poniedziałek, 31 marca 2014

Z czym Holendrom kojarzy się Polska? Część 1 i zarazem przedostatnia

Niedawno byłam na imprezie pożegnalnej organizowanej przez znajomych Daczy lubego. Wiecie, skromna pożegnalna impreza tylko dla 25-ciu najbliższych znajomych. I mnie. Dziewczyny z Polski znanej niekiedy pod pseudonimem persona non grata. Impreza naprawdę była na bogato, bo Moët & Chandon lał się strumieniami, zamówiono jedzenie z jednej z najlepszych włoskich restauracji w Amsterdamie, a i z tej okazji zostało otworzone prawie trzydziestoletnie wino. Czerwone. Ach...no powiem Wam, że pyszne, że smakowało naprawdę wybornie i niewiele brakowałoby, że byłby to jedyny pozytywny i przyjemny akcent tejże imprezy. Cóż, okazja rzeczywiście była zacna, bowiem znajomy lubego został wydelegowany do tworzenia ABN Amro w Nowym Jorku. Czy jakoś tak. W każdym razie dostał naprawdę niezłą fuchę. Wiecie, takie klimaty, że przeprowadzasz się do służbowego apartamentu na Upper West Side z czynszem przekraczający 8 500 $ za miesiąc. I firma stawia. I tak przez co najmniej trzy lata.

Więc jest super snobistycznie, słodko-pierdząco i jakoś tak sztywno. No klimat imprezy był równie ekscytujący, jak orgia w akademiku studentów informatyki. W takich okazjach Dacze zebrani w takiej ilości naprawdę nie fatygują się mówić po angielsku. Darujcie sobie tłumaczenia, że jesteście w trakcie trwania nauki. Ich to nie obchodzi. Mam więc dwa wyjścia. Cały wieczór patrzeć w swoją komórkę i co pięć sekund sprawdzać fejsbuka, albo ich jakoś zagadać. Ale jak i o co? Myślę, myślę. I mam! Bingo! Postanowiłam zrobić wśród nich małych research, mały wywiad środowiskowy, co im się kojarzy z Polską? No i poniżej macie tego wyniki, a Daczom, o dziwo, ten temat bardzo przypadł do gustu. Byli na tyle wylewni i na tyle rozmowni, że nawet luby był ich zaangażowaniem zdumiony ;)

1. Wódka.
Cóż, tu chyba zaskoczenia nie ma. Na pierwszym miejscu od lat wódka króluje w tego typu rankingach. Jednak z tym skojarzeniem idzie również cała masa daczowskich stereotypów, że Polak to... pijak. Że dzień zaczyna od kielonka, że nie może żyć bez picia, że nie ma w piciu wódki umiaru i po wypiciu zachowuje się, jak cham, prostak i wieśniak. Cóż, coś w tym jest, ja bym powiedziała nawet, że ten brak umiaru w piciu wódki wynika z naszej predyspozycji genetycznej i dużej tolerancji dla tego trunku, na którą pracowały całe pokolenia. Jednak takie generalizowanie, że każdy Polak pije za dużo wódki, to jakby powiedzieć, że każdy Dacz to skąpiec, albo że każdy Dacz pije tylko Heinekena. W naszej polskiej krwi wcale nie płynie wódka i to już od lat, ale czerwone wytrawne wino. Przynajmniej w moim przypadku ;) Może pokolenie naszych rodziców rzeczywiście za kołnierz nie wylewało, ale sympatia do tego trunku nie jest w naszym narodzie już tak silna, jak dawniej. Jeden plus, że Dacze kojarzą już Żubrówkę, którą można nawet kupić w Gall & Gall i to kojarzą ją pozytywnie, jako polską wódkę z trawą o oryginalnym smaku. Zatem już jest coś więcej, niż tylko negatywne stereotypy i równanie utrwalone w świadomości Daczy, że Polak+wódka=rozróba...


2. Polscy fachowcy / robotnicy.
Niby Dacze narzekają na polskich robotników, ale z drugiej strony żyć bez nich nie mogą. Jeśli biorą się za remont domu, to wtedy jak najbardziej szukają i dzwonią po naszych polskich fachowców. Bo tani, to raz, bo wszechstronni, to dwa, bo znacznie szybsi, niż holenderscy, to już trzy. Chłopak siostry lubego jest kierownikiem w Albercie Heijnie i na tyle ceni pracujących tam Polaków, że nawet zaczął uczyć się polskiego. Zresztą idzie to w dwie strony, jego pracownicy równie chętnie uczą się holenderskiego. Poza tym w Holandii w 2011 roku osiedliła się rekordowa liczba Polaków, która oczywiście od tego czasu już urosła i w 2013 roku wynosiła 95 000. To są jednak oficjalne liczby, bo inną kwestia jest, ilu Polaków mieszka tu nie będąc zameldowanym albo przyjeżdża tu do pracy tylko w sezonie letnim na dwa, trzy miesiące. Statystyki również z 2013 roku mówią, że Polacy w Holandii stanowią 28% pracujących emigrantów. Nic więc dziwnego, że polski robotnik jest drugim skojarzeniem, które nasuwa się Holendrowi na hasło "Polska".

3. Zbigniew Bródka.
Chociaż Dacze poprawnie nie potrafią wymówić nazwiska naszego mistrza olimpijskiego z Soczi, to jednak tak szybko go nie zapomnieli. Bródka wygrał o trzy tysięczne sekundy (!) z Holendrem Koenem Verweij w łyżwiarstwie szybkim na 1 500 metrów. I to był dla Daczy policzek, niemalże skandal. Szok. Jednak jednego Dacze nie wiedzieli, że nasz panczenista jest na co dzień strażakiem, a w Polsce nie ma ani jednego krytego toru do łyżwiarstwa szybkiego... I szczęki opadły towarzystwu, kiedy to usłyszeli. Choć tym bardziej byłam dumna, to jednak jest to trochę podszyte goryczą, ale o tym było już tutaj: Kryzysy polskiego emigranta, czyli 3 powody, dla których warto jednak zostać w Daczlandii.


4. Kraków.
Prawda jest niestety taka, że Polska jest mało atrakcyjna turystycznie dla Holendrów, którzy jeśli już w ogóle decydują się na przyjazd do nas, to głównie jadą zobaczyć Auschwitz. I wsio, po drodze może niektórzy zahaczą jeszcze o Kraków i ci będą wiedzieć, co to jest Wawel. Polskie morze cieszy się chyba tylko popularnością wśród niemieckich turystów, a polskie zamki, których mamy 419, pałaców zaś 2 021, z czego najwięcej jest na Dolnym Śląsku (z którego pochodzę i sama zresztą wychowałam się w domku z widokiem na zamek Bolków, a raczej na jego ruiny, no ale zawsze oko cieszy taki relikt przeszłości, który stoi tak już z osiem wieków) również nie są zbyt rozreklamowane na zachodzie. 100 z 419 zamków jest na Dolnym Śląsku, ale i tak wszyscy jadą zobaczyć Wawel, a nie na przykład taki Zamek Książ, który w mojej opinii jest o wiele ciekawszy, a zwłaszcza jeśli popatrzeć na jego historię podczas II wojny światowej. Tak na marginesie bardzo ciekawie Zamek Książ przedstawiła Joanna Bator w swojej ostatniej powieść "Ciemno, prawie noc", za którą zresztą dostała Literacką Nagrodę NIKE. Jednak wracając do Krakowa, bo jakoś tak za bardzo ciągnie mnie na ten rodzinny Dolny Śląsk. Kraków ze swoim rynkiem też głównie jest kojarzony przez Daczy dzięki Euro 2012, ponieważ mimo, że Holendrzy grali na boiskach na Ukrainie, to za swoją bazę treningowo-noclegową wybrali Kraków. I Kraków w ten sposób został bardzo w Holandii rozreklamowany. Szkoda tylko, że jednak niewiele polskich atrakcji turystycznych, poza Krakowem, znają Holendrzy. To naród, który uwielbia podróżować, więc gdyby tak dobrze Polskę zaprezentować, to kto wie? Mamy i morze, i góry, i prawdziwe lato, i prawdziwą zimę. Parki narodowe, zamki, pałace, no jest w czym wybierać. Nie ma co jednak narzekać, dobrze, że przynajmniej Dacze znają taki Kraków i uważają, że jest przepiękny. "Zwłaszcza latem" :)

5. Andrzej Sapkowski.
Tak! Sama byłam zdziwiona! Andrzeja Sapkowskiego można znaleźć na holenderskiej Wikipedii, a jego powieści są tłumaczone na holenderski. Trzech Daczy z towarzystwa (oczywiście fani fantastyki, Tolkiena i "Władcy Pierścieni") wiedziało o De Hekser, czyli o naszym polskim Wiedźminie! Pomyślcie, ile w tym momencie zyskałam punktów w oczach tych Daczy, kiedy im powiedziałam, że w liceum dostałam epizodyczną rólkę Elfa w ekranizacji Wiedźmina. Zdjęcie poniżej na dowód (tak, tak, tam w tle to Michał "Wiedźmin" Żebrowski) ;) Jednak nic dziwnego, że Andrzej Sapkowski jest kojarzony przez Daczy,w końcu jest zaraz po Lemie najczęściej tłumaczonym polskim autorem fantastyki. I tu, co ciekawe, Lema towarzystwo jednak jakoś nie kojarzyło i wszyscy byli mocno zdziwieni, że to właśnie na podstawie jego książki powstał film "Solaris" z Georgem Clooney'em w roli głównej. Może to akurat jest kwestia pokolenia, że szybciej kojarzą Sapkowskiego, niż Lema.


CDN...

wtorek, 25 marca 2014

8 pytań, które usłyszycie tylko w Holandii...

1. U lekarza:
Antybiotyki?

W Holandii antybiotyk, to lekarz przepisuje tylko przy gangrenie. A tak w razie grypy, to pozostaje aspiryna albo paracetamol. Dla większości mieszkających tu w Daczlandii Polaków to jest prawdziwy szok, że przy gorączce ponad 38°C nie dostaną antybiotyku. Ba! Jak powiedziałam to mojej mamie, to nie mogła uwierzyć i lamentowała, że mi w takim razie załatwi dwa opakowania jakiegoś Duomoxu czy innego oxu, bym miała tak na wszelki wypadek, tak w razie grypy. Tu jednak nie zgadzam się z moją mamą, ale potakuję holenderskim internistom. W Polsce tak trochę z tymi antybiotykami to ci lekarze nas rozpieścili, choć nie wiem akurat, czy słowo "rozpieścili" jest tu odpowiednie. Bo jednak antybiotyki są dość szkodliwe. Swoją drogą, że dla Daczy temperatura ciała w granicy 37-38°C to nie jest jeszcze żadna tam wielka gorączka, przez którą warto brać choćby wolne w pracy, więc w deszcz, w zimno, nieważne, heja na rower i do roboty. A to, że zaraża się w ten sposób swoich współpracowników, to już zupełnie inna historia...

2. W  restauracji/barze:
Bez majonezu?! - To o frytkach.
Bez musztardy?! - To o bitterballen.

W Holandii jako snack-food królują niepodzielnie belgijskie frytki i bitterballen zwane przeze mnie "mięsnymi kulkami". Belgijskie frytki, grube, wypasione i żadne tam cieniasy, jak french fries, podawane są w Holandii nie z ketchupem, ale z majonezem. Dla mnie bomba (też i kaloryczna), bo ketchupu nie lubię, poza Tortexem. Dla mnie istnieje na tym świecie tylko jeden słuszny ketchup i jest to Tortex pikantny i choćby tylko po niego śmigam do polskiego sklepu w Amsterdamie. A że w Daczlandii Tortex nie jest zbyt popularny, to pozostaje mi majonez. I musztarda, ale tą z kolei Dacze serwują do bitterballen. Cóż, amerykański relikt fast foodów zwany ketchupem nie cieszy się w Holandii zbyt dużą popularnością. A pomyśleć, że w Polsce walimy go nawet do pizzy. Mamma mia! To Włoch by się uśmiał albo raczej padł na zawał słysząc o takiej profanacji...

3. W coffee shopie:
Ile gramów/jointów?

Mieszkam w Holandii już prawie dwa lata, a i tak ciągle mnie to dziwi, że jakbym chciała zapalić sobie skręta, to mogę pójść za rogiem i legalnie go sobie kupić. Albo trawę na gramy. Co prawda odkąd tu mieszkam, w coffee shopie jeszcze nie byłam ani razu, nawet ze znajomymi przyjeżdżającymi do mnie w odwiedziny, ale mam ten luksus, że mam taką możliwość. Że jakbym chciała, to mogę. Legalnie. I już. Choć trawę, szczerze powiedziawszy, niezbyt lubię i niezbyt dobrze toleruję, to jednak fajnie mieć poczucie możliwości i wyboru, a nie, że ktoś mi z góry mówi, co mogę, a czego nie mogę, co jest dla mnie dobre, a co jest dla mnie beee....

4. U fryzjera:
Suszymy włosy?

Normalna Holenderka powiedziałaby nie dziękuję, przecież same wyschną i wyszłaby w mokrych włosach nawet w najgorszą pogodę i w najsilniejszy wiatr. Zresztą, po co ma je suszyć, skoro w Daczlandii ciągle pada i te włosy tak czy siak będą przecież za chwilę znowu mokre? U nas to nie do pomyślenia, w Holandii to jest norma, że włosów się tu raczej nie suszy. Czy samemu w domu, czy u fryzjera. Holenderka wstaje rano, bierze prysznic, myje włosy, wychodzi spod prysznica, zakłada jakieś ciuchy i wychodzi do pracy. I wsio. I robi tak niezależnie od pogody, pory dnia i roku czy nawet temperatury, która na szczęścia prawie nigdy nie spada tutaj poniżej zera. Na szczęście dla Holenderek, bo pół biedy, że taka może się przez to przeziębić albo złapać grypę, ale może nabawić się przez to paraliżu mięśni twarzowych. Serio. Nie wiem, czy ta niechęć do suszenia to przez lenistwo, czy może tak Holenderki dbają o swoje włosy, że nie chcą ich przesuszyć ani w żaden sposób zniszczyć? Ktoś? Coś?


5. W pracy:
To kiedy mi oddasz te 50 eurocentów?

Słynne daczowskie skąpstwo, o którym już było tu: Where is my money man? Czyli ponownie 50 eurocent of shame. No Dacze tacy są, że jeśli chodzi o pieniądze i o ich pożyczkę, a później zwrot, to nie ma tak lekko, nie ma tak łatwo, nie ma zmiłuj się. W tym temacie nie odpuszczą. Nawet jeśli pożyczycie od Dacza 50 eurocentów to oddajcie mu i to jak najszybciej, choć uwierzcie mi, że mu wcale nie będzie głupio, jak się będzie o nie upominał. Cóż, taki to naród, że jeśli chodzi o kasę to nie ma tu czegoś takiego, jak pożyczka na wieczne nieoddanie. Nawet złotówki ;)


6. Na holenderskim weselu:
Ale co jest w tej kopercie?

No bo w Holandii na prezent weselny to daje się butelkę wina albo, jak usłyszałam ostatnio od koleżanki Kasi, zgrzewkę polskiego piwa (!!!), ewentualnie w najlepszym wypadku cooler do szampana za 200 euro, na który składało się z dziesięć osób... Koperty nawet nie wypada dać w Holandii na prezent, bo tu drogich prezentów się raczej nie daje, więc ile do takiej koperty można by włożyć? 20 euro od osoby? Bo więcej mogłoby zrobić z nas jakiś snobów, przy których reszta wyszłaby bladziutko. Co by miał powiedzieć ten gość, który dał na prezent zgrzewkę piwa, a my powiedzmy, dajemy sto euro w kopercie? Co kraj, to obyczaj, ale właśnie za wesela lubię Polskę. Nie tylko nowożeńcy chcą zrobić jak najlepszą imprezę dla swoich gości, ale i goście chcą się jak najlepiej odwdzięczyć nowożeńcom za ich wysiłek (finansowy głównie). I rekompensują to właśnie w miarę możliwości w postaci koperty. W Holandii generalnie wesele nie jest ani szczególne, ani "na bogato" (choć akurat moje doświadczenie w tym temacie jest całkiem inne), więc zapewne przez to te prezenty są jakie są, czyli są byle jakie. Delikatnie powiedziawszy.

7. W klubie:
Jesteś homo czy hetero?

Jak ktoś dłużej pomieszka w Holandii to na pewno zdarzy mu się prędzej czy później taka sytuacja, że będzie podrywał/podrywała go/ją osoba tej samej płci w jakimś klubie. Powiedzieli mi tak na początku znajomi Polacy mieszkający w Amsterdamie już od dobrych kilku lat i jakoś im nie do końca wtedy uwierzyłam, jednak ostatnio przekonałam się na własnej skórze, że coś w tym jednak jest. Choć wydaje mi się, że to akurat częściej jednak dotyczy panów niż panie, ale wszak w Holandii, w tej ostoi tolerancji i liberalizmu, można się tego spodziewać. Prędzej czy później. Jest nawet pewien klub w Amsterdamie, który każe Ci zdefiniować swoją orientację już przy wyborze toalety, w której nie ma podziału na damską i męską, ale na Homo i Hetero. Tak oto musimy się zdeklarować w Supperclubie w Amsterdamie. Jest tylko jeden haczyk. Palarnia jest w toalecie Homo... Z tego, co pamiętam, pracujące tam kelnerki czy hostessy to przeważnie transseksualiści. Ciekawe, do której toalety chodzą?

8. W twoim domu:
A dlaczego macie tu tak ciepło?

Jeśli jesteś Polakiem to temperaturę w domu masz ustawioną zapewne na 21-22°C. Czyli masz normalną pokojową temperaturę. Niektórzy, co są zmarzluchami, może mają nawet 23-24°C. A Dacze? 17-18°C... nawet w zimie. Dacze lubią zimno i są bardzo zahartowani. Nie wiadomo, co w sumie było pierwsze, czy tak bardzo zahartowało ich to zimno, czy z natury są tak zahartowani, że ciągle im gorąco? To dylemat na zasadzie, co było pierwsze, jajo czy kura? Z lubym mieliśmy długą i zaciętą walkę o temperaturę w mieszkaniu, bo ja jestem strasznym zmarzluchem, a on typowym Daczem. Walka partyzancka trwała półtora roku, on codziennie zmniejszał temperaturę do 19°C, a ja zwiększałam do 25°C i w końcu zgodził się pół roku temu pójść na kompromis. Stanęło na 22°C, czyli dokładnie na tym, co chciałam, ha! Choć teraz za każdym razem, gdy przychodzą do nas w odwiedziny znajomi Dacze, pierwsze co pytają już od progu to: Dlaczego u was jest tak gorąco? 

środa, 19 marca 2014

Kozaki a nie chodaki, białe legginsy i niedbałe koki, czyli casualowy stajl przeciętnej Holenderki

Było już o męskim stajlu Daczy tutaj: Niezłego masz stajla, czyli rozbieramy Daczy do naga! No prawie..., więc dziś będzie o stajlu Holenderek. Chciałabym powiedzieć, że Doutzen Kroes jest typową holenderską kobietą. Cóż, chciałabym, ale na chciejstwie i na życzeniach mogę tylko skończyć, choć ku woli sprawiedliwości i ku woli ścisłości nie każda kobieta w Polsce wygląda jak Anja Rubik. I może na szczęście, bo czasami patrząc na Anję, z całą sympatią dla niej, mam ochotę nakarmić ją kotletem z panierką. Albo przynajmniej marchewką. Cóż, w wyobrażaniach wielu ludzi przeciętna Holenderka jest wysoką, wysportowaną blondynką o niebieskich oczach i delikatnych piegach. A co do jej stylu, to hmm... Tu sprawa jest prosta i toporna, jak budowa czołgu T-55, czyli rozróżniam tak naprawdę tylko jeden podstawowy styl ubierania się kobiet w Daczlandii, czyli tak bardzo ukochany przez Holenderki i znany tu zapewne wszystkim casual występujący w pięciu wersjach:

Wersja No. 1 codzienna, standardowa, czyli basic.


1. Niedbały kok lub niewysuszone włosy.

2. Całkowity brak makijażu lub makijaż no make up.

3. Niedbale zarzucony szalik XXL, często przypominający koc.

4. W zależności od pory roku: t-shirt, bluza, sweter lub golf w stonowanych kolorach.

5. Brak jakiejkolwiek biżuterii, nawet zegarka.

6. Płaszcz, tudzież długa kurtka wyglądająca jak po babci.

7. Jeansy lub ciemne legginsy.

8. Kozaki lub botki na płaskiej podeszwie, ewentualnie na bardzo niskim obcasie. 

Wersja No. 2 codzienna, standardowa, ale z nutką awangardy.


1. Rozpuszczone włosy, ale z kapeluszem, ewentualnie czapką. Kapelusz z niewiadomych powodów zazwyczaj jest koloru bordowego.

2. Delikatny make up.

3. Niewidoczna na zdjęciu, ale istniejąca biżuteria w postaci niewielkich kolczyków lub dyskretnego naszyjnika oraz bransoletek.

4. Skórzana kurtka vintage lub stylizowana na starą.

5. Szorty założone na rajtuzy. Te bardziej szalone i awangardowe Holenderki specjalnie robią dziurkę w swoich rajtuzach albo zakładają takie w odjechane wzory czy/i kolory.

6. Torebka XXL zazwyczaj dopasowana kolorem i materiałem do butów.

7. Militarne botki, glany albo buty na niezbyt wysokiej koturnie.

Wersja No. 3 wieczorna, wyjściowa, tudzież cocktailowa.


1. Włosy natapirowane do góry i zaczesane za czoło.

2. Mocny make-up.

3. Futerko, nawet późną wiosną i przeważnie sztuczne, nie ze skóry naturalnej, zazwyczaj w kolorze beżowym lub ecru.

4. Bluzka, raczej nie z dekoltem w stonowanym pastelowym kolorze.

5. Biżuteria rzucająca się w oczy, choć raczej nic nazbyt ekstrawaganckiego.

6. Spódnica mini lub skórzane czarne spodnie.

7. Kozaki w porze letniej, szpilki zimą. Nie pytajcie, dlaczego w Holandii jest to na odwrót... To jest zagadka wszechświata.

Wersja No. 4 à la kobiecy de Kakker


1. Makijaż i włosy, jak z katalogu Scapa.

2. Elegancka chusta od Ralpha Laurena.

3. Płaszcz w najmodniejszym karmelowym kolorze od Calvina Kleina.

4. Koszulka z najnowszej kolekcji Tommy'ego Hilfigera.

5. Spódnica z Benettona.

6. Piękna skórzana torebka robiona na zamówienie u kaletnika (bo trzeba mieć coś niepowtarzalnego).

7. Buty sznurówkami dopasowane do skarpet lub mokasyny (oczywiście bez skarpet) marki Gucci, Prada tudzież innej Chanel.

Wersja No. 5 fashion nightmare, czyli białe legginsy 3/4.


1. Sukienka albo tunika w intensywnie czerwonym lub wyblakłym żółtym kolorze.

2. Białe legginsy długości 3/4 lub do kostki.

3. Klapki lub kozaki kowbojki, fujjjjjjjjjjjjj!

A to, co jest na górze ucięte z tego zdjęcia, to uwierzcie mi, że nie chcielibyście tego oglądać...

poniedziałek, 10 marca 2014

Niezłego masz stajla, czyli rozbieramy Daczy do naga! No prawie...

No prawie, bo jak wiadomo, prawie robi wielką różnicę. A tu robi taką różnicę, że nie otrze nam się to rozbieranie o pornografię. Chociaż... ;) W każdym bądź razie dziś pofolguję sobie nieco i niecnie moim zboczeniom zawodowym i wezmę pod lupę styl Daczy. Od trzech dni mamy w Holandii wiosnę, piękną słoneczną pogodę i temperaturę w granicach 18-20°C, więc zimowe płacze poszły do szaf i Dacze pokazują nie tylko więcej ciała, ale przede wszystkim swój styl. Tu różnice kulturowe gołym okiem można zobaczyć na holenderskich ulicach. I moim zdaniem można podsumować je całkiem krótko, bo w jednym zdaniu. W Polsce kobiety o wiele lepiej ubierają się, niż mężczyźni, w Holandii zaś zauważam tendencję dokładnie odwrotną. Zatem na pierwszy ogień pójdą dziś panowie, bo swoim ubiorem absolutnie nie ustępują miejsca swoim daczowskim krajankom, a nawet ba! Co więcej, biją je swoim stylem na głowę i naprawdę nie mam tu na myśli tylko tych panów, co kochają inaczej... Zatem będzie dziś o holenderskiej modzie i mam nadzieję, że będzie bardziej ze smakiem i nieco bardziej na poważnie, niż w polskim Glamour piszącym głupoty, jakie ciepłe gacie kupić w Paryżu, jeśli jedziesz protestować na... Majdan. Tytuł ów tego jakże na czasie "dzieła" to: Rewolucja nie ubiera się u Prady. Cóż... Na okładce redakcja poszła jeszcze ciut dalej w swoim debilizmie umieszczając bardziej kretyński tytuł i podkreślając go wielką czerwoną strzałką: Modne rewolucjonistki na Majdanie. Cóż... Na szczęście nie wszyscy ludzie pracujący w modzie są pozbawieni mózgu i nie tylko oglądają pokazy mody, ale i też czasem wiadomości. To tak na marginesie, bo naprawdę moda jest nie tylko dla idiotów. I idiotek.

Zatem styl Dacza faceta możemy podzielić generalnie na 3 kategorie:


1. Dacz tradycjonalista.

2. Dacz de Kakker,o którym mowa była już kiedyś w innym poście: De Kakker, czyli holenderski odpowiednik anty-hipstera.

3. Dacz hipster, gatunek na wymarciu.

Skupimy się na Daczu tradycjonaliście, bo o de Kakkerze już było, a holenderscy hipsterzy idą do lamusa, lub jak to woli, schodzą do podziemia, co tylko udowadnia, że tradycja oraz klasyka zawsze wygrywa w końcu z przejściową modą i pozerstwem. Zatem rozbierzmy Dacza tradycjonalistę na czynniki pierwsze, czyli prawie do bokserek...


1. Buty.
 Od nich wszystko się zaczyna. Poznasz Holendra po jego butach, taka jest moja daczowska maksyma. Kiedy przyjechały do mnie w odwiedziny znajome panny Joanny, nie mogły się nadziwić, jak to się dzieje, że Dacze zawsze mają takie czyste, zadbane, schludne i wypolerowane buty, nawet w najgorszą pogodę i w największym deszczu. Odpowiedź jest prost, jak Wieża w Pizie, nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale rzeczywiście ich buty świecą się 24/h, jak psu, no tego, oczy na widok dorodnej kości albo innej szynki czy tam kiełbasy. Podejrzewam, że rolę odgrywa cena, bo co jak co, ale Dacz na butach nie skąpi. Nigdy. A ma ich w swojej garderobie, nie dwie, nie trzy pary, ale nawet kilkanaście. I każda z nich kosztuje 300-400 euro. Młodsze pokolenie Daczy lubi sobie nieco podkreślać swój indywidualizm w... sznurówkach i do eleganckich butów często noszą sznurówki w kolorze malachitowym, intensywnej czerwieni czy kobaltu. Taka to ich niby mała modowa rewolucja. Starsze pokolenie w tym temacie pozostaje wierne klasyce, czyli sznurówki są stonowane z kolorem obuwia.

2. Pasek.
Tak już jest w Holandii, że jak mowa o butach, to i w rozmowie przewinie się pasek. Choć niewidoczny na zdjęciu, zapewne pasek tego Dacza jest dopasowany do jego butów. Zazwyczaj Dacze kupując buty dokupują do nich również pasek z tej samej skóry, w tym samym kolorze i też za niemałą kasę. Chyba nikt tak jak Dacze nie przestrzegają zasady jak cię widzą, tak cię piszą. Może nie tyle, co piszą, ile jak cię widzą, tak chcą robić z tobą interesy.

3. Zegarek.
I znów, jak buty oraz pasek, to i w grę wchodzi także zegarek. Jeśli zegarek jest na pasku, to też dopasowanym kolorem do butów i paska przy spodniach. Jeśli na bransoletce, no cóż... Uwierzcie mi, że kosztował sporo. Kiedyś znajomy lubego opowiadał w rozmowie, że chce sobie kupić zegarek za kilka tysięcy ojro, bo kiedy jak nie teraz, gdy jeszcze nie ma żony ani dzieci. I sobie kupił. Wiem, wiem. Abstrakcja, ale kto z drugiej strony bogatemu zabroni? Choć ja w sumie nawet jako największa fanka mody i stylu taką kasę wolałabym wydać na podróże...

4. Koszula.
No tych to Dacz w szafie ma naprawdę sporo. I 90% z nich będzie w kolorze niebieskim. 500 odcieni błękitu, tak krótko można podsumować garderobę Dacza, w której wieszaki głównie zostały zaanektowane przez niebieskie koszule. Na bardziej oficjalne okazje Dacze zakładają krawat, ale generalnie na co dzień lubią nosić koszule bez krawata, bo dzięki temu są bardziej casual, bardziej na luzie, co dla przeciętnego Polaka brzmi zapewne, jak kolejna abstrakcja. Ale cóż, ostrzegałam, że różnice kulturowe są widoczne zwłaszcza w ubiorze gołym okiem... I teraz myślę, co głównie panowie w Polsce mają w swoich szafach. I stwierdzam, że t-shirty z H&M lub innej sieciówki... I absolutnie nie ma w tym żadnej podszytej złośliwości z mojej strony! Po prostu stwierdzam fakt. 

5. Skarpetki.
Tu niewidoczne, ale Dacze często folgują sobie właśnie w... skarpetkach. Najczęściej owe szaleństwo odbywa się nie tyle, co w kolorach, ile we wzorach, czyli w rombach, kratkach i paskach, a co poniektórzy odważniejsi panowie pozwalają sobie nawet na kropki. Wiem, że brzmi to może jak z poradnika Gejowskiej pani domu, ale ja na przykład ten niekonwencjonalny i nowatorski akcent bardzo u Daczy lubię, bo jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, według mnie nadaje im charakteru, a takiej właśnie nutki szaleństwa często u Daczy mi brakuje. I to nie tylko w ubiorze ;)

6. Włosy.
Choć w tym temacie mój luby zdecydowanie nie zalicza się do typowego Dacza, to jednak statystyczny Dacz ma włosy właśnie mniej więcej tej długości, co pan ze zdjęcia i zazwyczaj też w kolorze blond. Włosy dla Dacza są bardzo ważne, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że stanowią 50% jego wyglądu, bo właśnie po ubiorze i po włosach mogę rozpoznać Dacza za granicą. Młodsze pokolenie może czasem przesadza trochę z żelem, ale z wiekiem to się u nich unormuje. Ponieważ przeciętny Dacz dopóki może i dopóki matka natura daje mu taką możliwość, ma te w włosy w długości, pi razy oko, za ucho, zatem często na ulicy można spotkać starszych panów w zadbanych, dłuższych i już siwych włosach. Dla mnie ten trend jest jak najbardziej na plus!

7. Garnitur.
I najważniejsze na koniec, bo dla Daczy garnitur jest właśnie taką ich drugą skórą. Najczęściej skrojony na miarę, leży na nich, jak ulał. Zszyty tak, że mucha nie siada, nogawki i rękawy ani nie są za krótkie, ani za długie, co by nie było wątpliwości, że to nie jest garnitur dla Hipstera (gdzie wszystko jest za krótkie). O kulcie garnituru w Holandii chyba najlepiej świadczy światowy sukces holenderskiej marki Suits Supply, która nie tylko zasłynęła z doskonałej jakości i idealnie skrojonych garniturów oraz designerskich sklepów, ale i z kontrowersyjnych reklam, które możecie sobie zobaczyć poniżej. I tu tak na koniec będzie właśnie a propos tego "prawie" rozbierania do nagości. Bo kto powiedział, że to rozbieranie miało dotyczyć panów? ;)

wtorek, 4 marca 2014

Browar, mafia i gruba kasa, czyli o porwaniu Freddy'ego Heinekena...

Kiedyś obiecałam Wam opowiedzieć więcej o historii porwania Alfreda Heinekena. Kiedyś, a dokładnie obiecałam Wam to w Dekalogu Daczomana (tudzież Daczomanki), części 2 i zarazem ostatniej. Dziś słowa dotrzymam i cofnę czas do 1983 roku (mój boże, jeszcze mnie wtedy nawet na świecie nie było i to nawet w postaci zygoty!). Wtedy to właśnie Alfred Heineken, zwany Freddym, spadkobierca rodzinnej fortuny i właściciel browaru Heineken, wraz ze swoim szoferem został porwany przez gang, na którego czele stał Willem Holleeder. Choć tu w sumie pojawiają się sprzeczne wersje, bo ponoć Holleeder wcale nie był mózgiem operacji, a "tylko" jednym z piątki porywaczy. Cor van Hout, Jan Boelaard, Frans Meijer, Martin Erkamps i oczywiście Willem Holleeder, czyli pięć imion oraz nazwisk, które nie tylko na stałe wpisały się do kartoteki policyjnej, ile do mass mediów oraz świadomości niemal wszystkich holenderskich obywateli. Zwłaszcza nazwisko Holleedera. Dlaczego? O tym nieco później. 

 Ta historia rodem z filmu, która nota bene doczekała się całkiem dobrej ekranizacji w reżyserii Maartena Treurnieta z Rutgerem Hauerem w tytułowej roli Heinekena, dokładnie miała swój początek 9 listopada 1983 roku. W tym dniu Freddy Heineken i jego szofer Ab Doderer zostali zgarnięci z ulicy przed biurem Heinekena na Tweede Weteringplantsoen w Amsterdamie przez uzbrojonych w Uzi oraz w karabiny porywaczy, następnie zostali wrzuceni do furgonetki i przetransportowani do budynku stolarni w pobliżu amsterdamskiego portu (Westpoort), gdzie porywacze przekształcili tam pomieszczenie na tyłach budynku w prowizoryczną, ukrytą celę. Jak się można łatwo domyśleć, ich celem był okup. Za uwolnienia Heinekena porywacze zażądali 35 milionów guldenów (około 16 milionów euro) w postaci 200 000 banknotów w czterech różnych walutach, podzielonych i zapakowanych w pięć worków. Porywacze kontaktowali się z rodziną porwanego między innymi częściowo za pomocą listów, a częściowo za pomocą zaszyfrowanych ogłoszeń w prasie. Gra nerwów trwała 19 dni, zanim 28 listopada 1983 roku rodzina Heinekenów w lasach w okolicach Zeist przekazała porywaczom 35 milionów guldenów. To jednak nie był koniec całej sprawy, ponieważ porywacze po otrzymaniu okupu wcale nie uwolnili zakładników, ale uciekli pozostawiając ich zamkniętych w celi...


Na szczęście policja dzięki sprawnemu śledztwu 2 dni później uwolniła Alfreda Heinekena oraz jego szofera. Cała sprawa, od momentu porwania do momentu uwolnienia Heinekena, rozgrywała się przez 3 tygodnie, że się tak wyrażę, na oczach całej Holandii. Przez 21 dni Dacze z zapartym tchem śledzili postępowanie policji w tej sprawie. To jednak nie koniec tej historii, która na szczęście zakończyła się happy endem dla samego porwanego i jego kierowcy. Rozpoczął się pościg za porywaczami. Jeden za drugim wpadali w ręce policji. Jednak największy problem był z zatrzymaniem Fransa Meijera, Cora van Houta i właśnie Willema Holleedera. Ci dwaj ostatni zbiegli do Francji i zaraz po otrzymaniu okupu ukryli się w Paryżu. I tu zaczęła się walka o ekstradycję (cóż, jak uciekać, to właśnie do Francji). Obaj porywacze okazali się całkiem niegłupi, bo jako prawnika zatrudnili sobie nikogo innego, a Maxa Moszkowicza, jednego z najlepszych adwokatów w Holandii, obrońcę innego znanego holenderskiego gangstera Klaasa Bruinsma, który był okrzyknięty ojcem chrzestnym amsterdamskiego półświatka i zyskał przydomek "narkotykowego lorda" (o nim też obiecuję osobno napisać). Max Moszkowicz sam ma zresztą dość ciekawą historię rodzinną, bo w czasie Holocaustu jego rodzice zostali zamordowani, on sam zaś przeżył Auschwitz. Bardzo często przejeżdżam obok jego kancelarii przy Herengracht 464, jak się można domyślać, robi wrażenie. Nota bene Bram Moszkowicz, jego syn, był prawnikiem Geerta Wildersa i bronił go w słynnym procesie w latach 2010-2011, kiedy Wilders został oskarżony o obrażanie grup religijnych i etnicznych oraz podżeganie do nienawiści i dyskryminacji. Wilders został uniewinniony. Choć Bram Moszkowicz w 2013 roku stracił swoją licencję i prawo do wykonywania zawodu między innymi za przyjęcie kilkuset tysięcy euro w gotówce od jednego ze swoich mafijnych klientów, których "zapomniał" zaksięgować czy tam zgłosić, to jeszcze się tutaj w tej historii pojawi nam na chwilę...

W każdym razie jedno można śmiało stwierdzić, porywacze Heinekena zatrudnili sobie naprawdę dobrego adwokata. Było tylko jedno ale... Nawet najlepszy adwokat nie wybroni klienta, który ma winę wręcz wypisaną na twarzy. Holandię czekał więc kolejny medialny spektakl, czyli starania policji o zlokalizowanie i aresztowanie pozostałych porywaczy, a następnie ich proces. Holleeder i van Hout zostali zatrzymani przez francuską policję 29 lutego 1984 roku. Potem nie zgadzając się na ekstradycję zostali przetransportowani do Gwadelupy, potem do Saint Barthélemy, potem do francuskiej części Saint Martin, potem gdzieś tam jeszcze, a potem znów do Gwadelupy, gdzie przebywali w zamknięciu pod okiem policji. Ale nie tam w żadnych więzieniach, ale przeważnie w... hotelach. Duża w tym zasługa ich adwokata Maxa Moszkowicza i jego sprytnych zabiegów. No cóż, to sobie chłopaki troszkę świata zwiedzili, zanim ostatecznie trafili w ręce holenderskiej policji w październiku 1986 roku. 19 lutego 1987 roku zostali skazani na 11 lat więzienia, jednak z odliczeniem czasu, jaki spędzili wcześniej w zamknięciu. Kiedy w 1992 roku panowie opuszczali więzienie, pozostali koledzy z paczki porywaczy urządzili im wielkie przyjęcie w hotelu Marriott w Amsterdamie... Co dość ciekawe jest w tym wszystkim, Holleeder jest synem byłego pracownika browaru Heineken, który został zwolniony z pracy za... nadużywanie alkoholu. To się nazywa choroba zawodowa, lub jak kto woli, niezła przewrotność losu. I tu znów ciekawostka, bo Holleeder i van Hout znali się już od czasów młodości, razem chodzili do jednej klasy, razem rozpoczęli swoją "karierę" kryminalną w tym samym amsterdamskim gangu, a co jeszcze ciekawsze, van Hout poślubił w końcu siostrę Holleedera i można rzec, że stali się braćmi nie tylko w zbrodni, ale i w życiu. To jednak nie koniec policyjnej kartoteki Willema Holleedera...


Mówią, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu...
Cor van Hout (w bordowym krawacie) i Willem Holleeder

W 2007 roku Holleeder znów został skazany na 9 lat, z czego odsiedział 6 w rotterdamskim więzieniu i wyszedł na wolność 27 stycznia 2012 roku. Za co został skazany? Uzbiera się tego sporo. Haracze, wymuszenia, kradzieże i te sprawy. Jego prawnikiem został tym razem syn Maxa Moszkowicza, wspomniany już wyżej Bram. Co w rodzinie, to nie zginie. Tym razem jednak policji nie udało się uchwycić nowego partnera Holleedera w jego kryminalnej działalności - Onura Kuzu, który do dnia dzisiejszego pozostaje na wolności i za którego pomoc w znalezieniu policja wyznaczyła niemałą nagrodę w wysokości 250 000 euro. Zatem łowcy głów, do roboty! Że już nie wspomnę, że w 2013 roku Holleeder znów został zatrzymany, choć tym razem stracił wolność jedynie na miesiąc, jednak do dziś pozostaje jednym z podejrzanych o kolejne wyłudzenia... Jak widać, człowiek na błędach to się raczej nigdy nie uczy, bo Holleeder ciągle pozostaje wierny tej samej profesji...

I na koniec jeszcze słówko o filmie "Porwanie Heinekena", bo i w tej historii Holleeder też ma swój udział. Porywacz wytoczył twórcom filmu proces, bo uważał, że... psuje on jego wizerunek. Doprawdy zabawne ma Holleeder poczucie humoru, jednak co było jeszcze większym skandalem w tym wszystkim, że już wcześniej był on zapraszany do programów telewizyjnych, a między innymi do "College Tour", którego innymi gośćmi byli na przykład... Dalajlama czy Desmond Tutu (!!!). Jego uczestnictwo w "College Tour" to był skandal na miarę Kuby Wojewódzkiego krzyczącego w radiu XYZ "Wszyscy jesteśmy Mariuszami" (mowa oczywiście o ostatnio wypuszczonym na wolność seryjnym mordercy i pedofilu - Mariuszu Trynkiewiczu) i puszczającego piosenkę Majki Jeżowskiej "Wszystkie dzieci nasze są". Cóż, nie od dziś wiadomo, że media zrobią wszystko dla oglądalności/poczytalności/słuchalności czy/też/i/lub szumu. W każdym bądź razie myślę, że Willem Holleeder skarżąc twórców filmu "Porwanie Heinekena" też się nieźle ośmieszył, bo kto jak kto, ale on to już dawno ma reputację, lekko mówiąc, nadszarpaną, by nie powiedzieć, że rozjechaną, zoraną i szemraną, jak asfalt na polskiej autostradzie. Swój akt oskarżenia Holleeder argumentował tym, że on pewnych rzeczy nie robił, jakie pokazano, że niby robił w filmie. Że nie znęcał się nad Heinekenem ani nie wsadzał mu głowy w muszlę klozetową. Oj, nie! Co to, to nie on! Niewinny baranek, na którym bezduszni filmowcy tak bezczelnie chcieli żerować przeinaczając fakty! Przecież w swoim mniemaniu był on dobrym porywaczem, jeśli w ogóle można tutaj użyć takiego oksymoronu... Jednak, co jeszcze bardziej w tym wszystkim abstrakcyjne i absurdalne, swoje zarzuty nie opierał na filmie, bo go nie mógł obejrzeć w więziennej celi, ale na informacjach pojawiających się w prasie i na... traileru. Aż znów muszę pokusić się na ironię... A mówią, że Dacze nie mają poczucia humoru! Sprawy nie wygrał jednak, bo choć film jest na faktach, twórcy zostawili sobie pole dla własnej wyobraźni i interpretacji, choćby przez to, że z piątki porywaczy zrobili czterech, a Holleeder jest w ich filmie właśnie takim zlepkiem dwóch postaci. Więc sorry-batory, ale tym absurdalnym procesem Holleeder tak naprawdę tylko pomógł w promocji filmu. Zatem Kochani Wydaczeni, odpalajcie dziś wieczorem Netflixa i obejrzyjcie koniecznie "Porwanie Heinekena"!

PS 1
Cor van Hout został zamordowany w 2003 roku.

PS 2
Alfred Heineken zmarł 3 stycznia 2002 roku. Rodzinną fortunę odziedziczyła po nim jego córka, Charlene de Carvalho-Heineken, która dziś jest najbogatszą osobą w Holandii i jej majątek szacuje się na 11 miliardów euro.

PS 3
Frans Meijer został zatrzymany w 1994 roku (!) w Paragwaju, jako ostatni z całej piątki porywaczy.

PS 4
8 milionów guldenów, czyli prawie 3,5 mln euro z 35 milionów guldenów okupu, nigdy nie odnaleziono... Stawiam, że poszły na pensję dla Moszkowicza ;)

PS 5
Dziś można spotkać Willema Holleedera w Amsterdamie, gdzie jakby nigdy nic śmiga sobie na luzie po mieście swoją Vespą (luby widział go w ciągu ostatniego pół roku już ze dwa razy), więc strzeżcie się, bo to nie jest człowiek, któremu chcielibyście zajechać drogę, choćby nawet rowerem....