wtorek, 4 marca 2014

Browar, mafia i gruba kasa, czyli o porwaniu Freddy'ego Heinekena...

Kiedyś obiecałam Wam opowiedzieć więcej o historii porwania Alfreda Heinekena. Kiedyś, a dokładnie obiecałam Wam to w Dekalogu Daczomana (tudzież Daczomanki), części 2 i zarazem ostatniej. Dziś słowa dotrzymam i cofnę czas do 1983 roku (mój boże, jeszcze mnie wtedy nawet na świecie nie było i to nawet w postaci zygoty!). Wtedy to właśnie Alfred Heineken, zwany Freddym, spadkobierca rodzinnej fortuny i właściciel browaru Heineken, wraz ze swoim szoferem został porwany przez gang, na którego czele stał Willem Holleeder. Choć tu w sumie pojawiają się sprzeczne wersje, bo ponoć Holleeder wcale nie był mózgiem operacji, a "tylko" jednym z piątki porywaczy. Cor van Hout, Jan Boelaard, Frans Meijer, Martin Erkamps i oczywiście Willem Holleeder, czyli pięć imion oraz nazwisk, które nie tylko na stałe wpisały się do kartoteki policyjnej, ile do mass mediów oraz świadomości niemal wszystkich holenderskich obywateli. Zwłaszcza nazwisko Holleedera. Dlaczego? O tym nieco później. 

 Ta historia rodem z filmu, która nota bene doczekała się całkiem dobrej ekranizacji w reżyserii Maartena Treurnieta z Rutgerem Hauerem w tytułowej roli Heinekena, dokładnie miała swój początek 9 listopada 1983 roku. W tym dniu Freddy Heineken i jego szofer Ab Doderer zostali zgarnięci z ulicy przed biurem Heinekena na Tweede Weteringplantsoen w Amsterdamie przez uzbrojonych w Uzi oraz w karabiny porywaczy, następnie zostali wrzuceni do furgonetki i przetransportowani do budynku stolarni w pobliżu amsterdamskiego portu (Westpoort), gdzie porywacze przekształcili tam pomieszczenie na tyłach budynku w prowizoryczną, ukrytą celę. Jak się można łatwo domyśleć, ich celem był okup. Za uwolnienia Heinekena porywacze zażądali 35 milionów guldenów (około 16 milionów euro) w postaci 200 000 banknotów w czterech różnych walutach, podzielonych i zapakowanych w pięć worków. Porywacze kontaktowali się z rodziną porwanego między innymi częściowo za pomocą listów, a częściowo za pomocą zaszyfrowanych ogłoszeń w prasie. Gra nerwów trwała 19 dni, zanim 28 listopada 1983 roku rodzina Heinekenów w lasach w okolicach Zeist przekazała porywaczom 35 milionów guldenów. To jednak nie był koniec całej sprawy, ponieważ porywacze po otrzymaniu okupu wcale nie uwolnili zakładników, ale uciekli pozostawiając ich zamkniętych w celi...


Na szczęście policja dzięki sprawnemu śledztwu 2 dni później uwolniła Alfreda Heinekena oraz jego szofera. Cała sprawa, od momentu porwania do momentu uwolnienia Heinekena, rozgrywała się przez 3 tygodnie, że się tak wyrażę, na oczach całej Holandii. Przez 21 dni Dacze z zapartym tchem śledzili postępowanie policji w tej sprawie. To jednak nie koniec tej historii, która na szczęście zakończyła się happy endem dla samego porwanego i jego kierowcy. Rozpoczął się pościg za porywaczami. Jeden za drugim wpadali w ręce policji. Jednak największy problem był z zatrzymaniem Fransa Meijera, Cora van Houta i właśnie Willema Holleedera. Ci dwaj ostatni zbiegli do Francji i zaraz po otrzymaniu okupu ukryli się w Paryżu. I tu zaczęła się walka o ekstradycję (cóż, jak uciekać, to właśnie do Francji). Obaj porywacze okazali się całkiem niegłupi, bo jako prawnika zatrudnili sobie nikogo innego, a Maxa Moszkowicza, jednego z najlepszych adwokatów w Holandii, obrońcę innego znanego holenderskiego gangstera Klaasa Bruinsma, który był okrzyknięty ojcem chrzestnym amsterdamskiego półświatka i zyskał przydomek "narkotykowego lorda" (o nim też obiecuję osobno napisać). Max Moszkowicz sam ma zresztą dość ciekawą historię rodzinną, bo w czasie Holocaustu jego rodzice zostali zamordowani, on sam zaś przeżył Auschwitz. Bardzo często przejeżdżam obok jego kancelarii przy Herengracht 464, jak się można domyślać, robi wrażenie. Nota bene Bram Moszkowicz, jego syn, był prawnikiem Geerta Wildersa i bronił go w słynnym procesie w latach 2010-2011, kiedy Wilders został oskarżony o obrażanie grup religijnych i etnicznych oraz podżeganie do nienawiści i dyskryminacji. Wilders został uniewinniony. Choć Bram Moszkowicz w 2013 roku stracił swoją licencję i prawo do wykonywania zawodu między innymi za przyjęcie kilkuset tysięcy euro w gotówce od jednego ze swoich mafijnych klientów, których "zapomniał" zaksięgować czy tam zgłosić, to jeszcze się tutaj w tej historii pojawi nam na chwilę...

W każdym razie jedno można śmiało stwierdzić, porywacze Heinekena zatrudnili sobie naprawdę dobrego adwokata. Było tylko jedno ale... Nawet najlepszy adwokat nie wybroni klienta, który ma winę wręcz wypisaną na twarzy. Holandię czekał więc kolejny medialny spektakl, czyli starania policji o zlokalizowanie i aresztowanie pozostałych porywaczy, a następnie ich proces. Holleeder i van Hout zostali zatrzymani przez francuską policję 29 lutego 1984 roku. Potem nie zgadzając się na ekstradycję zostali przetransportowani do Gwadelupy, potem do Saint Barthélemy, potem do francuskiej części Saint Martin, potem gdzieś tam jeszcze, a potem znów do Gwadelupy, gdzie przebywali w zamknięciu pod okiem policji. Ale nie tam w żadnych więzieniach, ale przeważnie w... hotelach. Duża w tym zasługa ich adwokata Maxa Moszkowicza i jego sprytnych zabiegów. No cóż, to sobie chłopaki troszkę świata zwiedzili, zanim ostatecznie trafili w ręce holenderskiej policji w październiku 1986 roku. 19 lutego 1987 roku zostali skazani na 11 lat więzienia, jednak z odliczeniem czasu, jaki spędzili wcześniej w zamknięciu. Kiedy w 1992 roku panowie opuszczali więzienie, pozostali koledzy z paczki porywaczy urządzili im wielkie przyjęcie w hotelu Marriott w Amsterdamie... Co dość ciekawe jest w tym wszystkim, Holleeder jest synem byłego pracownika browaru Heineken, który został zwolniony z pracy za... nadużywanie alkoholu. To się nazywa choroba zawodowa, lub jak kto woli, niezła przewrotność losu. I tu znów ciekawostka, bo Holleeder i van Hout znali się już od czasów młodości, razem chodzili do jednej klasy, razem rozpoczęli swoją "karierę" kryminalną w tym samym amsterdamskim gangu, a co jeszcze ciekawsze, van Hout poślubił w końcu siostrę Holleedera i można rzec, że stali się braćmi nie tylko w zbrodni, ale i w życiu. To jednak nie koniec policyjnej kartoteki Willema Holleedera...


Mówią, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu...
Cor van Hout (w bordowym krawacie) i Willem Holleeder

W 2007 roku Holleeder znów został skazany na 9 lat, z czego odsiedział 6 w rotterdamskim więzieniu i wyszedł na wolność 27 stycznia 2012 roku. Za co został skazany? Uzbiera się tego sporo. Haracze, wymuszenia, kradzieże i te sprawy. Jego prawnikiem został tym razem syn Maxa Moszkowicza, wspomniany już wyżej Bram. Co w rodzinie, to nie zginie. Tym razem jednak policji nie udało się uchwycić nowego partnera Holleedera w jego kryminalnej działalności - Onura Kuzu, który do dnia dzisiejszego pozostaje na wolności i za którego pomoc w znalezieniu policja wyznaczyła niemałą nagrodę w wysokości 250 000 euro. Zatem łowcy głów, do roboty! Że już nie wspomnę, że w 2013 roku Holleeder znów został zatrzymany, choć tym razem stracił wolność jedynie na miesiąc, jednak do dziś pozostaje jednym z podejrzanych o kolejne wyłudzenia... Jak widać, człowiek na błędach to się raczej nigdy nie uczy, bo Holleeder ciągle pozostaje wierny tej samej profesji...

I na koniec jeszcze słówko o filmie "Porwanie Heinekena", bo i w tej historii Holleeder też ma swój udział. Porywacz wytoczył twórcom filmu proces, bo uważał, że... psuje on jego wizerunek. Doprawdy zabawne ma Holleeder poczucie humoru, jednak co było jeszcze większym skandalem w tym wszystkim, że już wcześniej był on zapraszany do programów telewizyjnych, a między innymi do "College Tour", którego innymi gośćmi byli na przykład... Dalajlama czy Desmond Tutu (!!!). Jego uczestnictwo w "College Tour" to był skandal na miarę Kuby Wojewódzkiego krzyczącego w radiu XYZ "Wszyscy jesteśmy Mariuszami" (mowa oczywiście o ostatnio wypuszczonym na wolność seryjnym mordercy i pedofilu - Mariuszu Trynkiewiczu) i puszczającego piosenkę Majki Jeżowskiej "Wszystkie dzieci nasze są". Cóż, nie od dziś wiadomo, że media zrobią wszystko dla oglądalności/poczytalności/słuchalności czy/też/i/lub szumu. W każdym bądź razie myślę, że Willem Holleeder skarżąc twórców filmu "Porwanie Heinekena" też się nieźle ośmieszył, bo kto jak kto, ale on to już dawno ma reputację, lekko mówiąc, nadszarpaną, by nie powiedzieć, że rozjechaną, zoraną i szemraną, jak asfalt na polskiej autostradzie. Swój akt oskarżenia Holleeder argumentował tym, że on pewnych rzeczy nie robił, jakie pokazano, że niby robił w filmie. Że nie znęcał się nad Heinekenem ani nie wsadzał mu głowy w muszlę klozetową. Oj, nie! Co to, to nie on! Niewinny baranek, na którym bezduszni filmowcy tak bezczelnie chcieli żerować przeinaczając fakty! Przecież w swoim mniemaniu był on dobrym porywaczem, jeśli w ogóle można tutaj użyć takiego oksymoronu... Jednak, co jeszcze bardziej w tym wszystkim abstrakcyjne i absurdalne, swoje zarzuty nie opierał na filmie, bo go nie mógł obejrzeć w więziennej celi, ale na informacjach pojawiających się w prasie i na... traileru. Aż znów muszę pokusić się na ironię... A mówią, że Dacze nie mają poczucia humoru! Sprawy nie wygrał jednak, bo choć film jest na faktach, twórcy zostawili sobie pole dla własnej wyobraźni i interpretacji, choćby przez to, że z piątki porywaczy zrobili czterech, a Holleeder jest w ich filmie właśnie takim zlepkiem dwóch postaci. Więc sorry-batory, ale tym absurdalnym procesem Holleeder tak naprawdę tylko pomógł w promocji filmu. Zatem Kochani Wydaczeni, odpalajcie dziś wieczorem Netflixa i obejrzyjcie koniecznie "Porwanie Heinekena"!

PS 1
Cor van Hout został zamordowany w 2003 roku.

PS 2
Alfred Heineken zmarł 3 stycznia 2002 roku. Rodzinną fortunę odziedziczyła po nim jego córka, Charlene de Carvalho-Heineken, która dziś jest najbogatszą osobą w Holandii i jej majątek szacuje się na 11 miliardów euro.

PS 3
Frans Meijer został zatrzymany w 1994 roku (!) w Paragwaju, jako ostatni z całej piątki porywaczy.

PS 4
8 milionów guldenów, czyli prawie 3,5 mln euro z 35 milionów guldenów okupu, nigdy nie odnaleziono... Stawiam, że poszły na pensję dla Moszkowicza ;)

PS 5
Dziś można spotkać Willema Holleedera w Amsterdamie, gdzie jakby nigdy nic śmiga sobie na luzie po mieście swoją Vespą (luby widział go w ciągu ostatniego pół roku już ze dwa razy), więc strzeżcie się, bo to nie jest człowiek, któremu chcielibyście zajechać drogę, choćby nawet rowerem....

8 komentarzy:

  1. Niezła historia:)Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam
    Dobra historia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie obejrzałam film(świetny) i szukałam informacji na ten temat i trafiłam na Twój blog i świetnie napisane i jeszcze tu zajrzę i pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów i to już wszystko co chciałam napisać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i nawzajem!!!
      Pozdrawiam ciepło!!!

      Usuń
    2. Fajny artykulik. Dzisiaj w Canal+ będzie film o porwaniu Heinekena z Antony Hopkinsem w roli głównej. A tak a propos wiesz coś o morderstwie Cora van Houta (kto i dlaczego)?

      Usuń
  4. Hej! Właśnie dzisiaj skończyłam czytać książkę " Porwanie Heinekena"... kurde, do ostatniej strony zastanawiałam się, czy na pewno jest to prawda. ALE HISTORIA! Masakra! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Wlasnie czytam ksiazke jego siostri, "Judas", ale z niego numer

    OdpowiedzUsuń