której za pół godziny miał zacząć się boarding. I wtedy postanowił uciąć sobie drzemkę... Jak możecie się domyślać, to była zła decyzja. Taka decyzja z cyklu: D(l)aczego ja!? Dlaczego ja byłem takim idiotą / byłam taką idiotką?

Odpowiedź zawsze jest tylko jedna: alkohol to zło i zaburza proces myślenia.


Morfeusz dobry stuff mu zapodał, bo jegomość zapadł w tak mocny sen, że nic go nie mogło obudzić. Oczywiście wywoływali go z imienia i nazwiska po kilka razy This is last call for Mr. X Y van der Z. A kto wie, może ktoś nawet próbował go szturchnąć i jakoś obudzić, ale ten spał, jak kamień. Plus jechało od niego gorzałką, więc pewnie nawet jeśli ktoś zdecydował się do niego podejść, nie potrząsał nim zbyt długo. I first, i też last call przepadło, ale gdy się wreszcie chłopak przebudził, nie stało się to kilka godzin później, ale dosłownie minuty po tym, jak wciąż mógł jeszcze zdążyć na ten samolot. Gdy się zerwał, nie było już wokół żadnych pasażerów, ani nikogo przy bramie. Zerwał się i niewiele myśląc, zaczął lecieć do bramy, potem po schodkach i zaczął gonić za samolotem. Serio! True story. Nie wiem, czy to był właściwy samolot, za którym biegł po tymże lotnisku, ale machał pilotom rękoma, żeby ci się zatrzymali (!) i jeśli wierząc jego relacji, piloci go naprawdę zauważyli i tylko zdziwieni wzruszali ramionami (a może przypowieść o pilotach, jest już tylko fikcyjną częścią tejże rozrastającej się legendy? A kto to wie teraz, do cholery, do nędzy?). I się dranie, ci piloci, nie zatrzymali, jak to podobnie mają w zwyczaju kierowcy miejskich autobusów. No dupki, no!

Jak możecie się domyśleć kolega lubego nie tylko, co na samolot nie zdążył i ominęło go wesele siostry, ile co nie mógł złapać się na następny lot, bo został zatrzymany na lotnisku przez grupę antyterrorystów i oskarżony o próbę ataku terrorystycznego. Czy jakoś takie postawili mu durne zarzuty. Takie historie może napisać tylko życie. Samo życie. I to nie w Madrycie, ale w Rzymie. W każdym razie, ten zmęczony i pijany, po prostu nie pomyślał, że swoim zachowaniem może dać do zrozumienia służbom porządkowym, że jest na przykład z takiej Al Kaidy, a nie ze stowarzyszenia studenckiego z Rotterdamu. Biegł więc przed siebie, mając nadzieję, że jeszcze złapie ten samolot. Jak to mówią, nadzieja zawsze umiera ostatnia. Albo nadzieja matką głupich, dowolna dla Was interpretacja. Jak kto woli. Sprawa o tyle skończyła się dobrze, że włoska policja jest dość sentymentalna oraz wyrozumiała i chłopaka wypuściła jeszcze tego samego dnia. W Daczlandii ja myślę, że nie poszło mu by tak łatwo w wyjaśnieniach na takim Schiphol i posiedziałby chłopak w celi z co najmniej te regulaminowe 48 godzin, zanim holenderska policja by ustaliła, że to nie był terrorysta, ale po prostu pijany idiota ;) Cóż, zdarza się najlepszym...