czwartek, 26 czerwca 2014

Sport w życiu Holendra a Mundial 2014, czyli kto decyduje o sukcesie Pomarańczowych?

Cała Holandia żyje tegorocznymi Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej. Jak Pomarańczowi dali ciała dwa lata temu na Euro 2012, tak teraz idą jak burza! Wygrali wszystkie trzy mecze w swojej grupie, w tym niemal dosłownie zmiażdżyli Hiszpanię w pierwszym meczu wygrywając 5:1! A dwa lata temu na Mistrzostwach Europy Holandia nawet z grupy nie wyszła, a to Hiszpania właśnie zdobyła wtedy mistrzostwo... Ba! Cztery lata temu w finale Mundialu Hiszpanie pokonali Holendrów 1:0 po dogrywce. A jak będzie w tym roku? No będzie bez Hiszpanii na pewno, a bukmacherzy coraz częściej obstawiają, że to "Mechaniczna Pomarańcza" w tym roku zdobędzie mistrzostwo. Czy tak rzeczywiście będzie? Ja w każdym razie bardzo się cieszę z ich sukcesów i trzymam za nich mocno kciuki! Ba! Wreszcie mam komu kibicować na Mundialu! Więc Hup Holland! 

 

Holendrzy, gdy tylko był dzień meczu ich drużyny podczas eliminacji grupowych o godzinie 18.00, zrywali się wcześniej z pracy i zazwyczaj ubrani w pomarańczowe koszulki pod gajerkami lub przynajmniej w jakieś pomarańczowe akcenty albo flagi malowane na policzkach, spotykali się większą grupą w jakimś barze i oglądali mecz podskakując i wrzeszcząc entuzjastycznie za każdym golem. Tak entuzjastycznie, że normalnie jak nie oni. No bo 18.00 to godzina całkiem wczesna i dla Daczy przedobiadowa, więc pijąc te swoje ukochane piwa na pusty żołądek, kończyli mecz będąc już w stanie dość nietrzeźwym. Gdy po tych meczach spacerowałam po Jordaanie ze swoim psiakiem, spotykałam masę pomarańczowych koszulek, które ledwo co trzymały się i jechały prosto na tych swoich rowerach. A niektórzy z nich to wręcz darli się na cały głos Hup Holland! No jak nie Dacze, no... tacy podekscytowani!

To jest magia takich okazji, że raz, łączy ludzi, że dwa, oglądanie Mundialu idzie w parze z piwem, a trzy, można się cieszyć z sukcesów swojej drużyny i krzyczeć z radości, a nikt nie spojrzy tu na ciebie, jak na wariata. Bo w Holandii publiczne okazywanie emocji nie jest zbyt mile widziane i jest odbierane, jako może nie tyle, co fanaberia, ile wariactwo. Jednak Holendrzy ze sportem nie mają tylko do czynienia za sprawą ekranów telewizora i Olimpiad, Mundialu czy Euro. To bardzo aktywny naród ogólnie, który od lat osiąga sukcesy w sporcie. Wynika to z jednej przyczyny, sport dla Holendrów jest ważny, począwszy od tego, że traktują oni rower nie jako weekendową rozrywkę, ale środek transportu, a skończywszy na tym, że przynajmniej w Amsterdamie każdy Dacz, którego znam, posiada karnet na siłownię. I z niej regularnie korzysta. Choć to akurat może być specyfika stolicy, aczkolwiek nie sądzę. Bo nawet, jeśli Holender nie chodzi na siłownię czy na zajęcia fitness, to spędza swój czas aktywnie gdzie indziej. Na przykład biegając w parku, na żaglach, na basenie czy właśnie kopiąc z kumplami piłkę na boisku. Holendrzy wprost kochają sport i jeśli wierzyć statystykom, uprawia go tu 71% mężczyzn i 66% kobiet. Niezły wynik, co? Chodakowska like it!

Jest kilka dyscyplin sportowych, w których Holendrzy są mistrzami. Hokej na trawie, łyżwiarstwo szybkie, kolarstwo (jakżeby inaczej?), żeglarstwo, pływanie, wioślarstwo i wspomniana już piłka nożna. A jakie są więc najjaśniejsze gwiazdy tej ostatniej dyscypliny? Na tegorocznym Mundialu wyróżnia się na boisku trzech graczy: Arjen Robben, Wesley Sneijder oraz Robin van Persie. To ich nazwiska komentatorzy wymieniają najczęściej. Nie zapominajmy też o selekcjonerze Pomarańczowych Louisie van Gaal. Skupmy się jednak na Robbenie, który gra obecnie w Bayern Monachium, a w 2013 roku Robben zdobył z Bayernem Puchar Ligi Mistrzów. To, co czyni Robbena wyjątkowym na tegorocznych Mistrzostwach to jego prędkość, jest on bowiem obecnie najszybszym piłkarzem świata. Podczas kultowego już meczu z Hiszpanią Robben w akcji z osiemdziesiątej minuty, którą zakończył strzeleniem piątej dla Holendrów bramki, zmierzono mu prędkość i wynosiła ona 37 km/h! Szybki, jak błyskawica Robben pobił w ten sposób rekord należący do Theo Walcotta (35,7 km/h). To była druga bramka zdobyta przez Robbena podczas tego sławetnego meczu z Hiszpanią. Dwa pozostałe gole należały do van Persiego i jedną bramkę ustrzelił Casillasowi de Vrij. W ten sposób uzbierał się kompromitujący dla Hiszpanii wynik 5:1, który rozpoczął znakomitą passę "Mechanicznej Pomarańczy" na tegorocznym Mundialu w Brazylii. Czy Louis van Gaal doprowadzi Holendrów tego lata do zwycięstwa? Obstawiam i wieszczę Wam, że TAK, bo jak donosi niesamowita poniższa reklama Heinekena (ci to wiedzą, jak kręcić najlepsze spoty!), Dacze mają futbol we krwi: Wij zijn Oranje en voetbal zit in ons bloed. Zatem HUP HOLLAND! HUP HOLLAND! HUP HOLLAND! SUCCES JONGENS!


A jak Wy Kochani obstawiacie? Czy Holandia wygra tegoroczne Mistrzostwa Świata w Brazylii?

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Ślub w holenderskim stylu po raz... dziesiąty

Tak, tak, to już moje dziesiąte (!) holenderskie wesele. Uff.... Tak jakby znajomi lubego nie mieli nic innego do roboty, tylko ciągle się hajtali. No ale niech im się wiedzie wszystkim długo i szczęśliwie, bo miłość to w końcu jedno z najpiękniejszych na świecie doznań. I niech trwają w tej miłości wiecznie, do grobowej deski. No i tyle się działo w ten weekend w Amsterdamie, zarówno fani architektury, jak i ponownie miłośnicy pięknych ogrodów mogli ten weekend uznać za udany. A ja w tym czasie w Berkel-Enschot w prowincji Noord-Brabant słuchałam sakramentalnych "ja" wypowiedzianych z ust Joosta i Eline, którzy są razem od 15 (!) lat. Ależ mi się ładnie zrymowało!

W każdym razie ta licealna miłość, czy jak to brzmiało na zaproszeniu weselnym, "Highschool Sweethearts", po kilkunastu latach zdecydowali się sformalizować swój związek. W kościele. Ceremonia, jak ceremonia. Na wejściu do kościoła dostajesz rozpiskę, co minuta po minucie będzie się działo w trakcie ślubu. Łącznie z tekstami piosenek śpiewanych przez mini chór i tego, co powie ksiądz. Nota bene, tak jak i w polskim kościele w trakcie ślubu wędrowała taca z jałmużną. Ja nie wiem, ile to się teraz przyjmuje wrzucać do takiej tacy, ale w Holandii to głównie widziałam banknoty z nominałami 10 oraz 20 euro... No według mnie, to całkiem sporo, ale jako nadworny polski ateista, to ja nie mam bladego pojęcia o kościelnym savoir-vivre...


Po kościele zamiast ryżem rzucano w młodych rozwijającymi się białymi tasiemkami. Moja tasiemka się nie rozwinęła i trafiła prosto w pannę młodą, która aż krzyknęła "ałłłł", a luby przy tym wybuchnął gromkim śmiechem... Cóż, oto polski akt terroryzmu na holenderskim ślubie, choć wcale nie był to atak w afekcie, ale jak to już zwykle bywa w moim życiu, głupiutka niezdarność. Po kościele, cóż... Było kilka godzin przerwy między wedding reception, takim pre-przyjęciem weselnym, pre-drinkiem, nie wiem nawet, jak to dokładnie przetłumaczyć po naszemu, bo u nas raczej nie praktykuje się tego na weselach. W trakcie tej przerwy pojechaliśmy więc z lubym na lunch do Den Bosch i na trzecią wróciliśmy na pre-party w fabryce skór. Tam na mini-plaży (pogoda na szczęście dopisała, ba! nawet się trochę opaliłam!) piliśmy piwo/wino do wyboru, gratulowaliśmy młodym i wręczyliśmy prezent. Jak to w holenderskiej tradycji już bywa, kilka panów, w tym  i luby, złożyli się na wazon. Prawdziwy kryształ ze srebrem i wcale nie taki, jak na Daczy tani, bo za ponad 400 euro... Co ciekawe, w trakcie imprezy latał  taki śmieszny samolocik, oko Wielkiego Brata z kamerką, która filmowała całe przyjęcie z lotu ptaka. Jeszcze takiego gadżetu nie widziałam na żadnym weselichu i jestem strasznie ciekawa, jaki będzie efekt takiego filmowania!


Po pre-drinkach znów czas przerwy. Tym razem na obiad. Tak, tak, stąd te przerwy, by lunch i obiad goście mogli sobie spokojnie zorganizować we własnym zakresie, bo tym razem było to typowo holenderskie wesele i poza małymi przystawkami, państwo młodzi innego jedzenia nie serwowali. Więc wraz ze znajomymi lubego (ja i czterech facetów) udaliśmy się na obiado-kolacje do pobliskiej restauracji. Już dobrze w czapie, bo piliśmy piwa na słońcu, spędziliśmy naprawdę przyjemne popołudnie. To grono znajomych lubego to jego znajomi ze studiów, z zarządu studenckiego i sami holenderscy ekspaci. Jeden z nich mieszkał jakiś czas w Nowym Jorku, drugi już pracuje kilka lat w Londynie, a trzeci właśnie przeprowadził się do Paryża. I ten ostatni ciągle mi powtarzał, że teraz to on zna doskonale mój ból z holenderskim (francuski też wcale nie jest taki łatwy, wiem z doświadczenia ,bo po trzech latach nauki w liceum potrafię tylko się przedstawić i policzyć do pięciu....) i ciągle sam pilnował, by każdy z towarzystwa mówił przy mnie po angielsku i nie przestawiał się na holenderski. Jakże szarmancko!

I w trakcie obiadu siedziałam koło znajomego lubego, którego zawsze widzę z sygnetem na małym palcu. Jako obsesyjna miłośniczka mody, musiałam oczywiście o ten pierścień zapytać, dlaczego go tak ciągle nosi. I tu ciekawa historia, bo on ten pierścień tylko nosi przy większych okazjach, jak właśnie śluby, a że tylko spotykałam wcześniej jegomościa na ślubach, stąd mój wniosek, że to jego ulubiony gadżet. Sygnet dostał w osiemnaste urodziny i przedstawia on jego rodzinny herb. Tak, tak, okazało się, że znajomy lubego jest, można powiedzieć, holenderskim szlachcicem z tytułem, herbem (o zamek już nie pytałam) i z rodzinną tradycją wręczenia pierścienia wszystkim dzieciom na osiemnaste urodziny. Nawet kobietom (oj, zabrzmiało to niezbyt feministycznie...). Choć kobiety z rodziny, które później wychodzą za mąż i zmieniają nazwisko (jak właśnie siostra tego znajomego lubego) nie będzie mogła dać sygnetu swoim dzieciom, bo już nie posiadają rodowego nazwiska i przejmują tradycje ze strony ojca. Czy jakoś tak jest to w holenderskiej arystokracji ;) W każdym razie rozmawiało nam się bardzo przyjemnie i jakoś tak, jak nie z Daczem :) Lata spędzone na emigracji, w Londynie czy też w innym kraju, robią z Holendrów naprawdę fajnych i przyjaznych ludzi. Z takimi, co da się normalnie pogadać! Nawet o pierścieniu ;)


No i po obiedzie przyszedł czas prawdziwej imprezy, prawdziwego wesela. Znów wino i piwo do wyboru, tańce, hulance, swawola. Na parkiecie szał ciał, a w tle czerwone akcenty, które były w temacie wesela "Highschool Sweethearts". Ja tym razem obrałam inny modowy target do pogadania, czyli pomocnika Świętego Mikołaja. No dobrze, może nie do końca takiego prawdziwego, ale muszę przyznać, że jeszcze tak ubranego Holendra na żadnym weselu nie widziałam! Zdjęcia niestety mu nie zrobiłam... Ale ba! Nigdzie tak ubranego Dacza nie widziałam! Cóż, był ubrany bardzo oryginalnie, z nutką szaleństwa, ogólnie całość fajnie, ale, ale, ale... może niekoniecznie na taką akurat okazję powinien się w ten sposób ubrać. Podwinięte nogawki w zielonym garniturze na 3/4 i czerwone skarpetki nasuwają właśnie takie skojarzenie z pomocnikiem Świętego Mikołaja. Przynajmniej mi. Jednak, gdy go o to zapytałam, dlaczego tak się właśnie ubrał, powiedział mi, że jest prawnikiem pracującym dla rządu i nie ma nigdy innych okazji, by sobie tak z ubiorem zaszaleć. A szaleć w modzie bardzo lubi i uprzedzając Wasze pytanie, nie, nie jest gejem. No to cofam porównanie z pomocnikiem Świętego Mikołaja i komplementuję go szczerze. Wprost uwielbiam, gdy Ci sztywni prawnicy czy bankierzy czasem tak sobie wrzucą na luz i zaszaleją choćby właśnie w ubiorze, choćby w skarpetkach ;) Ach, ci Holendrzy, bardziej odważni i ciekawsi w swych modowych wyborach, niż ich krajanki! No, ale o tym już było tu: Niezłego masz stajla, czyli rozbieramy Daczy do naga! No prawie... A tak w ogóle wiem, że za mój niewyparzony język kiedyś mi się dostanie, bo czemu to ja pytam tych poważnych Daczy, dlaczego wyglądają, jak pomocnik Świętego Mikołaja? Czemu? Hmm.... Wszak Holendrzy sami słyną ze swojej bezpośredniości, więc pewnie mimowolnie przyjęłam od nich tak ową cechę. Lub wadę, jak kto woli ;)

Wisienką na torcie weselnego party był występ kobiety z brodą i nie, nie była to Conchita Wurst, ale pani o pseudonimie artystycznym Andrea Hazes, która wygląda, jak zmarły w 2004 roku najlepszy holenderski piosenkarz Andre Hazes. Można? Można! Było fajnie? Było! Wszyscy się świetnie bawili? Ba! No to teraz byle szybko do następnego wesela numer jedenaście ;)

  

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Tym razem Jordaan otwiera swoje ogrody!

Ach, co to był za cudowny weekend! Zaczęło się od piątkowego 5:1 dla Holandii, która dosłownie zmiażdżyła Hiszpanię. Tak, Hiszpanię, poprzedniego (czy to jeszcze obecnego?) mistrza świata z 2010 roku i obecnego mistrza Europy! I to z jakim wynikiem, 5:1! Tego nie spodziewali się nawet najwięksi holenderscy optymiści! Kiedy mówiłam, że będzie 3:0 dla Holandii, to każdy mi delikatnie sugerował, bym zeszła na ziemię, a tak w ogóle to ja się nie znam wcale a wcale na piłce nożnej. No nie znam, ale i tak byłam bliżej od tych, którzy "optymistycznie" obstawiali remis. Oj, co to były za emocje! Mecz oglądałam z dwunastoma Daczami w ogrodzie znajomego lubego. Ja, oni, 100 piw i mój psiak Gin. Cóż to była za radość! Za euforia! A ile memów pojawiło się w Internecie dzień po meczu! Pojawił się nawet taki neologizm, jak "spianful", mówiło się o jakże pechowym dla Hiszpanii piątku 13-ego, a Iker Casillas, który miał właśnie tego dnia pobić rekord Waltera Zengi, który na Mistrzostwach Świata w 1990 roku przez 517 minut nie puścił gola, wziął winę za porażkę Hiszpanii na siebie. Casillas musiał utrzymać w poprzedni piątek czyste konto do 86 minuty meczu. Nie utrzymał. A wręcz przeciwnie, dał ciała na całej linii. A dokładnie dał ciała pięć razy. Pięć! Pięć! Pięć!


W ten sposób cała Holandia świętowała cały poprzedni weekend. My z lubym też sobie nie żałowaliśmy. W sobotę ugotowaliśmy sobie pyszny włoski obiadek i nawet odżałowaliśmy kilka ojro na prawdziwą truflę. Jedną, co by nie było ;) Ale już tak odbiegłam od tematu, że zaraz zapomnę, o czym to miało być. O ogrodach na Jordaanie. Niedawno artyści z Jordaanu otworzyli dla publiki swoje atelier: Sztuka po holendersku od kuchni, czyli artyści z Jordaanu otwierają drzwi do swoich atelier! Wczoraj, w niedzielę 15 czerwca od 11.00 do 16.30 można było zwiedzić trzydzieści ogrodów na Jordaanie. No w tej dzielnicy to nie można się nudzić! Zawsze się coś tu dzieje :) Na początku jednak myślałam, że będą to tego typu ogrody, które dzielą całe osiedla. Zgadza się, takie też można było zobaczyć. Jednak przede wszystkim głównie zwiedziliśmy z lubym prywatne ogrody, należące do starszych pań, które wkładały całe serca i cały swój czas, by wyglądały one pięknie, jak najpiękniej. Z lubym nie udało nam się zwiedzić wszystkich, bo zaczęliśmy naszą wycieczkę o godzinie 14.00. Zwiedziliśmy więc może z dwadzieścia ogrodów. Znakiem rozpoznawczym były zielone baloniki przy wejściu do każdego ogrodu. Wstęp płaciliśmy tylko raz, 2 euro od osoby. Niewiele, jak na całe popołudnie pełne atrakcji i inetreakcji z niezwykłymi ludźmi. Dostaliśmy też mapkę i ruszyliśmy w podróż po ogrodach na Jordaanie. Magiczną podróż, która przypomniała mi mój ulubiony film z dzieciństwa w reżyserii Agnieszki Holland "Tajemniczy ogród"... Ach, jak zwykle zrobiłam milion zdjęć, ale żeby Was nie zanudzać wybrałam pięć najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych ogrodów, moim skromnym zdaniem, które miałam okazję podziwiać w niedzielę. W niektórych ogrodach właściciele częstowali nas cukierkami, w innym ogrodzie małe dziewczynki sprzedawały przepyszne ciasta domowej roboty za 2,5 euro, a w jeszcze innym ogrodzie właścicielka raczyła nas historią swojego niezwykłego życia. Ach, Ci Dacze, tacy pełni sprzeczności... Niby to taki zamknięty naród, a zarazem jakże otwarty!!!!!  


Ogród numer 1:
Malutki ogród, prawdziwy miszmasz wszystkiego. Klatki dla ptaków, rzymskie popiersia, a nawet Jezus... Mnie najbardziej urzekła altana w tym ogrodzie! Jakby czas cofnął się do XIX wieku!


Ogród numer 2:
Malutki ogród, mieszczący się na pierwszym piętrze na tarasie, choć ma się wrażenie, że to normalny ogród na parterze. "Okna" w podłodze oświetlają pracownię właścicielki tego ogrodu. Na ścianie niezwykły "obraz" z roślin i z przypraw takich, jak bazylia, pietruszka czy mięta. Coś w sam raz dla miłośników sztuki kulinarnej :) Piękne i jakże praktyczne zarazem!


 Ogród numer 3:
Ogród bardzo sympatycznej i bardzo entuzjastycznej starszej pani, która przeprosiła inną grupę Holendrów, że ze względu na mnie, będzie mówić po holendersku. Nie znam się na roślinkach, ale ta pani opowiadała, że jedną z roślin w swoim ogrodzie zakupiła, jako roślinkę domową, a która tak się rozrosła, że musiała zasadzić ją w ogrodzie. Teraz jest wielkości... drzewa. Nie znam nazwy tej roślinki, ale to jest ta na trzecim zdjęciu poniżej. Sympatyczna pani opowiadała również historię aniołka, którego możecie zobaczyć na ostatnim zdjęciu na szczycie tego budynku, który za dawnych czasów, kiedy religia katolicka była w Holandii zakazana, nie mógł być umieszczony z przodu budynku, gdzie to wcześniej je umieszczano, by czuwały nad mieszkańcami, bo to by zdradzało zakazane wyznanie... Zatem w tym budynku aniołek był umieszczony z tyłu. I dalej czuwał z taką samą mocą :)


 Ogród numer 4:
Tajemniczy ogród, do którego prowadził równie tajemniczy i magiczny tunel...


Ogród numer 5:
I na koniec (też również dla nas, bo zwiedzony, jako ostatni) najbardziej niezwykły ogród, bo będący zarazem schroniskiem dla wróbli! Prawdziwy raj dla ptaków! Tak! Właścicielka tego pięknego ogrodu -  Jennifer opowiadała nam, że wróble są zagrożonym gatunkiem w Holandii! Tak, wróble! Trzy lata temu ta niezwykła kobieta postanowiła coś z tym zrobić. Dziś w jej ogrodzie schronienie znalazło około 110 wróbli. Jest to największe tego typu schronisko w Amsterdamie. Jak Jennifer zwabia do siebie wróble? Oczywiście jedzeniem! Ich ulubionym rodzajem ziarna. Gdy zapytaliśmy ją z lubym, dlaczego postanowiła mieć w swoim ogrodzie schronisko dla tych ptaków, odpowiedziała, że jedna osoba może zmienić wiele. Po angielsku brzmi to trochę lepiej ;) "One person can make a difference (and everyone should try)" i w ten sposób zwiedzanie ogrodów na Jordaanie skończyliśmy z lubym na tych słowach JFK. To było piękne popołudnie, zarówno nasyciło nas wizualnie, jak i napełniło nas pozytywną energią niezwykłych ludzi, bo prawdziwych pasjonatów piękna i przyrody :)

wtorek, 10 czerwca 2014

Ale ta Holandia jest wstrętna! A feeeeeeeeeee! A ci Dacze to już w ogóle są bleeeeeeeeeee!

Forbes donosi, a raczej bije na alarm! Holandia jest najmniej przyjaznym krajem dla ekspatów! Zdziwieni? Eeee... no chyba nie. Chyba nie tak do końca. Niektórzy z Was to pewnie i nawet wcale nie są zdziwieni, i to pewnie Ci z Was, którzy w Holandii już jakiś czas mieszkają. Ci, co znają ten kraj z telewizji, prasy, atlasu czy wakacyjnych wojaży (odpowiednie wstawić lub zakreślić), pewnie drapią się teraz po głowie i zastanawiają się, co może być nie tak w kraju, w którym legalna jest marihuana? Który jest tak piękny? Tak bogaty? Tak przyjazny dla turystów? Tak liberalny i otwarty? Który jest tak wysoko rozwinięty, a poziom jakości życia w Holandii jest nieporównywalny z tym w Polsce? Co tu może być złe, poza pogodą?

Cóż, odpowiedź ani nie jest taka prosta, ani taka krótka, jak sławetna niegdyś ekspresowa walka Gołoty. Jak dalej Forbes wyjaśnia, Holandia jest krajem, którego język jest się najciężej obcokrajowcom nauczyć, najtrudniej jest się tu zaprzyjaźnić z rodowitymi mieszkańcami, a także najwolniej w Holandii emigranci wpasowują się w nową kulturę i w społeczeństwo. Mówiąc zatem krótko i dosadnie, jak na mównicy w sejmie, życie w Holandii dla ekspata to czasami, ba! często, a nawet za często, nieustanna walka z wiatrakami. Kto tu mieszka(ł), ten wie. Kto śledzi tegoż tu blog na bieżąco, też ma pewnie mniej więcej już jako takie pojęcie, że początki są tu raczej trudne. Męczące, ciężkie, a nawet depresyjne.No ale z drugiej strony można zapytać, to gdzie niby jest łatwo?


I tu znów Forbes podpowiada, że w takiej Kanadzie jest na przykład łatwo. A przynajmniej statystycznie jest najłatwiej, bo Kanada jest najbardziej przyjaznym krajem dla ekspatów. Połowa z badanych i mieszkających w Kanadzie obcokrajowców przyjaźni się z miejscową ludnością. Po Kanadzie są kolejno w tymże rankingu przyjaznym ekspatom krajów: Bermudy, RPA, USA, Australia, Hiszpania, Francja, Wielka Brytania, Malezja i Niemcy. Czy słusznie Holandia wypadła tak słabo? Tak źle? A raczej, tak tragicznie, że na szarym końcu? Każdy z Was pewnie ma różne doświadczenia w tym temacie, ale komentarze pod artykułem na temat badań Forbesa na stronie Dutch Daily News mówią same za siebie (nie jestem profesjonalnym tłumaczem, a i Google Translate tu nie używałam, więc wybaczcie mi, jeśli gdzieś coś przekręciłam i przetłumaczyłam nie tak):

On behalf of the dutchies I'd like to apologise... Even for me it seems a hard society sometimes, and I'm very dutch (straightforward and rather a loner). There are friendly people here though, it just might take you some time. We're a quite closed comunity, even amongst ourselves and the rudeness you see is mostly the mask with wich we protect ourselves from having to open up and leave our shelves. I agree some of us are plain rude... And some of us will close you in their hearts for ever if you give it a chance.

W imieniu Daczy chciałabym przeprosić. Nawet dla mnie to czasem trudne społeczeństwo, a ja jestem bardzo holenderska (bezpośrednia i raczej typ samotnika). Są tu przyjaźni ludzie, choć może to zabrać trochę czasu. Jesteśmy dość zamkniętą grupą, nawet w swoim gronie i nasza nieuprzejmość jest maską, która broni nas przed otworzeniem się i wyjściem ze skorupy. Zgadzam się, niektórzy z nas są zwyczajnie nieuprzejmi. A niektórzy z nas zamkną was w sercach na zawsze, jeśli tylko da się temu szansę.

Anne

'there are friendly people here' = this mean the expats.

'są przyjaźni ludzie tu' = czyli ekspaci.

cisxo


Holland is nice for a short visit for outsiders. But after 6 months plus, the superficial tolerance/liberal feel is exposed as a deeply intolerant political and social culture. Mean spirited and ill at ease with itself. I was delighted to leave after 3 years.

Holandia jest fajna na krótką wizytę dla ludzi z zewnątrz. Ale po 6 miesiącach plus, powierzchowna tolerancja/liberalizm sprawiają wrażenie głęboko nietolerancyjnej polityki i kultury społecznej. W sensie jakimś taki dziwnym do przetłumaczenia. Byłem zachwycony wyjeżdżając po 3 latach. 

Denrik

Anne, I do know a few Dutch who are very nice and who I could even call friends (or close colleagues), but as a society, unfortunately, the rudeness and lack of closeness are the smallest problems. I see a cold blooded xenophobia and unfairness. My friend's child heard at school that a boy wouldn't befriend with her, because she was Polish!! 5 year old boy. Where does it come from? home. no comments necessary.

Anne, znam kilku Daczy, którzy są bardzo mili i mogę ich nawet nazwać przyjaciółmi (albo bliskimi kolegami), ale jako społeczeństwo, niestety, ich nieuprzejmość i brak bliskości są najmniejszym problemem. Widzę zimnokrwistą ksenofobię i niesprawiedliwość. Mojego przyjaciela dziecko usłyszało w szkole, że chłopiec nie będzie się z nią przyjaźnić, bo jest Polką. Pięcioletni chłopiec. Skąd to pochodzi? domu. Brak komentarza konieczny.

Azul

I think I've come to understand the Dutch much better after over 3 years here, making quite a few dutch and non-dutch friends. Basically, the Dutch mindset is for a very large part a result of extreme individualism:
- Dutch people care about themselves first and foremost; they will only help you if it costs them nothing.
- People are "direct" in the sense that they say what they want to say, without caring much for offended feelings.
- They are "indirect" or "fake" in the sense that they talk A LOT behind each other's back whenever it wouldn't be safe to say something openly. They also use this to put other people down so they can look better themselves.
- As a result of the above, people are very conformist: any small difference will be exploited against you behind your back by those who pretend to be your friends. This also results in a lot of awkward/socially anxious people.
- "Tolerance" is really just indifference; people are not open to ideas from outsiders (conformism).
- People will not pro-actively help others. You have to ask. This is particularly annoying when you don't know you need help, or a certain piece information (e.g. at work.): they'll let you struggle until you ask the right question.

On the other hand, this individualism also has advantages:
- Indifference is sometimes nice.
- Dutch people are quite rational and pragmatic.
- Society is very well organized, because an individualistic society needs strong rules to function at all.
- Dutch people (in my experience) are often quite competent, since they can't rely on one another; they have to learn to do things by themselves.
- Dutch people are predictable once you understand all that (they don't have crazy unexpected moral principles, weird attitudes, they take care of themselves...), which can make them quite cosy to be with.

And yeah, besides this overall negative picture, the Dutch are still people: they vary wildly from one another, and many are sociable and generous people... It's just that the *average* Dutch person is really self-centered and unfriendly. Other nationalities have other problems !


Myślę, że zacząłem rozumieć Daczy lepiej po 3 latach spędzonych tu, zdobywając tu kilku holenderskich i nie-holenderskich znajomych. Zasadniczo holenderski sposób myślenia jest w bardzo dużej mierze wynikiem ekstremalnego indywidualizmu:
- Dacze dbają o siebie po pierwsze i przede wszystkim; pomogą ci, jeśli to ich nic nie kosztuje.
- Ludzie są "bezpośredni" w tym sensie, że mówią to, co chcą powiedzieć, nie troszcząc się za bardzo o obrazę uczuć innych ludzi.
- Są "niebezpośredni" i "fałszywi" w tym sensie, że mówią DUŻO za czyimiś plecami, kiedy nie jest bezpiecznie powiedzieć coś wprost. Również poprzez przedstawiania w negatywnym świetle innych pozwala im samym wyglądać lepiej.
- W wyniku powyższego ludzie są konformistami: każda najmniejsza różnica zostanie wykorzystana przeciwko tobie za twoimi plecami przez tych, którzy udają twoich przyjaciół. 
- "Tolerancja" jest naprawdę tu tylko obojętnością, jest bierna; ludzie nie są otwarci na pomysły z zewnątrz.
- Ludzie nie będą pomagać chętnie i aktywnie innym. Musisz prosić. Jest to szczególnie irytujące, jeśli nie wiesz, że potrzebujesz pomocy, lub pewnych informacji (na przykład w pracy.): będą patrzyć, jak się męczysz, dopóki nie zadasz odpowiedniego pytania.

Z drugiej strony, ten indywidualizm też ma swoje zalety:
- Obojętność jest czasem miła.
- Dacze są dość racjonalni i pragmatyczni. 
- Społeczeństwo jest bardzo dobrze zorganizowane, ponieważ indywidualistyczne społeczeństwo potrzebuje silnych zasad, aby w ogóle funkcjonować.
- Dacze (z mojego doświadczenia) często są kompetentni, ponieważ nie mogą polegać na sobie; musieli nauczyć się więc robić wszystko samemu.
- Dacze są przewidywalni, jeśli ich już się pozna i zrozumie (nie mają szalonych nieoczekiwanych moralnie zasad (?), dziwnych postaw, mogą sami o siebie zadbać...), które czynią ich całkiem przyjemnymi.

I tak, oprócz tego ogólnie negatywnego obrazu, Dacze ciągle są ludźmi, różnią się znacznie od siebie, a wielu z nich są towarzyskimi i szczodrymi osobami... To tylko *przeciętny* Dacz jest naprawdę egocentryczny i nieprzyjazny. Inne narody mają inne problemy!

Tomq

No dobra, nadeszła chwila prawdy... te dane są akurat z Forbesa z 2011 roku, ale najświeższych danych nie ma póki co, więc pytanie, czy jakby teraz przeprowadzić taki ranking Holandia ciągle byłaby tym najgorszym dla ekspatów krajem? Hmm... Co poznaję nowych obcokrajowców przyjeżdżających mieszkać i pracować do Holandii, to zawsze oni już na samym początku narzekają na tych Daczy i na ich kraj. I na pogodę, oczywiście. A jakie jest Wasze zdanie Kochani w tym temacie? Czy Holandia jest naprawdę taka zła? Czy Holendrzy naprawdę są aż tak paskudni dla mieszkających tu obcokrajowców? Tak ksenofobiczni i nieuprzejmi? No, ale z drugiej strony, nie ma kraju idealnego, Atlantyda zatopiona, a Utopia to jest, ale może w innej galaktyce. Każdy kraj ma swoje plusy i minusy. Fakt faktem, zgadzam się, że holenderskiego cholernie ciężko jest się nauczyć, przynajmniej mi. Do nauki podchodziłam już kilka razy i z użyciem różnych metod, szkoła językowa, prywatne lekcje, nauka własna, oglądanie holenderskiej telewizji, a teraz uczę się z aplikacji w moim telefonie zwanej Duolingo (i to nie jest product placement). Póki co, z aplikacji jestem najbardziej zadowolona, bo poprzednie metody mnie ciut zawiodły, a nawet zniechęciły do dalszej nauki. Zwłaszcza kurs językowy w jednej z amsterdamskich szkół, który tani nie był, a który, jak się okazało, był totalnym miksem grupy, w której były osoby mieszkające od kilku lat w Holandii i ja, mieszkająca w Amsterdamie od niecałych sześciu tygodni... Możecie się więc domyśleć, że byliśmy na całkiem różnych poziomach. Możecie sobie więc też z łatwością wyobrazić, jak wyglądały konwersacje na takim kursie (kurs był podzielony na 20 godzin konwersacji i 20 godzin gramatyki). Jakbym sobie telewizor włączyła i nic nie rozumiała, co tam mówią sobie na tych konwersacjach, bo nauczyciel skupił się tylko na tej lepiej mówiącej grupie, która z oczywistych powodów zasób słów miała znacznie bogatszy. Nie pomogło, gdy ja i inna uczennica z Kolumbii rozmawiałyśmy z nauczycielem na ten temat, że my nic nie kumamy, i nie pomogło, gdy rozmawiałam z nim na ten temat drugi raz sama. Rozmowa z właścicielem szkoły też nie przyniosła żadnych efektów. Choćby "przepraszam" nie usłyszałam, że tak dziwną grupę utworzyli. Więc tylko lekcje gramatyki wniosły coś do mojej znajomości tego języka, a połowa zapłaconych za szkołę ojro poszło sobie ot tak w błoto. A przy okazji zniechęciłam się do holenderskiego na dobre pół roku. Takie były moje początki, jeśli chodzi o naukę tego języka. Niezbyt zachęcające.

No ale się nie poddaję. I o to chyba w tym wszystkim właśnie chodzi. By ciągle próbować. A jeśli mowa z kolei o samych Daczach, to nie muszę się przecież z nimi przyjaźnić, nie mam tej potrzeby, bo Polaków i innych ekspatów tu pełno, więc szybko da radę tu poznać i stworzyć grupę fajnych ludzi, z którymi można się czuć swobodnie. Nie ukrywam, że często nie rozumiem Daczy, ich sposobu bycia, ich poczucia humoru, ich myślenia, oziębłości, nastawienia na karierę, poczucia wyższości, nieprzystępności, egoizmu czy bezpośredniości, więc ich towarzystwa raczej unikam. A raczej nie lgnę do nich, choć zawsze towarzyszę lubemu, gdy się z nimi spotyka. I zawsze jestem dla nich miła, choć w drugą stronę to już różnie bywa... Więc tu się zgadzam z rankingiem Forbesa, że akurat z mieszkańcami tego kraju jeszcze nie zdążyłam się jakoś zbytnio zaprzyjaźnić. Z kolei kultura holenderska ani mi nie przeszkadza, ani mnie nie ekscytuje. Dość łatwo się w tym temacie dopasowuje, błyskawicznie się adoptuję w nowym miejscu, więc holenderskie zwyczaje nieświadomie szybko wprowadziłam w swoje codzienne życie. Nawet tego nie zauważyłam, że w pewnych kwestiach tak bardzo się wydaczyłam: Jak bardzo się wydaczyłam? Czyli 40 objawów i 8 stopni wydaczenia.... Zaś wpasowanie się w społeczeństwo uważam w Holandii za sport wyczynowy i ekstremalny. Ale jest tu naprawdę wielu Polaków, którzy tego dokonali, więc czemu ja akurat miałabym polec w tej walce? Tu wiem, że muszę uzbroić się w cierpliwość, Rzym nie od razu zbudowano, a i Cezar nie od razu został cezarem. Zatem, kiedy Dacz zalezie Ci za skórę, trzeba czasem tupnąć nogą i postawić na swoim, a najlepiej wtedy zaaplikować takiemu jego własne lekarstwo w myśl zasady traktuj innych tak, jak oni traktują ciebie. Można też spróbować innej metody, która zawsze w każdej innej sytuacji (nie tylko w Holandii) sprawdza się w życiu. Ludzi nie można zmienić, można zmienić tylko siebie i swoje podejście. Można je tak zmienić, aby nie przejmować się innymi i dalej robić swoje. I być tu szczęśliwym, tu w Holandii, mimo tego, co tam pisze Forbes ;)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Sztuka po holendersku od kuchni, czyli artyści z Jordaanu otwierają drzwi do swoich atelier!

Raz na dwa lata na Jordaanie dzieje się rzecz niezwykła. Nie. Wróć. Nie od dziś wiadomo, że amsterdamska dzielnica Jordaan od lat przyciąga artystów, którzy mają tu swoje pracownie, mieszkania, galerie i tu właśnie czerpią inspiracje do tworzenia nowych dzieł. Tu mieszka wielu malarzy, pisarzy, rzeźbiarzy, projektantów biżuterii, fotografów, grafików i wielu wielu innych. Do zeszłego weekendu nie wiedziałam jednak, że aż tak wielu. Od 30 maja do 1 czerwca artyści z Jordaanu w ramach projektu Bezoek de ateliers otworzyli dla publiki swoje prywatne przestrzenie twórcze. Można było je zobaczyć bez żadnych opłat. Bez żadnych biletów wstępu. Niektórzy otworzyli swoje mieszkania będące zarazem ich pracowniami artystycznymi, inni studia, a jeszcze inni galerie. Razem w sumie 67 atelier. I jest to niezwykłe, że każdy może zobaczyć tak od kuchni, jak niektórzy holenderscy artyści pracują i jak niektórzy z nich mieszkają. Z każdym z nich można było porozmawiać osobiście i dowiedzieć się, co ich inspiruje, co jest tematem przewodnim ich sztuki oraz dlaczego używają takiej, a nie innej techniki. Szkoda tylko, że o projekcie Bezoek de ateliers dowiedziałam się tak późno. Sama od dobrych kilkunastu lat tworzę obrazy z użyciem techniki kolażu (nawet doczekałam się swojej wystawy w Amsterdamie wiosną zeszłego roku), a i na Jordaanie mieszkam już prawie półtora roku. Cóż, ale nie ma co płakać, bo nie pozostaje mi nic innego, jak tylko spróbować za dwa lat być częścią tego projektu i jednym z jego artystów, bo z Jordaanu nie mam zamiaru się wyprowadzać, a i Wy Kochani, jeśli pierwszy raz o tym projekcie słyszycie, bądźcie więc czujni mniej więcej o tej samej porze roku za dwa lata, a i mam nadzieję, że poniższe zdjęcie dadzą Wam przedsmak tego, jak niezwykły jest ten projekt i jak niesamowitym jest bycie jego częścią. Ale o tym drugim mam nadzieję przekonać się dopiero za dwa lata :)


Oprócz otwartych atelier w trakcie Bezoek de ateliers jest również organizowana aukcja, gdzie każdy z artystów przekazał jedną ze swoich prac, która była zrobiona w temacie Centralnej Wystawy i tam też wystawiona. W tym roku tematem były pieniądze. Mówiąc szczerze, żadna z prac na Centralnej Wystawie mnie nie zachwyciła. Większość z nich była, że się tak wyrażę, udziwniona, a druga część, jakby robiły te prace dzieci. Za to niektóre z prac w prywatnych atelier to były prawdziwe cuda, prawdziwe dzieła sztuki. Można było też większość z nich zakupić, choć ceny, mówiąc delikatnie, powalały. Przynajmniej mnie. Również w ramach Bezoek de ateliers odbyły się trzy wykłady, na które niestety nie poszłam, bo były w języku holenderskim, ale które były kolejno na temat: inwestowania w sztukę (piątek), związku sztuki z pieniędzmi (sobota) oraz artystów w czasach kryzysu (niedziela). Wykłady oczywiście były prowadzone przez specjalistów i profesorów z dziedziny sztuki oraz finansów. Cóż, nie od dziś wiadomo, że początkujący i nieznani artyści kokosów nie zarabiają. Jak mi to powiedział jeden z artystów-fotografów, którego atelier zwiedzaliśmy z lubym, ze sztuki mało kto może wyżyć. Dlatego ma też i inną pracę. Organizuje eventy. Jeszcze inny malarz opowiadał, że jest fryzjerem, a malowanie to tylko taka jego pasja. Ja też swoje kolaże traktuję, jako hobby. Stąd myślę, że temat przewodni był strzałem w dziesiątkę. Niby pieniądze to nie wszystko, a w ogóle w zestawieniu ze słowem "sztuka" wydają się jakieś takie brudne i nasuwające na myśl jedno słowo: "komercja", ale z drugiej strony artysta też normalny człowiek i musi z czegoś żyć, z czegoś się utrzymać. W normalnym świecie pieniądze są zwykłym tematem, słowem nie mającym żadnej złej mocy. W świecie artystycznym pieniądze są trochę takim tematem tabu, bo w konfrontacji ze sztuką, która ma być ze swojej definicji piękna, czysta, nieść przesłanie i być ogólnie dostępna, pieniądze czynią ją czymś wręcz przeciwnym. Pieniądze czynią sztukę skażoną... Stąd na Centralnej Wystawie można było zobaczyć, jak każdy z artystów, którzy udostępnili swoje atelier, interpretuje temat pieniędzy w sztuce. A interpretuje ten temat za pomocą... własnej sztuki.  

Ostatniego dnia w niedzielę o 17.00  w budynku Centralnej Wystawy odbyła się aukcja prac zrobionych przez artystów w temacie projektu, która była zakończeniem tegorocznego Bezoek de ateliers. W aukcji nie braliśmy udziału, ale z lubym zwiedziliśmy w ten weekend ponad dwadzieścia atelier na Jordaanie i oczywiście Centralną Wystawę. Poniżej mam dla Was dość sporą fotorelację (spośród miliona zdjęć i wszystkich atelier, wybrałam tych kilka najciekawszych, moim skromnym zdaniem) plus dłuższe lub krótsze opisy słowem wyjaśnienia, co to, kto to, gdzie to i jak to, że to tak to :) No i mała UWAGA! Niektóre ze zdjęć zawierają treści pornograficzne i mogą obrażać uczucia religijne. Dzieciom siedzącym przy komputerach w tajemnicy przed rodzicami, mówimy w tym momencie dobranoc. Osobom wrażliwym estetycznie, psychologicznie i malkontentom zwłaszcza, serdeczne bóg zapłacz (pisane tak nieprzypadkowo) i odsyłam Was do jakiegokolwiek innego bloga, którego treść nie wzburzy Was w żaden sposób ani nie obudzi w Was demona. Albo trolla.

No to zacznijmy artystyczną podróż po magicznym Jordaanie...

Na początek kolaże artystki Greet Weitenberg, która uważa, że oczy wcale nie są zwierciadłem duszy. Dlatego na wszystkich jej pracach postacie zawsze mają wycięte oczy, czasem nosy (bo to zbędny szczegół), a i nawet całe twarze. Dzięki temu, jak mówi sama artystka, można w człowieka zajrzeć głębiej, ponieważ oczy zafałszowują cały obraz, zamazują całokształt postaci przekazując tylko urywek, tylko fragment, tylko emocje i uczucia danej chwili, a nie jego duszę. 


Jubilerska pracownia artystyczna Amma, w której tworzy prawdziwe biżuteryjne cuda z perłami, z diamentami i z innymi cudeńkami Marleen Hengeveld.


Na pierwszym zdjęciu poniżej projekt artysty fotografa Winka Einthovena, o którym wspomniałam wyżej, że nie jest w stanie utrzymać się ze sztuki, więc organizuje eventy. Jest on jednym z artystów mających swoje atelier w niezwykłym budynku będącym niegdyś katolicką szkołą, a który został obecnie przekształcony na pracownie artystyczne.



 Kolaże, kolaże, jak ja kocham kolaże! Kolejna pracownia mieszcząca się tym razem w domu bardzo uzdolnionej artystki Yvonne van Oirschot-van de Wel.


I doszliśmy do Centralnej Wystawy. Cóż... tak, jak napisałam na początku, większość z wystawionych w niej prac uważam za jakieś dziwne, bo nie wiem, jakie przesłanie mogą nieść croissanty i 50 euro? Albo ręka wystając z wazy i kilka banknotów w różnych walutach o jakże wdzięcznej nazwane "Bitch clap!"? Ale może ja się po prostu nie znam na nowoczesnej sztuce...


A tu poniżej zobaczycie prace również wspomnianego już we wstępie artysty, który z zawodu jest fryzjerem, a który malarstwo traktuje jako hobby. Ronald de Jong zarówno na co dzień, jak i podczas Bezoek de ateliers, wystawia swoje obrazy w swoim... salonie fryzjerskim. Te prace najbardziej podobały się mojemu lubemu i to na tyle, że ostrzy już pazurki i zbiera teraz w skarbonkę mamonę na obraz z ostatniego zdjęcia. 


Pracownia rzeźbiarza Mike'a Piché, w której czuć dosłownie i w przenośni twórczego ducha...


Oto wystawa, która podobała mi się najbardziej autorstwa Liesbeth Brouwers. Do stworzenia swoich prac zainspirowała ją podróż na Bliski Wschód, gdzie jej wyobrażenie o tamtejszych kobietach uległo diametralnej zmianie o sto osiemdziesiąt stopni podczas konfrontacji z nimi. Jej zdjęcia oraz video-instalacje przedstawiają nagie kobiety uwięzione w szklanych pudełkach przypominających trumny. Kobiety uwięzione w nich zachowują się bardzo prowokacyjnie chcąc w ten sposób uwieść mężczyznę. Sztuka Liesbeth Brouwers jakby "uwalnia" te kobiety nie tylko z warstw ich ciuchów, w które ubrali je mężczyźni, ale i uwalnia ich skrywaną seksualność oraz erotyzm. Ekspozycja składa się ze zdjęć, małych video-instalacji oraz dwóch prostokątnych pudeł, jakbym wyglądem przypominających trumny, w których umieszczone są ekrany. W nich oglądamy uwięzione za szkłem całkowicie nagie kobiety wyglądające, jak żywe, a które poruszają się i zachowują bardzo wulgarnie, na przykład w bardzo erotyczny i wyuzdany sposób liżąc szybę, za którą są uwięzione. Uwielbiam sztukę prowokacyjną z nutką erotyzmu, ale tylko wtedy, kiedy jest ona ze smakiem i niesie jakiś sensowny przekaz. Dlatego uwiodły mnie prace Liesbeth Brouwers.


 Poniżej galeria sztuki, która podczas Bezoek de ateliers prezentowała prace kilkunastu artystów, studentów z Gerrit Rietveld Academie. Jako wielka fanka filmów Pedro Almodóvara, czyli pomieszania kiczu, kolażu, wielkiej sztuki i erotyki, moją szczególną uwagę zwróciły kolaże miksujące dzieła największych malarzy z wycinkami z magazynów pornograficznych. Najbardziej prowokacyjna była "Ostatnia Wieczerza" Leonarda da Vinci, na której stole odbywała się orgia, gang bang z jedną panią oraz z trzynastoma mężczyznami... Gołymi i w pozach, można tak rzec, że wręcz ginekologicznych. No tak prowokacyjna praca, że aż bałam się jej zrobić zdjęcie... Ale dwie inne przykładowe prace tego samego artysty poniżej mogą dać Wam nieco "przedsmaku", jak ta "Ostatnia Wieczerza" w jego interpretacji wyglądała... Albo niesmaku. Jak kto woli. Jak dla mnie to jest szokowanie dla samego szokowania. Niby miało być zabawnie, erotycznie i z przekąsem, miało szokować i epatować nagością, ale można to tak robić, jak Liesbeth Brouwers, albo można to zrobić właśnie tak... Szokuje? Mnie nie. Bulwersuje? Też mnie nie bulwersuje, bo mnie mało co bulwersuje. Czy taka sztuka pozostawia coś po sobie we mnie? Nic więcej poza delikatnym niesmakiem. I może jednym pytaniem: jakie jest tego przesłanie? Bo raczej domyślam się, skąd została zaczerpnięta inspiracja...


Pracownia malarza-rzeźbiarza René Rikkelmana. Niestety było to jedno z ostatnich atelier, jakie oglądaliśmy w niedzielę z lubym tuż zaraz przed zakończenie projektu, więc nie mieliśmy okazji porozmawiać z artystą, który ze swoimi przyjaciółmi przed pracownią już celebrował zakończenie projektu i raczył się w ich towarzystwie winem. W dość sporej ilości... A tak bardzo chciałam go zapytać, jaką to dziewkę służebną wziął sobie do pozowania do jednego ze swoich obrazów. Bo coś jej twarz (podkreślam twarz) wydała mi się jakoś znajoma...


To była ostatnia pracownia, którą zwiedziłam już sama (luby poszedł robić zakupy na obiad, dobry chłop nie powiem). To pracownia naszych sąsiadów, o której istnieniu wcześniej nawet nie miałam pojęcia. Po pracowni oprowadzał mnie mąż i ojciec dwóch artystek. Jedna z pań Mira Roodenburg (córka) tworzy biżuterię, a druga zaś Gerda Roodenburg-Slagter (żona) ukochała sobie ceramikę. Zdolne sąsiadki mam, nie powiem. I okazuje się, że 15-letnia wnuczka tego pana też sama zaczęła już tworzyć, bo na drugim zdjęciu są właśnie jej prace. Gdy zapytałam sąsiada, czy on też jest artystą, to tylko się zaśmiał, że to byłoby już chyba za wiele. On jednak kocha książki i przez całe swoje życie pracował w bibliotece. Niesamowite, jak w taki sposób można poznać swoich sąsiadów, których wcześniej nawet się nie widziało na oczy...


Varia, czyli różne, czyli co przy okazji takiego projektu Bezoek de ateliers można jeszcze, poza sztuką oczywiście, podziwiać przy okazji:

1. Cudze tarasy a.k.a. balkony.


2. Cudze ogrody.


3. Cudze mieszkania.


4. Świat Tima Bartona z "Dużej ryby".


5. I największą, i najsłodszą, i niekwestionowaną gwiazdę każdej wystawy oraz każdego atelier, czyli mojego najukochańszego psiaka Gina ;)