poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Bawimy się przednio, choć tonik się skończył, ekshibicjonista grasuje, a podli złodzieje kradną laptopy, czyli już po Dniu Króla!

No i po pierwszym Dniu Króla! Co tu dużo mówić, sprzedaż zakończyła się sukcesem! Ja sprzedałam więcej, niż połowę swoich nieużywanych ciuchów, bo dwa z trzech worków na śmieci i uzbierałam kasę na nową upatrzoną kieckę, a luby sprzedawał piwo oraz Gin & Tonic. Uzbierał na zrobienie nowych zapasów Ginu i jeszcze zarobił na tym interesie spokojnie ponad 100 euro. Kto wie, może dorzuci mi się również do upatrzonych bucików ;) W każdym bądź razie razem uzbieraliśmy wspólnie 400 euro, z czego luby miał swój wkład w wysokości jakieś 80%. No ale cóż zrobić? Wiadomo, że w taki dzień alkohol sprzedaje się najlepiej, tym bardziej że luby nie miał konkurencji i jako jedyny w okolicy oferował Gin & Tonic do wyboru z ogórkiem, imbirem lub cytrynką. A i wybór Ginu był spośród 12 butelek! W zależności od gustu i od tego, co kto woli. Full service. No co by nie mówić, ludzie wracali po jeszcze, a i swoich znajomych do lubego wysyłali. Słyszałam, że ma pan najlepszy Gin & Tonic w mieście? No miał, miał. Za rok na pewno to powtarzamy i będziemy znów sprzedawać, ja swoją garderobę, a luby Gin z Toniciem :)


W każdym bądź razie impreza podobała mi się nawet bardziej, niż w zeszłym roku. Lepiej coś sprzedawać na zewnątrz, gdy jest taka piękna pogoda, niż siedzieć w domu na jakimś brunchu. Zaczęliśmy sprzedaż o 10.00. Wiem, wiem. Miało być punkt 9.00, ale dzień wcześniej bawiliśmy się na łódce w asyście Daczy, morza piwa i kilkunastu butelek Prosecco. Ciężko jakoś więc było wstać nam o tej 08.00... I nawet szampan do śniadania nie był na tyle kuszący, by się wcześniej wygrzebać z łóżka. Swoją drogą impreza na łodzi naprawdę była przednia, nawet dwa razy był postój, co by panie mogły skorzystać z toalety. Panowie oczywiście robili to pod mostem. Wiem, wiem, jak to brzmi, ale myślę, że ulga malująca się na ich twarzy była dość podobna. Dość porównywalna. Ale wracając do soboty 26 kwietnia, punkt 10.00 zaczęliśmy sprzedaż. Ceny moich ciuchów wahały się w okolicach 5-10 euro, ale po 14.00 wszystko już było po 2 euro. Co ciekawe, po 14.00 sprzedałam już tylko jedną bluzkę. Polce, która też spotyka się z Daczem. Od dwóch lat. Kochana, jak to czytasz, mam nadzieję, że jesteś zadowolona z zakupu! No i powodzenia w wydaczaniu! :)


Znajoma Hania przyszła nam z pomocą. Rok temu też się wspólnie bawiliśmy na ostatnim Dniu Królowej. Wspólne celebrowanie tego święta staje się więc już naszą taką małą tradycją :) A król raczy wiedzieć, że pomoc Haneczki była na wagę złota! Kochana, wiem, że to przeczytasz, więc jeszcze raz ogromne dzięki! Gin & Tonic okazał się na Jordaanie prawdziwym hitem. Luby miał klienta za klientem, więc Tonic skończył mu się niemal błyskawicznie. Kolekcje Ginu ma naprawdę okazałą, więc z jego zapasami nie było problemu (swoją drogą już wiecie, dlaczego nasz szczeniak ma na imię Gin). Ale z Toniciem było kiepsko, a żadne z nas nie mogło zostawić swojego stanowiska sprzedaży. Co by nie mówić, Hania uratowała lubego i ruszyła za Toniciem do sklepu. I jeszcze paroma drobiazgami, szampanem na przykład ;) Przy okazji, jak ja musiałam skoczyć po coś do domu, to Heneczka zajęła się sprzedażą moich rzeczy i tu też miała kilka handlowych sukcesów. Gdy już wszystkie butelki Tonicu skończyły się jakoś po 16.00, a i Ginu ubyło już sporo, a mi również sprzedaż szła wtedy raczej kiepsko (wszystkie co fajniejsze rzeczy zostały już wyłowione przez klientów), zwinęliśmy więc interes i poszliśmy "w miasto". To było jakoś po 17.00.


Przeciskaliśmy się przez tłumy na jednym z kanałów, gdzie doznałam szoku. Zobaczyć ekshibicjonistę w takim tłumie to było dla mnie ogromne zdziwienie, ale przede wszystkim i obrzydzenie, bo otarł mi się tym swoim "czymś" po... moim udzie. Fujjjjj!!! Zatem drogie panie, uważajcie na przyszłość tego dnia w takim ścisku, gdzie ledwo można się poruszyć. Nigdy nie wiesz, co cię może tam zaskoczyć ani otrzeć o ciebie... Zaczynam już rozumieć, dlaczego przy takich okazjach bardziej praktyczne okazują się spodnie, których nosić nie lubię, ale za rok chyba przyjemności noszenia sukienki sobie odmówię w ten dzień. Nieco więc zniesmaczona tym incydentem z panem, który nie miał więcej centymetrów, niż przeciętny Japończyk w tym swoim "czymś", ruszyliśmy na Utrechtsestraat, gdzie byli znajomi lubego. Tam obserwując łódki na Prinsengracht piliśmy szampana i bawiliśmy się w polsko-holendersko-angielskim gronie jakoś do 21.00. No powiem Wam, że coś jest w tym święcie, że integracja wtedy idzie naprawdę dobrze, pełną parą, by nie powiedzieć pełną gębą ;) Ale wtedy to już wieczorem zwinęliśmy się, by coś przekąsić i po konsumpcji najpyszniejszych żeberek na świecie z fryteczkami, byliśmy już tak w sumie zmęczeni, że zawinęliśmy się do domu. Spać. Rano w końcu jechaliśmy po naszą psinę, więc musieliśmy być w miarę wypoczęci i trzeźwi ;)

I tym akcentem bym pewnie skończyła ten post, że to była cudowna impreza, bawiłam się wspaniale, nie licząc oczywiście incydentu ekshibicjonistycznego i nie mogę doczekać się już tej imprezy w następnym roku. I to jest prawda. Ale z drugiej strony dziś złożyła mi wizytę policja, bo w nocy w trakcie Koningsdag a.k.a. King's Day ktoś okradł naszych sąsiadów. Gdy ci spali w domu. Ukradli im laptopy, choć myślę, że moralnie sąsiedzi mają o wiele większe straty, gdy pomyślą, że ktoś obcy buszował im w pokoju obok, gdy ci sobie spokojnie i smacznie spali, a ktoś tak chamsko naruszyli ich prywatną przestrzeń. Oczywiście policja przeprowadzała rutynowe śledztwo, z którego wynikło, że nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, ale taka jest prawda. Człowiek wlewa w siebie trochę tych procentów tego dnia i tej nocy, więc śpi, jak zabity. A tu zong. Idziesz sobie do toalety i możesz spotkać po drodze takiego złodzieja na przykład. Detektyw prowadzący śledztwo (brzmi tak poważnie!) powiedział, że tej nocy w trakcie Dni Króla, a wcześniej Dnia Królowej, takie kradzieże zdarzają się nagminnie. Ilość włamań tego dnia i tej nocy dramatycznie rośnie. I to jest smutne. Bo gdy inni, jak my na przykład, bawiliśmy się szampańsko i z wielkim bananem na ustach piliśmy za zdrowie króla, to niektórzy w imię bycia skurwysynem, bo inaczej tego nie można nazwać, okradają cudze chaty. Bo jest okazja, że tego dnia mało kto ich zauważy, mało kto ich nakryje czy zobaczy. Myślę, że moi sąsiedzi już nie będą Dnia Króla kojarzyć z radosnym świętem, choć i tak to nie przebije historii znajomych lubego, którzy urządzili imprezę u siebie na chacie jakieś cztery lata temu w Dniu Królowej, gdzie jeden znajomy wypił za dużo i wyleciał z okna. Niby pierwsze piętro, ale zabił się na miejscu. Młody chłopak. A to mi przypomina, że takie święta to nie tylko zabawa, ale i też okazja dla różnych tragedii. Ja mam Kochani nadzieję, że Wy jesteście w mojej grupie, która zawsze bawi się świetnie w to święto i póki co, ma tylko same dobre i pozytywne wspomnienia. I oby one zawsze takie pozostały. Tego życzę Wam i sobie :)

No to za zdrowie króla! A i jeszcze kilka zdjęć na koniec :)

czwartek, 24 kwietnia 2014

Dzień Króla a.k.a Koningsdag, a.k.a. King's Day

A.k.a. idźcie, pijcie i bawcie się dobrze. A kiedyś to tak w ogóle przez długi czas święto to nazywało się Dni Królowej a.k.a. Koninginnedag a.k.a. Queen's Day. Właściwie to przez bardzo długi czas, bo przez trzy ostatnie pokolenia. Z nudnej Wikipediowej historii dowiadujemy się, że dzień swojego monarchy, tudzież swojej monarchini, Dacze celebrują już od 1885 roku. Jak wyczytamy dalej z zacnej Wikipedii, święto to zyskało swoją wyjątkową popularność i apogeum celebracji w 1902 roku, kiedy to królowa Wilhelmina ozdrowiała cudem z tyfusu. Gdy po niej tron przejęła jej córka Juliana, święto to obchodzono w Holandii 30 kwietnia. Tak było przynajmniej do ostatniego roku, gdy królowa Beatrix przekazała pałeczkę swojemu najstarszemu synowi Wilhelmowi Aleksandrowi. Teraz święto to będzie obchodzone 27 kwietnia, czyli w dniu urodzin nowego króla. Może tak nie do końca od teraz, bo od następnego roku. Teraz, w 2014 roku Dzień Króla przypada na sobotę 26 kwietnia, co by naród miał niedzielę na wyleczenie kaca. Jak to Dacze, podeszli do tematu bardzo praktycznie...

Bo jak zawsze szykuje się z tej okazji dwudniowa impreza, wielka biba, która zacznie się już w piątek 25 kwietnia, czyli czytając między wierszami, czeka nas wielkie pijaństwo, która ma swoje usprawiedliwienie. To jeden z nielicznych dni w roku, kiedy to Dacze mogą zacząć pić już od rana. Prawdziwy Dacz nigdy nie będzie pić przed 15.00, bo według niepisanego prawa narodu picie o wcześniejszej porze to już alkoholizm. W każdym bądź razie, co można robić 27 kwietnia, poza piciem oczywiście? Opcji jest kilka. Pierwsza to sprzedawać swoje rzeczy, których nie używamy, czyli coś na wzór yard sale. W zeszłym roku tego nie praktykowałam i pewnie dlatego, że to było moje pierwsze (no i zarazem ostatnie) Koninginnedag, więc głównie chłonęłam atmosferę tejże imprezy. Ale w tym roku zrobiłam już porządki w szafie i trzy worki na śmieci nienoszonych od wieków ciuchów czekają na sobotę. Jedyny minus, że lepiej zacząć sprzedawać te rzeczy wcześniej. Od 9.00 na przykład. Ale zachętą dla mnie do wczesnego wstawania w weekend będzie szampan do śniadania ;) Już naznaczyłam taśmą swoje terytorium sprzedaży, swój stragan, swoje stanowisko, więc zapraszam na Bloemgracht ;) Nie liczę, że uzbieram nie wiadomo ile kasy z tej wyprzedaży własnej garderoby, ale tutaj bardziej liczy się dobra zabawa i bycie częścią tej tradycji. Generalnie też bardzo dużo dzieci tego dnia sprzedaje swoje stare zabawki i przy tym już od małego uczy się handlu i gospodarności. Może stąd Dacze są w dorosłym życiu tacy obrotni w biznesie?

Stanowisko już zaznaczone lasotaśmą ;)


Luby też stwierdził, że przyłączy się do zabawy i będzie sprzedawał... piwo. Oczywiście bardziej dla zabawy, niżeli dla kasy. Ale można i z drugiej strony. Chodzić i szukać coś dla siebie do kupienia, bo ceny naprawdę na takich wyprzedażach nie są wysokie. W zeszłym roku moja znajoma kupiła piękne, prawie nieużywane markowe buty za śmieszne pieniądze. Ceny nie sięgają więcej, niż kilkanaście euro. Kolejną tradycją jest impreza na łódce i heja po kanałach, a dokładnie po Prinsengracht. Jeszcze nie praktykowałam, bo jeden i spory minus takiego celebrowania jest taki, że na małych łódkach nie ma gdzie zrobić sisiu, a jednak przy spożyciu sporej ilości piwa potrzeba opróżnienia pęcherza pojawia się nader często. A na takiej łódce spędza się nawet kilka godzin. Faceci przynajmniej to mogą sobie ulżyć, gdy łódka przepływa pod mostem, ale paniom to raczej byłoby ciężko nie wypaść za burtę. Cóż, może w następnym roku. Kolejny pomysł to zorganizowanie brunchu, czyli mniej jedzenia, a więcej picia. My z lubym taki brunch zorganizowaliśmy u siebie w zeszłym roku. Wyjęliśmy okna z futryn, kupiliśmy kilka butelek Prosecco, kilkadziesiąt butelek piwa, zrobiliśmy jakieś sałatki, kanapeczki, przekąski i zaprosiliśmy znajomych. On swoich Daczy, ja Polaków i znajomych ekspatów. No i wyglądało to tak, że wymiana kulturowa polegała tylko na powiedzeniu sobie wzajemnie "cześć" i Dacze zaanektowali salon, a my zaanektowaliśmy taras. I każdy się bawił w swoim towarzystwie. Cóż, jak to Dacze, w takiej ilości nie kwapią się mówić po angielsku, a my nie wypiliśmy jeszcze wtedy na tyle dużo, by mówić po holendersku. Ale jak to powiedział kiedyś wielki poeta i klasyk gatunku "no bywa". Ważne, że każdy bawił się tego dnia wybornie, żeby nie powiedzieć, że wyborowo...

W zeszłym roku skończyło się to właśnie tak, że w polsko-amerykańsko-hiszpańskim towarzystwie plus luby piliśmy wódkę, a potem ruszyliśmy w Amsterdam, gdzie nogi nas poniosą. Po drodze poległo amerykańsko-hiszpańskie towarzystwo, które zbytnio nie było przyzwyczajone do picia wódki. Zatem w nieco przerzedzonym składzie wytrzymaliśmy do końca, do późnych godzin wieczornych i o 22.00 jeszcze jedliśmy na mieście pizze popijając piwem. Źle więc nie było. Pytanie teraz, gdzie nogi nas poniosą w tym roku? Pewnie w okolice  Prinsengracht i baru Nell, a i pewnie znów będziemy krążyć z wódką rozcieńczoną w butelce po dwulitrowej coli, gdzie proporcje będą coś w okolicach 50% na 50%. Cóż, oto jest powód, dla którego Dacze tak bardzo potrzebują tej wolnej niedzieli i tak bardzo lubią to święto. Celebrować ;) My co prawda te pierwsze Dni Króla spędzimy z lubym raczej na spokojnie, raczej dość grzecznie, bo w niedzielę z rana jedziemy odebrać naszego wyczekiwanego pieska Gina, ale Wam Kochani życzę całodniowej i nawet całonocnej zabawy bez większego kaca na drugi dzień. Co prawda, to nie nasz król i nie nasza monarchia, ale każda okazja jest dobra do zabawy i do zasymilowania się :)

Bawta się więc dobrze!!! I w miarę grzecznie ;)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Z czym Holendrom kojarzy się Polska? Część 2 i zarazem ostatnia

Była już wódka, polscy robotnicy, Zbigniew Bródka, Kraków i Sapkowski z Wiedźminem. Mieszanka nie tyleż, co jest wybuchowa, ile specyficzna, jak poczucie humoru Karola Strasburgera, kijk tu: Z czym Holendrom kojarzy się Polska? Część 1 i zarazem przedostatnia. Pora dziś na kolejną dawkę daczowskich skojarzeń dotyczących Polski. Czy tym razem Dacze czymś Was zaskoczą?

6. Mr. Polska.
I to jest zabawne, bo dopóki nie przeprowadziłam się do Holandii, o Mr. Polska nigdy nie słyszałam. Jak się można dowiedzieć z polskiej Wikipedii (na holenderskiej można dowiedzieć się ciut więcej), Mr. Polska to Dominik Włodzimierz Groot (jak się domyślam z matki Polski i z ojca Dacza), rocznik '89, urodzony w Toruniu, mieszkający od trzeciego roku życia w Holandii niderlandzki raper i Polak roku 2011 ukoronowany tym tytułem przez nieznaną mi dotąd fundację Polonus. Dominika miałam okazję poznać osobiście w dość nietypowych okolicznościach i dość krępującej sytuacji, bo na castingu, na którym mieliśmy razem odegrać... parę i to w dość intymnej scenie... Cóż mogę więc o nim powiedzieć z moich osobistych doświadczeń? Mr. Polska jest nieśmiałym, sympatycznym chłopakiem, który chyba za dużo pali papierosów przez co biedak za dużo nie urósł... Albo tu pewnie przeważyły polskie geny. Ale tak, moi Drodzy, Dacze znają pana Mr. Polska i to całkiem dobrze. Wiedzą, że to raper, znają nawet tytuły jego kawałków (w przeciwieństwie do mnie), a nawet jakieś mogą zanucić. W ten oto sposób Dominik ze swoim jakże polskim pseudonimem artystycznym świadczącym o jego jakże polskim pochodzeniu ląduje nam na pozycji szóstej.

7. Komuna.
Niektórzy Dacze to chyba myślą, że my dalej tkwimy w komunie, że ciągle nie wiemy, co to czekolada, w sklepach mamy tylko wódkę, a w zimie polujemy na polarne niedźwiedzie, by wykarmić całą wioskę. Cóż... Dobrze wiemy, że tylko jeden z tych powyższych stereotypów jest prawdziwy, bo zdarza się co poniektórym osobnikom w naszym kraju po spożyciu dużej ilości trunku zwanego wódką, wiedzieć i nawet polować na polarne niedźwiedzie a.k.a. białe misie. Nawet zdarza się to tutaj w Holandii. Komuna to dla Dacza kolejki, bieda, cenzura, rolnictwo i brak inteligencji. Komuna to Rosja, ale komuna to nie bohater narodowy i noblista Lech Wałęsa, o którym Dacze nie mieli pojęcia, że taki istnieje i za nic nie kojarzyli wielodzietnego elektryka z wąsem. A i pytali się, czy dalej w Polsce nie rządzą u nas socjaliści i po której stronie opowiadamy się na linii Ukraina - Rosja. Ałć. Przyszła więc pora na zmianę tematu i kolejny punkt tejże ankiety, bo tam, gdzie polityka zaczyna wkradać się do rozmowy, tam zaczyna wiać pseudointelektualną nudą...


8. Papież i religia katolicka.
Ogólnie Daczom Polska kojarzy się z krajem bardzo religijnym. Katolickim. Nawet za bardzo. Choć nie wiedzą, że Jan Paweł II naprawdę miał na imię Karol Wojtyła, to jednak kojarzą go z Polską. Choć wiadomo, że coraz mniej, bo w końcu minęło już kilka lat od śmierci papieża. Polak to w stereotypie Dacza pijak i katolik, niby coś zgrzyta, ale w sumie się zgadza. W Polsce zazwyczaj tuż przy kościele jest bar, co by po mszy wierni mieli blisko, żeby jako świeżo oczyszczone z grzechów niewinne baranki znów miały szansę nagrzeszyć, a tym samym znów odbyć swoją oczyszczającą pokutę. Tak to na tym świecie bywa, że jeśli chcesz rozgrzeszenia to wpierw musisz nagrzeszyć. Nie ma innej drogi. No właśnie, to jest ciekawe, że ponoć w Amsterdamie jest polski kościół, z polskim księdzem i mszą w języku polskim. Ponoć tamtejszy ksiądz to niezłe ciacho ;) Tak przynajmniej słyszałam. A jak teraz pojawił się nawet w holenderskich kinach pierwszy polski film od wieków, czyli "Ida", to jakżeby inaczej, jest on o... przyszłej zakonnicy. Religia ciągle w Polsce rządzi i ciągle przejawia się w daczowskich stereotypach o Polakach. Cóż zrobić...

9. Tatar.
To akurat krzyczał do swoich znajomych luby, który tatar wprost uwielbia. Przy tego typu ankietach nieco inaczej jest w przypadku Daczy, którzy w Polsce byli, ponieważ oni zazwyczaj mają z naszym krajem nieco inne skojarzenia. Mniej stereotypowe. Dla mojego lubego Polska kojarzy się z tatarem, bo gdy pierwszy raz go spróbował podczas swojej trzeciej wizyty, to sam nie mógł uwierzyć, że tak bardzo smakuje mu surowe mięso z surowym jajkiem, odrobiną cebulki i chlebem. Był na tyle zszokowany, że zamówił sobie dokładkę! Bo tak bardzo w to nie wierzył! I tłumaczy znajomym na tej imprezie, co to tatar, a oni, że jak to? Surowe mięso z surowym jajkiem? No obrzydlistwo jakieś. A luby, jak kiedyś zaprosił swoich znajomych Daczy na wizytę do Polski, to oczywiście zabrał ich do "Przedwojennej" we Wrocławiu na najlepszego tatara w mieście. A ci co? Też wzięli dokładki! A i wódka lała się przy tym równie gęsto i często. Jestem za promocją tatara w Daczlandii, bo choć to danie brzmi dla Daczy kosmicznie, to kiedy go w końcu po namowach skosztują, zajadają się nim wszyscy, jeden po drugim. Jeszcze nie znalazł się taki Dacz, któremu by tatar nie smakował, który by tatara nie polubił. Tatar jest dla Daczy lekker i to wiele w tym temacie mówi!


10. Polki. 
Polki są ładne i bardzo zadbane. Chyba nie muszę tu mówić, że ten komentarz jednego z Daczy nieco oburzył i podburzył zgromadzone tam daczowskie panie. Luby tylko napiął pierś i objął mnie dumnie ramieniem, na co inny Dacz przyznał, że faktycznie jego fryzjerka jest Polką i zawsze tak fajnie wygląda i tak ładnie się ubiera. No cóż, tu Daczki nie mają się o co obrażać, bo tu nikt Ameryki nie odkrył. Prawda jest taka, że Polki po prostu dbają o siebie bardziej, lepiej się ubierają, malują się ładnie i farbują siwe włosy. I miło, że Dacze to zauważają i że jest to na plus stereotyp, tudzież ich skojarzenie z Polską. Prawda jest taka, ze znacznie częściej, niż Holenderki nosimy sukienki, biżuterię i buty na obcasie. Na tej imprezie byłam jedyną kobietą w sukience i prawie jedyną na obcasach. Nie mówiąc już o ułożonych włosach czy make-upie. Cóż, jak jest okazja, to trzeba, jak to mówią, się odwalić. Za to na siłowni wyglądam... no nieco inaczej, sauté, delikatnie mówiąc. Nie jestem za tym, by idąc do sklepu po przysłowiowe bułki, wystroić się jak polskie celebrytki na otwarcie nowego sklepu ze skarpetkami, bo jest to przegięcie w drugą stronę. Jednak jeśli idę na imprezę czy kolację, gdzie wiem, że będzie dużo ludzi, to zawsze staram się wyglądać ładnie. Ba! Nawet jeśli idę na kolację czy drinka tylko ze swoim lubym, to też nie w jeansach, tenisówkach i bluzie, ale w czymś mniej casual, a bardziej wieczorowo i sexy, co by utrzymać gorącą temperaturę naszego związku. A przynajmniej taką w stanie podgorączkowym ;)

Co ciekawe, to pokolenie trzydziestoparolatków nie kojarzy właśnie wspomnianego wyżej Lecha Wałęsy, zaś Fryderyka Chopina uważa za Francuza, a i nie może uwierzyć, że Mikołaj Kopernik bardziej znany w Daczlandii jako Copernicus, był również Polakiem... Podsumowując więc, co Dacze myślą o Polakach, jak to fajnie kiedyś o Polsce napisała jedna gazeta, co prawda francuska, ale myślę, że doskonale uchwyciła to, co zachodnia Europa, więc w tym i Daczlandia, myśli o  nas i o Polsce: Polska - oto znajdujemy się w świecie absurdu. Kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami kraju i w którym co trzeci mieszkaniec ma 20 lat. Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik. Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny (!) trzech par dobrych butów (Dacze coś o tym wiedzą!), gdzie jednocześnie nie ma biedy, a obcy kapitał się pcha drzwiami i oknami. Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu. Kraj, w którym rządzą byli socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy (!) Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, ekspedientem po niemiecku, a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza. Polacy..! Jak wy to robicie..?

No właśnie, jak? ;)

czwartek, 3 kwietnia 2014

Jak rozśmieszyć Daczy? Zobaczcie to sami!

Pamiętacie, już jakiś czas temu obiecałam Wam materiał filmowy z dość ciekawego eksperymentu, o którym pisałam tutaj: Czy śmiech jest zaraźliwy? Czyli robimy mały 'eksperyment' na Daczach w amsterdamskim metrze! Dziś więc będzie bardzo króciutko, nawet krócej, niż najkrótsza walka świata, czyli Andrzej Gołota vs. Lamon Brewster, która trwała... 50 sekund. Zatem jedna taka myśl na koniec, by już nie przedłużać, byście mogli spokojnie obejrzeć sobie ten filmik (nawet luby przez chwilę się w nim przewija, ja niestety w ogóle, bo filmuję całe to zdarzenie, no ale słychać pod koniec mój śmiech). Z tego projektu wyciągnęłam trzy wnioski, że raz, śmiech to zdrowie, bo mięśnie brzucha od tego śmiechu jeszcze trzy dni po tym eksperymencie bolały mnie strasznie. Dwa, śmiech jest zaraźliwy. Dowód macie poniżej. I trzy, z tego logicznie wynika, że wszystkie emocje są zaraźliwe, więc lepiej zarażać się śmiechem, uśmiechem, pozytywną energią, niż negatywnymi emocjami, które uwierzcie mi, ludzie wyczuwają, nawet jeśli nie mamy ich wypisanych na twarzy. Jak więc mówi kolega Roderik pod koniec tego filmiku, uśmiechajcie się, bądźcie szczęśliwi i myślcie pozytywnie, a na pewno te dobre emocje udzielą się też innym. W końcu zmiany zaczynają się od jednej osoby. A ja wierzę w karmę i wierzę, że te dobre emocje, które dacie innym, do Was powrócą. Tako rzecze Wam ja na dzisiaj ;)