czwartek, 31 lipca 2014

Jaki stosunek mają Holendrzy do seksu, a jaki do...

...do reszty. Ano właśnie, taki oto może nieco kontrowersyjny tytuł (i chyba też nieco kontrowersyjny temat) tuż przed Gay Pride w Amsterdamie postanowiłam tu oto przed Wami zaprezentować, by nie rzec, wyartykułować za pomocą słowa pisanego. Alkowa, jak plotka we wsi niesie, jednych peszy, drugich ekscytuje, innych bulwersuje, a jeszcze innych frustruje. Seks, jak wiadomo, tabu od dawna już nie jest, niemal każdy go uprawia i troszkę o nim wie, a nawet pod kołderką czyta literaturę fachową z erotycznego gatunku ("wiem, co to sado-maso i klaps w pupę, w końcu czytałam/czytałem Greya"). Sama też coś chyba mogę powiedzieć w tym temacie, bo wydałam jedną erotyczną powieść, a druga, jeszcze bardziej erotyczna, jest w drodze... Powiem więc jedno, że temat seksu wciąż na równi wzbudza tak samo fascynację, jak i oburzenie. A często obie z tych emocji nie wykluczają się u jednej osoby wzajemnie. Skąd to się bierze? A bo ja wiem? Może z dualistycznej natury człowieka? Z konwenansów? Religii? Wychowania? Kultury? Charakteru? No, ale o tym może kiedy indziej, bo pytanie w tytule odnosi się przecież do seksualności Holendrów. No to jak to jest z tym seksem u Daczy? Ano właśnie...

Wakacje. Słońce. Woda. Plaża. Wrzeszczące dzieci. Angielskie turystki walczące już nie tyle, co z nadwagą, ile z otyłością. I książka. Oto wymarzony raj na ziemi zwany przemysłem turystycznym przynoszącym dochody w postaci bilionów. No i ta książka. Macie/znacie/lubicie taką powieść, którą czytaliście już kilka razy? I zapewne jeszcze z kilka razy przeczytacie ją w swoim życiu? Ja mam. Kilka. I jedną z nich jest "Diabelskie drzewo" Jerzego Kosińskiego. Ta książka była już ze mną kilka lat temu na wakacjach w Grecji, kilka lat temu na wakacjach w Turcji, a teraz poleciała ze mną do Hiszpanii. Egzemplarz bardzo wyświechtany, ubrudzony piaskiem, zmoczony kilka razy, ale to, co najważniejsze, czyli zawartość książki, w ogóle się nie zmienia. W tym sensie, że ta powieść jest tak bardzo uniwersalna, wciąż tak niesamowicie aktualna, jakby dopiero co Kosiński skończył ją pisać wczoraj. A napisał ją przecież ponad 40 lat temu! W każdym razie po kilku latach przerwy znów przeczytałam ją parę dni temu z wypiekami na twarzy (pewnie to od słońca). Tylko, że tym razem zwróciłam uwagę na pewien fragment, który jeszcze kilka lat temu w ogóle nie wzbudziłby mojego zainteresowania ani żadnych emocji.

Do Daczy, rzecz jasna, wspomniany fragment się odnosił:

Karen mówi z sympatią o Amsterdamie, lubi tam pracować. Twierdzi, że jest to supercywilizowane miasto, w którym nie musi się aklimatyzować, gdzie prawie wszyscy mówią po angielsku i nikogo nie obchodzi, czy śpi z mężczyzną, kobietą, czy obojgiem jednocześnie. Holendrzy, przesiąknięci protestantyzmem do szpiku kości, zepchnęli seks albo do sfery małżeńskiego obowiązku, albo turystycznej atrakcji. Traktując go jedynie jako jedną z wielu powierzchni życia, skutecznie odebrali mu moc zagrażającej obsesji.


Prawda. Jeśli chodzi o pierwszą część cytowanego fragmentu to prawda, że Holendrzy w sprawie orientacji seksualnej są bardzo liberalni, tolerancyjni, otwarci i wyluzowani. Dowodem na to niech będzie choćby prawie milion gejów i lesbijek, którzy przybędą w ten weekend z całego świata do Amsterdamu na Gay Pride. Nikt ich nie będzie tu oceniał, wyśmiewał, atakował, traktował jakoś inaczej. Nikt z Holendrów, bo rzeczywiście ich nie obchodzi, czy sypiasz z kobietą, z mężczyzną czy obojgiem naraz. Nawet kościoły w Holandii na ten weekend wywieszają wielkie tęczowe flagi, a przynajmniej już wisi taka tęczowa flaga na kościele Westerkerk przy kanale Prinsengracht. Można? Ano można, choć mam wrażenie, że póki co można tak tylko w Holandii...

Druga sprawa.

Czy Dacze rzeczywiście mają tak bardzo "protestancki" stosunek do seksu? Ja bym powiedziała, że raczej jest to stosunek bardziej pragmatyczny i praktyczny, i powiedzmy, że wygląda on tak, jak w tej przypowieści o Van der Daczu, który miał trzy pary bardzo drogich butów - jedne nowe, piękne, zawsze wypastowane, ale zakładane raz na jakiś czas tylko na ważne spotkania i uroczystości. Drugie stare i już znoszone do chodzenia na co dzień. I trzecie - na lato, bo wtedy skóra potrzebuje więcej oddechu ;) No to teraz zapytacie, czy zatem Dacze rzeczywiście sprowadzili seks tylko do roli małżeńskiego obowiązku i turystycznej atrakcji? Czy rzeczywiście Dacze "odebrali mu moc zagrażającej obsesji"?

Odwróćmy więc kota ogonem i słonia trąbą, i zapytajmy wpierw, czy w ogóle Dacze mają takie sfery w życiu posiadające moc zagrażającej obsesji? Co to by było? Dzieci? Podróże? Hobby? Sztuka? Sport? Praca? No może praca właśnie, choć i do niej Holendrzy mają stosunek raczej zmienny, by nie powiedzieć przerywany, bo żyć bez pracy nie mogą, ale często też mają jej dosyć, bo czują się przez nią wyczerpani. Fizycznie i psychicznie. Czy to zatem nie jest przypadkiem trochę tak, że Holendrzy w stosunku do każdej dziedziny życia mają takie praktycznie-pragmatyczne podejście? Że jak się zapytasz, jakie podejście mają Holendrzy do seksu, to odpowiedź powinna brzmieć, że takie, jak do całej reszty? Znacie określenie "emocjonalny Dacz"? Albo "entuzjastyczny, jak Dacz"? A może znacie "spontanicznego Dacza"? Też nie? No ale znacie na pewno "Latającego Holendra", który latać niestety nie potrafi. Skąd to się bierze? Cóż. Z pragmatyzmu. To raz. Dwa. Holendrzy to sceptycy. Trzy. Stoją twardo na ziemi. Horoskopy? Haha! Nie znam Dacza, co w nie wierzy. Znaki zodiaków? To jakieś bujdy i bajki dla dzieci. Prorocze, dziwne sny? Dacz o nich nie myśli, uznając, że pewnie za bardzo najadł się tuż przed pójściem do łóżka. Intuicja? A co to takiego? Jak można podejmować decyzję za sprawą jakiegoś wewnętrznego głosu, a nie tabelki w Excelu? Dla Dacza to niepojęte, żeby pójść choćby dla żartu do jakieś wróżki... Skądś się to w końcu wzięło, że tu są prawie sami ateiści...

Wniosek jest jeden. Żaden przejaw magii nie pojawi się w życiu Dacza. A jak się pojawi, to albo Dacz go nie zauważy, albo zignoruje, albo sobie jakoś logicznie wytłumaczy. Nie mam tu na myśli magii rodem z Harry'ego Pottera, peronu 9 i 3/4 i magicznej różdżki, ale takiej magii, której czasem możesz doświadczyć, jeśli na chwilę oderwiesz się od ziemi i popatrzysz na świat czymś więcej, niż tylko oczami i mózgiem. Co Dacz nie widzi, tego nie zobaczy. Cóż jednak się temu dziwić, skoro nawet pieniądze nie mają tu w Holandii żadnej większej filozofii ani mocy w tym sensie, że nie są środkiem do spełniania marzeń, ale raczej środkiem do wygody. Nie są synonimem "przyjemności", ale "stabilności". Pragmatyzm zdominował tu wszystko. I coś mi się wydaje, że to tyczy się wszystkich dziedzin życia Holendrów, a w tym właśnie i seksu. A w seksie o to w sumie chodzi, by dać ponieść się fantazji, emocjom, by oddać się chwili, utracić kontrolę nad własnym ciałem, nad własnymi myślami i uczuciami. W seksie o to chodzi, by dać ponieść się... magii.


A znacie to określenie "holenderski temperament"? Cóż, tak na koniec i tak może niektórym na pocieszenie, to odpowiem za siebie, że ja znam. I myślę, że coś w tym jest, że tak wielu Holendrów wiąże się z kobietami, które Holenderkami nie są. Kiedyś był boom w Holandii na dziewczyny z Azji, dziś jest boom na Europę Wschodnią :) A czemu tak jest? I tu odpowiem Wam trochę złośliwie, trochę przewrotnie i żartobliwie - a wyobrażacie sobie seks Śpiącej Królewny z Pinokiem? A tak na serio, naprawdę już na koniec. Ludzie są różni, mają różne charaktery, różne potrzeby, różne temperamenty, różne fantazje i tak dalej, i tak dalej, ale jedno mają wspólne - są tylko ludźmi, więc nigdy nie będą doskonali. Ale wystarczy, że znajdą taką osobę, która będzie ich uzupełniać, wypełniać ich braki, dać im poczucie, że są "cali", to na pewno seks będzie miał z taką osobą o wiele większą moc i radość twórczą, niż dzierganie firanek (a jak wiadomo, Holendrzy firanek nie znoszą). Seks z wyjątkową osobą zawsze, niezależnie od temperamentu, narodowości czy orientacji będzie miał w sobie magię, która przeniesie/poniesie/uniesie kochanków nawet do tego legendarnego peronu 9 i 3/4. Nawet na Księżyc i pięć galaktyk dalej. Nawet takich Holendrów ;)

wtorek, 22 lipca 2014

Stuff Dacz people like, część 2!

W pierwszej części cyklu Stuff Dacz People like: Stuff Dacz people like, czyli to już setny post Wydaczonych, część 1! było o tym, że Dacze lubią rowery, słowo gezellig, hagelslag, bezpośredniość (a raczej bezczelność), ujarzmianie wody, trzy całusy na powitanie, kolor pomarańczowy, brak firanek, tulipany i życzyć gefeliciteerd nie tylko osobie, która ma urodziny, ale też wszystkim gościom zaproszonym na urodzinowe party. Zatem, póki co, maluje nam się obraz statystycznego holenderskiego ekshibicjonisty, który ubrany na pomarańczowo jedzie na rowerze i czuje się gezellig mówiąc po drodze wszystkim głośno i szczerze, co też sobie o nich myśli, a przy tym wącha tulipany, które może nawet sam wyhodował i jedzie taki na urodziny, gdzie będzie wszystkim gratulował, bóg wie w sumie czego. A jak dalej nam się taki stereotypowy Dacz maluje? W tym odcinku, jak to już na wakacjach bywa, będzie trochę powtórek. Z rozrywki. Ale spokojnie, Dacze jak zwykle na pewno czymś Was tu zaskoczą, aby uczynić Wasz dzień gezellig ;)


11. Rozmowy o pogodzie.
Ba! Każdy, kto ciut dłużej mieszkał w Holandii na pewno zna to zdanie: Wat een kloteweer! (Jaka gówniana pogoda!). Dacze uwielbiają dyskutować o pogodzie i głównie narzekać na deszcz, wiatr i zimno. Jednak gdy tylko chociaż na godzinkę pojawi się słońce, Dacze błyskawicznie tłoczą się na tarasach tudzież ogródkach, gdzie uśmiechnięci piją swoje ukochane biertje debatując ochoczo: Wat een lekker weer! (Jaka piękna pogoda!). Lato w tym roku w Holandii jednak nas naprawdę rozpieszcza, więc rozmowy o pogodzie przybierają obecnie nader optymistyczny charakter. I całe szczęście. Ale nie ma Dacza bez aplikacji w jego telefonie zwanej Buienalarm (deszcz-alarm) lub/i Buienradar (deszcz-radar), które pokazują, jak intensywny i jak długi będzie trwający w danej chwili opad deszczu. Aplikacja baaaardzo przydatna w Holandii, gdzie przecież średni opad to 90 minut deszczu dziennie (!) i co by nie było, ja też mam tak ową aplikację w swoim telefonie, stąd oczywiście lubię to! A tu jedna ciekawostka-zagwozka, że w Holandii w ogóle nie są popularne kalosze (może tylko wśród turystów i ekspatów). Czemu to tak Dacze na takim deszczu nie chcą sobie ciut pomóc? Nie mam pojęcia... Ktoś? Coś? Za to parasole skonstruowane specjalnie do jazdy na rowerze, to mają. Hmm... bądź mądry i zrozum tu Daczy?

12. Słowo "lekker".
No tak! No właśnie! No właśnie tak! Lubię to! Na kursach holenderskiego uczono mnie, że lekker odnosi się do wrażeń zmysłowych. Stąd mówi się w Holandii, że jak jakieś jedzenie ci smakuje, to jest lekker. Pogoda też może być lekker. Spać też można lekker. I seks też jest dla Dacza lekker (ba!). I to było też moje pierwsze holenderskie słowo... jakże smaczne na początek!

13. Agenda.
No właśnie to już było: Afspraak is afspraak, czyli biblia Dacza. To było i to mi się czkawką odbiło. Odkąd mieszkam w Holandii to już będzie z tysiąc razy, jak mi się odbiło wałkowanie tematu agendy. Przykład jednak na dziś. Mamy teraz piękną pogodę. Toch? Nadchodzi weekend. Mówię w czwartek do lubego, że może by tak grilla w piątek zrobić i zaprosić tym razem jego holenderskich znajomych? No ostatnimi czasy to luby ciągle bawi się w polskim gronie :). Luby na to, że jak to? Jutro? Nie da rady, bo jego znajomi na pewno już dawno mają jutrzejszy piątek zaplanowany. Pytam, skąd ta pewność. On: I am Dacz. I know. I tyle było w temacie grilla. I tyle w temacie agendy. Spontaniczność to nie jest zbyt mocna i rozwinięta cecha u Holendrów i co by tu się długo nie rozwodzić, za agendą w "stylu holenderskim" (czyli agenda jest święta niczym biblia) nie przepadam, bo jeśli potrzebujesz spotkać się z Daczem w jakieś pilnej, niecierpiącej zwłoki sprawie, to ten ci i tak wtedy powie: Chwileczkę, niech no ja tylko sprawdzę swoją agendę. Co powiesz na niedzielę za dwa tygodnie o siódmej? Nie powiem nic, bo zabrakło mi słów...


14. Czerwone spodnie.
No i to też już było, choć Colleen Geske w swojej książce nie powiązała czerwonych spodni z daczowskimi Kakkerami: De Kakker, czyli holenderski odpowiednik anty-hipstera. De Kakker? Nie lubię snoba jakoś, więc automatycznie za czerwonymi spodniami również nie przepadam...

15. Naturalny poród.
Ech, te wakacyjne powtórki. To wałkowaliśmy już na samym początku i to było moje pierwsze zaskoczenie w tym kraju związane z tutejszym paradoksem liberalizmu, że możesz mieć aborcję bez problemu, ale o cesarskim cięciu - zapomnij! Holenderski paradoks liberalizmu, czyli gdzie leży granica decydowania o własnym ciele. Abstrahując tu proszę Was bardzo od dyskusji, co jest lepsze - cesarka czy poród naturalny (uważam, że każda kobieta ma prawo decydować o swoim ciele i to jest JEJ wybór) fakt jest faktem, Holandia jest krajem, gdzie 25% kobiet rodzi w... domu. Dla porównania w takiej Francji, Wielkiej Brytanii czy Belgii 2% decyduje się na poród domowy. To jeszcze nie koniec. Holenderki na tyle chcą rodzić naturalnie, że tylko 6% z nich decyduje się na znieczulenie w trakcie porodu. I znów dla porównania w Stanach Zjednoczonych tylko 6% kobiet rodzi BEZ znieczulenia. Skąd to się wzięło? Ano właśnie, Holenderki nie boją się prawie w ogóle porodu, bo uważają to za całkiem naturalny proces i ból jest dla nich normalną oraz nieodłączną częścią tego procesu, stąd go akceptują i przyjmują. Albo kolokwialnie rzecz ujmując biorą to na klatę (choć klata nie jest tu właściwym słowem...). Doe normaal, jak to głosi ulubione holenderski powiedzonko. Nic dodać, nic ująć. Nie wypowiadam się czy lubię to, czy tego nie lubię, bo ani w Polsce, ani w Holandii jeszcze nie rodziłam, ale wspomnę tylko, że mój luby jest produktem domowego porodu (odbierał go jego własny ojciec, z zawodu fizykoterapeuta) i całkiem dorodny oraz zdrowy wyszedł z niego okaz (jedynie jako typowy Dacz ma niską tolerancję na... słońce). Ale czy ja bym się zdecydowała na poród w domu? Yyyyyy......

16. Zwarte Piet. 
Of niet (lub nie). Ta ciągła dyskusja, czy pomocnik Sinterklaasa, holenderskiego Świętego Mikołaja, uwielbiany przez wszystkie dzieci i zwany Czarnym Piotrusiem, jest rasistowskim symbolem czy nie jest. Zwarte Piet wywołuje co roku sporo kontrowersji jakoś w okolicach świąt i dyskusję, czy powinien być mniej czarny albo stawać się bardziej kolorowy: pomarańczowy, zielony albo niebieski (bo czerwony i żółty też już będą rasistowskie). Dacze do tematu Czarnego Piotrusia podchodzą bardzo osobiście i emocjonalnie: Hollish shit! Czyli jak wkurzyć Daczy? Prawda jest taka, że wszystkie dzieci, stąd później i dorośli, kochają Zwarte Piet, choć jego korzenie nie są do końca jasne i sprawa jego czarnego koloru skóry do dziś pozostaje zagadką, czy rzeczywiście jest czarnoskóry czy tylko pobrudził się tak od sadzy w kominie? Jakkolwiek jest prawda jedno jest faktem, jeśli Sinterklaas jest rasistą, to jest to najbardziej ukochany i popularny rasista w historii Holandii. A może i w historii całego świata. I jeszcze śmie na dodatek przekupywać dzieci cukierkami... Ja tam Zwarte Piet bardzo lubię! To piękna tradycja, której zakompleksieni i zgnuśniali ludzie nadali niepotrzebnie rasistowski podtekst...


17. Stroopwafels.
Kto już nie wyobraża sobie kawy w Holandii bez stroopwafel łapka do góry! Pamiętam bardzo dobrze, kiedy dostałam swój pierwszy stroopwafel od mojego lubego. Był taki słodki, karmelowy po prostu pyszny. Poczułam się, jak prawdziwy obżartuch, bo zjadłam wtedy na raz całą paczkę... Po prostu uwielbiam stroopwafels!

18. Przynoszenie tortu na własne urodziny.
Cóż, u nas może nie tyle, co przynosi się tort, ale jakieś łakocie i szampan to pamiętam, że ktoś, kto miał akurat urodziny, przynosił do pracy za czasów, kiedy pracowałam w Polsce. Koledzy robili zrzutkę na jakiś prezent i tak to wyglądało przynajmniej u nas. Ba! Już w przedszkolu pamiętam, jak dzieciaki przynosiły Michałki i częstowały wszystkich w klasie. W Holandii trzeba przynieść tort i niekoniecznie można dostać w zamian prezent od kolegów z roboty. Tort musi być, a jak nie ma, to holenderscy koledzy na pewno brak tortu wypomną solenizantowi/solenizantce, więc wyjścia nie ma, trza tort kupić, ewentualnie samemu zrobić, zebrać życzenia, a raczej gratulacje, czyli holenderskie gefeliciteerds, cmoknoć się z Daczami te trzy razy i wysłuchać urodzinowej pieśni:

Lang zal hij/ze leven,
Lang zal hij/ze leven,
Lang zal hij/ze leven,
In de gloria,
In de gloria,
In de gloria,
Hip, hip, hip, hoera!
Hip, hip, hip, hoera!
Hip, hip, hip, hoera!

19. Miksowanie jedzenia a.k.a. robienie z żarcia papki.
Bleeeee! Wiecie, dlaczego za granicą raczej nigdzie nie znajdziecie holenderskiej restauracji? Bo holenderskie jedzenie jest obrzydliwe. Oto trzy dowody na to, że to tak właśnie jest:
1. Zuurkoolstamppot - ziemniaki z kiszoną kapustą i kiełbasą rookworst.
2. Hutspot - ziemniaki z pokrojoną cebulą i marchwią.
3. Hete Bliksem - ziemniaki i jabłka, serwowane z boczkiem...
Dacze kochają pyry, a ja mówię ich kuchni: NIET ZO LEKKER! Daczowskimu stamppot mówię stanowczo i zdecydowane NIE! I bleeeeeee! Papkom i pyrom dziękuję, bóg zapłać. Choć za darmo to nawet mój pies chyba by nie zechciał daczowskiego tradycyjnego jedzenia zjeść.

20. Jeżdżenie na łyżwach (a najlepiej na naturalnym lodzie).
Wiecie, że swój pierwszy raz jeździłam na łyżwach właśnie w Amsterdamie? To było półtora roku temu w Wigilię, gdy luby po raz pierwszy zabrał mnie na łyżwy... Stąd lubię to i to bardzo! Holendrzy są mistrzami w tej dyscyplinie, zwłaszcza w łyżwiarstwie szybkim i ten sport w Holandii ma bardzo długą oraz piękną tradycję. Holendrzy kochają jeździć na łyżwach, a zwłaszcza na naturalnym lodzie, o czym możecie na przykład przekonać się raz na kilka lat, kiedy zamarzną w Amsterdamie... kanały! O tak! A słyszeliście o Elfstedentocht? To tak zwany Wyścig Jedenastu Miast, czyli zawody w łyżwiarstwie szybkim dla zawodowców i amatorów odbywające się nieregularnie we Fryzji. Nieregularnie, bo oczywiście muszą zamarznąć wcześniej wystarczająco... rzeki, kanały i jeziora pomiędzy jedenastoma fryzyjskimi miastami: Leeuwarden, Sneek, IJlst, Sloten, Stavoren, Hindeloopen, Workum, Bolsward, Harlingen, Franeker, Dokkum. W sumie trasa ta liczy 200 km! Pierwszy taki Elfstedentocht miał miejsce w 1909 roku i do tej pory odbył się 15 razy, a ostatni raz w 1997 roku. W wyścigu bierze udział kilkanaście tysięcy łyżwiarzy (!), zawody są transmitowany w telewizji, a noc przed wyścigiem na miejscu startu odbywa się wielki huczny festyn. I tu ciekawostka, w 1986 obecny król Wilhelm Aleksander wziął udział w wyścigu pod pseudonimem W.A. van Buren, a rozpoznano go dopiero na... mecie!


Lubię 5/10

CDN...

wtorek, 15 lipca 2014

Stuff Dacz people like, czyli to już setny post Wydaczonych, część 1!

Kochani! Przed Wami setny post! Tak! Tak! Tak! Wydaczyliśmy się już tu wspólnie sto razy! Jeśli można to tak nazwać... Bywało śmiesznie, bywało mniej zabawnie, bywało absurdalnie, ale zawsze się coś działo - i o to chodzi! Cytując Laskę z "Chłopaki nie płaczą" chodzi o to, aby odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – co lubisz w życiu robić. A potem zacząć to robić. A ja lubię pisać. Nie. Wróć. Kocham pisać, więc szykujcie się na jeszcze kolejnych i kolejnych, i jeszcze kolejnych sto postów (no chyba, że wyprowadzę się z Daczlandii, ale to już będzie zupełnie inna historia i pewnie też z innym blogiem). Jednak zamiast podróżny sentymentalnej ekscytującej niczym gra Holendrów na Mundialu, przed Wami oto kolejny cykl tym razem zainspirowany książką Stuff Dutch People Like, która powstała na podstawie, jakżeby inaczej, popularnego blogu pewnej emigrantki z Kanady mieszkającej w Amsterdamie od dobrych kilku lat - Colleen Geske. Super książka, polecam Wam gorąco (jest dostępna w języku angielskim), bo ciekawie jest skonfrontować swoje spostrzeżenia na temat Daczy i Holandii z obserwacjami innej blogerki/ekspatki. Książkę dostałam od lubego w prezencie z okazji roku Wydaczonych (prawda, jaki z niego słodziak?). W książce wymienionych jest 50 rzeczy (choć "rzeczy" to nie jest akurat tak do końca odpowiednie tu słowo), które lubią Holendrzy. Większość z nich była już tu omówiona, część z nich sama przyznam, że jeszcze nie wyłapałam, ale z okazji setnego postu przed Wami wszystkie one w pigułce rozłożone na 5 części, co by na raz Was nimi wszystkimi nie zanudzić. Kolejność, jak w książce, ale z moimi własnymi spostrzeżeniami zestawionymi z tym, co zauważyła Colleen Geske, a i zaznaczył też te z nich, które ja sama osobiście lubię. Aż jestem ciekawa, ile mi się ich tu uzbiera!? Przed Wami więc część 1 z 5 o tym, co Holendrzy lubią! I co z tego lubię ja ;) No to stówka!

1. Rowery
Ba! Rower to w Holandii przede wszystkim środek transportu. W liczbach wygląda to tak, że do dyspozycji fanów dwóch kółek w Holandii jest w sumie 35 000 kilometrów ścieżek rowerowych, a w całym kraju jest w sumie 18 000 000 rowerów, czyli na jednego mieszkańca przypada więcej niż jeden rower. Statystyczny Holender w ciągu całego swojego życia pokonuje na rowerze 900 kilometrów rocznie (około 2,5 kilometra dziennie). I przejeżdża tak te kilometry często i twardo z dwójką dzieci w bakfiets, kawą  i telefonem w ręce, zgrzewką piwa i zakupami w siatce zapakowanymi na bagażniku. Ja też już sobie życia bez mojego fiets nie wyobrażam! Mam nawet zamontowany z przodu kosz do przewożenia zakupów i mojego psiaka ;) Czy w deszczu, czy w zimie, cały rok poruszam się niemal tylko na rowerze, bo raz, że zdrowo, dwa tanio i trzy jakże ekologicznie! A i szybciej dojadę wszędzie w Amsterdamie na rowerze, niż takim autem czy tramwajem. I zaparkować mogę wszędzie i za darmo, a nie płacić 5 ojro za godzinę, jak za zaparkowanie auta w centrum Amsterdamu, brrr! Rower? I like it!


2. Słowo "gezellig"
Najbardziej holenderskie słowo. Każdy Dacz przynajmniej raz dziennie musi sobie powiedzieć i przy okazji całemu światu, że coś jest "gezellig" albo, że on czuje się "gezellig", inaczej nie byłby prawdziwym Daczem. Choć przyznam, że pierwsze słowo, które wyłapałam od lubego podczas mojej pierwszej wizyty w Holandii było 'lekker" i to ono zawsze kojarzyło mi się jako to najbardziej holenderskie słowo. Czy lubię "gezellig"? Eeee... Jest mi to słowo raczej obojętne... Wolę chyba "lekker", bardziej jakoś tak dla mnie brzmi przyjemniej, no i było w końcu pierwsze! 

3. Hagelslag 
Dziękuję. Wolę Nutellę.

4. Holenderska bezpośredniość.
Bycie szczerym ogólnie uważam za cechę, ale bezpośredniość u Holendrów często przybiera formę  arogancji, bezczelności, a nawet chamstwa. W Holandii jest bardzo cienka linia między byciem szczerym, a wrednym, a Dacze często lubią ją przekraczać. Jest subtelna różnica między powiedzeniem komuś w pracy przy wszystkich, nawet nie będąc zapytanym: "masz tragiczną fryzurę" albo "wyglądasz grubo w tej sukience", a byciem dyplomatycznym i uprzejmym nie mówiąc po prostu nic. Czerpanie satysfakcji z tego, że się komuś zrobiło przykrość jest po prostu słabe i nie uważam to za cechę, ale za wadę. Wielką wadę. Holendrzy są czasem, ba! są bardzo często wredni w tej swojej szczerości i nie wiedząc czemu są z tego strasznie dumni. Ciekawe, gdybym ja tak na jednym weselu gratulowała pannie młodej, a przy okazji powiedziała jej, że ma jakąś dziwną i niezbyt ładną suknię ślubną. No co? Przecież powiedziałabym jej szczerze to, co myślę (a tak się raz zdarzyło, że sukienka pewnej holenderskiej panny młodej była no... niezbyt dobrze dobrana). Nie wiem, czy byłoby jej wtedy smutno, czy by całkiem, pisząc kolokwialnie, zlała moje zdanie i to, co jej powiedziałam, ale po co miałabym to sprawdzić? Po co mówić coś takiego, jeśli jest szansa, że ją to zrani? Jaką bym miała w tym satysfakcje? No żadną... Bezpośredniość tak, lubię. Ale nie holenderską! Dacze często wypowiadają słowa, które są po prostu przykre i ...ranią. Dyplomacja zatem nie jest ich najlepszą stroną i czasem mam wielką ochotę poczęstować ich tym samym, co oni serwują innym, a co nazywają tak górnolotnie "bezpośredniością" i "szczerością", a jest to czymś zgoła innym. To tak, jakby pijak o jabolu mówił "Sauvignon Blanc".


5. Walka z wodą
Tak! Bóg stworzył ziemię, a Dacze stworzyli Holandię. Albo inaczej. Bóg stworzył morze, Holendrzy zaś wybrzeże. Jedna szósta Holandii to ziemie odzyskane z osuszonego lądu, to ziemie "powstałe" z wody, czyli w sumie jakieś 7 000 km²! Gdy w Dubaju budują nowe wyspy na morzu, jak te w kształcie palm na przykład, to dzwonią po ekspertów, czyli oczywiście po Daczy. Ujarzmiona woda to też przepiękne kanały, które są niemal symbolem Amsterdamu i nieodzowną częścią tutejszego krajobrazu. Plus, jak wróg zaatakuje Holandię, to Dacze będą wiedzieć, jak skurczybyka zatopić ;) A co tam! Lubię to!

6. Trzy razy całus na powitanie
Panie z paniami, panie z panami, ale panowie to już uścisk dłoni! Trzy razy całuje się w Holandii na powitanie, ale i też na pożegnanie(choć na do widzenia Dacze całują się jakoś rzadziej). Raz dla ciebie, raz dla mnie i ostatni całus dla królowej, teraz to już króla. Taka ponoć jest geneza tych trzech całusów. Już się przyzwyczaiłam do nich, choć czasem wciąż mnie to dziwi, kiedy jakiś znajomy lubego, którego poznałam dwa lata temu i może z dwie minuty z nim przegadałam, całuje mnie na powitanie, kiedy przypadkiem spotykam go na ulicy albo na weselu. Ja go nie pamiętam i chcę mu się przestawić, a on tak od razu do cmokania się bierze ;) Czy lubię to? Hmm... Cytując klasyka gatunku, jest mi to ambiwalentne milordzie... 

7. Orange is the new black
Pomarańczowo mi... Zwłaszcza ostatnimi czasu, kiedy był Mundial. W trakcie meczów holenderskiej reprezentacji na ulicach było pomarańczowo. Flagi, koszulki, reklamówki z Alberta Heijna... wszystko w stylu oranje. Pomarańczowy to barwa narodowa Holandii i pewnie czasami zastanawiacie się dlaczego, skoro mają czerwono-biało-niebieską flagę? Bo oryginalny kolor flagi Holandii był kiedyś pomarańczowo-biało-niebieski! Tak! Został on zmieniony w 1648 roku. Dlaczego? Hipotez jest kilka, mi najbardziej przypadła do gustu ta, która mówi, że pomarańczowy w słońcu zmieniał się na żółty. I oto tajemnica została odkryta i oto "pomarańczowa" zagadka została rozwiązana! Lubię to! Lubię kolor pomarańczowy zwłaszcza teraz, jak był Mundial! :) I oczywiście też w trakcie King's Day! Jakżeby inaczej!


8. Brak firanek
Lubię to! Uwielbiam to! Od dziecka nienawidzę firanek, ten relikt komunizmu na czele z fusiastą kawą i rozkładanym tapczanem, na który wciąż mówi się w Polsce "łóżko" i śpi się na nim (ten uciążliwy ból pleców może być z tym jakże wygodnym posłaniem związany...). Za młodu prowadziłam walkę podjazdową z moją mamą o to, by w oknach nie mieć nic (prócz rolet). W małym miasteczku to była walka niemal z wiatrakami, ale w końcu wygrałam. Po mojej wyprowadzce z rodzinnego domu firanki już dzień później oczywiście powróciły, ale tu w Amsterdamie prędzej kanały się wysuszą, niż firanki pojawią się w moich oknach! A że mieszkam na drugim piętrze Wielki Brat mi raczej do domu nie zagląda. A i piękny widok na Bloemgracht nie mam zamiaru zakrywać tym białym paskudztwem! A skąd w Holandii wzięła się ta awersja do firanek? Ponoć po prostu Dacze pokazują w ten sposób, że nie mają nic do ukrycia (a i w razie konieczności można, jak mój sąsiad z dołu, kiedy policja jest w pobliżu, to tylko wystarczy zgasić światło: Policja, broń, haracz i sąsiad spłukujący trawę w kiblu, czyli jakże spokojny środowy wieczór). Ale tak naprawdę chodzi o coś bardziej prozaicznego - o światło, o które w te deszczowe holenderskie dni i wieczory jest tak cholernie ciężko. Brak firanek = więcej światła. I firanka-gate została rozwiązana!

9. Tulipany
No co tu się dużo rozwodzić, myślę, że te kwiaty nieźle napędzają holenderską gospodarkę, a Holandia jest troszkę takim tulipanowym monopolistą. Nawet w "Rzezi" Romana Polańskiego ważnym eksponatem dla filmu są piękne żółte i, jakżeby inaczej, holenderskie tulipany. Sama próbuję je jakoś wyhodować na swoim tarasie, ale od ponad półtora roku nie mogę się pochwalić jakimś większym sukcesem w tym temacie, a wręcz myślę o tym botanicznym eksperymencie jak o... porażce. Cóż, tulipany to też nie moje ulubiony kwiaty, stąd też pewnie nie mam do nich serca, a i mój pies był dla nich ostatnio wręcz bezlitosny...

10. Życzenia urodzinowe dla wszystkich
A wiecie, że z tym się jakoś nigdy nie spotkałam, żeby życzenia urodzinowe wyglądały inaczej, niż w Polsce? "Gefeliciteerd" czyli "najlepszego" po polsku przecież każdy entuzjastycznie życzy też u nas temu, kto ma akurat urodziny. Ale nigdy nie spotkałam się z tym, jak to jest napisane w książce Colleen Geske, żeby w Holandii składać życzenia całej rodzinie jubilata i w ogóle wszystkim zaproszonym na imprezę urodzinową gościom... Niby po co? Czemu? Jakoś to trochę bezsensu...

Z powyższych lubię zatem 4/10

CDN.... 

poniedziałek, 7 lipca 2014

Kto łączy Polskę z Holandią? Część druga i jak już w tradycji, zarazem ostatnia

Dawno, dawno temu, za pięcioma lasami, trzema górami i siedmioma rzekami był sobie post: Kto łączy Polskę z Holandią? Część pierwsza i jak już w tradycji, zarazem przedostatnia. Dziś doczekał się wreszcie swojej wiekopomnej kontynuacji, części drugiej i zarazem ostatniej.

6. Arno van Dorst
"Dorst" znaczy po holendersku "pragnienie", czyli pasuje jak ulał do znanego niegdyś w Polsce Dacza, którego nazwisko kilka lat temu nie schodziło z czołówki gazet. To było na długo przed "aferą taśmową", ale coś w ten smaczek, czyli van Dorst miał lobbować u polityków SLD korzystne przepisy dla właścicieli automatów. Czyli Holender był uwikłany w sławetną "aferę hazardową". Były szef klubu parlamentarnego SLD Jerzy Jaskiernia zaprzeczał w 2003 roku jakoby miał wziąć łapówkę za pewne zmiany przy nowelizacji ustawy o grach losowych i zakładach wzajemnych (a dokładnie chodziło o podatek od gier na automatach o niskich wygranych) w wysokości 10-ciu milionów złotych. "Z tym panem nic mnie nie łączyło ponad to, że został mi przedstawiony; nie zwracał się do mnie w żadnej sprawie, dlatego też nigdy bliżej nie zanalizowałem, czym się zajmuje. Natomiast miałem wrażenie, że ma on wiedzę porównawczą na temat tego, jak tego typu działalność jest rozwiązywana w innych państwach; miał pewną wiedzę porównawczą, która mogła być w określonych sytuacjach przydatna, gdyby ktoś próbował się zastanawiać, jak to rozwiązać w Polsce." - powiedział  dyplomatycznie pan Jaskiernia o panu van Dorst. Obecnie Holender jest członkiem BMP, czyli rozwijając skrót: Biura Miss Polonia, a jego nazwisko ponownie pojawiło się w mediach w związku z innym skandalem związanym z pewną menadżerką gwiazd - Małgorzatą H., która została oskarżona o... okradanie swoich sławnych klientek.

7. Maria Kaczyńska
Tak, tak! Zmarła tragicznie w Smoleńsku pierwsza dama Polski doczekała się odmiany tulipanów swojego imienia wyhodowanych w Holandii przez Jana Ligtharta w 2008 roku. Jej wyhodowanie zajęło Holendrowi 18 lat! Tulipany posiadają barwę kremową i są odporne na niskie temperatury. Inicjatorem nadania kwiatom takiej nazwy był ambasador holenderski w Polsce – Marnix Krop. Wręczona pierwszej damie cebulka miała mieć numer 00001. Co ciekawe, Jan Ligthart, jeden z najbardziej znanych w Holandii hodowców tulipanów wyhodował również odmiany tulipanów o innych nazwach związanych z Polską, jak "Generał Stanisław Maczek", "Preludium Chopina" czy "Mikołaj Kopernik".

8. Holenderscy architekci w Gdańsku
Macie czasem wrażenie, że Gdańsk przypomina Wam Amsterdam? Słusznie! W dość rozległym obszarze czasu, bo w latach 1500 do 1700 miała wyjechać całkiem spora grupa architektów z Holandii do Gdańska i oto jest właśnie powód, skąd Gdańsk ma ten sam styl architektoniczny, co Amsterdam. Piękne fasady, szczyty i bogato zdobione fronty - wcale nie trzeba wyjechać do stolicy Daczlandii, żeby je podziwiać. Zostały one nawet zbudowane z holenderskiej cegły, którą statki płynące do Polski zabierały jako balast. Zielona Brama w Gdańsku też została zaprojektowana przez holenderskiego architekta Reyniera van Amsterdam. Prawda, że z daleka ma coś w sobie z Rijksmuseum? Dalej, Dwór Artusa (znany wcześniej jako Dwór Junkera) i Złota Brama też zaprojektował Holender Abraham van den Blocke. Hans Vredeman de Vries i Lucas Everta byli projektantami Fontanny Neptuna, Daniel van Buren zaś budował forty i mury starego Gdańska, a Antoni van Obbergen był architektem Fortu Weichselmonde i arsenału miasta. Uff... sporo tego się uzbierało. Niestety w ciągu kilku marcowych dni w 1945 roku zabytkowe centrum Gdańska, który po wojnie miał wrócić do Polski, zostało zniszczone niemal w 90%... Po wojnie jednak wiele budynków odbudowano właśnie w tym XVII-wiecznym holenderskim stylu.


9. Geert Wilders
Haniebna postać w rankingu, ale powinna się tu pojawić, bo skandalista Wilders nigdy nie zasłuży sobie na cały odrębny post swego imienia na tymże blogu, a jednak jakieś części z Was, moi kochani Czytelnicy, jego postać jest pewnie obca. Polityk, członek Tweede Kamer, czyli holenderskiej izby Reprezentantów wpierw działał z ramienia liberalnej Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji (VVD), ale od 2006 roku, kiedy to stworzył własną Partię na rzecz Wolności (PVV), działa i przewodzi z jej ramienia. Naraził się nie tylko Polakom, ale i też całemu arabskiemu światu, ponieważ jest autorem 17-minutowego filmu "Fitna", który ostro krytykuje ideologię islamu. Sam Wilders mówi, że on nie nienawidzi Muzułmanów, tylko Islam... Polakom zaś naraził się głównie tym, że w lutym 2012 na specjalnie stworzonej stronie internetowej zamieścił zakładkę przeznaczoną do składania donosów na... Polaków i innych Europejczyków z nowych krajów UE! Można tam było na przykład donosić, że Polak zabiera Holendrowi pracę lub polski sąsiad z góry jest za głośny...Jeśli wierzyć słowom Wildersa wpłynęło 40 tysięcy skarg na Polaków. Większość, bo 60% z tych skarg na nas dotyczyła skandalicznego zachowania, jak pijaństwo, hałasowanie czy... niepoprawne parkowanie. Pozostałe dotyczyły kradzieży, włamań oraz aktów wandalizmu. Jakie jest więc rozwiązanie "tego problemu" według Wildersa? No na przykład blokada przyjmowania kolejnych państw do strefy Schengen, powrót do walut narodowych, zaostrzenie przepisów dotyczących możliwości osiedlania się oraz zatrudnienia w Holandii, wydalenie z Holandii uciążliwych imigrantów, a także... zaopatrzenie się obywateli w broń dla obrony przed rabusiami z niecywilizowanej części Europy! Po tym "raporcie" Wildersa pojawiły się między innymi takie nagłówki w holenderskiej prasie: "Pijany Polak zabiera wam pracę". Pocieszające jest jednak w tym wszystkim to, że większość Holendrów uważa Wildersa za "politycznego oszołoma", choć z drugiej strony jego Partia na rzecz Wolności jest obecnie trzecią siłą polityczną w parlamencie Holandii (!). Zatem haniebna postać na tej liście - Geert Wilders, co uważa Polaków za analfabetów, złodziei, oszustów, naciągaczy, alkoholików, awanturników i brudasów, którzy pozbawiają dobrych Holendrów pracy, łączy Polskę z Holandią o tyle, że powinien dla każdego Polaka być taką lekcją, aby zachowywać się w Holandii (i nie tylko w niej) kulturalnie i z klasą, co by te swoje "raporty" Wilders mógł sobie wsadzić w... no wiecie w co. I to bardzo głęboko.

10. Jan Kiepura i wtedy jeszcze księżniczka, a później królowa Juliana
Księżniczka, a później królowa Juliana wraz z mężem Bernhardem zaczęła swoją podróż poślubną w 1937 w polskiej Krynicy-Zdroju. Jednak para królewska chciała podróżować incognito, jako hrabia i hrabina von Sternberg, ale oczywiście szybko się wydało, kim są naprawdę. Zaprosił ich do Krynicy ponoć nie kto inny, tylko Jan Kiepura, choć inne źródła donoszą, że Kiepura nie miał pojęcia o wizycie książęcej pary, ale gdy tylko dowiedział się o ich pobycie, natychmiast przybył do Krynicy wraz ze swoją żoną Marthą Eggert z Paryża. Jan Kiepura, wybitny tenor oraz aktor cieszył się największą międzynarodową sławą i popularnością spośród polskich śpiewaków operowych okresu międzywojennego. Miał wspólnych przyjaciół właśnie z mężem księżnej Juliany Bernhardem of Lippe-Biesterfeld, który bardzo lubił Polaków i miał wśród nich wielu przyjaciół, stąd też między innymi świeżo upieczeni małżonkowie zaczęli swoją podróż poślubną od przyjazdu do Polski. Kiepura odnosił sukcesy zarówno na scenach czołowych teatrów świata, jak i na ekranie kinowym. W okresie międzywojennym wybudował właśnie w Krynicy-Zdroju willę „Patria” za trzy miliony dolarów, która jak na tamte czasy była bardzo nowoczesna i ekskluzywna. W 1937 roku "The Guardian" tak pisał o tym miejscu: "Patria jest przykładem najbardziej eleganckiego, luksusowego i nowoczesnego hotelu zarówno w architekturze, jak i w inżynierii. Na dole wszystko jest w różowym marmurze: hol, jadalnia, sala balowa - każe zastanowić się przybyłym gościom czy czasem nie trafili do pałacu z bajki. Jest i herbata serwowana o piątej, wieczory galowe, romantyczny cocktail bar i zespół jazzowy do późnej nocy ... Patria faktycznie ulega eksplozji w Krynicy. To rzeczywiście Paryż na polskim pustkowiu". Przedwojenna Krynica ze swoimi wodami leczniczymi, malowniczym krajobrazem, drewnianymi domami i konnymi saniami była ulubionym miejscem wypoczynku wśród elity politycznej i artystycznej. Nic więc dziwnego, że nawet holenderska monarchia lubiła tam wypoczywać. I też nic dziwnego, że to właśnie w pensjonacie Patria Jana Kiepury zatrzymała się książęca para. A na koniec mała ciekawostka. W Krynicy mówiło się, że późniejsza królowa Beatrix, córka Juliany i Bernharda urodziła się taka silna właśnie dzięki... leczniczym wodom z Krynicy ;)

środa, 2 lipca 2014

Agencje pośrednictwa pracy w Holandii. Korzystać czy nie?

Z mojego punktu widzenia raczej ciężko wypowiadać mi się na ten temat, bo nigdy nie korzystałam z ich usług, więc będę tu się posiłkować opiniami innych, ale... Ale te opinie, które słyszałam od innych Polaków o agencjach pośrednictwa pracy w Holandii nie są za dobre, a raczej są wręcz dramatyczne. A zwłaszcza to, co słyszałam o jednej konkretnej agencji... Ostatnio rozmawiałam z nową Wydaczoną koleżanką, która przeniosła się do Holandii jakiś czas temu i czyta tegoż tu bloga. Napisała, czy możemy spotkać się na kawie. Pogadać. Jak Wydczona Polka z Polką. Spotkałyśmy się. Historia życia tej dziewczyny to jeden wielki pech lub, jak ona sama to nazwała, wieczna drama. I chcąc trochę odmienić swój los na lepsze postanowiła przenieść się do Holandii, a w poszukiwaniu pracy skorzystała z usług takiej właśnie agencji.

Kochani, nóż mi się w kieszeni otwiera, że takie sku*wysystwo dzieje się na świecie. Dzieje się tu, w Holandii. Przepraszam za moją łacinę, ale nie można tego ująć inaczej, jak ludzie potrafią czasem być sku*wysynem dla innych ludzi. Jak Polak Polakowi potrafi być wilkiem z granicą. Świeżo Wydaczona koleżanka przyznała, że ta agencja jest bardziej agencją nieruchomości, niż pośrednictwa pracy. Nie daje swoim nieświadomym klientom dostępu do ubezpieczenia. Chcąc iść do lekarza wpierw dzwonisz do agencji, bo nie masz nawet swojej karty ubezpieczeniowej... Słucham tak Wydaczonej koleżanki (imienia na jej prośbę nie podaję) i włos mi się na głowie jeży. A to dopiero początek jej opowieści. Dalej jest tylko... gorzej.


Dostaje wypłatę za tydzień. Przepracowanych ma ponad 10 godzin dziennie, a pracowała dzień w dzień, siedem dni w tygodniu (na jej prośbę również nie podam, gdzie pracowała). Zgadnijcie, jaką dostała wypłatę? Po odjęciu przez agencję ubezpieczenia, mieszkania itp. dostała nieco ponad 50 euro. Jakby to powiedział Adaś Miauczyński, jakby ktoś dał mi w mordę. I po to Polak wyjeżdża za granicę, by się dorobić? Dorobić tych ponad 50-ciu euro tygodniowo? Czy Holandia dla niej okazała się lepsza, niż Polska? Sami sobie odpowiedzcie... Dziewczyna po studiach, angielski perfect i jak się domyślacie, długo tam w tej agencji nie pociągnęła. Ale wielu Polaków pracuje za ich pośrednictwem latami. Ba! I nawet nie narzekają szczególnie, bo to i tak dla nich więcej, niż mają w takiej Polsce... Okey płacą agencji za mieszkania sporo w nie najlepszych dzielnicach, ale to akurat rozumiem. Amsterdam jest drogi. Zwłaszcza nieruchomości. To jeszcze można wytłumaczyć. Ale jak stracisz pracę, to już ty się martw o drugą. A za mieszkanie trzeba przecież agencji płacić. Dalej. To też w sumie niby logiczne. Ale...

Ale z tym ubezpieczeniem to już trochę nie rozumiem. Czy to legalne, że ludzie płacą za nie i nie mają do niego swobodnego dostępu? Choć rozumiem to w takim wypadku, gdzie pracownik nie mówi nawet po angielsku... Ale jest jeszcze temat pracującej w tej agencji osoby na kierowniczym stanowisku, która niemal od rana jest nietrzeźwa! No dobra, ktoś powie: jej sprawa, ale to, że jest nietrzeźwa to raz, ale druga sprawa, że ta osoba jest w tym wszystkim okrutna i bezduszna. Ktoś właśnie rzucił wszystko w Polsce, przyjechał budować nowe życie w Holandii, a ona każe mu powiedzieć na dworcu, że jednak nie ma dla niego pracy... To akurat słyszałam od osoby, która przepracowała jakiś czas w biurze tej agencji. A, no i jak podziękujesz agencji za współpracę, to wstrzymają ci wypłatę do momentu wyjaśnienia, czemu ty rezygnujesz... Kochani, wiem, to nie jest zbyt zabawny post, bo to jest poważna sprawa. Ponieważ znam temat z drugiej ręki, to stąd nie chcę pisać nazwy agencji, ale korci mnie strasznie, by zrobić jakieś dziennikarskie śledztwo w tej sprawie!

Zatem, korzystaliście z agencji pośrednictwa pracy? Jakie są Wasze doświadczenia w tym temacie? Polecacie ogólnie czy nie? Które z nich są uczciwe i rzeczywiście godne rekomendacji? Bo wierzę, że takie na pewno są i mam nadzieję, że jest ich więcej, niż agencji, w których nie liczy się człowiek, tylko pieniądze, jakie można na nim zarobić. Piszcie w komentarzach, anonimowo jak chcecie, co o tym temacie myślicie. I na koniec puenta tego postu jest taka, abyście sprawdzali sobie Kochani agencje na forach w necie, zanim skorzystacie z ich usług. Jak powiedziała mi nowa Wydaczona koleżanka na spotkaniu, która po kilku tygodniach w tej agencji podziękowała im za współpracę, ludzie boją się o tym mówić, podawać nazwiska i nazwę tej agencji. No skądś się to jednak bierze, że w końcu funkcjonuje ona już dobrych kilka lat bez przerwy... 

Sprawdzajcie, sprawdzajcie i jeszcze raz sprawdzajcie więc tego typu agencje! Jak widać jest wiele osób, które żerują na ludzkiej naiwności i co by tu dużo mówić, na desperacji tych, którzy przyjechali tu za chlebem... Wybierajcie więc z głową, aby później w Holandii narzekać jedynie na pogodę ;)

PS Historia nowej Wydaczonej koleżanki ma na szczęście happy end :)