poniedziałek, 29 września 2014

Stuff Dacz people like, część 6!

To już szósta część o tym, co Dacze lubią! Uff... już nam się trochę tego tu uzbierało! Tych, co nie mają pojęcia, o co chodzi - niech nadrabiają zaległości: część 12345. A tych, co ciekawi, w czym jeszcze Dacze się lubują - niech zagłębiają się w poniższej lekturze!

51. Tarasy.

No tak. Tarasy w sensie balkony i tarasy w sensie ogródki piwne po naszemu. Jeśli chociaż na chwilę pojawi się słońce w Holandii, Dacze jakby wyrastają spod ziemi i w mgnieniu oka oblegają tłumnie tarasy, zarówno te publiczne, jak i prywatne. Oczywiście piją wtedy swoje ukochane białe piwo z ichniejszego zwane witbier, które, jakżeby inaczej, plasuje nam się w kolejnym punkcie. No ale o co chodzi z tymi tarasami? O potrzebę słońca, ale też i o interakcje społeczne. Holendrzy bardzo często lubią swoje dachy (jeśli oczywiście mają ten luksus mieszkać na ostatnim pietrze) przerabiać na tarasy. Pozwolenie na taki taras to w Holandii biurokracyjna droga przez mękę, ale nic tak w końcu nie cieszy Dacza, jak w słoneczny, ciepły wieczór zrobić sobie grilla z przyjaciółmi i gadać ochoczo popijając piwko, więc cała ta biurokracja jest warta świeczki, a w tym przypadku pysznej kiełbaski. A jeśli takiego tarasu Dacz nie posiada z różnych względów, to i tak nie ma problemu! Można zawsze przecież wynieść stoły, krzesła, grill, jedzenie, alkohol i przyjaciół na... chodnik przed swoim mieszkaniem! A co! Jak jest ciepło i słonecznie w Holandii, to trzeba się bawić na świeżym powietrzu! Ach, co tu długo się rozwodzić, ja też tarasy (niekoniecznie złote) bardzo lubię!

52. Białe piwo.
Ponoć najlepsze jest białe piwo z belgijskiego browaru Hoegaarden. Trudno mi się z tym nie zgodzić. Ale odkryłam w Amsterdamie nawet jeszcze lepsze białe piwo - w Bierfabriek. Zwykłego piwa sama jakoś zbytnio nie lubię, ale witbier w upalne popołudnie smakuje wybornie, wręcz cudnie! W tym temacie wydaczam się w 100%, bo białe piwo wprost uwielbiam!



53. Markowe ciuchy, drogie buty, luksusowe zegarki...
Tak, jeśli chodzi o modę, to ci Holendrzy z grupy wiekowej 30+ zdecydowanie nad ilość cenią jakość, co zwłaszcza można zauważyć w dużych miastach. Rower może być z drugiej ręki, ale ciuchy - już niekoniecznie. Było o tym przy okazji rozbierania Daczy do naga i przy opisywaniu wyglądu de Kakkera. O tym, że statystyczny Holender ma w swojej szafie przynajmniej dwie pary butów o wartości okołu 300-400 euro za sztukę, też już się tu przewinęło. Na co warto zwrócić jednak jeszcze uwagę to firmy, które Holendrzy wybierają. To są najczęściej luksusowe marki, jak Ralph Lauren, Tommy Hilfiger czy szalenie popularna w Holandii Gaastra. Czego to nam dowodzi? Że jednak nie taki skąpy Dacz, jak go malują! Wspominałam też kiedyś o znajomym lubego, co chciał sobie kupić zegarek za kilka tysięcy euro, bo kiedy, jeśli nie teraz, ma sobie taki sprawić? W tym sensie, że teraz, kiedy jeszcze nie ma żony i dzieci. Może nie tyle, co to był kaprys z tym zegarkiem, ile, jak to ujął znajomy lubego, inwestycja. Praktyczne podejście u Daczy zawsze na pierwszym miejscu! Nawet, jeśli chodzi o wygląd!

54. Łączenie pisowni.
Holendrzy są mistrzami w tworzeniu bardzoooo długich słów. Ba! Oni wprost uwielbiają łączyć pisownie. Wszystko, co da się połączyć - łączą. Najdłuższe słowo w Holandii liczy 49 liter (!!!) i trafiło, jakżeby inaczej, w 1996 roku do Księgi rekordów Guinnessa. Wymówcie: Kindercarnavalsoptochtvoorbereidingswerkzaamheden.
Niemożliwe? Ja poddaję się już po "kindercarnaval". Co to słowo oznacza? W skrócie - rodziców zaangażowanych jako wolontariuszy przy dziecięcym karnawale. Hmm... Czy my w Polsce mamy na to jakąś nazwę? Może zapożyczymy ją od Holendrów? Ha, ha, żarcik taki. Idźmy jednak dalej. 
Zandzeepsodemineraalwatersteenstralen, które tłumacząc po naszemu oznacza: spadaj... (zanim skończysz mówić to słowo, pewnie osoba, w którą było ono wymierzone, już znudzona sama sobie pójdzie). To są oczywiście ekstremalne przykłady, choć można je tu mnożyć i mnożyć, i mnożyć. A ile jest przecież takich "krótszych" wyrażeń funkcjonujących w codziennym języku, które są tak naprawdę zbitką dwóch, trzech słów, jak choćby na przykład woensdagochtend (środa rano). I zagraj tu z Daczem w Scrabble. Powodzenia!

55. Zimna temperatura w domu.
19°C to max, który Dacz lubi mieć w domu. A i bywałam w mieszkaniach, w których normą była temperatura... 15°C! Ach, te holenderskie morsy... O tym też już było, ale zbliża się zima, więc nowicjuszom w Holandii powtarzam - jeśli mieszkacie z Daczem, zaopatrzcie się w ciepłe swetry, skarpety i szaliki! Jeśli dojeżdżacie do pracy pociągiem - też tak owe zakupcie! Jeśli pracujecie z Daczami, też pewnie doświadczycie niskich temperatur. Jeśli jesteście tak jak ja, zmarzluchem, to przed Wami szok nie tyle co kulturowy, ile termiczny! Holandia hartuje w przenośni i dosłownie, co jest niejakim paradoksem, bo mają tu bardzo delikatne zimy, rzadko kiedy pada śnieg i temperatura spada poniżej zera, ale i tak ciepły sweter Wam się na pewno przyda do noszenia... w domu.

56. Łódki.
Bóg stworzył świat, a Holendrzy Holandię. A kanały stworzyli po to, by pływać po nich łódkami. To skandal, jeśli ktoś mieszka w Holandii, a nigdy nie przepłynął się po żadnym kanale łódką. Toż to zbrodnia zwłaszcza tu - w Amsterdamie! Uwielbiam latem te przejażdżki po kanałach, uwielbiam imprezę na łódce  dzień przed albo w trakcie Koninsdag. Pierwszego razu na łódce w Amsterdamie nigdy się nie zapomina - ten wiatr we włosach, ten szum wody, to wino uderzające do głowy! I miasto wygląda wtedy całkiem inaczej z takiej perspektywy - jest jeszcze bardziej urocze! 

57. Rozwody.
Dacze nie tylko lubią zwlekać ze ślubem, ale lubią też... rozwody! Prawie co trzecie holenderskie małżeństwo kończy się rozwodem! Według statystyk z 2007 roku 38,3% par po sakramentalnym "tak" mówi sobie mniej sakramentalne (i mniej delikatne) "dasvidaniya". Co więcej, ta liczba z roku na rok rośnie! Dla porównania w Polsce jest to 17,2%. Czemu Holendrzy tak często się rozwodzą? Cóż, widocznie te kilka lat spędzonych razem przed formalizacją związku nie wystarczało, by upewnić się, że z tą osobą chce się spędzić resztę życia. Dacze widocznie zmienni są i niestali w uczuciach, a i pewnie nie chcą żyć w związkach, w których nie czują się już szczęśliwi, w których nie ma już pewnie miłości. Najbardziej ekstremalny tego przykład usłyszałam kiedyś od przypadkowo poznanego Dacza w barze, który rozwiódł się kilka tygodni po swoim ślubie (!), bo okazało się, że jego żona zdradzała go od kilku lat i... zdradza nadal (!). A dowiedział się o tym... w podróży poślubnej. To zła kobieta była, więc i rozwód był ekspresowy. A szkoda faceta strasznie, bo wydawał się naprawdę sensowny. I tak sobie teraz myślę, że za niecały tydzień idę na kolejne daczowskie wesele - jedenaste dokładnie i niedługo planuję z tej okazji wydać kolejną powieść - "Przewodnik po daczowskich weselach"... A tak na serio, zastanawiam się teraz, że skoro byłam już na tych 10-ciu holenderskich weselach, to niektóre z nich zakończą się pewnie rozwodem, bo statystycznie co najmniej cztery z nich czeka wcale nie taki happy end... Aż strach brać ślub w Holandii!


58. Naturalne (siwe) włosy.
To fakt powszechnie znany, że Holenderki lubią naturalność. Jak już mają makijaż - to delikatny. Jak już coś robią z włosami - to podcinają końcówki. Nie jest zbyt powszechne w Holandii farbować włosy. A już wśród młodych dziewczyn, to jest naprawdę bardzo niewielki procent. W Holandii na ulicy można zobaczyć wiele kobiet w wieku 35+, które są już niemal kompletnie siwe. I nic z tym nie robią. Czemu? To moje pierwsze pytanie. Rozumiem, jak dziewczyna ma piękne, naturalne blond włosy i faktycznie nie ma sensu ich wtedy niszczyć farbowaniem. Choć pewnie ja akurat mając takie włosy i tak bym się skusiła - cóż to cała ja, cóż zrobić, że lubię zmiany. Ale gdy kobieta fryzurą dodaje sobie co najmniej dziesięć lat, to już tego nie mogę zrozumieć. Wiem, że ona akceptuje siebie taką, jaką jest i siwienie jest rzeczywiście procesem naturalnym, ale dla kogo, jeśli właśnie nie dla siwych kobiet, powstały farby do włosów? Byliśmy w restauracji z lubym. Moją uwagę zwróciła kobieta, z tyłu staruszka, myślałam, że to babcia na obiedzie z synem i z wnukami, ale kiedy zobaczyłam ją z przodu, to miała maksymalnie 35 lat. Była kompletnie siwa, a do tego upięła włosy w bardzo staromodny sposób, w jaki upina je moja babcia. Naprawdę piękna, wysoka, szczupła kobieta, dobrze ubrana, ale według mnie jej twarz wyglądała na o wiele starszą i zmęczoną przez te sztywne siwe włosy! Brr! To pewnie różnica kulturowa, ale jest coś w tym, co mnie odpycha. To taka odwrotność naszego powiedzenia z tyłu liceum, z przodu muzeum... Być pięknie naturalną - super! Jestem za! Być piękną, ale nieco pomagać naturze za pomocą współczesnej kosmetologii - czemu nie, jeśli robimy to z umiarem? Nie widzę nic złego w tym, że walcząc z czasem kobieta chce ukryć siwe włosy. Nie uważam, że jest to zbrodnia przeciw naturze i że to nie jest desperacka walka z czasem, ale zwyczajnie - estetyka...

59. Gay Pride.
Niektórzy wolą Gay Pride od Koningsdag tłumacząc to tym, że jest to impreza o wiele bardziej kulturalna. Coś w tym jest. Dacze w Dni Króla generalnie upijają się, a w dzień Gay Pride raczej bawią się przy mniejszym stężeniu procentów. Gay Pride to święto wolności, można powiedzieć, że jest to taki hołd holenderskiej tolerancji. Bez zamieszek, bez bojówek prawicowych krzyczących dyskryminujące i obrażające homoseksualistów hasła. W ten dzień w przyjaznej i radosnej atmosferze bawi się cały Amsterdam, bawią się całe rodziny z dziećmi, a spektakularna parada łódek na kanale Prinsegracht przyciąga tłumy turystów z całego świata! Ja też uwielbiam ten dzień, a czemu, to możecie sami zobaczyć choćby tu: Dwa merdające penisy, czyli fotorelacja z Amsterdam Gay Pride Parade 2013!

60. Kolorowe skarpetki do garnituru.
Spójrzcie na poniższe zdjęcie, które zrobiłam na jednym z daczowskich weseli. Nie patrzcie na moją stopę wystającą spod białej spódnicy, ale na stopę po prawej... Widzicie czerwoną skarpetę założoną do eleganckiego garnituru i eleganckich butów? To nie Fata Morgana! To nawet nie fanaberia i przesada, to nawet nie jest już ekstrawagancja, ponieważ coraz więcej Holendrów odważnie decyduje się bawić modą zakładając właśnie takie dość "nietypowe" skarpetki do garnituru. Pan z poniższego zdjęcia to też nie jest już żaden młodzieniaszek, ale wujek lubego, który ma ponad 55 lat! Dacze w temacie skarpetek lubią szaleć w kolorach, we wzorach, a nawet raz byłam na weselu, gdzie pan młody dobrał skarpetki do... sznurówek, co nie powiem, wyglądało naprawdę ciekawie i z klasą. Można? Można! Taki to oto już zwyczaj robi się w Holandii - jak szaleć - to tylko w skarpetkach! Mój luby śmieje się z tego trendu, ale ja go lubię - przynajmniej jest kolorowo, wesoło i z nutką fantazji! Przynajmniej nie jest sztampowo i nudno!


Lubię 5/10

poniedziałek, 22 września 2014

Co z tą Polską? Vol. 1

Co z tą Polską, ja się pytam? Kraju ni to wielkim, ni to małym. Ni to w centrum Europy, ni to na zadupiu (wchodzie) Europy. Ni to w UE, ni to w NATO, ale o turystyczne wizy do USA trzeba się prosić, jakby się było z kraju trzeciego świata. A przynajmniej z kraju trzeciej kategorii. Ni to z nas rozwijający się naród, ni to popychadło Europy. Ni to bogaty, ni to biedny. Ni to jesteśmy wykształceni, ni to znamy języki. Ni to z nas głupie ludzie, ni to mądre. Więc co z tą Polską, ja się pytam? Kraju, gdzie prezydent musi prosić właściciela pewnej słonecznej stacji, pana z wąsem i krzywym zgryzem, by łaskawie odkodował Mistrzostwa Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn, aby prosty motłoch mógł sobie obejrzeć sukces polskich sportowców. Bo nie to, że mamy tych sukcesów w sporcie dużo. Skupmy się jednak teraz na ważniejszych sprawach i wybierzmy nową Natalię Siwiec siatkarskiego mundialu. To ważne, by przekazać młodym dziewczynom radosny komunikat - jesteś ładna? Chodź na jakieś ważne mecze, może napisze o tobie Pudelek albo pojawisz się w telewizji śniadaniowej i będziesz później reklamować balsam na popękane stopy. Albo pumeks, którego zostaniesz twarzą. I wtedy zmieni się twoje życie. Na lepsze.


Co z tą Polską? Ano właśnie. Niecały tydzień temu stoję w pociągu relacji Gdańsk-Warszawa i to pytanie cały czas kołacze po mojej głowie. Polska to taki kraj paradoksów i ogromnych skrajności. Z jeden strony to kraj piękny, ale z drugiej odpychający. Z jednej strony zaskakujący, z drugiej przewidywalny. Zachwycający i rozczarowujący. Duży i mały. Dobry i zły. Biedny i bogaty. Zwykły i niezwykły. To była chyba jedna z moich dłuższych wizyt w Polsce od czasu mojej wyprowadzki do Amsterdamu. Zrozumiałam jedno, ani już w Polsce nie czuję się jak w domu, ani tu w Holandii. Jestem taką trochę bezpaństwową sierotą. Ani nie utożsamiam się ze swoimi rodakami, ani tym bardziej z Daczami. Zatarła się moja tożsamość narodowa. Czy to znaczy, że nie jestem już patriotką? A czy kiedykolwiek nią byłam? Stoję w pociągu TLK, w pierwszej klasie, bo na drugą klasę nie było już biletów. Choć pierwsza klasa to górnolotne słowo. Raczej przypominała trzecią. Stoję, bo w naszym przedziale siedziało też małżeństwo, może mieli z dwadzieścia kilka lat, z półrocznym dzieckiem. Przeziębionym. Okna nie pozwolili otworzyć. Temperatura na zewnątrz 25°C, w przedziale 250°C. Rozumiemy z moim lubym. W końcu mały może się jeszcze bardziej przeziębić. A ja mogę sobie postać na korytarzu. Mam wreszcie czas, by popodziwiać nasz piękny polski krajobraz i sobie rozmyślać, uporządkować pewne sprawy w głowie...

Stoję więc przy szeroko otwartym oknie i próbuję złapać trochę tlenu. Czy coś się zmieniło w tym kraju od mojej wyprowadzki? Czy to może ja się zmieniłam? Hmm... Na samym początku mojej wizyty uderza mnie jedno - w Polsce nie wypada zadawać pytań. Nikomu. O nic. Pytam panią w okienku sprzedającą bilety na SKM w Trójmieście, jak to właściwie działa. Ona na mnie prycha z ironią: To pani nie wie? Nie, nie wiem, dlatego pytam. Odpowiedziała mi, jak debilowi, za przeproszeniem. Nie ona jedna. Przepraszam, czy ta SKM jedzie do Sopotu? Oczywiście słyszę z ironią: A czy Słupsk jest za Gdańskiem? No taka niespodzianka! Bo przecież pan nie mógł normalnie odpowiedzieć: tak. Sytuacja w pubie. Siedzimy 10 minut przy stoliku. W końcu podchodzę do baru i pytam, czy tu się zamawia przy barze? No jak to w barze, hehe! - słyszę ze znaną mi już dobrze ironią. Czy czuję się debilem w tym kraju? Za przeproszeniem. Idiotką w mojej ojczystej Polsce? Cóż, wreszcie zrozumiałam, dlaczego na początku mojej emigranckiej kariery miałam problem, by o coś poprosić, o coś zapytać, czegoś nie wiedzieć. I rozmawiając o tej kwestii ze znajomą w Polsce - Ewą, która studiowała w Cambridge doszłyśmy do wniosku, że to również jest bardzo widoczne w naszym systemie edukacji. Ani w podstawówce, ani w liceum (do gimnazjum nie chodziłam), ani na studiach nie miałam zbyt wielu nauczycieli / profesorów, którzy lubili uczniów zbyt dociekliwych, że tak to ujmę. Jak powiedziała Ewa, w Anglii to co chwilę ktoś o coś dopytuje na wykładach, ale gdy ona o coś zapytała już na studiach w Polsce swojego profesora, to usłyszała w odpowiedzi: To pani tego nie wie? To co pani tu robi? Nie byłoby większego sensu odpowiedzieć wtedy takiemu wykładowcy, że chce się tu czegoś po prostu nauczyć... Zrozumiałam i wreszcie to zobaczyłam, że pytań w Polsce to my raczej nie zadajemy. A i z odpowiedziami mamy "pewien" problem.

Co z tą Polską? Do cholery!

I dalej ja się pytam. I teraz, tu w tym akapicie, będzie odrobina prywaty. Na moją pierwszą książkę polało się trochę pomyj, nieco wodorostów i dwa metry mułu za to, że jest w niej za dużo... wulgaryzmów. Prawda jest taka, że na osiem postaci pojawiających się w mojej powieści, przeklinają dwie - bo z takich środowisk się wywodzą i w takich środowiskach funkcjonują. Ale dla wielu Czytelników okazało się to na tyle poważnym literackim afrontem, że już nic więcej w mojej powieści się nie liczyło, poza tymi kilkoma wyrazami na "k", "ch" i "p" zamieszczonych na początku książki. A tu proszę, co za niespodzianka, już mojego pierwszego wieczoru w Polsce. Nie. Wróć. Już na lotnisku (!), kurwa ściele się gęsto. Zresztą nie tylko ona. Łacina podwórkowa niesie się w każdej intonacji, w każdym odcieniu swojej prostoty i złości, aż moje uszy czują się mentalnie zgwałcone, a moja psychika wykrzywia się w permanentnym zdziwieniu, po co wciskać kurwę w co drugim słowie? Co piąte nie wystarczy? Odwracam się, patrzę, a tu swoi dwóch chłopaków z dziewczyną. Młodzi, normalni, wcale nie wyglądający, jakby zostali wyjęci właśnie z głębokiej patologii. I niech no tylko jeszcze raz mi ktoś powie, że takim językiem posługuje się tylko rynsztok...

Ale Polak potrafi!

No potrafi! To już wiemy. Potrafi zdziałać cuda w sensie pozytywnym, ale też i z drugiej strony, potrafi robić cuda-wianki i cuda na kiju... Co się rzuca w oczy, to kontrast. Polska jest piękna. To w tym temacie nie mam wątpliwości. Pokazywałam lubemu Trójmiasto. Jednak jak tylko odeszliśmy gdzieś z głównej ulicy, zaczynał się... syf. Graffiti, brud, śmieci, zaniedbane budynki, sypiące się tynki... To się rzucało w oczy. Jak to luby powiedział: efekt zbitej szyby. Jeśli jedna zostanie rozbita i nie wstawi się natychmiast nowej, reszta równie szybko się posypie. Turystów, ogólnie ludzi, jak na lekarstwo. A w sumie jest dopiero połowa września i piękna pogoda. W Gdańsku to tylko spotkasz ludzi na Starym Mieście, w Gdynii w kinach z okazji festiwalu filmowego, a w Sopocie zaludniony jest generalnie tylko Monciak oraz molo, za które... trzeba zapłacić wstęp (!) w wysokości 8 złotych od osoby! Tak! Wejście na molo Urząd Miasta postanowił zrobić płatny, choć nie wiem dokładnie kiedy, bo ostatni raz w Sopocie byłam jako dziecko. Polak potrafi! Brawo! Jak to skomentował luby, podwójny podatek. Przecież molo w Sopocie to największa atrakcja tego miasta, więc ludzie przyjeżdżają tu po to, by je zobaczyć, przejść się po nim, a przy okazji na pewno też coś zjedzą, napiją się czegoś, a może i nawet zostaną na noc. Może nawet jeszcze tam kiedyś z chęcią wrócą. A zatem tak czy siak - miasto na tym molo i tak na pewno zarobi, nawet jeśli wejście na nie będzie bezpłatne, ale nieeee.... W Polsce główną atrakcję miasta czyni się płatną i co więcej, nawet nie można wtedy zapłacić w takim okienku kartą ani inną walutą, niż złotówkami... Ręce opadają. O tyle ponoć dobrze, że nie muszą płacić za wejście na molo mieszkańcy Sopotu, ale Polsko, ja się Ciebie pytam, jak to się stało, że kiedyś każdy wchodził na molo za darmo, a miasto to jakoś przetrwało?! W sensie, że finansowo? Niech teraz jeszcze Gdańsk zrobi płatne wejście na starówkę. Albo zasłoni Neptuna i odsłania go tylko na indywidualnych pokazach za opłatą. Wierzę, że mogą się zdarzyć takie cuda. W końcu Polak potrafi! 


Jeszcze kilka problemów rzuciło mi się w oczy. Pijaństwo (nie to, że sama za kołnierz wylewam), ale godzina 09.30 samolot z Warszawy, a od grupy pewnych Polaków za przeproszeniem, tak zalatywało wódą (i to wcale nie wczorajszą), że nie można było wytrzymać... Co mnie jeszcze uderzyło to bieda. Państwo Polskie nie chce ponosić odpowiedzialności za swoje słabsze jednostki. Głodowe renty, wręcz absurdalnie śmieszne emerytury. Na ulicy nie tylko żebrzą Rumunii, alkoholicy czy narkomani, ale schorowane babcie, które nie mają pieniędzy na tak oczywistą i podstawową potrzebę, jaką jest jedzenie i lekarstwa, bo moją głodowe 600 złotych emerytury! Aż tu mi się ciśnie nawet niejedno przekleństwo! To nie jest wstyd dla nich, że one muszą żebrać, to jest wstyd dla państwa! Naprawdę! Banana Republic - tak kilka razy wkurzony luby pomstował na Polskę. Głównie się pienił za brak Internetu lub problemy z łączem, ale też szło jeszcze o kilka innych niuansów i niuansików. Że u nas jakoś nie można tak łatwiej, jakoś tak lepiej wykoncypować nawet najprostszych rzeczy. Codziennych spraw. My Polacy mamy taką tendencję, by sobie życie komplikować, a nie ułatwiać. Fakt. Ciągle narzekamy. Prawda. Sama to narzekanie ciągle w kółko słyszałam, a raczej podsłuchiwałam, niemal wszędzie. W sklepie, pociągu, tramwaju, autobusie, barze... My Polacy zawsze mamy negatywne i pesymistyczne nastawienie i szukamy ciągle problemów. Podsłuchałam taką oto mniej więcej rozmowę w SKM pań około 50-tki: No mam teraz ten tydzień urlopu Jadzia. No pojechałabym do tej swojej siostry do Norwegii, ale to za krótko. Dwa dni podróży w samolocie, i zostanie mi pięć dni. Co ja w te pięć dni zrobię? No nic! My z lubym w pięć dni zobaczyliśmy cztery miasta. Jak ma się takie nastawienie, jak ta pani z pociągu, to rzeczywiście, najlepiej nigdy nie wychodzić z domu. W końcu ponoć Ziemia liczy 4,5 miliardów lat (!), a wszechświat ponoć jeszcze więcej, a ile my żyjemy? Średnio 70-kilka lat? No to w ogóle bez sensu w takim razie cokolwiek ze swoim życiem robić. Nic, tylko najlepiej czekać na śmierć.

Mentalność w Polsce po prawie dwóch i pół roku spędzonych za granicą zaczęła mnie właśnie uwierać. Jeszcze niedawno myślałam, że spokojnie i radośnie mogłabym wrócić na ojczyzny łono, ale teraz nie jestem już tego taka pewna... Co więcej, zaczynam być pewna, że im dłużej tu mieszkam, tym ten powrót coraz bardziej staje się dla mnie nierealny. Abstrakcyjny. Fikcyjny. Co jednak nie znaczy, że krystalizować będę teraz holenderską mentalność. Oj co to, to nie ;) To nie w tym rzecz, że Holandia jest lepsza, a Polska gorsza. To nie w tym rzecz, że jest nawet inna. Wszystko ma swoje plusy i minusy, takie jest życie. To nie jest też tak, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, choć kiedyś myślałam, że tak to właśnie działa. To, co zrozumiałam podczas mojej ostatniej wizyty w Polsce ujmę krótko - z moim ojczystym krajem zaczyna dzielić mnie mentalna przepaść. Możecie polać na mnie teraz wiadro pomyj i odebrać to za krytykę, ale takie są moje subiektywne odczucia. Możecie mnie pytać, czy w takim razie wszyscy mają się teraz wyprowadzać z Polski? Oczywiście, że nie. Bo jak się chce, to wszędzie można uszczknąć dla siebie skrawek raju. Możecie mnie zapytać, czy czuję się teraz lepsza od pozostałych w Polsce Polaków, skoro "tyle" lat już mieszkam w Holandii i tak łatwo jest mi stąd narzekać i wszystko krytykować? Odpowiem Wam, że nie czuję się lepsza od nikogo nigdy i wcale moją intencją nie było tu sobie narzekać czy krytykować Polskę, ale podzielić się z Wami moimi najświeższymi obserwacjami, bo nawet dla mnie samej były one zaskakująco odkrywcze. Poza tym w Polsce dużo się też zmienia, dzieje się wiele cudownych i pozytywnych rzeczy, jak choćby wczorajszy sukces naszych siatkarzy, ale mam takie wrażenie, że jednak jeszcze dobrych kilka pokoleń będzie pracować na te zmiany, na które wszyscy pewnie czekamy. Na które na pewno czekam ja.

poniedziałek, 15 września 2014

Stuff Dacz people like, część 5!

Na tej części kończy się nasza przygoda z książką Colleen Geske, ale Kochani to jeszcze nie koniec cyklu Stuff Dacz People Like! Będzie bowiem więcej tego i o tym, co Dacze lubią najbardziej! Co więcej! Będzie też i o tym, czego Dacze nie lubią! Ale wpierw przed Wami ostatnie z preferencji i upodobań, które zauważyła u Holendrów autorka bloga oraz książki Stuff Dutch People Like - Colleen Geske. A i odsyłam Was do poprzednich części z tego cyklu: Stuff Dacz people like, część 1część 2część 3część 4.

41. Być wysokimi.
Czy wiecie, że Holendrzy nie zawsze byli tacy wysocy? W ciągu zaledwie jednego wieku z bycia jednym z najniższych narodów świata urośli dosłownie i w przenośni do bycia najwyższym narodem! Jak oni to do licha zrobili? Ha! Zagadka nie jest trudna, bo już kiedyś o tym wspomniałam. Dacze urośli tak dzięki intensywnemu spożyciu... nabiału! W ten oto sposób przeciętny Dacz liczy obecnie 1,837 m, a Daczka 1,693 m. Wychodzi więc na to, że jestem wyższa o ponad 3 cm od statystycznej Holenderki, a luby jest niższy (!) od swojego statystycznego rodaka o całe 10 cm! A codziennie do śniadania pija szklankę mleka! Reklamacja!

42. Przeklinanie z chorobami.
Obyś złapał cholerę! Obyś zaraził się tyfusem! Obyś dostał raka! Tak ponoć wkurzeni Dacze życzą komuś, kto zalazł im za skórę. No Kochani, NIGDY z czymś takim nie spotkałam się w Holandii, ale naprawdę nie wiem, czym musiałabym się takiemu Daczowi narazić, żeby życzył mi zachorować, ba! nawet umrzeć na raka!

43. Mówić wyrażeniami.
A raczej powiedzonkami. Też miałam wujka, który na każdy dzień i na każdą okoliczność miał jakieś przysłowie i to jedno bardziej absurdalne od drugiego w stylu: dziś brodę zapuszczę, a włosy przetłuszczę. Albo wychodek zaliczony z rana i do śniadania tłusta śmietana. Albo jeśli dziś zobaczę żuka, to oszczeni się moja suka... My też mamy swoje polskie przysłowia, które ni w ząb mają choćby odrobiny sensu. Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Te słowa same w sobie nie mają większej logiki, ale wszyscy wiemy, co takie często absurdalne powiedzenia znaczą. I Dacze mają podobne wyrażenia. W sensie, że bez sensu. Als het regent in september, valt kerstmis in december (jeśli pada we wrześniu, to Boże Narodzenie będzie w grudniu). Albo als de hemel valt, krijgen we allemaal een blauwe pet (jeśli niebo spadnie, my będziemy nosić niebieskie czapki). I als mijn tante ballen had, dan was ze mijn oom geweest (jeśli ciocia miałaby jaja, byłaby wujkiem). Czyli to ostatnie przysłowie jest takim holenderskim odpowiednik naszego: jeśli babcia miałaby wąsy, to byłaby dziadkiem... No proszę, jak w tak prozaicznym temacie, jak powiedzenia, jesteśmy podobni do Daczy!

44. Białe legginsy.
Było, było to, było to już, było to już tu: Kozaki a nie chodaki, białe legginsy i niedbałe koki, czyli casualowy stajl przeciętnej Holenderki. Co jest takiego złego w białych legginsach? Szybciej będzie, jeśli zapytacie, co jest takiego fajnego w białych legginsach? Ponieważ odpowiedź będzie bardzo krótka: NIC! Nie tyle, co białe legginsy są w Holandii taką żeńską odpowiedzią na czerwone spodnie de Kakkera, ile są wyznacznikiem bezguścia, a kolokwialnie i dosadnie rzecz ujmując, są synonimem obciachu. To takie w Holandii nasze polskie białe skarpetki do klapek Kubota. Mój luby kiedyś spytał znajomego Polaka, dlaczego ten nosi latem skarpetki do klapek? Ten mu odpowiedział: because it's Adidas, good brand (bo to Adidas, dobra marka). Nie wiem, czy chodziło o skarpetki czy o klapki, ale wiem jedno, że nawet białe legginsy od Channel nadają się tylko dla pań pracujących w gabinetach dentystycznych!  

45. Ciastka z muisjes (myszami). 
Spokojnie, to tylko taka nazwa. Nie chodzi o prawdziwe myszy... Właściwie to nie tyle, co ciastka, ile sucharki, tak zwane beschuit, które podaje się w Holandii na "prezentacji" nowo narodzonego dziecka. Muisjes to taka słodka posypka w kształcie kulek. Jeśli urodził się chłopiec, to taka posypka ma kolor biały i niebieski, jeśli dziewczynka, podaje się ciastka z różowo-białymi muisjes. Ja również miałam okazję zjeść beschuit met muisjes, kiedy odwiedziliśmy po raz pierwszy zaledwie dwutygodniową córeczkę kuzynki lubego. Taka to dość sympatyczna tradycja, choć ciastka przyznając szczerze, jakoś średnio mi smakowały...


46. Podejrzane pasty do smarowania.
To różnica kulturowa i nie mam tu na myśli Daczy, ale Colleen Geske. Ja bym na to nigdy nie zwróciła uwagi. Zarówno w Polsce, jak i w Holandii jem od czasu do czasu pastę jajeczną. Popularny w Holandii filet americain też czasem smaruję na kanapce. I w ogóle mnie to ani nie dziwi, ani nie obrzydza, że w jego skład wchodzi surowe mięso, cebula i przyprawy razem zmiksowane na papkę. Dodać tylko jeszcze żółtko i voilà! Wyjdzie prawie taki nasz polski tatar, tylko że zmiksowany! Ja tam lubię te holenderskie "podejrzane" pasty!

47. Doe normaal.
Skoro już ten temat przewijał się tu parę razy, skupmy się na tym, czego nie było. Czyli jakie dokładnie zachowanie jest odbierane przez Daczy za "nienormalne"? Kolejność przypadkowa:
1. Przechwalanie się.
2. Popisywanie się.
3. Pretensjonalne zachowywanie.
4. Rozmowa o pieniądzach.
5. Nieprzestrzeganie zasad i reguł.
6. Okazywanie publicznie swoich emocji.
7. Zachowywanie się w sposób "dziwny", "inny" oraz... "nieposłuszny".

48. Opóźnianie małżeństwa.
Tiaaaaaaa..... No co tu długo się rozwodzić, to prawda. Znajomi lubego są parą od dobrych kilku lat, mają dwójkę dzieci, nianię, dom, no nie mają tylko ślubu. I póki co, jak sami mówią, nie potrzebują go do szczęścia. Nawet nie są zaręczeni, co jednak nie znaczy, że tego ślubu nigdy nie wezmą. Po prostu im się do małżeństwa nie spieszy. Oni reprezentują, że tak to ujmę, pierwszy typ "opóźnialskich" małżeństwa Daczy. Drugim typem, to na przykład jest... mój luby. Czyli, jak już się oświadczy, jak już się zdeklaruje, to nie to, że będziemy zaręczeni kilka lat, no a później to się zobaczy. Nie. Jak już po tych kilku latach bycia razem typ numer dwa zdecyduje się wręczyć pierścionek, to potem idzie wszystko lawinowo. Zaręczyny, kilka miesięcy później ślub, dzieci, kredyty... A jak myślicie, jaki jest tego powód, że Dacze tak zwlekają z tym ślubem? No oczywiście, pragmatyzm i oszczędność. Wpierw sprawdźmy się dobrze, czy wytrzymamy ze sobą na początek te kilka lat, czy damy radę wychować razem dziecko, a potem bądźmy małżeństwem, bo szkoda pieniędzy na ślub, który tani przecież nie jest, a i za rozwód trzeba też (czasem bardzoooo słono) zapłacić... No ale, ale, ale, ale nie jest tak naprawdę źle z tym opóźnianiem małżeństwa u Daczy. W końcu byłam już na 10-ciu daczowskich weselach (!), a i w październiku idę z lubym na kolejne :)

49. Przenikać do języka angielskiego.
Niewiele o tym mi wiadomo, ale są rzeczywiście takie angielskie wyrażenia, jak dutch courage (holenderska odwaga), czyli gdy ktoś jest odważny po... alkoholu (!?). Albo angielskie powiedzenie dutch widow (holenderska wdowa), które oznacza prostytutkę. I najlepsze going Dutch / Dutch treat (stawanie się Daczem / daczowskie traktowanie) co rozumie się jako, że każdy płaci za swój posiłek... No i jest jeszcze angielski dubble Dutch (podwójny Dacz), czyli używanie naraz dwóch środków antykoncepcyjnych. Coś chyba ci Anglicy Daczy nie lubią, albo mi się tylko tak wydaje... A czy my mamy jakieś polskie powiedzonka z Holendrami? Ba! No pewnie! Przynajmniej jedno. O Holender!  

50. ???
Tu Colleen Geske, autorka bloga oraz książki Stuff Dutch People Like, która zainspirowała mnie do utworzenia tego cyklu, zostawia pod numerem 50-tym pustą stronę i na tym kończy swoją książkę. Ale, jak napisałam we wstępie, to nie koniec tego cyklu, będzie więcej o tym, co Dacze lubią (a i też będzie później o tym, czego Dacze nie lubią) już tylko według moich własnych subiektywnych spostrzeżeń. A do przeczytania książki jak najbardziej zachęcam Was Kochani (dostępna jest w języku angielskim)!


Lubię 1/10 

poniedziałek, 8 września 2014

Stuff Dacz people like, część 4!

W poprzednich odcinkach, a raczej częściach...




W dzisiejszym odcinku, a raczej części...

31. Keeping it real.
Jak przetłumaczyć ten zwrot na Polski? Ma on sporo wspólnego z doe normaal, act normal, bądź normalny, ale także jest powiązany z holenderską bezpośredniością. Chodzi głównie o to, że w tym wyrażeniu zwarta jest daczowska pogarda dla wszelkich objawów sztuczności. Pewien paradoks, jakby nie patrzeć... Colleen Geske wymienia w swojej książce, jako przykład, obsługę w Holandii, a zwłaszcza kelnerów i kelnerki, którzy nie silą się na potępianą tu przez Daczy "sztuczność". Nie udają nikogo, przez co nie są "sztucznie uprzejmi", więc z tego wynika, że są naturalnie... nieuprzejmi. Uśmiech u holenderskich kelnerów pojawia się tylko przy sporyyyyyym napiwku. I to też nie zawsze. Cóż, jeśli chodzi o obsługę kelnerów, a zwłaszcza kelnerki, to tylko w Bułgarii spotkałam się z gorszym traktowaniem klienta. Na szybko, bez większego wysiłku mojej pamięci, mogę wymienić trzy przykłady z własnego doświadczenia à propos fatalnej obsługi w Holandii:
1) Ostatnio pół godziny czekałam na rachunek (nie spieszyłam się szczególnie, ale to zawsze jest nieco irytujące).
2) Nie dostałam zamówionej sałatki do dania głównego, upomnienie się o nią też nic nie pomogło, ale oczywiście na rachunku sałatka była...
3) Na 20.00 mieliśmy rezerwację, o 20.30 dostaliśmy stolik, o 21.30 dostaliśmy dopiero przystawkę, bo jedna kelnerka myślała, że obsługuje nas druga, a druga myślała, że obsługuje nas trzecia...
Jeśli to jest holenderskie keeping it real, to ja już naprawdę wolę pogardzaną przez Holendrów amerykańską "sztuczność" (czytaj: uprzejmość), zwłaszcza jeśli chodzi o obsługę w restauracji.

32. Imiona i nazwiska, które idiotycznie brzmią po angielsku.
Tak, każdy kraj ma swoje "perełki". My mamy starogermańskiego Alfonsa, Amerykanie mają swojego Dicka, a Dacze mają Koka. Dla mnie to jakoś nic specjalnego ani nic specjalnie ekscytującego, by się w ten temat bardziej wdrążać. Podoba mi się jednak historia opisana przez czytelniczkę bloga Stuff Dutch People Like, która jest Holenderką i ma na imię Joke ("Dowcip" z angielskiego). Ponieważ pracuje w Anglii, musiała zmienić w swojej firmie imię na Johanna, bo inaczej jej służbowy mail brzmiałby: dowcip@nazwafirmy.com...

33. King's Day, poprzednio Queen's Day.
Oj zdecydowanie to moje najukochańsze holenderskie święto! Jedyny dzień w roku, kiedy Dacze wyciągają kijki z tyłków i bawią się na całego! Czasami nawet do przesady, czasami do największego pijaństwa... Jednak prócz świetnej zabawy, z której relację możecie przeczytać tu: Bawimy się przednio, choć tonik się skończył, ekshibicjonista grasuje, a podli złodzieje kradną laptopy, czyli już po Dniu Króla!, lubię King's Day za to, że w ten dzień zawsze jest piękna pogoda! Naprawdę nie wiem, jak Dacze to robią, że ten dzień zawsze jest tak idealnie pogodny! Słońce, ciepło, gin z tonikiem, uśmiechy na wszystkich twarzach, luz... no co tu długo rozwodzić się, po prostu uwielbiam Dzień Króla!

34. Dat kan niet.
Nie da rady. Ponoć ten zwrot można często w Holandii usłyszeć. Hmm... tak szczerze to ja tego nie zauważyłam, żeby Holendrzy tego zwrotu jakoś mocno nadużywali, ale chyba coś w tym jest, patrząc na jeden z komentarzy na Wydaczonych napisany przez Ky: Polacy dokonują niemożliwe w trzy dni, a cuda w tydzień ( Właśnie to powtarzam swoim nauczycielom na studiach, kiedy ze zdziwieniem pytają jak dałam radę poprawić półroczny projekt w tydzień…). Jeśli więc Dacze powtarzają dat kan niet, het is niet mogelijk, to mogą się zdziwić, jeśli Polacy mówią: ja, het is mogelijk! (tak, to jest możliwe!), bo alles is mogelijk (wszystko jest możliwe)! To tylko kwestia chęci, wyobraźni i pracowitości.

35. Strome schody.
Tak, spadłam ze schodów w swoim domu w Amsterdamie raz, ale porządnie (zdjęcie morderczych schodów poniżej). Na tyle porządnie, że nauczyłam się po nich chodzić bardzo ostrożnie. Schody w Holandii są tak strome, że trzeba po nich chodzić, jak po drabinie. Nie ma możliwości postawienia na holenderskich schodach całej stopy, trzeba ustawiać ją bokiem, bo inaczej można skończyć, jak ja z ogromnym siniakiem na całej nodze ze wszystkimi odcieniami tęczy, który goił się kilkanaście tygodni (dobrze, że chociaż była wtedy zima). Co prawda do tych daczowskich schodów już się przyzwyczaiłam, ale wciąż uważam za fascynujące, że taka holenderska kobieta decyduje się na poród w domu, bo jeśli są jakiekolwiek komplikacje, to straż pożarna musi wyciągać ją przez okno, ponieważ nie ma szans, by panowie z pogotowie wynieśli ją po tych stromych schodach na noszach... Dlaczego Holendrzy tak skomplikowali swoje codzienne życie tymi stromymi schodami? Cóż, odpowiedź powiązana jest ponownie z holenderską... oszczędnością. Takie schody można głównie spotkać w XVII-wiecznych domach zbudowanych przy kanałach, a w XVII wieku był taki to oto przepis w Holandii, że im szerszy dom sobie jegomość zbudował, tym więcej podatku musiał za niego zapłacić. Stąd sprytni Dacze budowali wysokie wąskie domy, w których nie dało rady innych schodów wstawić, jak te strome narzędzia tortur dla akrobatów...


36. Sinterklaas.
Nasz stary "komunistyczny" Święty Mikołaj o wiele bardziej przypominał holenderskiego Sinterklaasa, niż amerykańskiego Santa Klausa. Nie był grubaskiem z brodą ubranym w czerwony kostium, ale był smukłym brodaczem przypominającym... księdza. Jakie są więc jeszcze różnice między Sinterklaasem a Santa Klausem? Pochodzenie. Holenderski Święty Mikołaj pochodzi z Hiszpanii, jego amerykański odpowiednik z Bieguna Północnego. Amerykański Mikołaj ma żonę, holenderski jest singlem. I najważniejsza różnica to pomocnicy. Pomocnikami Santa Klausa są elfy, Sinterklaasa Zwarte Piet. W Holandii przez dobrych kilkanaście lat rolę Sinterklaasa odgrywał jeden i ten sam jegomość. Stosunkowo niedawno przeszedł już na zasłużoną emeryturę i jak to skomentował luby, oficjalnie z odejściem starego Sinterklaasa zakończyło się i jego dzieciństwo. Doskonale to rozumiem, to tak, jakby Jurka Owsiaka zastąpił ktoś inny przy prowadzeniu WOŚP albo Familiadę prowadziłby już nie Karol Strasburger, ale na przykład Krzysztof Ibisz (żarty w Familiadzie byłyby wtedy chyba jeszcze bardziej czerstwe i jeszcze bardziej żenujące, jeśli to w ogóle jest możliwe...). Lubię Sinterklaasa, bo przypomina mi moje dzieciństwo i mój strój biedronki, w którym mam zdjęcie siedząc na kolanach Świętego Mikołaja. Strój zrobiła mi własnoręcznie moja mama, a ja wtedy miała lat dwa (tak, tak, to było jeszcze za starych czasów PRL-u...).


37. Kalendarz z urodzinami.
Największą zbrodnią w Holandii jest samemu dopisanie swojego imienia w dniu, w którym ma się urodziny, w takim to ukochanym urodzinowym kalendarzu, który prawie zawsze znajduje się w daczowskiej... toalecie! Ba! Wiecie, co jeszcze robią pragmatyczni i praktyczni Dacze w związku z tymi kultowymi kalendarzami? Imiona partnerów swoich dzieci wpisują ołówkiem (!), co w razie gdyby się rozstali, można imię takiego ex-a wymazać szybko z kalendarza! O de verjaardagskalender było już kiedyś, więc tu kolejna historia od czytelniczki bloga Colleen Geske - Jes, która rozbawiła mnie do łez. Mój ojciec, Amerykanin, odwiedził rodzinę mojej mamy w Holandii zaraz po ich ślubie. Nigdy wcześniej nie widział kalendarza urodzinowego i pomyślał, że ten kalendarz jest po to, by wpisać swoje imię w dniu, kiedy korzystasz z ubikacji. Ale coś Holendrzy mają do tych toalet, nasza powoli też zaczyna przypominać galerię sztuki, a poprzedni właściciele obwiesili ją... swoimi zdjęciami z wakacji. WC jako świątynia dumania? No ja myślę! Toaleta w Holandii to chyba miejsce niemal święte, gdzie Dacze mogą się wreszcie oddać spokojnie duchowej refleksji ;)

38. Pracować / nie pracować.
Ciężko mi w to uwierzyć, ale statystyczny Dacz pracuje średnio 30,6 godzin tygodniowo! Dlaczego nie mogę w to uwierzyć? Bo mój luby średnio spędza w pracy tygodniowo tych godzin 55... czyli niemal dwa razy tyle, co jego statystyczny rodak. Zresztą znajomi lubego też wyrabiają średnio tygodniowo około 50-ciu godzin. Skąd więc ta średnia krajowa 30,6? Ano stąd, że Dacze tak to tłumaczą, że są bardziej... efektywni, niż tacy Amerykanie na przykład, którzy średnio tygodniowo przepracowują tych godzin 44-52. Rocznie wychodzi na to, że Holendrzy pracują 87 dni mniej, niż ich koledzy z USA! Czy rzeczywiście o to chodzi, że Holendrzy są dwa razy bardziej produktywni, niż Amerykanie, którzy nie tyle, co pracują dłużej, ale po prostu dłużej siedzą w pracy? A może Holendrzy wcale tacy pracowici nie są, na jakich pozują? A może lepiej rzeczywiście gospodarują swoim czasem i umiejętnościami? Hmm... znajomy lubego, wzięty bankier, dostał fuchę w Nowym Jorku, gdzie rzeczywiście pracuje znacznie dłużej niż w Holandii, ale bynajmniej nie dlatego, że w tych Stanach mu się jakoś wolniej myśli, ale dlatego, że naprawdę ma znacznie więcej pracy i obowiązków. Więc o co chodzi? Ano, jak nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze albo chodzi o pieniądze, albo o kobietę. A w tym przypadki chodzi o... obie te kwestie. Średnią krajową godzin spędzonych tygodniowo w pracy zaniżają tak Daczki, które przeważnie pracują na pół etatu. I przeważnie są to matki, które raz, że chcą spędzać więcej czasu ze swoją pociechą / pociechami, a dwa, nie chcą przepłacać za i tak holendernie drogie w Holandii przedszkole.

39. Krowy, które buczą (a nie muczą).
Jak krowa robi w Holandii? Buuuuu! A jak robi holenderska świnka? Knor-knor! A jak w takim razie kogut pieje po daczowsku? Kukeleku! Bo to hipsterki kogut i w dodatku pochodzenia belgijskiego (z tej francuskiej strony). No tak, panie i panowie, zwierzęta w Holandii wydają całkiem inne odgłosy, niż te na całym świecie. Dlaczego to tak? Czemu to stak się dzieje? Nawet nie pytajcie i nie dziwcie się, gdy holenderskie dziecko na wsi buczy na krowy, a Wasza holenderska druga połowa wydaje odgłos przyrządzając schabowego knor-knor i bynajmniej nie ma na myśli naszej rodzinnej marki przypraw...

40. Mały zlew tylko z zimną wodą.
Oj tak, też taki mikro zlew posiadamy w toalecie, z którego nikt nie korzysta, bo nie ma w nim ciepłej wody. Czemu więc, zapytacie, taki zlew w ogóle istnieje? I znów odpowiedź będzie związana z holenderską oszczędnością i pragmatyzmem. Jak tłumaczą to sami Dacze (choć nie mój luby, on woli jednak ciepłą wodę), mycie rąk to proces krótki, więc zanim ciepła woda doleci, ręce już będą czyste i opłukane, więc jaki sens jest w ogóle doprowadzić do takiego kranu oprócz zimnej, jeszcze ciepłą wodę? Oto jest pytanie na miarę wc-gate...

Lubię 2/10

wtorek, 2 września 2014

Ratunku, mój chłopak jest Holendrem! Czyli o różnicach kulturowych w związku z Daczem...

Napisała do mnie Ania. Krótko i treściwie, aczkolwiek zasypała mnie lawiną pytań. 

Cześć. Poznałam Holendra. Niedawno. Możesz coś powiedzieć albo napisać, jacy oni są w życiu? Jako faceci? Czy to prawda, że są skąpi? Jacy są w związku? Są czuli? Stali w uczuciach? Warto się angażować? Czy warto kontynuować naszą znajomość? Pomóż proszę, bo ja już nie wiem, co robić, a różne rzeczy naczytałam się o tych Holendrach i nie chcę się znowu sparzyć...

Cóż Aniu, za mało trochę szczegółów. Ciężko mi generalizować, bo miałam i mam związek tylko z jednym przedstawicielem tego gatunku, a raczej narodowości. Poza tym, porady sercowe to nie moja działka, ale skoro luby już tyle razy przewinął się na tym blogu, to chyba już czas coś o nim więcej napisać. Może nie tyle o nim, ile o różnicach kulturowych w naszym związku. Mam nadzieję, że to Aniu da Ci jakiś choćby mglisty obraz Holendrów, jednak od razu podkreślam, że prawie moi wszyscy polscy znajomi mieszkający od dobrych kilku lat w Holandii mówią o moim lubym, że z niego taki bardzooooo nietypowy Dacz. Taki Dacz prawie jak nie-Dacz. Poza tym gdzieś już kiedyś wspomniałam, że ludzie są różni i to, że Twój chłopak jest Holendrem nie znaczy, że wpasuje się w stereotyp Dacza, albo będzie podobny do mojego lubego. Narodowość to tylko mały procent, który wpływa na charakter człowieka.


Różnica nr 1.
PLANOWANIE

PRZYKŁAD: Jedziemy na wakacje do Polski. Planujemy budżet. Luby pyta robiąc tabelkę kosztów w Excelu (tak, on kocha to robić!!!), ile dziennie wydamy tam na jedzenie. Strzelam, że w sumie pewnie z 250 euro (licząc też alkohol). On się wkurza, że on chce dokładnej dziennej liczby. Ja mówię, że nie wiem, że to głupie, bo lepiej przyjmijmy, że 250 euro chcemy wydać na cały pobyt, a jeśli w połowie zostanie nam mało kasy, to zaciśniemy pasa. A jeśli więcej zostanie nam tych ojro, to ostatniego dnia pójdziemy do jakieś dobrej restauracji. I może nawet jeszcze sponiewieramy się drogim winem. On powiedział, że w takim razie sam wszystko rozplanuje i zaplanuje. W Excelu, rzecz jasna.

Ten przykład pokazuje:

A - Moje typowe polskie podejście, że lubię coś tam sobie założyć, ale niezbyt sztywno się tego trzymać.
B - Jego typowe daczowskie podejście, że musi mieć wszystko zaplanowane i tego planu musi się trzymać. 
C - On sobie zaplanuje w Excelu, ja mam święty spokój, a i tak znając go i życie, wcale nie będzie pił w Polsce jakiegoś tam piwa na wyjściu, ale gin z tonikiem, bo przecież w Polsce jest "taki tani..." i nie ma szans, że będziemy się trzymać tego, co jest tabelce w Excelu. I wyjdzie pewnie... na moje ;)
D - W opinii Holendrów spontaniczność to fanaberia Europy Wschodniej.

Różnica nr 2.
SCEPTYCYZM

PRZYKŁAD: Luby już od kilku lat boryka się z jakimś dermatologicznym problemem na dłoni. Był u kilku specjalistów, z czego jeden najlepszy w kraju, który za całe pięć minut wizyty skasował lubego 250 ojro i powiedział mu, że to przez stres i zalecił mu... unikanie tego stresu. Ja to bym nawet za darmo mogła wystawić taką diagnozę i to bez studiowania medycyny. W każdym razie mówię lubemu, że skoro już wszystko zawiodło (jeden lekarz leczył go na grzybicę, drugi na egzemę, a jeszcze inny na coś jeszcze innego, no i oczywiście był też ten najlepszy w Holandii "specjalista" od stresu...), to może by spróbował miodu, bo kiedyś czytałam, że miód bardzo pomaga na różne dermatologiczne dolegliwości. Luby oczywiście mnie wyśmiał. I to głośno. To takie polskie cudowne "lekarstwo", jak ten twój czosnek z mlekiem na przeziębienie? Albo to ciepłe piwo z jajkiem? Ironizował. Drwił. Drań. No ale w końcu kiedyś po wielu namowach spróbował. Raz. Po kilku sekundach zmywał miód z oburzeniem i z obrzydzeniem, bo był... lepki. Nazajutrz machał mi rękę i śmiał się, że mój cudowny lek jakoś nie zadział. Bez sensu było tłumaczyć, że nic nie zadziała po zastosowaniu raz (!) i to tylko przez kilka sekund...

Ten przykład pokazuje:

A - Moją polską wiarę w gusła (według lubego), a według mnie w medycyną naturalną, a uogólniając, to w ogóle w rozwiązania niekonwencjonalne, niestandardowe i nie tylko jeśli chodzi o medycynę. 
B - Lubego oddanie medycynie i wiarę we wszystko, co jest powszechnie przyjęte w Holandii, jako racjonalne i prawidłowe. Jego uparte stanowisko pod tytułem: słucham się tylko specjalistów danych dziedzin i nie wierzę w magiczny miód.
C -  Ja wierzę, że czasem coś tak błahego, jak miód może pomóc (choć pewnie małe są na to szanse) i warto spróbować. Luby wierzy, że ja wierzę i zawsze mówi, że kocha mnie za moją "głupiutką" wiarę, choć nie ma zamiaru próbować żadnych moich "magicznych" polskich sposobów leczenia. Chyba, że tak mu powie jakiś lekarz, aby smarował się tym miodem.
D - Lekarze specjaliści, jak widać nawet w tak rozwiniętej Holandii, g*wno czasem wiedzą i nie mogą pomóc, a i tak skasują cię za wizytę kilkaset (!) euro.

Różnica nr 3.
"NORMALNOŚĆ"

PRZYKŁAD: Idziemy z lubym na wesele jego znajomych. Jestem ubrana zdecydowanie inaczej, niż przeciętna holenderska dziewczyna, choć oczywiście stosownie do okazji. Luby mówi, bym chociaż ściągnęła swój ekstrawagancki kapelusz, bo ludzie się na mnie patrzą, ale ja twardo zostaje przy swoim. Kapeluszu. Wieczorem, gdy wszyscy sobie już trochę wypili, podchodzi do mnie kilka osób, Daczy i Daczek mówiąc mi, że jestem najlepiej ubraną osobą na weselu. Kilka dziewczyn pyta, gdzie kupiłam kapelusz. Inne zagadują o sukienkę. Luby obrasta z dumy w piórka, choć przed wyjściem z domu pytał mnie, czy mogę przebrać się w coś "normalniejszego"...

 Ten przykład pokazuje:

A - Moje, chyba też polskie, niekonformistyczne podejście do mody, jak i ogólnie do życia, że wolę podkreślać swój indywidualizm, a nie stopić się z resztą.
B - Jego typowe holenderskie "act normal", czyli najlepiej nie wyróżniać się wyglądem, ubiorem czy poglądami. W ogóle to najlepiej nie wyróżniać się niczym. A i też emocje oraz uczucia należy trzymać na dystans, i się z nimi publicznie nie obnosić (a widzieliście kiedyś Daczy całujących się publicznie?). Holendrzy mają takie przysłowie: doe maar gewoon, dan doe je al gek genoeg. Co można tłumaczyć jako: zachowuj się normalnie, to wystarczająco szalone...
C - To taki paradoks troszkę, bo za to mnie luby pokochał, że jestem inna, niż Daczki i nie mam na myśli tylko sposobu ubierania się, ale ogólnie całokształt. Z jednej strony lubi "normalność", z drugiej strony kocha mnie właśnie za moją "nienormalność".
D - Jakże względne jest pojęcie "normalności"...

 

Różnica nr 4.
PRAGMATYZM

PRZYKŁAD: O tym już niedawno było Jaki stosunek mają Holendrzy do seksu, a jaki do..., jednak nie będę się powtarzać, tylko opowiem Wam przykład ze swojego życia. Zdecydowaliśmy się na zakup psa. Luby zakupił też fachową literaturę, aby wychowywać naszego pupila zgodnie z tym podręcznikiem. Kupił nawet taki kliker do zaznaczania zachowania psa, żeby wytresować go jeszcze skuteczniej. Książkę co prawda przeczytałam, ale ślepo nie idę z jej instrukcją, bo pies to jednak jest taka istota, która szybko zdobywa twoje serce i zamiast tresować go, zaczynasz go rozpieszczać...

  Ten przykład pokazuje:

A - W sprawach, o których mam nikłe pojęcie, często idę na żywioł, wiedziona instynktem, ewentualnie opiniami i doświadczeniem mojego najbliższego otoczenia. Czy to dobra postawa? Raczej chyba nie, ale cóż, taka to już moja słowiańska dusza.
B - Luby nigdy w życiu nie kieruje się instynktem czy przypadkiem. Zawsze chce być przygotowany, mieć wszystko pod kontrolą. Jeśli ma coś po raz pierwszy zrobić, czyta o tym literaturę fachową albo/i radzi się specjalistów.
C - W sprawie wychowania psa mieliśmy dwie różne, by nie powiedzieć, że dość skrajne postawy, a ostatecznie nasz pupil ma już ponad pół roku i naprawdę nie było dnia, że żałowaliśmy jego zakupu. To niemal wzorowy pies, którego oboje kochamy. Nawet, jeśli nie jest wzorowym psem z podręcznika :)
D - A ten kliker to nasz pies traktuje, jako swój... gryzak.

Różnica nr 5.
DRAMA versus STOICYZM

PRZYKŁAD: Jesteśmy z lubym na wakacjach w Rumunii. Jedziemy Trasą Transfogarską. Tuż przed wjazdem zostało nam benzyny na jakieś 150 km. Luby był pewien, że po drodze będzie jakaś stacja. Gdy zapaliła się kontrolka, byliśmy lekko zdenerwowani (tak, luby sobie trochę szarżował na tej drodze). Gdy zostało nam paliwa na może góra 20 km, byliśmy już mocno spoceni i to wcale nie z gorąca. Zero znaków na stację benzynową. No nic. No nic wokół, tylko drzewa, lasy, a przed nami wzgórze, ba! to w sumie była potężna góra... I co robić? Ja wpadam w panikę, luby szuka rozwiązania. Ja już łzy w oczach, a luby widzi znak (a może kogoś o to zapytał? Z tych nerwów to już nie pamiętam, ale chyba nie mieliśmy z jakiś powodów Internetu albo/i zasięgu...), że ma być jakiś hotel za 15 km. 15 km, oszalałeś? A co, jeśli nie starczy nam w połowie drogi? - krzyczę na niego. I panika, i drama, i lament z mojej strony. A z jego - opanowanie. Zjazd był, hotel był, paliwo nam ktoś łaskawie odsprzedał, nawet kupiłam sobie piwo - na uspokojenie, rzecz jasna, no i gorąco było, a pan z hotelu powiedział, byśmy wzięli więcej, niż poprosiliśmy (paliwa, a nie piwa), bo najbliższa stacja w jedną stronę, to gdzieś za 170 km, a w drugą to i może nawet z 220 km jest. To pewnie często się takie przypadki zdarzają, że musicie sprzedawać tu paliwo? A skąd, odpowiedział lubemu facet, jesteście chyba pierwsi. 

 Ten przykład pokazuje:

A - Ja wpadam w panikę w sytuacjach awaryjnych i między Wami, a prawdą, obwiniam o zaistniałą tragiczną sytuację zazwyczaj lubego, co wcale nie pomaga w rozwiązaniu sprawy, a wręcz ją bardziej komplikuje. Czyli bywam tak zwaną królową dramy i takich sytuacji mogę wymienić więcej, ale się wstydzę, bo tu jeszcze jakoś można wytłumaczyć moją panikę...
B - Luby szuka rozwiązania problemu zawsze i w każdej sytuacji, bo wie, że paniką i szukaniem winnych nic się nie zdziała. Jak typowy Dacz ma podejście, że no trudno, stało się, to teraz trzeba to jakoś naprawić albo odkręcić, a nie płakać i dramatyzować.
C - Można pomyśleć, że to akurat nie jest różnica kulturowa, ale płci, bo ogólnie kobiety mają taką tendencję do dramy i panikowania. Jednak uwierzcie mi, tacy są Holendrzy ogólnie w życiu. Wyważeni, spokojni, opanowani, stoiccy, zawsze szukają rozwiązania problemów, a nie siedzą i użalają się nad sobą, nad swoim losem i w ogóle płaczą, że to życie jest takie niesprawiedliwe, takie złe i bez sensu. Holendrzy jak żaden naród potrafią mierzyć się z problemami. My Polacy z kolei mamy tendencję do narzekania i użalania się nad sobą i widzę to po sobie, że w naszym związku luby często jest rycerzem, który musi przybyć mi z pomocą. Jak to zresztą mówi o nas mój ukochany, my Polacy to często lubimy robić z siebie ofiary.
D - W Rumunii nie ma za wiele stacji benzynowych i żadnej na Trasie Transfogarskiej (przynajmniej dwa lata temu) i że człowiek to czasami musi mieć też trochę szczęścia w życiu, a nie tylko rozumu...


Tak próbuję sobie coś więcej przypomnieć z tych różnic, ale jakoś naprawdę na ten moment nic mi nie przychodzi do głowy. Na pewno nie kłócimy się o pieniądze ani o przysłowiowe porozrzucane skarpetki. Nie powiedziałabym z doświadczenia, że Holendrzy są skąpi, ale że znają wartość pieniądza. Zauważyłam też, że faceci Holendrzy potrafią zadbać o siebie, uprać sobie ciuchy, wyprasować koszule, ugotować coś. Mój luby naprawdę gotuje nie gorzej, niż profesjonalny kucharz i może spokojnie spędzić w kuchni dwie, trzy godziny, aby zrobić dla mnie coś specjalnego. Ostatnio zrobił mi nawet... lody lawendowe. Inna sprawa jest ze sprzątaniem, ale tu 90% Daczy ma od tego panie albo panów, którzy raz w tygodniu się tym zajmują. Holendrzy bardzo lubią podróżować, lubią dobre gatunkowo rzeczy, jak dobre buty, sprzęt typu komputer, telefon lub telewizor, noże do kuchni, ekspres do kawy, meble, choć paradoksalnie nie lubią wydawać dużo pieniędzy na... jedzenie. Mogą kupić sobie codziennie ulubioną kawę za 5 euro, ale w markecie kupią najtańszego kurczaka. Ot, taki paradoks, tym bardziej, że Dacze lubią dbać o swoje ciało i uprawiać sport. Zresztą ogólnie jedzą trochę o innych porach, niż my w Polsce, bo mają tak koło 13-14 lekki lunch, a w godzinach 19-20 jedzą wielki, sycący obiad, kiedy u nas o tej godzinie je się raczej już małą lekkostrawną kolację. O porę jedzenia obiadu była kiedyś z moim lubym walka, którą zresztą on wygrał i stanęło na 19.00...

Swoją drogą ciekawe, jak to wygląda z perspektywy Polaka-chłopaka, który jest z Holenderką? Znam tylko jeden taki przypadek i chyba będę musiała mojego znajomego zapytać, jakie są jego spostrzeżenia w tym temacie? Jakie dostrzega plusy i minusy takiego związku? Jaka jest zasadnicza różnica między holenderską, a polską kobietą?

Gdy spytałam lubego, jakie widzi w nas Polakach różnice, to powiedział, że Polacy są niezbyt ambitni, w tym sensie, że wolą właśnie narzekać, użalać się nad sobą, robić z siebie ofiary, niż coś zmienić na lepsze, zacząć działać. I powiedział też, że do dziś tego nie rozumie, jak ja mogę żyć bez... agendy. Niech to pozostanie moją słodką tajemnicą ;)