czwartek, 28 sierpnia 2014

Holenderskie poczucie... humoru

Czy Holendrzy mają poczucie humoru? A czy kura to ptak? No każdy człowiek ma jakieś poczucie humoru, z tym że inni mniejsze, drudzy większe, jeszcze inni mają je bardziej wysublimowane, inni mniej wysublimowane, czasem sprośne, czasem wulgarne, czasami niezrozumiałe. Oglądaliście serial Przyjaciele? Taaaak. Pewnie większość z Was obejrzała choć raz całą serię, a pewnie większość z tej większości widziała wszystkie odcinki po kilka razy. Jeśli nie kilkanaście. Przyjaciele jakoś tak cudownie "smakują" do obiadu... Nie będę jednak nawiązywać tu teraz do tego, że Gunther z Przyjaciół pochodził z Daczlandii, ale do Chandlera Binga, który wykazywał dość specyficzne poczucie humoru... Przynajmniej jak dla mnie. 


I tak właśnie jest też z holenderskim poczuciem humoru. Potrzeba czasu i przyzwyczajenia, żeby je zrozumieć. Holendrzy rzadko kiedy opowiadają sobie dowcipy, a jeśli już nawet je mówią, to najczęściej dotyczą one Niemców. O tym kiedyś już było, nawet stosunkowo niedawno. Zapytałam lubego, kiedy ostatnio usłyszał albo opowiedział jakiś kawał. Nie mógł sobie przypomnieć nic, oprócz tych, co opowiadał i słyszał dobrych kilka lat temu na studiach. Druga sprawa, jeśli już Holender mówi o czymś śmiesznym, jest to zazwyczaj coś, co widział w Internecie. Hej, widziałeś to wideo z kotem na odkurzaczu w stroju rekina? Jakie to super zabawne! Normalnie gezellig! Okey... Ale wiadomo, poczucie humoru to nie tylko kawały. To też komizm sytuacyjny, postaci i słowny. Czy Holendrzy potrafią zatem śmiać się z siebie i z różnych życiowych sytuacji? Hmm, z samych siebie to śmieją się rzadko, ale z innych lubią sobie robić kawały, oj lubią!

Luby na studiach miał kolegę. Kolega był przystojny i świadomy swoich zewnętrznych atutów. Tak zwany łatwy target. Luby wraz z innymi kumplami postanowili zrobić mu kawał. A przyłożyli się do tego projektu, nie powiem, szacun, naprawdę skrupulatnie. Luby założył maila oraz zbudował pseudo stronę internetową firmy produkcyjnej z Hollywood (a było to dobrych kilka lat temu, więc nie było tam żadnych LinkedInów czy Facebooków, by jakoś sprawdzić bardziej wiarygodność danego delikwenta). Strona i mail zupełnie zatem wtedy wystarczyły, aby piękny kolega połknął haczyk. Luby ze znajomymi pisali do niego maile, że są ważnym producentem z Hollywood, który natknął się na jego zdjęcia i chciałby go obsadzić w nowym filmie, który chce kręcić już za kilka tygodni jesienią w Los Angeles. Bla, bla, bla i tego typu pierdoły. Kolega łykał wszystko, jak Scjentolodzy energię z kosmosu i ta zabawa trwała dobrych kilka tygodni. Piękniś chwalił się wszystkim, że wyjeżdża do Los Angeles i zostanie gwiazdą. Wszyscy tylko potakiwali mu z uśmiechem, a później za jego plecami ryczeli ze śmiechu. W końcu powiedzieli mu prawdę o swoim kawale, gdy tenże przystojny młodzieniec oświadczył swoim rodzicom, że... rzuca studia i jedzie robić karierę do Hollywood!

Kariery do dzisiaj nie zrobił. Mieszka w Holandii i jest bankierem albo prawnikiem. Luby dokładnie nie wie, bo kontakt im się urwał... Zresztą, o holenderskim poczuciu humoru było już w cyklu Co ja Dacze? Na przykład tu: Co ja Dacze? Vol. 2, moja ulubiona część z pięciu, bo o Epicentrum. Dobra jest też historia o Daczu, który przegapił wesele swojej siostry i to jest właśnie przykład na to, że Holendrzy potrafią się śmiać z komizmu sytuacji: Co ja Dacze? Vol.4. Jednak, jakby nie patrzeć, są to historie ze studenckich czasów znanych mi Holendrów, a wtedy jak wiadomo, człowiek ma całkiem inne poczucie humoru, bo jeszcze nie dostał zbytnio po dup*e. Bo jeszcze nie poczuł smaku tej rozkosznie gorzkiej prozy życia. Zatem jak ten humor wygląda u ludzi, których można nazwać już teoretycznie dorosłymi? Dojrzałymi? To wydaje mi się, że przychodzi wraz z wykonywanym zawodem. Ale to też trochę taki bullshit and pardon my french, bo tak można generalizować sobie wszędzie i ze wszystkimi narodami. No to znów więc Wam opowiem o tym poczuciu humoru u dorosłych Daczy z własnego podwórka i przykładzie z własnego życia tutaj, a oczywiście źródłem tego przykładu będzie luby. Wiecie, co kolekcjonuje moja druga połówka? Zdjęcia w swoim telefonie, na których śpię JA (!!!) z rozwartym dziobem w różnych środkach transportu. Czyli w pozycji na tak zwaną "skarbonkę", gdzie wcale nie wyglądam słodko i pięknie, jak śpiąca królewna, ale jak śliniący się potwór.


I on uważa, że to jest zabawne. Super zabawne. Mieć takie kompromitujące fotki w swoim telefonie. A co będzie, jeśli mu ten telefon kiedyś ukradną? Nawet nie chcę o tym myśleć ani sobie tego wyobrażać... Dalej, co lubego śmieszy, to moje upadki. A to, że się gdzieś potknę, a to, że coś przewrócę, rozwalę... Wymyślił dla mnie nawet na wakacjach taką ksywkę, z której jest bardzo dumny - Renzilla. I tak mnie teraz właśnie pieszczotliwie przezywa. Ja wchodzę do kuchni, a on krzyczy, że nadciąga Renzilla i będzie na pewno rozpierducha. Niby w żartach. A wszystko zaczęło się od tego, że na tych wakacjach, na plaży z impetem wdepnęłam w zamek z piasku jakiegoś dziecka, które rozryczało się przez moją niezdarność niemiłosiernie. Zamek został kompletnie zniszczony, a dzieciak nie mógł się uspokoić. I zostałam ochrzczona wtedy przez rozbawionego lubego Renzilla. No takie rzeczy go właśnie śmieszą. Takie sytuacje, gdzie pojawiają się łzy niewinnego dziecka, a moja twarz przybiera kolejno pięćdziesiąt odcieni purpury i szkarłatu ze wstydu...

Ale! Gdy ty spróbujesz się tak z Dacza zaśmiać, to uważaj... Czeka cię kara w postaci słownej reprymendy. Jak widać sytuacyjne poczucie humoru u Dacza nie działa w dwie strony. I podobnie jest z komizmem postaci. Śmiać się z innych, to Dacz potrafi, ale już z samego siebie, to niekoniecznie. Choć w Holandii trzeba pokazać innym, że ma się dystans do samego siebie i w takiej sytuacji wypada się chociaż uśmiechnąć...

A tak w ogóle to zastanówcie się, czy istnieje takie określenie, jak "holenderskie poczucie humoru"? Holendrzy nie słyną z salw śmiechu i głośnego rechotania, to naród stoicki. Śmiać to się można na głos w domowym zaciszu, ale dorosłym Daczom w towarzystwie to już tak nie wypada męczyć śmiechem przepony. A już sprośnymi żartami to w ogóle, ale można za to opowiedzieć anegdotkę o kimś, kto opowiedział taki sprośny kawał (i przy okazji ten kawał też opowiedzieć) i jak ten dowcipniś się... ośmieszył. Skompromitował tym kawałem. Bo sam w sobie sprośny dowcip nie jest wystarczająco śmieszny i "na miejscu" wśród poprawnych politycznie i zawsze kulturalnych Daczy...

I na koniec przypomniała mi się taka jedna historia. Z życia. A może to był dowcip? Zataczał się pijany Dacz w gajerku po ulicy, aż przewrócił się wreszcie i nie mógł się biedak podnieść. Z pomocą przychodzą mu dwaj Polacy z wąsem pracujący przy pobliskiej budowie. Dacz bełkocze po angielsku: Ale panowie! To powinno być chyba odwrotnie? A na to jeden z Polaków po holendersku odpowiada mu: Hej, to twój kawał. Spróbuj opowiedzieć go lepiej i mniej bełkocząc...

Śmieszne? Yyyyy....

A ostatnio wchodzę do kuchni i widzę, jak mój luby patrzy się w swój telefon i ryczy ze śmiechu, jak jeszcze nigdy wcześniej... Chcecie wiedzieć, co go tak rozbawiło? Oczywiście pewien filmik...
  

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Kinderdijk!

Tyle już pisałam Wam o Kinderdijk, że czas wreszcie pokazać w obrazach, dlaczego to miejsce jest tak bardzo wyjątkowe. I nie mam tu tylko na myśli listy światowego dziedzictwa przyrody UNESCO, na którą Kinderdijk jest wpisany. To największe skupisko zabytkowych holenderskich wiatraków jest takim właśnie typowym dacz-experience. Jest tam i woda, z którą walczą od wieków Holendrzy, są i oczywiście zabytkowe wiatraki w obecnej liczbie 19 sztuk, są i tulipany, choć tylko w sezonie, są i nawet chodaki. Jest i holenderska pogoda, czytaj wiatr i deszcz. Jednak nawet w taką pogodę Kinderdijk zachwyca. A co więcej, można zwiedzić jeden z wiatraków i zobaczyć, jak one wyglądały w środku. Można zobaczyć wiatrak, w którym mieszkało małżeństwo ze swoim trzynaściorgiem (!) dzieci i poczytać o smutnej historii tej rodziny, ponieważ matka zmarła tragicznie osieracając swoje pociechy uderzona przez skrzydło wiatraka, gdy ściągała z niego pranie... Można też obejrzeć film (w języku holenderskim z angielskimi bądź niemieckimi napisami), który wyjaśni nam, dlaczego te wiatraki właściwie powstały, jaką funkcje spełniały i jaka może być geneza ich nazwy. Uwierzcie mi, jeśli przyjedzie do Was w odwiedziny rodzinka, będzie zachwycona wycieczką do Kinderdijk! Zatem zaledwie 15 km od Rotterdamu takie poniższe cuda można zobaczyć!

 
 
 

niedziela, 17 sierpnia 2014

Stuff Dacz people like, część 3!

Koniec świata się zbliża, mówię Wam! Holandię nawiedzają ulewy, jakieś burze, pioruny trzaskają, niczym bicz o tyłek w trailerze 50 shades of grey, a wszystko to przez to, że holenderski kanał MTV nadaje Warsaw Shore, gdzie kur*a ściele się gęsto. Trochę podnosi mi to ciśnienie i spina żołądek, że jedyny polski program, jaki nadaje holenderska telewizja wprost idealnie utrwala tu stereotyp Polaka-prostaka i Polaka-pijaka. Ale hej, co tam, są dupeczki, są przypakowani kolesie, jest wódeczka, jest impreza, jest bzykalnia, lodzik i jest przeciętne IQ podzielone na... sześć osób. I wiem, że taka jest konwencja tego programu, że tego typu osoby trafiają do niego niezależnie od kraju, ale tak dla równowagi mogliby też puścić coś, co pokaże inną stronę Polski i Polaków. No nie wiem, może Klan na przykład? W końcu jest taki życiowy... No, ale już pisząc poważnie i w temacie. I krótko, by zdążyć przed końcem świata. Przed Wami oto trzecia odsłona tego, co tam lubią Dacze. A dwie poprzednie znajdziecie tu: 



21. Śledzik.
  Mój luby je wszystko. No prawie, bo ma tylko jedną awersję, a raczej wstręt i obrzydzenie do ryb w każdej ich postaci oraz gatunku. To tym bardziej jest paradoksalne, że luby pochodzi z prowincji Zeeland, która niejako słynie z pysznej rybki i świeżych owoców morza. Odkąd mieszkam w Holandii, wstyd przyznać, śledzia jeszcze nie jadłam. I nie dlatego, że wcześniej w Polsce zajadałam się nim ciągle. Nie... Na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy śledzika zjadłam w swoim życiu. Cóż, delektować się śledziem trzeba potrafić, a ja tego nie umiem, nawet z cebulką i w świeżutkiej bułce jakoś mi nie podchodzi. Nawet na toście. Za to moja mama już za kilka dni będzie w Amsterdamie i pewnie śledzika sobie zamówi, a i kto wie, może ja wtedy też się na niego skuszę? A jak śledź wygląda w liczbach? Cóż, jest to dość interesujący fakt, iż, gdyż, albowiem, Dacze konsumują go w ilości 12 milionów kilo (!) rocznie. My z lubym do tych statystyk się jednak nie dokładamy. Ale za to w konsumpcji serów myślę, że wyprzedzam niejednego Dacza ;)

22. Żel do włosów.
Ha, ha, ha! Znów trochę statystyk. Najgorliwszymi konsumentami żelu do włosów są... Dacze! Ha, ha, ha! A ja zawsze myślałam, że to Włosi! Rzeczywiście, coś w tym jest, ale jest pewna subtelna różnica między tym, jak Dacze stosują żel do włosów, a jak robią to Włosi. Po zastosowaniu żelu włosy Dacze są suche i sklejone, u Włocha zaś wyglądają na przetłuszczone i mokre. I tu, co ciekawe, tubki z żelem nierzadko można spotkać w holenderskich męskich toaletach. Bo żel używają tu wszyscy, od studentów do bankierów, od panów w warzywniaku po piłkarzy (no może poza Robbenem...). I jeśli myślicie, że to zapewne ze względów praktycznych, by fryzura się Daczowi nie zburzyła na rowerze, to pomyślcie raz jeszcze. Pomyślcie o deszczu. I o silnym wietrze. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu burmistrz z mojego rodzinnego miasta czesał się na "pożyczkę". I kiedyś wiało tak mocno, a ten jechał właśnie na rowerze, że ta "pożyczka" mu się odkleiła. I jechał z taką wyżelowaną kopułą stojącą w pionie i latającą na wietrze... Wyglądało to okropnie, no tak, jakby tyłek okleił się od Kim Kardashian.

23. Żarty o Niemcach i Belgach.
Holender widzi mężczyznę, który nabiera ręką wodę z kanału i ją pije. Podchodzi do niego i mówi: "Hej, nie można pić tej wody, jest brudna i można się od niej rozchorować". Mężczyzna podnosi głowę i pyta po niemiecku: "Was sagen sie?" ("Co Pan powiedział")? Holender odpowiada więc mu również po niemiecku: "Sie sollen mit zwei hande trinken. Das geht besser!" ("Niech Pan użyje obu rąk. Tak będzie łatwiej!"). Z tym, że żarty o Belgach mają w Holandii łagodniejszą formę, niż żarty o Niemcach. A zresztą, my też o Niemcach żartujemy, pamiętacie Był sobie Polak, Niemiec, Rusek i diabeł? Z tego, co kojarzę, to chyba Niemiec przyniósł tego dwumetrowego kaktusa? No też Niemiec miał u nas w tych kawałach przesra*e. Czasem dosłownie.

24. Nabiał. 
Ponoć to właśnie duże spożycie nabiału zrobiło z Holendrów najwyższych ludzi świata... Cóż, jeśli to prawda, to mój luby powinien złożyć reklamację w zakładach mleczarskich, bo od dziecka prawie codziennie do śniadania pije szklankę mleka i jest poniżej holenderskiej normy, jeśli chodzi o wzrost... Ale, któż nie kocha holenderskich serów? Ja je uwielbiam! Edam. Maasdam. Old Amsterdam. Gouda. I tak dalej. Można wymieniać i wymieniać bez końca. I wszystkie są pyszne! Holendrzy kochają jeść sery i je produkować. I ja też kocham sery! Jeść! A czy wiecie, że 72% holenderskich serów idzie na eksport? Holandia jest trzecim największym dostawcą serów na świecie! A znacie Vla? Sprzedawana w kartonach w smaku i w konsystencji jest prawie, jak nasz budyń. Ale prawie robi wielką różnicę w przypadku Vla. Można ją kupić za naprawdę niewielkie pieniądze w różnych smakach, a jak tak połączy się wanilię z orzechem laskowym to wyjdzie nam Monte, które z kolei w Holandii nigdzie się nie zakupi. Co ciekawe, holenderskim zwyczajem (a może to ta daczowska oszczędność?) karton po Vla jest dokładnie wyskrobywany z resztek. Ten deser też wprost ubóstwiam! To jest to, co Holendrzy nazywają właśnie lekker!


25. Kampery.
Gdzieś tam już się przewinął ten temat. Ale miłość Daczy do kamperów jest wielka, niezaprzeczalna i piękna. I trwa już tak od kilku pokoleń. Luby już ma taki plan na wakacje za rok (coś ten luby w tym poście ciągle się przewija), że wynajmiemy sobie kamper i pojedziemy na wakacje do Chorwacji. Plan dobry i szalony, bo ponoć Holendrzy wybierają w 95% tylko trzy kraje swojej kempingowej destynacji: Francję, Niemcy i Hiszpanię. A to ponoć nie koniec holenderskich dziwactw związanych z kamperami. Jak można przeczytać w książce Colleen Geske, Dacze biorą ze sobą w swoją przyczepę na wakacje:
- Lukrecje (48%)
- Hagelslag (47%)
- Masło orzechowe (37%)
- Papier toaletowy???!!! (56%)
- Sery (49%)
 Dalej, co ciekawe, Dacze wsiadają w swój kamper, jadą do miejsca swojej destynacji i zostają tam przez tygodnie, gdzie właśnie chyba sens wakacji w przyczepie kempingowej polega na przemieszczaniu się z miejsca na miejsce i zwiedzaniu. Ale cóż ja rzeknę na to? Nigdy w ten sposób nie spędzałam wakacji, ale chciałabym spróbować i przekonać się, czy rzeczywiście, jak to Dacze mówią, wakacje w kamperze są gezellig!

26. Wiatraki.
Nawet my mamy przysłowia z wiatrakami. Walka z wiatrakami i co ma piernik do wiatraka? A Holendrzy mają takich przysłów z pięćdziesiąt. A piernik do wiatraka ma mąkę. Niezaprzeczalnie wiatraki obok chodaków i tulipanów są symbolem Holandii. Stare antyczne wiatraki są nieodłącznym elementem krajobrazu Holandii. Praktyczni Holendrzy niektóre z nieczynnych już wiatraków przerabiają na domy. Mówią, że Złoty Wiek nie byłby możliwy bez wiatraków. Cóż, coś w tym jest. Jeśli chcecie prawdziwego holenderskiego obrazu wprost z widokówki, to jedzcie do Kinderdijk. To 100% Dacz experience. Są tam i tulipany, i wiatraki, i woda, i pewnie jakieś chodaki też się znajdą ;) W sumie w Holandii zachowało się prawie 1200 wiatraków (tych nowych białych wysokich nie liczę), a niektóre z nich mają naprawdę długą i piękna historię, dlatego lubię to!

27. Dłubanie w nosie.
No to, to ja pierwsze akurat słyszę (a ponoć 90% Daczy przyznaje się do dłubania w nosie!!!), choć poniższe zdjęcia mówią same za siebie i mówią wszystko w tym temacie! Ale ponoć za to właśnie Holendrzy kochają swojego króla... Nie, nie dlatego, że dłubie w nosie, ale dlatego, że jest taki... ludzki. Uwaga! Poniższe zdjęcia mogą wywołać... niesmaczne uczucie!


28. Frytki z majonezem.
Dacze jedzą rocznie 41 milionów (!) kilo frytek rocznie! Uwierzycie? Ba! Holendrzy tak bardzo kochają swój majonez serwowany do tych smażonych, pociętych kartofli, że zabierają go ze sobą na wakacje! A mój luby śmieje się, gdy proszę moją mamę, żeby przywiozła mi z Polski mój ulubiony ketchup Tortex...

29. Lukrecja.
Lukrecję albo się uwielbia, albo się ją nienawidzi. I tyle w temacie. Mi osobiście ona nie podchodzi i nie przechodzi przez gardło i nie mogę zrozumieć, jak Holendrzy mogą jeść to świństwo, a co więcej, mają go w kilku smakach i w kształtach... Słonej lukrecji w ogóle już nie mogę pojąć... to jest tak obrzydliwe, tak niedobre, tak paskudne, że bleee, fuuuuj! Wolę już patrzeć na zdjęcia króla dłubiącego w nosie, niż zjeść lukrecję. Choćby odrobinę. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Holandii spytałam lubego, co mogę przywieźć do Polski znajomym i rodzinie, co jest tak najbardziej holenderskiego? Poradził mi... lukrecję. Drań! Gdy przyniosłam lukrecję do pracy, to moi koledzy wypluwali ją mówiąc, że ja to ich chyba nie lubię, bo chcę ich otruć. Cóż, tak to jest, jeśli z lekarstwa próbuje się zrobić cukierki. Czy jakoś tak.


30. Wciskanie lukrecji niczego nie podejrzewającym cudzoziemcom...
Jak powyżej. Spytaj Dacza, co przywieźć z Holandii, to ten zamiast pysznych stroopwafel powie ci, żebyś przywiózł lukrecję... Gdy sama pierwszy i ostatni raz ją spróbowałam, a i za chwilę wyplułam, luby czerpał jakąś dziwną satysfakcję, gdy to obserwował... Patrzył się na mnie dziwnie radośnie, jakby patrzył na dziecko, które ma po raz pierwszy zjeść ślimaki. Albo wątróbkę. Albo inne paskudztwo, którego dzieci nie znoszą. Okrutna to daczowska cecha z wciskaniem tej cholernej lukrecji!

Lubię 2/10, choć zastanawiam się nad tymi frytkami z majonezem, bo się do nich ostatnio coraz bardziej przekonuję...

wtorek, 12 sierpnia 2014

Hollywood w Amsterdamie

Pamiętacie Pabla? Na pewno pamiętacie, przynajmniej z co najmniej trzech historii: Tropem kradzieży w gejowskim barze oraz Where is my money man? Czyli ponownie 50 eurocent of shame, no i oczywiście Pablo jest 'under arrest', czyli jak holenderska policja zgarnęła polskiego 'bossa wszystkich mafii'. Jak widzicie, uzbierało się chłopakowi tego tu trochę. W każdym razie w weekend postanowiliśmy obczaić nowe gorące miejsce w Amsterdamie, którego otwarcie odbyło się w zeszły piątek. Waterkant się zowie i naprawdę bar jest całkiem przyjemny. Tuż nad wodą przypomina mi hipsterskie knajpki z warszawskiego Powiśla. Jak dla mnie, na plus, bo niegdyś w stolicy moim ulubionym barem było PKP Powiśle. Zatem w niedzielę grzecznie poszliśmy na obchód nowej miejscówki, a że to blisko mnie i pogoda zrobiła się całkiem znośna, bo przestało padać, postanowiłam zabrać ze sobą swojego psiaka Gina. Decyzja okazała się dobra. Zacna, wręcz powiem. Ale o tym później, o tym za chwilę.

Gdy tylko usiedliśmy zwróciłam uwagę na "pewnego młodzieńca". Do nazwisk i imion pamięci raczej nie mam, a do twarzy mam pamięć wybiórczą. Mówię do Pabla, że to jest aktor z Hollywood, na sto procent. Tylko nie mogę skojarzyć który... Facet sprawy nie ułatwiał, bo siedział w tej wełnianej czapce z napisem Amsterdam, którą można kupić niemal na każdym rogu z turystycznym badziewiem. Potem jeszcze założył okulary przeciwsłoneczne i jego identyfikacja okazała się niemal niemożliwa, tym bardziej, że Pablo gościa w ogóle nie kojarzył i nie pomagał mi w tym temacie nic a nic. A dla mnie zaczęło się piekło. To, że facet jest jakiś tam sławny, nie miałam żadnych wątpliwości i to też w ogóle wrażenia na mnie nie robiło. Ze względu na studia praktykowałam przy produkcji kilku filmów, seriali i jednego teleturnieju, a i później pracowałam w mediach, więc sławna twarz nie wzbudza we mnie większych emocji. Nawet, jeśli jest z Hollywood. Ale, gdy nie mogę sobie przypomnieć jakieś twarzy albo nazwiska, to skręca mnie to i dręczy, i męczy, dopóki dopóty tego nie rozgryzę. W kinie, w trakcie oglądania filmu, potrafię sprawdzać w swoim telefonie na IMDb czy tam Filmwebie, gdzie facet czy facetka grał wcześniej, bo tak mnie to prześladuje, gdy nie mogę kogoś rozpoznać ani rozgryźć jego tożsamości. Gadam więc tak sobie z Pablem, ale w sumie to gadam sama do siebie, czy to była jakaś komedia romantyczna, gdzie grał? A może to był serial? Tak, serial! Tylko pewnie stary... Bo jakby grał w jakimś nowym serialu, który oglądam, to pewnie skojarzyłabym od razu... Entourage (Ekipa)? Shameless (Niepokorni)? Rzeczywiście facet był podobny do Jimmy'ego z Shameless granego przez Justina Chatwina. No blisko, blisko, a jednak tak daleko... Cholera!

I tak siedzimy, piwko pijemy, Pablo do tego wcina żeberka, a kości lecą pod stół dla mojego pieska, a ja tak słucham i nie słucham, co Pablo do mnie mówi, ciągle zastanawiając się, kim jest do cholery ten jegomość z Hollywood? Przecież nie podejdę do niego i zapytam: Hej, ja cię znam, ale nie wiem skąd. Chyba jesteś aktorem, ale nie wiem, gdzie grałeś/grasz. Pomożesz? Bo coś czuję, że sama nie dojdę. Do tego... Ech... I gdy już prawie straciłam nadzieję tym bardziej, że widzę, iż ze znajomymi powoli opuszcza lokal, to on sam podszedł do nas pytając, czy ten pies jest na sprzedaż? W sensie, że mój pies. Pablo od razu wypala tak, ja od razu stanowczo krzyczę nie!, ale usiadł obok i zaczął bawić się z psiakiem, pytając mnie, co to za rasa. No to teraz albo nigdy! Po krótkim small talku, po angielsku, rzecz jasna, mówię mu szczerze, że ma jakąś taką znajomą twarz (ha! co za dyplomacja!) i czy nie gra w czymś? Uśmiechnął się na szczęście (a może ze szczęścia, że ktoś go wreszcie rozpoznał?). Znasz "The Blacklist"? Pyta mnie. No nie znam.... A może znasz "90210"? Aaaaaa! Bingo! Choć jeszcze przez chwilę mój mózg to procesował i dobierał jego twarz do obsady, bo na studiach sto lat temu widziałam kilka odcinków z pierwszego sezonu 90210. Myślałam, że będzie to coś na wzór mojego ukochanego serialu z dzieciństwa Beverly Hills, ale okazało się, że nie było, choć miało być... Pomógł i też kolega tegoż aktora ściągając mu czapkę i pytając, czy tak lepiej? Czy teraz już sobie przypominam? Tak... już sobie przypominałam. Ulżyło mi na duszy i resztę swojego piwa mogłam już dopić w spokoju. Moja ciekawość zastała zaspokojona. Doszłam. Doszłam do jego tożsamości. 

Z jego pomocą...

Dla podniesienia stawki tej barowej legendy, tudzież przypowiastki, napiszę, że ów aktor chciał sobie zrobić zdjęcie z moim psem, z moim Ginem. Ale tak nie było. To nie będzie prawda. Nikt sobie nie robił żadnych fotek, choć strata dla niego, bo wiem, że mój pies będzie kiedyś legendą, a i teraz Wy już wiecie, dlaczego powinno się mieć psa. By wyrywać na niego aktorów z Hollywood! Jak dobrze, że luby tego postu nie może przeczytać, ale by mi się dostało! Oj. oj!

Chcecie wiedzieć, kim ów aktor jest? Zowie się Ryan Gosling. Ha, ha, żarcik taki. Nazywa się Ryan Eggold, choć nazwisko pewnie większości z Was nic nie będzie mówić. Mi w każdym bądź razie nic nie mówiło... A tak w ogóle, to przystojniak z niego, co? I znów, jak dobrze, że luby tego nie może przeczytać... Ale do mojego psa się jednak Ryan nie umywa, co? A tak na marginesie, rzeczywiście przewinął się w Entourage (Ekipie). I tak na marginesie numer dwa Waterkant to chyba faktycznie będzie najgorętsze miejsce tego lata w Amsterdamie, skoro wieść o nim dotarła już do Hollywood. Na marginesie trzy Pablo zjadł żeberka i mu średnio smakowały, choć mój pies nie narzekał, a wręcz przeciwnie. Zajadał się chętnie i ochoczo. A na marginesie cztery zaczynam oglądać nowy serial i pewnie domyślacie się jaki. Tak! Czara lista! Yeah! Na marginesie pięć, myślę, że ta historia byłaby rzeczywiście bardziej fascynująca, gdyby to był jednak Ryan Gosling ;) Nie można widocznie mieć wszystkiego.

Do zobaczenia w Waterkant! (Ależ im cholera reklamę zrobiłam!)

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Amsterdam Gay Pride 2014

Parada, parada i już po paradzie. Paradzie łódek na kanale Prinsegracht. A szkoda, że już jest po, bo zaraz po King's Day festiwal Gay Pride to moja ulubiona impreza w Amsterdamie. W festiwalu właśnie najbardziej lubię paradę kolorowych łodzi w sobotę, gdzie homoseksualiści różnych zawodów przebierają się, tańczą i bawią do woli. Można zobaczyć łódź z homoseksualnymi policjantami, strażakami, listonoszami, dziennikarzami, pracownikami banków, telewizji, telekomunikacji czy pracownikami... Google'a! To już po raz 18 stolica Holandii gościła homoseksualistów z całego świata, a w tym między innymi zwyciężczynię (zwycięzcę?) tegorocznej Eurowizji, czyli Konczitę Kiełbasę a.k.a. Conchitę Wurst a.k.a. kobietę z brodą. Jak nie byliście na paradzie, to pomyślcie, by zobaczyć ją może w następnym roku, bo atmosfera tego festiwalu jest niesamowita! Na dowód i na zachętę mam dla Was kilka zdjęć z sobotniej parady łodzi :) Szkoda tylko, że pod koniec rozszalała się ulewa, ale i tak bawiłam się świetnie!