poniedziałek, 26 maja 2014

Czego nie robić w Holandii?

Są takie miejsca, do których w Holandii lepiej nie chodzić. Są takie sytuacje, których lepiej unikać. A przede wszystkim są takie rzeczy, których w Holandii najlepiej nie robić. Nigdy. Oto przed Wami pięć z nich, które zapewne większość z Was już mogła kiedyś praktykować...

1. Nie przeklinaj po polsku!
A najlepiej to w ogóle nie przeklinaj. A jak już jesteś pijany i chcesz zachowywać się, jak cham, burak i prostak, to nie daj po sobie poznać, że jesteś z Polski. Nie kurwuj w niebiosa, w środku nocy i jeszcze do tego na środku ulicy. Pamiętaj, że za granicą Twoje zachowanie nie tylko świadczy o Tobie, ale wystawia też świadectwo całemu narodowi. W tym więc i mi, i Wam, i Waszym rodzicom i dzieciom. Nie przechodźcie więc obok chamstwa rodaków obojętnie. Raz przypiętą łatkę ciężko jest odpiąć, więc nie bądź egoistą i nie bądź kolejną osobą, która utrwali za granicą stereotyp Polaka-pijaka i Polaka-prostaka. Bądź kulturalny, baw się z klasą i z głową, a nie pokazuj całemu światu, że człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka to już niekoniecznie (oczywiście to tylko takie powiedzenie, bo człowiek pochodzący ze wsi może być o wiele bardziej kulturalny, niż człowiek pochodzący z dużego miasta). A jak już musisz być naprawdę pijany i do tego agresywny, i przeklinać w niebiosa, jak pewni Polacy, których miałam wątpliwą przyjemność obserwować kiedyś ze swojego okna, nie zdradzaj proszę, że jesteś Polakiem. Uwierzcie mi, że mówiąc nawet w kółko tylko słowo "kurwa" zdradzacie swoją narodowość. W Holandii prawie każdy wie, co "kurwa" znaczy, a i Dacz wie, że u nas często to słowo idzie w parze z... wódką. Proponuję więc taką małą akcję pod tytułem, że jak już masz przeklinać za granicą po pijaku, to przeklinaj, ale na przykład po łacinie. Albo w jakimś innym wymarłym języku, co by innym krajom nie robić czarnego PR-u...

2. Nie sikaj do kanału ani nie chowaj się w nim przed policją, ani w nim nie pływaj po alkoholu! A i nie pływaj też w niestrzeżonych kąpieliskach! 
Tak, impreza jak powyższa i potrzeba się odzywa. Niby w takiej Holandii facet ma łatwo, bo tyle kanałów dookoła, więc jak już musi, no to tak skorzysta za potrzebą. Niestety czasem zdarza się, że taki nietrzeźwy delikwent za bardzo się chwieje przy oddawaniu tego moczu i przechyla się za sprawą nieznośnej lekkości bytu w stronę wody. I wpada. Do kanału. Plusk. Plask! I pół biedy, że biedaczek wpadł, że się zmoczył, ale też dzięki temu może trochę wytrzeźwiał. Gorzej, gdy poniesie go nurt, a przynajmniej tak mu się wyda, że go niesie i biedak może utonąć. A historia dobrze zna takie przypadki... I nie mam tu na myśli tylko kanałów. Jakoś mniej więcej o tej samej porze w zeszłym roku, pod koniec maja dwóch Polaków utonęło w przeciągu trzech dni, jeden utonął 26 maja w w jeziorze Engelermeer, a drugi 28 maja w w jeziorze Zeewolde. Tego samego roku 2013 na początku sierpnia zginęło pięciu Polaków w wieku 18-23 lat... Czy byli pod wpływem alkoholu lub innych substancji odurzających? Tego to ja nie wiem i tego to ja wygooglować jakoś nie mogę, ale wszyscy oni korzystali z niestrzeżonych kąpielisk. Szum z tego powodu był na całą Holandię straszny, jak i też całą Polskę, że Polacy nie mają ani kultury pływania, ani zdrowego rozsądku. Czy tam rozumu. A i tu też możecie zobaczyć, co pijany Polak może robić w kanale... Tak, tak, ukrywa się w nim przed... policją: Jak i co kradną Polacy w Holandii, czyli musicie to zobaczyć!!!

3. Nie chodź do holenderskiego fryzjera!
Tu na ten temat może znów się wypowiedzieć moja znajoma Kasia. W Holandii mieszka już kilka lat, a była tu u fryzjera dwa razy. I o te dwa razy za dużo, bo za każdym razem był dramat. Za pierwszym razem robiła sobie pasemka i po wszystkim wyglądała dokładnie tak samo, jak przed wizytą, a i jeszcze chcieli ją puścić do domu z mokrą głową. Zatem jedyną zmianą był uszczuplony stan jej konta. Za drugim razem, jak się po latach ponownie zdecydowała, było nawet jeszcze gorzej i jeszcze bardziej dramatycznie, choć zmiana była bardzoooo widoczna, bowiem Kasia wyszła od fryzjera z... zielonymi włosami. No dobra, moją pierwszą reakcją było, że pewnie z blondu przechodziła na ciemne. I to ponoć wtedy zdarza się nawet najlepszym zawodowcom, że wtedy zielone włosy mogą wyjść z takiego drastycznego eksperymentu. A tu guzik. Klops, a raczej "na nożyce!". Kasia chciała po prostu mieć trochę jaśniejszy blond, a nie tam jakieś ciemne. I wyszedł jej. Zielony. Hit sezonu, czyli zielony blond. Cóż... Ja to naprawdę wolę iść do fryzjera za każdy razem, kiedy jestem w Polsce. Działa to zarówno na korzyść moich włosów, jak i mojego portfela. Bo Kasia oczywiście za swój zielony blond musiała słono zapłacić... Jak to? Spytacie się pewnie. A czemu to? Bo wyszła od fryzjera bardzo późno wieczorem, a i światło w salonie było jakieś takie inne, że ta zieleń się nie ujawniała, że nie było widać, że te włosy są zielone. Jednak kiedy Kasia zobaczyła się kilka minut później w odbiciu szyby jakieś wystawy, to aż krzyknęła z przerażenie, a nie z zachwytu... A potem musiała znowu bulić masę kasy, żeby te włosy jakoś odratować, żeby one jakoś znów w miarę normalnie wyglądały...


4. Nie zadzieraj z sąsiadami!
Każdy, kto ma sąsiadów, czyli zapewne niemal tu wszyscy, nieraz na nich biadolił. Cóż, sąsiad nie przyjaciel, czasem musi zaleźć za skórę. A w Holandii powodów zawsze jest multum, by sobie nasz sąsiad musiał na nas ulżyć w swojej niedoli. Nasz sąsiad z dołu, znany już Wam zapewne Paul (ten od palenia i spłukiwania trawy przed policją w kiblu i ten sam, co stracił nogę na egzotycznych wakacjach, kiedy wdepnął na minę) biadoli zawsze o jedno. Że z lubym za głośno... chodzimy. Ponoć Paul słyszy każdy nasz najmniejszy kroczek, a że mieszkamy w domu z 1668 roku, więc zapewne to jest możliwe, że te stare podłogi skrzypią. No ale to już nie nasza wina, że akurat najczęściej używany pokój w domu, czyli salon, jest tuż nad jego sypialnią. I tak noc przed King's Day siedziałyśmy u mnie w salonie z koleżanką Hanią na kanapie, gdy ni stąd, ni zowąd, słyszymy nie pukanie, ale walenie pięściami w drzwi. Ja zdziwiona otwieram, a tu nasz sąsiad Paul wrzeszczy, czy możemy przestać... chodzić (a ile wysiłku musiał w ten opieprz włożyć, żeby założyć protezę czy tam swoją drewnianą nogę i wspinać się po tych schodach...). My z Hanią zdziwione patrzymy na siebie, bo przecież siedziałyśmy na kanapie przez dobre ostatnie pół godziny. I gadałyśmy nawet cicho, a i nie było jakoś dramatycznie późno w nocy. A zapewniam, że na dworze było o wiele głośniej, niż to nasze gadanie u mnie w mieszkaniu... Paul oczywiście za swoje agresywne zachowanie nie przeprosił, a na drugi dzień udawał, że nic się nie stało, jak podszedł do nas, gdy sprzedawaliśmy rzeczy na King's Day. Innym razem, w środku nocy słyszę, jak dzwoni mój telefon. Zrywam się szybko, schodzę do salonu przerażona, bo o tej porze to ktoś dzwoni tylko ze złymi wiadomościami, kiedy na wyświetlaczu patrzę, a to Paul do mnie dzwoni. Nie odebrałam, tylko wyłączyłam telefon. Luby na drugi dzień idzie do Paula pytając, czemu ten do mnie wydzwania o trzeciej w nocy, a Paul na to, bo za głośno chodziliśmy. "To ciekawe" - mówi mu luby - "Bo niby jak mieliśmy chodzić, skoro piętro wyżej nad naszym salonem spaliśmy w sypialni?". "Nie wiem, ale było za głośno" - skwitował Paul. I walcz tu z takim, co to pewnie za dużo, a może za mało w sumie, trawy wypalił, że aż miał biedak omamy słuchowe. Z innymi sąsiadami z boku jest jeszcze ciekawiej, bo walka szła o... kwiatki na tarasie. Ponoć przez kilka doniczek z tulipanami zalało im mieszkanie... Kiedy zabraliśmy doniczki, a mieszkanie znów im zalało, to sąsiadka oczywiście przyszła z kontrolą, by sprawdzić, czy aby tych morderczych kwiatków tam nie było podczas akcji zalewania. No cóż, sorry-Batory, że macie za przeproszeniem, gówniany dach, który powinniście sobie zrobić nowy, bo takie doniczki naprawdę nic nie mogły zrobić, by przyczynić się do powodzi w waszym mieszkaniu. Ale Daczom to się nie wytłumaczy... Plus, jak siedzimy z lubym na tarasie wieczorem, gdy jest ładna pogoda, to pukają w ścianę, bo za głośno... gadamy. A godzina wzorowa, bo ledwo 19.00 na zegarze. Pamiętam, że ja sama tylko raz szłam do sąsiadów, gdy mieszkaliśmy z lubym w dzielnicy de Pijp. Ale wtedy nasi sąsiedzi o 02.00 w nocy postanowili zrobić sobie tak spontanicznie imprezkę z muzyką na maksa. Ale wtedy każdy sąsiad do nich pukał, by ściszyli to g*wno (czytaj Justina Biebera). A u nas to teraz, gdybyśmy taką imprezkę sobie urządzili, to pewnie skończyłoby się jakąś interwencją policji, jeśli nie całej brygady komandosów!

5. Nie kupuj kurczaka z Alberta Heijna!
No chyba, że biologicznego, ale za takiego zabuli się astronomiczną kwotę. Najlepiej więc w ogóle w Holandii odpuścić sobie drób. Tak najlepiej, a raczej najzdrowiej. O faszerowanym hormonami kurczaku zwanym "plofkip" było już wspomniane przy okazji tego postu: 50 holenderskich słów, które chcielibyście znać, ale o które boicie się zapytać... Ale to jest aż nie do uwierzenia, że tego kurczaka można utuczyć jeszcze bardziej, czego się nie robi tylko ze względu na to, że niektóre z jego utuczonych części nie zmieściłyby się do standardowych pojemników Alberta Heijna, w których są sprzedawane... O matko i córko, że można z kurczaka zrobić jelenia! A przynajmniej masę jego wielkości. Myśląc zatem o swoim zdrowiu i o zdrowiu swoich przyszłych dzieci, lepiej może omijajcie w holenderskich sklepach i marketach kącik z drobiem... Bo potem cholera wie, jakie choróbska będziecie z tego, i to nawet niesmacznego plofkipa, leczyć.

wtorek, 20 maja 2014

No to sem jadę do Zwollywood na daczowskie weselicho...

Sem jadę, sem jadę, a raczej sem pojechała. Achhhhh, czy czujecie to lato w powietrzu? Czy czujecie energię tego słoneczka? To witbiertje w ustach? Z cytrynką? Oj, czuję jego orzeźwiający smak i nie chcę poprzestać na jednym... Amsterdam jakby zrobił się bardziej leniwy dzięki tej cudownej pogodzie, Dacze zrzuciły gajerki, a Daczki swoje kozaczki. Ludzie się uśmiechają, są bardziej wyluzowani, a dzieci nawet taplają się w kanałach (true story, widziałam wczoraj na własne oczy...). Czyż to nie cudowna pogoda, jak na maj? Jak na Holandię? Wręcz można by pokusić się o stwierdzenie, że to prawie tropiki zrobiły się w Daczlandii, bo kto to tu widział temperaturę ponad 25°C o tej porze roku? Ba! A w środę ma być 28°! Nic, tylko przywdziać strój kąpielowy i pluskać się w jakieś wodzie! Choć amsterdamskich kanałów to akurat ja Wam nie polecam... Radioactive.

Ale o czym to miało być? Ano tak! O weselichu w ładnej i przyjemnej miejscowości zwanej Zwolle. Pamiętacie jedną z pierwszych historii na blogu (taaaaak, to były te czasy, kiedy wena oraz pomysły dopisywały i tych postów było dwa razy więcej, niż teraz...ech) o Jasarze i Laurze? To powinno odświeżyć Wam pamięć: Zwyczajne piątkowe party w Amsterdamie mające coś tam wspólnego ze służbą zdrowia. No to w ten weekend gołąbeczki się wreszcie pobrały. I wiecie co? Byłam już na dziesięciu daczowskich weselach i mimo, że ich weselicho było chyba najskromniejsze ze wszystkich i w bardzo kameralnym gronie, okazało się, że było najlepsze! Jeszcze na żadnym daczowskim weselu tak dobrze się nie bawiłam, a byłam na weselu Dacza w hiszpańskiej Marbelli, który chajtał się z córką rosyjskiego oligarchy, więc jak się możecie domyśleć, było na bogato. Naprawdę NA BOGATO! Wesele za ponad milion euro... Oczywiście sponsorowane w całości przez rodziców panny młodej. A raczej przez jej ojca. Ale o tym może będzie innym razem. Skupmy się teraz na Jasarze i Laurze, bo tu jest o czym pisać.


Zacznijmy od tego, że w Holandii możesz zaplanować i przewidzieć wszystko. Wszystko oprócz pogody. Jasar i Laura trafili, jak mało kto z piękną, słoneczną i ciepłą pogodą, tym bardziej, że wesele i ceremonię zaślubin od początku planowali zorganizować w ogrodzie rodziców panny młodej. Chcieli mieć kameralne wesele i nie wydawać na nie za wiele, bo mogli liczyć na pomoc tylko ze strony rodziców Laury. Tu trzeba cofnąć czas o lat kilkanaście i co nieco wspomnieć o historii Jasara. Jasar, który pochodzi oryginalnie z Pakistanu, wyprowadził się z rodziną do Holandii mając trzy latka. Jego rodzice, skrajni islamiści, islamscy ortodoksi, jak zwał, tak zwał, dla mnie to jedno gówno i nie chodzi mi tu wcale o Islam, ale o zaślepienie jakąkolwiek religią. Zaślepienie, bo Jasar żyjący w innym kraju, niż Pakistan, wychowany w Holandii i tu wykształcony, nie popierał ani kultywował przekonań i wierzeń rodziców, za co został skreślony i wyklęty przez całą rodzinę. Jakże to smutny i kolejny powód, dla których religii nie lubię. Żadnej, będąc ścisłą i poprawną politycznie. Nie upieram się tylko przy Islamie. Wszystkie religie miały swoje stosy, za które płonęli i płoną do dzisiaj bogu ducha winni ludzie. Taki paradoks. Że w tym powiedzeniu. W każdym bądź razie, jak pewnie już się domyślacie, rodzina Jasara nie pofatygowała się na jego wesele. Choć był tam jeden z jego braci. Również wyklęty z rodziny z wiadomych i tych samych powodów, co Jasar...

Jest coś w tym, że ludzie, którzy swoje przeszli w życiu, którzy nie mieli łatwo, to są dobrzy ludzie, choć również mocno zahartowani. I takimi też podobnymi do siebie osobami lubią się otaczać. Każdy z nas ma swoją historię z cyklu traumatyczna. Ale w Holandii tego nie widzi się na co dzień, tu wszyscy jakby są zrobienie z innej gliny. Z innej, bo szczęśliwszej. Jakieś takiej nietoksycznej, nietraumatycznej, no ja wiem, niepatologicznej. Trudno to nazwać, ale większość z Was pewnie będzie wiedzieć, o co chodzi. I nagle w miejscowości Zwolle w temacie wesela Bollywood jestem świadkiem, jak Dacze potrafią być wyluzowani, mili, fajni, jak potrafią być ze sobą blisko. Tak szczerze, tak ciepło, tak zwyczajnie, tak swojsko i na luzie. Choć, jak sobie pewnie odświeżyliście pamięć czytając post "Zwyczajne piątkowe party w Amsterdamie mające coś tam wspólnego ze służbą zdrowia" moje pierwsze wrażenie było całkowicie mylne... Przyznaję się bez bicia, człowiek nie krowa, może zmienić zdanie, a nawet może zmienić i łąkę. Jasar i Laura to naprawdę świetna para, teraz już małżeństwo, które otacza się cudownymi i bardzo pozytywnymi ludźmi. To był prawdziwy zaszczyt być i bawić się na ich magicznym weselu. I pić za ich zdrowie ;)

Ale może od początku. Uroczystość zaślubin, jak już wspomniałam, odbyła się w ogrodzie. Za to właśnie między innymi uwielbiam Holandię, że tu ślubu nie musisz mieć albo w kościele, albo w Urzędzie Stanu Cywilnego. I koniec, i kropka, i nie masz innego wyboru. W Daczlandii, jeśli chcesz pobrać się w ogrodzie swoich rodziców, to proszę bardzo. Ba! Jeśli chcesz na przykład, aby twój najlepszy przyjaciel poprowadził całą ceremonię, też nie ma żadnego problemu! Na weselu Jasara i Laury ceremonię zaślubin poprowadził przyjaciel pana młodego. Wystarczyło, że wcześniej przysięgał przed sądem, a w trakcie ceremonii pewna kobiecina z urzędu była tam dla pewności, tak dla formalności, czy aby wszystko przebiegało zgodnie z zasadami oraz z prawem w tym sensie, że nie padło w trakcie ceremonii żadne słowo związane z żadną religią ani z żadnym bogiem. Takie uprawnienie do udzielenia ślubu przyjaciel pana młodego otrzymał na jeden dzień i obowiązywało ono tylko w tej miejscowości Zwolle. Kiedy zapytałam go, czy może w takim razie udzielić jeszcze mi i lubemu szybkiego ślubu, nie był zachwycony tym pomysłem. Nie przyjaciel Jasara, ale oczywiście luby nie był zachwycony pomysłem szybkiego ślubu. Faceci to tacy jacyś czasem mało romantyczni są... A Dacze do tego jeszcze nie wiedzą zbytnio, co to spontaniczność ;) 


Jak to u Daczy już nie dziwaczy, na zaproszeniu został i wypisany dress code. Na ceremonię zaślubin to był ogrodowy szyk, a na weselicho tematem było Bollywood. Wiecie, orientalne kiecki, gołe brzuchy i kropki między oczy. Czy jakoś tak ;) Przynajmniej dla babek. Pierwszy taniec młodych był właśnie w temacie Bollywood i w... grupie, i rodem z tamtejszych produkcji filmowych. Naprawdę wyszło im to fantastycznie i bardzo profesjonalnie! Chyba sporo ćwiczyli, by dać taki performance. Na weselu serwowane było też jedzonko, co niby nieczęsto się zdarza na weselach w Daczlandii, choć ja mam akurat inne doświadczenie w tym temacie. A jedzonko też było naprawdę pyszne i moje ukochane, bo tajskie. Mniam! Do tej pory na samo wspomnienie cieknie mi ślinka, a co ciekawe tym bardziej, że dzień przed weselem byłam w Amsterdamie w prawdziwej tajskiej knajpie, w której jedzenie, za przeproszeniem, tak dupy nie urywało, jak to na weselu w Zwollywood. Tort też był pycha, pierwsza klasa, kolorowy, smaczny i nietypowy, bo z imbirem. Co do procentów, też było naprawdę mocno, dosłownie, bo w dwóch wielkich dzbanach, na moje oko, 30-litrowych, był Cosmopolitan albo Margarita do wyboru. Cóż, trzeźwa z tego wesela to ja nie wyszłam. Luby zresztą też. I się wytańczyłam, i najadłam za wsze czasy, i poznałam świetnych ludzi, i naprawdę świetnie się wybawiłam za wsze czasy, a przynajmniej wybawiłam się do następnego daczowskiego wesela w czerwcu. A i lubego przyodziałam w bollywoodzki wąs i taką jakąś śmieszną czapkę z tamtych stron. Chyba z tamtych stron... W każdym bądź razie, też przywdziałam bollywoodzkie odzienie (zdjęcie na dowód macie na dole), choć pępka nie odsłoniłam. Na szczęście, bo po takiej ilości tajskiego jedzenia pomieszanego z Cosmopolitanem i z Margaritą byłabym zapewne posądzana o zaawansowaną ciążę, a w tej, jak wiadomo, nie jest zbyt tolerowane picie wysokoprocentowych trunków. Nie mówiąc już o wrażeniach estetycznych. Ale uspokajam, brzuszek już odzyskał formę ;)

Co jednak najciekawsze po tym weselu, w niedzielę, w dzień leczenia kaca i odpoczynku, luby postanowił po raz pierwszy rzucić w drodze powrotnej do Amsterdamu hasło pod tytułem: "A gdzie będzie nasz ślub? W Polsce czy w Holandii?". "Cóż... Wpierw chłopie poproś mnie o rękę, a potem zadawaj takie pytania...." Mówię mu coś w tym stylu. Bo on to sobie właśnie marzy tak teraz po tym Zwollywood, żebyśmy mieli też taki ślub i wesele w podobny klimacie, może nie Bollywood, ale coś w polskim stylu, w ogrodzie... jego rodziców. No cóż mam rzec? No to zabrzmiało poważnie! A skubany to brać ślubu dzień wcześniej nie chciał na spontanie! I tak jak chciał, w ogrodzie! No i pewnie jesteście teraz ciekawi... jaki prezent daliśmy młodej parze? Ha! Luby kazał mi pomyśleć o prezencie do 50 euro, nie więcej, a może mniej. Jak to Dacz. Prezentu powyżej 50 euro nie wypada dać. No to wymyśliłam, że damy Jasarowi i Laurze to, co ja dostałam niedawno od lubego na swoje urodziny, czyli grę planszową "Osadnicy z Catanu". I wiecie co? Świeżo upieczeni małżonkowie byli tym prezentem zachwyceni! Cieszyli się z niego, jak dzieci! Dobrze, że też Laura z Jasarem są naszymi sąsiadami, to teraz mamy z lubym dwójkę nowych partnerów do gry, bo zawsze to ciekawiej grać w czwórkę, niż w dwójkę! Ten kto grał, wie o co chodzi!

A tu tak właśnie ja sem wyglądała ;)

wtorek, 13 maja 2014

Kto łączy Polskę z Holandią? Część pierwsza i jak już w tradycji, zarazem przedostatnia

Pewne nazwiska mogą Was zdziwić, inne już zapewne znacie. Oto przed Wami w pierwszej odsłonie kilkanaście postaci łączących Polskę z Holandią, które nie tyle może, co scalają ze sobą te oba kraje, jak broda Kiełbasę, ile ocierają się wzajemnie o siebie, jak słowiańskie dorodne piersi w teledyskach niejakiego Donatana. Oto więc i one (postacie, a nie słowiańskie piersi...)!

1. Leo Beenhakker
Stary i dość jary, miał być nadzieją polskiej piłki nożnej. Cóż, nadzieja zawsze umiera ostatnia, a i z g*wna tortu nie ulepisz, ale taki stary daczowski wyjadacz, który zdobył ze swoimi holenderskimi zespołami w sumie trzy tytuły mistrza Holandii, bo dwa razy z Ajaksem Amsterdam i raz z Feyenoordem, jako pierwszy szkoleniowiec w historii wprowadził Polskę do finałów mistrzostw Europy. Można? Można! No jak na naszych to był prawdziwy sukces. Leo był selekcjonerem reprezentacji Polski nieco ponad trzy lata, a zdziałał w tym czasie więcej, niż Grzegorz Lato za czasów całej swej kadencji (choć aż tak dobrze na piłce nożnej się nie znam, więc poprawcie mnie tu proszę, jeśli się mylę...). "Człowiek Roku 2007" tygodnika "Wprost" oznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski został zwolniony przez Grzegorza Lato we wrześniu 2009 roku z funkcji selekcjonera Polski. Słusznie czy nie słusznie, tego to ja nie wiem, ale do tej pory mówi się kuluarach, że polskiej reprezentacji przydałby się teraz taki Leo, choć wielu w PZPN-ie byłoby to bardzo nie na rękę...

2. James Bond
A dokładnie Pierce Brosnan grający postać Bonda w "GoldenEye". W tym bowiem filmie z tej serii po raz pierwszy i po raz ostatni dziewczynę Bonda zagrała Polka, Izabella Scorupco. To samo może również powiedzieć Holandia o Famke Janssen, która w "GoldenEye" wcieliła się w rolę pięknej femme fatale Xenii Onatopp. Tylko w tym Bondzie zarówno Polska, jak i Holandia, może poszczycić się obecnością swoich pięknych krajanek. Która wypadła lepiej? Ciężko powiedzieć, bo obie panie są piękne i zdolne, ale o Izabelli Scorupco jakiś czas temu słuch już zaginął, za to Famke Janssen całkiem nieźle radzi sobie w Hollywood, grając na przykład w popularnym serialu "Nip/Tuck" czy w kinowych hitach "Taken" oraz serii "X-Men".


3. Rinke Rooyens i Kayah
Były mąż Kayah, założyciel i właściciel firmy mediowej Rochstar, która produkuje lub produkowała między innymi takie programy jak: "Mamy cię", "Szymon Majewski Show", "Kocham Cię Polsko!", "Top model", "Voice of Poland" czy najnowszą edycję "Tańca z gwiazdami". Kim jest ten Holender z przepalonym głosem? Pochodzący z Rotterdamu syn reżysera telewizyjnego i aktorki teatralnej na tyle zakochał się w naszym kraju i w naszych polskich kobietach, że postanowił na stałe u nas osiąść. Zanim wyprowadził się do Warszawy w 1998 roku pracował w Holandii dla Endemolu, który produkował między innymi "Big Brothera". Gdy wyjechał do Polski, gdzie pracował jako konsultant przy programach na holenderskiej licencji zakochał się w gospodyni programu "To było grane", czyli naszej popularnej piosenkarce Kayah. Choć na dzień dzisiejszy Kayah i Rinke są rozwiedzeni, wychowują wspólnie syna Rocha. Rooyens osiągnął w polskiej telewizji niebywały sukces udowadniając tym samym, że Dacz potrafi, a i że mamy w Polsce piękne oraz utalentowane kobiety (choć wtedy jeszcze Kayah nie wyglądała tak, jakby przedawkowała botoks), dla których warto zmienić całe swoje życie i osiedlić się na polskiej ziemi.

4. Rutger Hauer i Joanna Pacuła
Kolejny duet i do tego z moim ulubionym Holendrem, no zaraz po moim luby, oczywiście. Obejrzyjcie sobie, jeśli jeszcze nie widzieliście, film Jacka Golda "Ucieczka z Sobiboru", gdzie Hauerowi partneruje polska genialna i przepiękna aktorka, aczkolwiek już trochę zapomniana, Joanna Pacuła. Rutger Hauer gra tam młodego, przystojnego, rosyjskiego pułkownika Aleksandra Peczerskiego, który współorganizował powstanie i ucieczkę z obozu zagłady w Sobiborze. Film na faktach (choć, jak to w filmach tego typu znajdziecie tam wiele przekłamań) jest rekonstrukcją precedensu w dziejach historii, gdzie prawie sześciuset więźniów obozu  po wznieceniu buntu zbiegło w lasy sobiborskie 14 października 1943 roku. Pomysł i plan ucieczki z obozu był właśnie autorstwa Peczerskiego, który również dowodził buntem. Peczerski przeżył wojnę i zmarł w 1990 roku. Jednak o tej niezwykłej postaci świat tak naprawdę dopiero usłyszał właśnie za sprawą Rutgera Hauera i jego niezapomnianej roli w "Ucieczce z Sobiboru", za którą dostał w 1988 roku Złoty Glob. Jak najbardziej zasłużenie!


5. generał Stanisław Maczek
A jeśli już o historii już mowa, to oczywiście musi w takim zestawieniu pojawić się generał Stanisław Maczek, który był honorowym obywatelem Holandii na wniosek ponad 40 000 mieszkańców Bredy, którą wyzwolił z rąk niemieckiego okupanta! Oj, tam naprawdę go kochali i kochają go do dzisiaj! Było już o generale krótko w poście: Dekalog Daczomana (tudzież Daczomanki), część 1 i zarazem przedostatnia. W Bredzie generał Maczek to bohater narodowy, który doczekał się muzeum oraz ulicy swojego imienia "Generaal Maczekstraat"! W Bredzie na cmentarzu żołnierzy polskich Maczek też jest pochowany, a co starsi mieszkańcy tego miasta pamiętający wyzwolenie Bredy wspominają Maczka z ogromnym sentymentem i... bardzo tam w ogóle lubią Polaków i ich cenią. Chyba jako jedyni Dacze... Ale nic w tym dziwnego, Maczek bowiem dzięki znakomitemu manewrowi oskrzydlającemu wyzwolił Bredę bez strat wśród ludności cywilnej. Tu więc Kochanie macie link do Muzeum Generała Maczka w Bredzie, które naprawdę wart odwiedzić, aby dowiedzieć się o tym bohaterze narodowym znacznie więcej: General Maczek Museum.

C.D.N.

piątek, 9 maja 2014

Happy b-day, czyli Wydaczeni mają rok!

Można więc rzec z daczowska gefeliciteerd! Tak Kochani, blog dziś kończy roczek! To już rok jesteśmy razem, już 12 miesięcy tak się razem tu wydaczamy i przez ostatnich 365 dni napisaliśmy razem wspólnie 215 komentarzy! W ogóle maj to dla miesiąc niekończących się okazji do celebrowania. W maju obchodzę urodziny, luby też ma w maju urodziny, w maju świętujemy rocznice naszego związku i Wydaczeni powstali 9 maja z chaosu w mojej głowie niczym Ewa z żebra Adama lub niczym kura z jajka. Lub odwrótnie, jak kto woli. Niektórzy z Was trafiają na blog wyszukując między innymi, na przykład, takich oto słów kluczowych:


Choć czasem te słowa kluczowe naprawdę powiewały abstrakcją i nawet nieco absurdalną finezją ;) Bywało tu przeważnie śmiesznie, często refleksyjnie, rzadziej lirycznie i prawie nigdy toksycznie, co oznacza, że albo trollom podobają się Wydaczeni i mam farta, albo, że blog jeszcze nie jest na tyle popularny, by hejterzy tu zaglądali. Jakakolwiek jest prawda, mam nadzieję, że tak już na zawsze pozostanie i tak to się utrzyma, że nikt tu żółcią nie będzie pluł i mali ludzie nie będą tu leczyć swoich wielkich kompleksów krytykując wszystko oraz wszystkich. Trza w końcu utrzymać ten wysoki poziom naszej kulturalnej, cyfrowej interakcji :) Bardzo sobie cenię nasze dyskusje w komentarzach, a i też Wasze maile oraz rozmowy na fan page'u. Pamiętajcie, że zawsze chętnie odpowiem na Wasze pytania dotyczące życia w Holandii i integracji w tym kraju. A jak i macie ochotę, to też możemy spotkać się na kawę. Albo witbiertje, kto co woli ;)

W ciągu tego roku odwiedziliście Wydaczonych w sumie ponad 27 000 razy. Tyle wynosiła łączna liczba wyświetleń, z czego w ostatnich miesiącach średnio 130 osób dziennie zaglądało na bloga. Serdeczne Wam bóg zapłać za Waszą uwagę. Mam nadzieję, że blog ciągle się Wam podoba i że posty utrzymują ten sam poziom według skali Apgar. Przynajmniej ciągle dostają tyle samo punktów od Was za poczuciu humoru ;) Choć, jeśli macie jakieś konstruktywne uwagi, proszę, piszcie mi o nich, ponieważ ten blog jest głównie dla Was i chciałabym, żeby Wam się podobał i żebyście tu z chęcią zaglądali. Moja korzyść z prowadzenia tego bloga jest taka, że sama z poczuciem humoru mogę sobie tu tych Daczy oswoić razem z Wami, a bóg raczy wiedzieć, że czasami tego oswojenia wymagali ;) Oj, zaleźli mi kilka razy za skórę, oj tak, ale zawsze powtarzałam sobie wtedy, że ludzi nie można zmienić. Można zmienić tylko siebie i swoje podejście. Więc podeszłam do Daczy i do tych naszych różnic kulturowych  i wzajemnych uprzedzeń z dystansem. I z poczuciem humoru, rzecz jasna. Od tego czasu żyje mi się tu zdecydowanie lepiej. Naprawdę to polecam.

W ciągu tego roku opublikowałam w sumie 88 postów, ten tutaj obecny jest 89. Pięknie i symbolicznie byłoby, gdyby to też właśnie w tym samym czasie na liczniku postów pojawiła się okrągła setka w rok istnienia bloga, ale to przecież nie wyścigi, a poza tym naprawdę cenię sobie jakoś postów nad ich ilość. I myślę, że Wy macie w tym temacie podobne odczucia. Zatem top 3 Waszych ulubionych, czyli najczęściej czytanych, tudzież klikanych, postów to:

Numer 1
Co Holendrów dziwi w Polakach, czyli 13-ście prawd o Wydaczonych

Numer 2
Czego to Ci Dacze jeszcze nie wymyślą?!

Numer 3 
Cho-daczki część 1, czyli gdzie można pójść dobrze zjeść i wypić w Amsterdamie?

Choć w pierwszej 10 znalazły się również między innymi posty o cyckorozróbie w Amsterdamie, kryzysach polskiego emigranta, plażach w Holandii czy stopniach i objawach wydaczenia. Z czego najczęściej komentowanym przez Was postem był ten o jakże chwytliwym tytule: Jak ułatwić sobie życie w Holandii, czyli 3 rady dla potencjalnych i początkujących Wydaczonych. Zaś z drugiej strony, najmniejszą Waszą uwagą i zainteresowaniem, według statystyk, "cieszył" się niemal cały cykl Dacz Wars, w którym było mniej słów, a więcej YouTube'owego audio oraz video, co chyba dowodzi, że zaglądacie tu po słowa, a nie po obraz czy fonię. Tak to sobie przynajmniej tłumaczę ;)

Z życia mego osobistego też trochę w ten poprzedni rok zadziało się, co mogliście w sumie śledzić na bieżąco. 15 maja stuknie już 3 lata, jak jestem z mym lubym, na początku czerwca minie już 2 lata, jak mieszkam w Amsterdamie i wiecie co? Nie żałuję decyzji o przeprowadzce, choć z tym na początku bywało różnie. W ten rok nauczyłam się wielu rzeczy, ale jedną lekcję zapamiętałam szczególnie. To, jak chcemy, by wyglądało nasze życie, zależy głównie od nas. Póki jesteś zdrowy na ciele i umyśle nie ma wykrętów, nie ma biadolenia, jak chcesz coś więcej od życia, to musisz sam o to powalczyć. Sam to zdobyć. Jak chcesz zmian na lepsze, zacznij od zmian samego siebie i swojego podejścia. Nie ma czegoś takiego, jak powtarzanie w kółko "bo ja nie mam innego wyjścia". Zawsze jest inne wyjście. Zawsze jest inna alternatywa, tylko Ty sam musisz ją stworzyć. Wybór daje człowiekowi naprawdę komfort istnienia niezależnie od tego, w jakim kraju sobie egzystuje. Ani jakiej jest narodowości i pochodzenia.

I to powyższe było właśnie z cyklu refleksyjnie, bo tak podsumowując tu sobie ten roczek, zawsze taki rachunek wymaga na koniec myśli pięknej i przewodniej, niczym z książek Hemingway'a. Kochani, zatem wielkie dzięki, że jesteście tu ze mną już rok i mam nadzieję, że zostaniecie na następnych kilka lat. I że będzie nas tu jeszcze więcej! I że będzie jeszcze weselej! Jeszcze ciekawiej! I że wszyscy razem dalej będziemy się tu wydaczać! Aż do poziomu Level hard: die or become a Dacz ;) Choć i tak wszyscy tu dobrze wiemy, że każdy z nas żyjący na emigracji w głębi duszy i tak do końca pozostanie Polakiem. Dla większości może i w takiej Holandii jest lepiej, niż w Polsce, w tym, przyznam się szczerze, i dla mnie, ale i jestem niemal pewna, że nigdy do końca aż tak się nie zmienię, aż tak się nie wydaczę, by czuć się naprawdę w 100% Daczką. Nawet za 10, 20, 30 czy 40 lat ;)

piątek, 2 maja 2014

Melanż po holendersku

Może jest już pod Dniu Króla, ale to nie znaczy, że to koniec zabawy w Holandii. W Polsce w sumie to dopiero początek. Weekendu majowego ;) Powiedzmy to sobie szczerze, bawić się każdy lubi. Czy to w mniejszym gronie w domowym zaciszu, czy na koncercie ulubionego zespołu, czy na wielkiej imprezie w klubie. Człowiek już jest takim dziwnym stworzeniem i jest tak skonstruowany, że od czasu do czasu wyszumieć się musi. No musi i kropka. Od pewnego czasu takie "wyszumienie" nazywa się po naszemu kolokwialnie "melanżem". Skąd się wzięło to określenie? Jak zwykle Wikipedia przychodzi nam z pomocą i podpowiada, że Melanż (z fr. mélange) – fikcyjna substancja, zwana również przyprawą, o niezwykle skomplikowanej budowie chemicznej i działaniu na organizm, wymyślona na potrzeby powieści Franka Herberta Diuna. Jedynym miejscem we wszechświecie, gdzie pozyskiwano melanż była planeta Diuna. Wydobycie go z piasków pustyni było niezwykle niebezpieczne, często zdarzały się przypadki połknięcia całej żniwiarki przez gigantycznego czerwia pustyni. To wszystko powodowało, że melanż był najbardziej pożądaną i najdroższą substancją we wszechświecie, po przejęciu tronu imperialnego przez Paula Atrydę została uznana za walutę. Melanż przedłużał życie i umożliwiał poszerzenie granic świadomości, a w połączeniu z ćwiczeniami mentalnymi i fizycznymi pozwalał na rozwinięcie nieludzkich wręcz zdolności, takich jak widzenie różnych wariantów przyszłości, kontakt z przodkami czy też niesamowite zwiększenie zdolności obliczeniowych ludzkiego mózgu (mentaci). Jest to jednak również powodujący silne uzależnienie narkotyk. (...) Nagłe zaprzestanie dostarczania organizmowi melanżu powodowało objawienie się silnego symptomu odstawienia, zwykle zakończonego śmiercią. Mimo to, codzienne przyjmowanie melanżu mogło wydłużyć życie nawet o kilkaset lat...



Kilkaset lat, no nieźle. No to nie taki zły w sumie ten melanż, jak się okazuje. Nie taki zły wilk, jak go opisują. Gdy w Polsce poniesie cię melanż, w takiej Warszawie na przykład, to lądujesz o szóstej nad ranem w Zakąskach i Przekąskach z grupą japońskich turystów, z którymi rozmawiasz o fizyce kwantowej. Albo  o Piłsudskim. Albo o Sikorskim. Albo o Bogu... Zależy, pod który pomnik wcześniej poniósł cię melanż. We Wrocławiu ten melanż niesie cię z kolei najczęściej do Przedwojennej, gdzie na przykład z takim aktorem Teatru Polskiego porozmawiasz o Szekspirze, o którym dowiesz się, że był strasznym zboczeńcem (w sensie, że Szekspir był), a Hamlet to nic innego, jak literatura soft-porno... Po takiej intelektualnej dyskusji znajdujesz też nawet odpowiedź na odwieczne pytanie Być albo nie być i wszystko staje się jasne, wszystko nabiera sensu i logiki. Niestety, gdy nazajutrz budzisz się z kacem, nic z tego już nie pamiętasz, no i od nowa szukasz sensu życia. Tylko, że z bólem głowy. Ale jak w Holandii poniesie cię melanż to w sumie nigdy nie wiesz, gdzie cię zaprowadzi. Historii z tego cyklu znam już mnóstwo, więc nadając chaosowi porządek, spróbuję je opisać chronologiczne, od początku. Choć niektóre historie będą bez nazwisk, a nawet bez pseudonimów. Zrozumiecie, jak przeczytacie, dlaczego to tak i czemu...

Gdy w Daczlandii poniesie cię melanż możesz tak skończyć, jak na przykład moja koleżka Kasia, którą melanż poniósł aż na prywatne ekskluzywne after party z najsławniejszymi DJ-ami świata. W Amsterdamie. Jak tam Kasia się znalazła? No proste. Na prywatne zaproszenie Paris Hilton, co prawda przekazane przez ochroniarza Paris, no ale grzech nie skorzystać. Duża szansa, że taka okazja się już nie powtórzy. Nigdy. Czy Kasia bawiła się dobrze? Jak się domyślacie, to była jedna z jej najlepszych imprez w życiu. Można więc skończyć w Holandii na małej prywatnej imprezce z Paris Hilton i innymi gwiazdami? Ano pewnie, że można!

Można też skończyć w Jimmy Woo po popijawie w jednym z najlepszych hoteli w Amsterdamie, czyli Hotel Sofitel Legend The Grand (dłuższa nazwa już być nie mogła), gdzie co jakiś czas hotel w ramach podnoszenia swoich standardów, robi ze swoich pracowników największe gwiazdy, którzy przez weekend urzędują tak sobie w tym hotelu, jakby byli Brangelną i Beckhamami jednocześnie, a nawet i pupą Kim Kardashian na wakacjach. Czy jakoś tak. Pracownicy więc śpią w najlepszych pokojach i mają kaprysy, jakie to powinny mieć bogate gwiazdy. Czyli szampan leje się strumieniami, hotelowe taksówki wiozą cię pod kluby, a tak przy okazji na weekend meldujesz się z osobą towarzyszącą. I masz sobie używać. Do woli. Czego dusza zapragnie. Niczego masz sobie nie żałować. Nie odmawiać. Czy muszę mówić, że takie zdanie nie powinno paść pod adresem polskiego pracownika? Bo ten to sobie użyje na pewno. I na maksa. Weźmie taksówkę do lansiarskiego klubu, żeby się wytańczyć, bo raczej nie jest już zbyt spragniony. Swoje wypił już wcześniej w hotelu. Założy więc taką seksowną obcisłą sukienkę i będzie robić szpagaty na parkiecie. I nie dlatego, że ktoś wyzwał go, czyli ją, do zrobienia tego szpagatu, ale dlatego, że może. Że ten szpagat zrobić potrafi. No pech, że sukienka obcisła, to materiał i puścił w końcu na szwie. Na tyłku. No takiego rozwarcia nie wytrzymał. I pech chciał, że ten pracownik hotelu nie lubił nosić bielizny i raczej jej nie nosił. Nigdy. Do tego klubu na imprezę też tej bielizny nie założył i w tenże sposób wszystko znalazło się na wierzchu... Że w sensie, że części intymne i tylne. Można więc robić szpagaty w Jimmy Woo bez bielizny? Można! Choć nie polecam...


Albo można też tak skończyć, jak ja. W nieswoich skarpetkach pod eskortą policji podwieziona do domu skoro świt nastał i kogut zapiałJak to w nieswoich skarpetkach pod eskortą policji wróciłam z imprezy o szóstej rano, czyli kolejne party w Amsterdamie mające (znowu) coś tam wspólnego z pewnym lekarzem. Tym zabawniejsze, że początek tej historii również miał miejsce w hotelu Sofitel Legend The Grand Amsterdam, który może się teraz stać kultowym miejscem na rozpoczęcie melanżu. Dla pracowników hotelu lub bogatych snobów ;) No chyba, że będzie zorganizowana tam kolejna impreza InterNations! A! No i nie zapominajmy o moim dawnym wiekopomnym melanżu, który skończył się w gejowskim klubie: Tropem kradzieży w gejowskim barze!

Melanż niesie ku twojej uciesze, a jak poniesie cię za daleko, to możesz zgubić różne rzeczy. Na przykład możesz pojechać na imprezę w innym mieście znajomych znajomego tudzież lubego i mieć słabszy dzień. W tym sensie, że główka twa procentów nie wytrzyma. I gdy wracasz do domu po ciężkiej podróży w pociągu, gdzie walczysz z grawitacją i z turbulencjami (bo myślisz, że lecisz odrzutowcem F-16 nie bez kozery nazywanym walczącym sokołem), okazuje się, że twoja torebka została w klubie, pubie czy innym cholerstwie w odległym Rotterdamie i niby teoretycznie w ten sposób melanż poniósł cię prawidłowo, że niby do domu, no ale prawie, a to jak wiadomo wielka różnica, bo w torebce została jedyna twoja para kluczy do domu... A ty już marzysz tylko o ciepłej piżamce, wiadrze wody i lulu. Wtedy melanż cię niesie do cudzego domu tych znajomych, którzy bardzo późno w nocy albo wcześnie nad ranem, jak kto woli, odbierają jeszcze telefony. A takich okazuje się, że naprawdę jest niewielu. Nawet na palcach jednej ręki ich nie policzysz. I tu, jak nigdy sprawdza się powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a przynajmniej w chwilowej bezdomności. Można na melanżu zgubić klucze do domu? Można, ale lepiej tego nie robić nigdy...

Często słysząc historie o imprezach w Amsterdamie dowiadujemy się, że melanż niesie ludzi do coffeeshopu albo na Dzielnicę Czerwonych Latarni. Pierwszego jeszcze nigdy nie praktykowałam, a drugie zdarzyło mi się i to parę razy. Mój pierwszy raz był dość ekstremalny, bo w prezencie dostałam od znajomych lap dance i to nie męski, a kobiecy, choć wtedy po raz pierwszy i pewnie zarazem ostatni, mogłam sobie dotknąć przynajmniej sztuczną silikonową pierś. Powiem Wam, że można wyczuć różnicę i można wymacać silikonową wkładkę. Wrażenie dotykowe średnio pozytywne, porównywalne do złapania piszczałki w pluszowej zabawce mojego psiaka, która przypomina kuropatwę. Tyle, że złapanie silikonowej piersi nie wydaje żadnego piszczącego dźwięku. A ostatni raz melanż poniósł mnie na Czerwoną Dzielnicę, kiedy przyjechali do nas na weekend brat lubego ze swoją nową dziewczyną i zarazem moją znajomą, również Polką, Asią. Poszliśmy na Czerwoną "na kabiny", gdzie co tu będę dużo rozwodzić się i obwijać w bawełnę, można zobaczyć seks na żywo. Stojąc sobie w takiej obleśnej kabince, gdzie nie radzę absolutnie nic dotykać, za jedyne 2 euro za 2 minuty można nie tylko oglądać parkę robiącą "to i owo" na żywo na materacyku, ale można i podejrzeć inne osoby stojące tak sobie w pozostałych kabinkach. Na przykład można zobaczyć miny podnieconych japońskich turystów... Nie polecam generalnie, bo jakoś nie wygląda to zbyt apetycznie, zwłaszcza, że ta para "kochanków" nie była "pierwszej świeżości". Zwłaszcza ta dziewczyna. Ale, jak to mówią, trzeba się przekonać nie tyle, co na własnej skórze, ile na własne oczy i homo sum, humani nihil a me alienum puto, a podglądactwo i fascynacja seksem, co tu by dużo mówić, leży po prostu w naszej naturze. Zatem, gdy brat lubego z Asią w kabinie oglądali to "show", ja w tym czasie wdałam się w dyskusji z pewnym, jak się domyślam, pracującym tam alfonsem z Serbii, z którym porozmawialiśmy sobie o książkach. Można? Można, ale niekoniecznie trzeba...

I takich historii można by tu wymieniać i wymieniać, ale nie chcąc być posądzona o propagowanie alkoholizmu i zachowań niewłaściwych dla dam i nieprzystających gentlemanom, może na tym już skończę i tu dam Wam jeszcze tylko taką małą radę już na sam koniec. Kiedy melanż Was niesie w Amsterdamie, to nie dajcie mu się ponieść do Wesołego Miasteczka na Dam Square. To się może skończyć naprawdę źle... Naprawdę nie tylko zawrotami głowy, co ostatnio mogłam sobie niestety zaobserwować wśród grupki Anglików, którzy przyjechali sobie do Amsterdamu na wieczór kawalerski. To był niezbyt estetyczny widok. A tak w ogóle, to Kochani bawcie się zawsze z umiarem, bo nie chciałabym znów ze swojego okna zaobserwować takiej sytuacji, jak dwóch bardzoooo pijanych Polaków agresywnie zaczepiało Daczy na ulicy. Aż mi było naprawdę wstyd. Bawmy się więc, ale nie róbmy wiochy i nie pogłębiajmy już i tak dość negatywnych stereotypów o Polakach w Holandii... Bawmy się po prostu z klasą i niech melanż nikogo nie niesie w kierunku chamstwa, agresji i buractwa :)