niedziela, 23 listopada 2014

Stuff Dacz people DON'T like, część 1!

Po cyklu Stuff Dacz people like, czyli co Dacze lubią, przyszedł czas na to, czego (i kogo) Holendrzy nie lubią.

1. Amsterdam
 Ten punkt pojawił się jako ostatni w cyklu Stuff Dacz people like i wywołał w komentarzach małą dyskusję. Owszem, Holendrzy dzielą się na tych, co kochają Amsterdam i na tych, co go nie cierpią. Zapewne jest to też taka trochę specyfika stolicy, którą można zauważyć nie tylko w Holandii. Owszem, spotkałam się z opiniami, że Amsterdam może i jest pięknym miastem, ale tylko na wycieczkę. Tylko na kilka dni, bo mieszkać tam, to musi być tortura. Torturą nie jest, przynajmniej dla mnie, ale jak i wszystko inne w życiu, Amsterdam ma swoje plusy i też minusy. Plusy to na pewno architektura, życie kulturalne, ogólnie pojęta rozrywka, różnorodność kultur i ludzi, duży wybór sklepów, restauracji oraz barów. Minusy to z kolei korki (choć ja akurat nie mam z tym problemu, bo poruszam się głównie i wszędzie na rowerze), wysokie ceny - w usługach oraz za wynajem mieszkania, tłok - zwłaszcza turystów, a także szybsze tempo życia, co jedni mogą odbierać jako plus, inni jako minus. Pewnie i plusów, i minusów można by jeszcze trochę znaleźć. Myślę, że Holendrzy nie lubią Amsterdamu z tych samych powodów, co Polacy nie lubią Warszawy. Kiedyś nawet brałam udział w takiej dyskusji na polskim weselu, jaka to Warszawa jest zła i niedobra. Co ciekawe, ci, którzy najbardziej narzekali na stolicę, nigdy w niej nie byli (!), bo, cytując, po co? W sumie racja, po co mieliby tam nawet przyjechać na jeden dzień, skoro już mają tak silnie wyrobioną opinię na temat tego miasta? Cóż, każdy ma prawo do własnego zdania, ale ja zarówno Amsterdam, jak i Warszawę bardzo lubię, a także mieszkających tam ludzi :)

2. Turystów jeżdżących na rowerze i chodzących po ścieżkach rowerowych. 
Tu podobnie, jak w punkcie pierwszym. Dacze lubią i zarazem nie lubią turystów. Nie lubią turystów robiących tego typu rzeczy - Kac Amsterdam, czyli (nie)prawdopodobny scenariusz wieczoru kawalerskiego w Amsterdamie... (dla osób +18). Jednak najbardziej Holendrzy nie lubią turystów za to, że ci ciągle zachodzą im ścieżki rowerowe i ogólnie wyskakują im przed rower, jak Filip z konopi. Zmorą Dacza jest również turysta na rowerze. Można go z łatwością poznać po czerwonym rowerze z MacBike'a, na którym jadąc ślamazarnie i super wolno rozgląda się nerwowo na wszystkie strony. Pamiętam zresztą moje pierwsze dni na rowerze w Amsterdamie. Wtedy miałam swój pierwszy wypadek (i mam nadzieję, że ostatni!). Jechałam po złej stronie ścieżki rowerowej - po lewej stronie ulicy, zamiast po prawej... Myślałam, że wzdłuż ulicy jest tylko jedna ścieżka dla rowerzystów, tak jak to jest w Polsce... I oczywiście zderzyłam się z jakąś Daczką. Na szczęście bez większych szkód dla mnie i bez żadnych dla niej. Choć moralnie czułam się jak ostatnia sierota. Prawda jest taka, że wprawa w jeżdżeniu na rowerze przychodzi w Holandii z czasem.

3. Niemców.
Trudno w to uwierzyć, że Niemcy w Holandii ciągle obrywają za... I oraz II wojnę światową! Kiedy spytałam lubego, czemu Holendrzy tak bardzo nie lubią Niemców, to powiedział mi krótko - ano dlatego, że dwa razy wszczynali wojnę światową. No dobra, zgadzam się, ale chyba już czas, by o tym zapomnieć? Wojna w końcu skończyła się dobrych kilkadziesiąt lat temu. Choć wojna na kawały trwa między Niemcami a Holendrami do dzisiaj. W najlepsze. Dacze żartują na przykład, że Niemcy kradną im rowery, a ci oczywiście nie pozostają dłużni swoim sąsiadom. Skąpy Holender jeżdżący na wakacje kamperem wypełnionym zupkami w proszku i papierem toaletowym to bardzo częsty temat niemieckich dowcipów. Równie ochoczo Niemcy żartują ze stylu jazdy Holendrów na ich autostradach, a także z ich żółtych tablic rejestracyjnych NL = Never Learned (Nigdy się nie nauczył). Cóż, szczerze mówiąc, żartom z jazdy Holendrów na niemieckich autostradach, to się wcale nie dziwię. Kilka dni temu oglądamy film z lubym, gdy on dostał MMSa. Odbiera go i zaczyna rechotać. Pytam, co się dzieje? A mój znajomy jedzie właśnie autostradą w Niemczech. Patrz, jakie zdjęcie mi wysłał! Patrzę na zdjęcie, a tam licznik pokazujący, że ten jedzie (pociska) 240km/h... I nawet nie prędkość jest w tej historii przerażająca (ani śmieszna), ale fakt, że w tym momencie robił zdjęcie. No Dacz potrafi!

4. Grać z Niemcami w piłkę nożną.
I, a zwłaszcza II wojna światowa oraz piłka nożna. To główne grzechy Niemców według Holendra. Dacze nienawidzą grać z Niemcami w piłkę nożną, bo z reguły z nimi... przegrywają! W tej kwestii wojna pomiędzy tymi dwoma krajami trwa już od lat. Jest takie słynne zdjęcie, kiedy holenderski piłkarz Frank Rijkaard w trakcie meczu 1/8 finału Mistrzostw Świata w 1990 roku pluje na niemieckiego piłkarza Rudiego Völlera. To zdjęcie mówi chyba wszystko w tym temacie...


5. Być mylonymi z Niemcami.
Analogicznie do punktu 4 oraz punktu 5 Holendrzy nienawidzą być myleni z Niemcami. A za granicą dla niewprawionego ucha język niemiecki jest bardzo podobny do holenderskiego. Również z wyglądu Dacze są dość podobni do Niemców. W Holandii statystyczna kobieta jest postawną blondynką, mężczyzna z kolei wysokim blondynem. I podobnie jest w Niemczech, stąd bardzo łatwo o pomyłkę. A dla Dacza to prawdziwy horror i zgroza, kiedy ktoś "wyzywa go" od Dojcza!

6. Niesprzątania po swoim psie.
Jakiś czas temu byłam w Warszawie i nocowałam u znajomej. Wszędzie wtedy znajdywałam woreczki na kupy mojego psiaka. W torebce, w tylnej kieszeni spodni, w płaszczu... Moja znajoma nie mogła się temu nadziwić, że tak gorliwie podchodzę do tego zadania. W Polsce ponoć prawie nikt nie sprząta po swoich pupilach! W Holandii, zwłaszcza w Amsterdamie, to byłoby nie do pomyślenia. To byłby skandal! Ja wiem, to temat "brudny" i dosłownie śmierdzący, ale jeśli macie psa w Holandii i nie chcecie narażać się swoim sąsiadom i ogólnie Daczom - sprzątajcie kupy po swoim psie! Twój pies - twój obowiązek. Twój pies - twoja kupa do sprzątnięcia. Inaczej będzie wojna polsko-holenderska pod flagą biało-czerwoną, którą dawno dawno temu Marek Raczkowski u Kuby Wojewódzkiego wsadził wiadomo gdzie...

7. Jedzenia dwa dni z rzędu tego samego.
Kochanie, co dziś na obiad? Pyta małżonek swojej daczowskiej żonki. To co wczoraj kotku. Odpowiada żonka swojemu daczowskiemu małżonkowi. I ten pada trupem. Z głodu. Bo zjeść dwa razy pod rząd ten sam obiad w Holandii, to jak nie zjeść go wcale. Ba! Czasem nawet dwa dni pod rząd jakieś danie z makaronem, to dla Dacz już za dużo. A raczej już za nudno. Za mało urozmaicone. Jak dzień wcześniej była pasta, to następnego dnia preferują coś z ryżem. Albo z kaszą. Albo z ziemniakami. Nie dziwię się czasem naprawdę tym holenderskim kobietom, że nie chce im się już zbytnio gotować i wolą zamawiać coś na wynos albo kupować gotowe dania z Alberta Heijna. No dogódź tu takiemu wybrednemu facetowi, któremu trzeba ciągle coś nowego wymyślać. Kiedyś dwa tygodnie pod rząd upiekłam to samo ciasto z gruszkami. Myślałam, że luby się ucieszy, bo to jego ulubione. No ucieszył się, ale tak nie do końca. Chciał urozmaicenia. O matko i córko! No dobra. Niech ci będzie. Następnym razem upiekłam więc takie, którego nigdy mu nie robiłam. Z truskawkami. I co? I niezbyt mu podeszło, bo... woli jednak tamte! Woli ciasto z gruszkami! No i bądź tu mądry człowieku z tymi daczowskimi nawykami jedzeniowymi. Nie da czasem rady! Nawet MasterChef by się poddał!

8. Ludzi zachowujących się nienormalnie.
Niedawno byliśmy z lubym i jego bratem wieczorem w barze. Za nami siedziała grupka amerykańskich turystów. Zarówno luby, jak i jego brat nie mogli się zrelaksować, bo tamci gadali za głośno używając w co drugim zdaniu słowo like i OMG. She was like, and he was like, and I was like, and that was like and OMG... I w sumie nie wiadomo, o czym ten facet gadał, ale reszta towarzystwa potakiwała. Luby wiercił się i jak najszybciej chciał dopić swojego drinka, bo nie mógł znieść tych zachowujących się nienormalnie amerykańskich idiotów. Prawda, bo zachowywali się jak idioci, ale mi coś takiego nigdy nie zakłóciłoby przyjemnego wieczoru. Po prostu ignoruję takich ludzi, starając się ich nie słuchać. Jednak z Holendrami jest nieco inaczej. Wiecie, wspomniane doe normaal i ten ich daczowski stoicyzm. Do tego samego worka można też wrzucić publicznie całowanie się, publiczne kłótnie, publiczny płacz i bardzo głośny śmiech. I oczywiście Amerykanów, Włochów czy Hiszpanów, którzy dla większości Holendrów są nazbyt głośni i zbyt wylewni...


9. Przepłacać. 
Holendrzy też czasem sobie narzekają i jak zauważyła kiedyś Czytelniczka bloga Felicja ich ulubionym tematem narzekań jest to, że coś jest za drogie. Dacze nie znoszą przepłacać. Zresztą, kto lubi? Jednak zwłaszcza w Amsterdamie ceny pewnych produktów i usług osiągają wręcz absurdalnie wysokie ceny. Kiedy z lubym wybraliśmy się na wycieczkę po Belgii od razu rzuciło mi się w oczy, że jest tam taniej. Niby Belgia blisko, niby po sąsiedzku Holandii, a różnica w cenach wielka. Co tu dużo mówić, od razu rzuciłam się w wir zakupów... Mój luby z kolei zawsze narzeka na drogie taksówki. Tutaj w Holandii są z góry ustawione ceny dla wszystkich korporacji. Podobnie jest z dentystami. Wszędzie w Daczlandii obowiązuje ten sam cennik. Jak można się domyśleć, zarówno za taksówkę, jak i za dentystę słono się w Holandii zapłaci. Może dlatego właśnie oszczędni Dacze tak dbają o zęby i poruszają się rowerami? Hmm...

10. Spontaniczności.
Dacze muszą mieć wszystko zaplanowane. Koniec. Kropka. Spontaniczność to dla Holendra jakaś dziecięca fanaberia, charakterystyczna dla krajów mniej rozwiniętych... Z czego to wynika? Z kultury? Z wychowania? Z zamiłowania do agendy? Po prostu są ludzie, którzy muszą mieć wszystko w życiu uporządkowane i ci ludzie nazywają się Daczami. Spróbuj wpaść do holenderskich znajomych ze spontaniczną wizytą. Nieplanowaną. Nieumówionym. Spróbuj zgrać kilku holenderskich znajomych na spontaniczne piwo w środku tygodnia. Spróbuj zaprosić ich na obiad "tylko" z tygodniowym wyprzedzeniem. Nie da rady? Ano nie da! Holendrzy mają w sobie tyle spontaniczności, ile jest prawdy o naturalnych, nieretuszowanych zdjęciach Kim Kardashian z szampanem i jej ogromnym, gołym, naoliwionym tyłkiem... Zarówno te zdjęcia, jak i spontaniczność Daczy są mitem stworzonym zapewne przez samych zainteresowanych.

wtorek, 18 listopada 2014

Parapetówka w Holandii

O tym, że parapetówka w Holandii to bardzo ważna sprawa, miałam okazję przekonać się w tym miesiącu już dwa razy. W ten weekend i jeszcze w poprzedni. Holender, czy to kupuje mieszkanie w kredycie, czy to za pieniądze rodziców, czy też po raz pierwszy "tylko" je wynajmuje - taki skok w dorosłość musi przypieczętować imprezą. A ta zazwyczaj jest huczna, głośna, dość mocno zakrapiana i obfitująca w zniszczenia. Zniszczenia nowego gniazdka, rzecz jasna.

Nie dalej, jak półtora tygodnia temu, znaleźliśmy z lubym w swojej skrzynce pocztowej kartkę. Od naszej sąsiadki z domu obok, która uprzejmie nas informuje i donosi, że w piątek 7 listopada odbędzie się jej huczna parapetówka i z góry przeprasza za hałasy i różne tam wygibasy swoich gości, a także za nieudogodnienia spowodowane naruszeniem ciszy nocnej. A i w ramach rekompensaty oraz nawiązania poprawnych sąsiedzkich stosunków, zaprasza nas też na swoją parapetówkę na "małego" drinka. Pół naszego sąsiedztwa oczywiście znalazło w swojej poczcie podobne kartki.

No to mówię do lubego - Wpadamy? Luby jakoś niechętnie widzi ten pomysł. Już wie skubany, co się dzieje na takich imprezach. To co robimy wtedy? Pytam. Nie ma wyjścia, trzeba w piątek coś zaplanować poza domem. Padło więc na odległe kino, bo Pathé Arena i na film Interstellar, bo ten trwa prawie 3 godziny... A jakim cudem ten film ma 9/10 na IMDb? I 8,2/10 na Filmwebie? Tego to ja nie wiem, ale wiem na pewno, że powrót do domu o godzinie 1.30 w nocy nie był najlepszym pomysłem. Wtedy bowiem parapetówka naszych sąsiadów zaczęła się dopiero rozkręcać na dobre...


Podjeżdżamy pod dom - a tam nie przesadzam, 70 rowerów więcej, niż zwykle, zaparkowanych jak i gdzie popadnie. A i też sąsiedzi skrupulatnie wynosili na chodnik przed domem w trakcie parapetówki puste skrzynie po piwach - po godzinie pierwszej stało ich już tam z pięćdziesiąt. No może przesadzam. Może z czterdzieści. Muzykę było już słychać z daleka jako, że sąsiedzi z parteru, to i ogródek mają. A tam, mogliśmy z lubym stwierdzić ze stuprocentową pewnością, przeniosła się już cała impreza. I tam trwała do rana. Do godziny piątej z hakiem. Do ostatniej butelki piwa.

Trudno tak komuś zwrócić uwagę, że jest już trzecia w nocy i spać nie możemy, bo jest za głośno na tej imprezie, gdy dostało się na nią takie miłe zaproszenie... Cóż, jakoś przetrwaliśmy noc, choć możemy zaliczyć ją do nieprzespanej. Całe szczęście, że parapetówkę ma się zazwyczaj raz, a przynajmniej raz na jednym i tym samym mieszkaniu. Teraz mamy tylko cichą nadzieję z lubym, że ci sąsiedzi jak najdłużej zostaną w tym mieszkaniu. Przynajmniej do emerytury.

Jeśli chodzi o wspomnianą drugą parapetówkę - to tu miałam okazję przekonać się w ostatni piątek na własnej skórze, jak to rzeczywiście wygląda w Holandii. Choć sama niestety przekonałam się o tym, bo luby miał co prawda pójść ze mną, ale zaniemógł. Ze zmęczenia. Przez cały poprzedni tydzień nie odespał jeszcze parapetówki naszych sąsiadów...

Impreza planowo miała zacząć się o 20.00. Ja przybyłam o 22.00, bo piszcząc szczerze, czekałam aż przestania padać. A raczej, kiedy skończy się ulewa. I tu znów podobna sytuacja, jak tydzień temu. Przed nowym mieszkaniem mojej znajomej (Holenderki pochodzenia polskiego - mama Polka, a tata Dacz) mnóstwo rowerów zaparkowanych gdzie tylko popadnie. A raczej porzuconych gdzie popadnie. Muzyka może nie tak głośna, jaką my uświadczyliśmy w poprzedni piątek, ale najbliżsi sąsiedzi jestem pewna, że mogli ją całkiem dobrze słyszeć. Wchodzę do mieszkania, a tam tłum ludzi. Na oko - nawet i z siedemdziesiąt osób. Ciężko ocenić, bo towarzystwo porozchodziło się po całym mieszkaniu. Część bawiła w pokojach, część gawędziła na korytarzu, cześć tańczyła w kuchni, część paliła przed drzwiami wejściowym, a i tu znajoma podobnie, jak moi sąsiedzi, wynajęła mieszkanie na parterze, zatem ogródek również tam był w pakiecie socjalnym. A ogródek znajomej był też dość mocno oblegany, bo jak wiadomo, niezależnie od pory dnia i pory roku, jeśli deszcz nie pada, jeśli nie ma śniegu, Dacze wprost uwielbiają imprezować w plenerze...

Nawet jeśli jest to ogródek 2x2 metry. Nawet jeśli temperatura powietrza wynosi 5°C. Ach, ta daczowska gorąca krew ;)

A znajoma? Rozrywana. Oblegana. Każdy chciał z nią oczywiście pogadać. Sama zamieniłam z nią tylko kilka słów, bo musiała lecieć i wstęgę przecinać. Bo było i na tej parapetówce uroczyste przecięcie wstęgi. Było i morze wina, i ocean piwa, i był też nasz... polski Polonez! Tak! Serio! Jak wspomniałam, mama mojej znajomej jest Polką z pochodzenia, choć wydaczoną aż do perfekcyjnego holenderskiego akcentu (!) i to ona zaprezentowała zgromadzonym gościom nasz piękny tradycyjny taniec. Szok? No mały... Tego to bym się raczej nigdy nie spodziewała na daczowskiej parapetówce!

Po przecięciu wstęgi "dorwał" mnie tata tej mojej znajomej. Ty jesteś Polką, prawda? Kiwam potwierdzająco głową. No to na zdrowie! Krzyczy mi do ucha radośnie i wypija przezroczysty płyn z kubka, który ponoć był wodą, a nie wódką. Palisz marihuanę? Pyta mnie, choć nie wiem, czy to jest tylko pytanie, czy może jakaś propozycja... Nie, nie palę. Odpowiadam zgodnie z prawdą. Dobrze, to bardzo dobrze. Twój facet to Holender? Pyta dalej. Znów kiwam głową. A kochasz ty go jeszcze? Rozbroił mnie tym pytaniem. No oczywiście! Kocham bardzo. Znów odpowiadam zgodnie z prawdą. Bo wiesz, powiem ci naprawdę szczerze, że ja swoją polską małżonkę to dalej kocham nad życie. No patrzę na nią i jakbym to ją wczoraj dopiero poznał! Nic się nie zmieniła! Dalej z niej ta sama piękna polska dziewczyna!

Jednak jest nadzieja, że można kochać kogoś kilkadziesiąt lat i spędzić z tą osobą resztę życia! Nawet, jeśli to Dacz ;)

Szkoda tylko, że dłużej już nie mogłam porozmawiać z uroczym tatą mojej znajomej, ale czekała mnie kolejna impreza i znajomi, którzy popędzali mnie SMSami ;) Choć zdążyłam porozmawiać jeszcze z bratem znajomej, który... ma dziewczynę w Polsce! Tak! On też jest z Polką! Jak sam mi powiedział (po angielsku, bo po polsku niestety mówił słabo), idzie śladami ojca, bo widzi, że to jest dobra droga :). Jak mi powiedział Polki są najlepsze! A teraz zapewne zapytacie już na koniec, jaki więc dałam jej prezent? Co daje się w Holandii na parapetówkę? Ano to, co w Polsce w sumie, czyli coś dla przyjemności i coś do domu. Dla przyjemności znajoma dostała naszą polską wódkę (jakżeby inaczej!), a do domu to zrobiłam specjalnie dla niej obraz techniką kolażu. Z akcentami polsko-holenderskimi, aby ten kolaż przypominał jej o słowiańskich korzeniach. Bo urodę to ma dość daczowską, a i z językiem polskim u niej słabo...

Ten post zmusza mnie również do jeszcze jednej małej refleksji - trzy razy zmienialiśmy już z lubym mieszkanie w Amsterdamie, a jeszcze nigdy nie mieliśmy parapetówki! Coś z tym trzeba będzie zrobić... Trzeba będzie to zmienić!

A oto, jak wygląda holenderska parapetówka od środka (na zdjęciu coś około 50% gości parapetówki mojej znajomej) ;)

czwartek, 13 listopada 2014

Kac Amsterdam, czyli (nie)prawdopodobny scenariusz wieczoru kawalerskiego w Amsterdamie... (dla osób +18)

Wspomniałam Wam kiedyś, że Dacze lubią i zarazem nie lubią turystów, zwłaszcza jeśli chodzi o tych turystów, którzy przyjeżdżają do Amsterdamu. Holendrzy lubią turystów, bo wiadomo, napędzają im gospodarkę wydając rocznie w stolicy Holandii całkiem pokaźne sumy. Z kolei nie lubią ich głośnego zachowania, pijaństwa, zachodzenia drogi rowerzystom, a i Holendrzy nie lubią u siebie... turystów jeżdżących na rowerze! Ja dzielę turystów przybywających do Amsterdamu na dwie kategorie: kulturalnych i niekulturalnych. Kulturalnych, czyli takich, co zwiedzają muzea, galerie, wystawy, chodzą i podziwiają architekturę artystycznych dzielnic, jak Jordaan czy de Pijp, a wieczorem wybierają się do dobrych restauracji i kilkusetletnich klimatycznych pubów. Ci niekulturalni z kolei, to omijają muzea szerokim łukiem, no może z wyjątkiem Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud. Ci turyści nie zapuszczają się w mieście dalej, niż w okolice Dworca Centralnego i Dzielnicy Czerwonych Latarni. Stołują się fast foodach, jak McDonald's czy tureckim Doner kebab. Pierwsze co, po przyjeździe tutaj, to oczywiście wizyta w coffee shopie. Do tej grupy turystów zaliczają się też panowie i panie, którzy przyjeżdżają do Amsterdamu na wieczór / weekend kawalerski / panieński. I dzisiaj chcę właśnie opisać tych drugich turystów. Tych, jak to ujmę, drugiej kategorii. Tych niekulturalnych. Tych skacowanych...

Czy wiecie, że trzecia część kinowego hitu "The Hangover" ("Kac Vegas") miała być w pierwszej wersji kręcona właśnie w Amsterdamie? Prawdopodobnie w Amsterdamie - tak powiedziała w 2011 roku na premierze w Los Angeles aktorka Jamie Chung, która zagrała główną rolę kobiecą w "The Hangover Part II" ("Kac Vegas w Bangkoku"). Dla niej właśnie Las Vegas, Bangkok i Amsterdam to najbardziej szalone miasta na świecie. Justin Bartha, grający postać Douga, również skomentował te doniesienia mówiąc, że Akcja filmu rozgrywająca się w Amsterdamie mogłaby przynieść inny rodzaj kaca... Wiadomo, jaki ;) Dodał też, że Zach Galifianakis (grający postać Alana) już pewnie tam jest. Jednak to były tylko plotki. Amsterdam w "The Hangover Part III" ("Kac Vegas III") pojawił się w filmie tylko na chwilę przy końcowych napisach i tylko na zdjęciach. I jeszcze na plakacie promującym film, na którym widzimy mocno skacowaną watahę siedzącą pod napisem I AMsterdam znajdującym się przed Rijksmuseum. A szkoda, że twórcy filmu nie wybrali Amsterdamu za lokalizację do trzeciej części. Narobili widzom tylko "smaczku". Strasznie jestem ciekawa, jakie wtedy miejsca w Amsterdamie wataha wybrałaby za swój kac ostateczny? Cóż by tu robili... A raczej nabroili. Być może tego dowiemy się w czwartej części. Może, może, jeśli w ogóle czwarta części powstanie, a jeśli wierzyć IMDb, to powstanie! I ma wystąpić w niej... Lindsay Lohan! Oj, to na pewno będzie się działo! Będzie melanż i zło! Będzie impreza! Ba! W czwartej części ma wystąpić też Jonah Hill, który brawurowo zagrał w "Wilku z Wall Street" Donnie'ego Azoff! Co za ekipa! Co za obsada! No do kompletu brakuje tylko Charlie'ego Sheena... Jednak wracając do tematu, jedno jest pewne - najbardziej ulubionym europejskim miastem "na kaca" jest właśnie... Amsterdam! I teraz zaprezentuję Wam "ścieżkę kaca" w stolicy Holandii. Zrobię taką teoretyczną drogę, jaką zapewne obrałaby wataha z "Hangover". To będzie taki mały zarys scenariusza tego, co mogłoby się w Amsterdamie wydarzyć. A co tam! Dziś przeniosę i poniosę watahę do Amsterdamu! Dziś zrobię Kac Amsterdam! A raczej - Kac Vegas w Amsterdamie ;)

Teraz wszystkie dzieci proszę o zamknięcie tej strony, bo to jest post dla osób pełnoletnich... Tylko dla osób +18!


Wataha przyjeżdża do Amsterdamu. Jest ich tym razem piątka - Jonah Hill zagra odnalezionego po latach brata bliźniaka Alana z innego ojca, którego to właśnie będzie wieczór kawalerski. Wataha udaje się wpierw do coffee shopu Bulldog, gdzie palą największego na świecie jointa (Alan doda coś do tego skręta ukradkiem), a następnie idą do Dzielnicy Czerwonych Latarni, gdzie są tak strasznie upaleni i mają tak realne halucynacje, że jedną z prostytutek biorą za Lindsay Lohan. Upalony Stu będzie chciał ją ratować z rąk bośniackich alfonsów, a Doug, jak to już zwykle, zniknie.

Wataha bez Douga, ale z uratowaną Lindsay Lohan, będzie zwiedzać miasto pod jej przewodnictwem. Wpierw oczywiście udają się na Museumplein, skąd wataha ukradnie literkę "I" z napisu I AMsterdam, i rikszą będzie uciekać przed goniących ich na rowerach policjantami. Zgubią ich wśród tłumu na Leidseplein, gdzie poznają inną grupę pijanych i wrzeszczących Anglików z kawalerskiego wieczoru, która da im w zamian za literkę "I" swoje przebrania (no tak, bardzo często w Amsterdamie czy to na kawalerskie, czy to na panieńskie wieczory, jego uczestnicy mają bardzoooo "fantazyjne" przebrania - raz widziałam Królewnę Śnieżkę i 7 krasnoludków - pan młody (!) był Królewną Śnieżką, a jego znajomi krasnoludkami... ). Tak więc wataha przebrana za bohaterki "Sex and the city" ("Seksu w wielkim mieście") wraz z Lindsay Lohan ostatecznie ucieknie przed policją. Dzięki swoim przebraniom, rzecz jasna. Zwizualizujcie to sobie. Alan będzie Samanthą, Phil - Carrie, Stu - Mirandą, a Jonah - Charlotte. A w tle muzyka z czołówki serialu ;)

Następnie wataha wynajmuje łódkę, której kapitanem okazuje się być... Pan Chow! W tym czasie watahę goni też łodzią ekipa bośniackich alfonsów i zaczyna się ekscytujący pościg po amsterdamskich kanałach. W trakcie tego pościgu alfonsi ustrzelą ucho Stu, a ponieważ jest przebrany za Mirandę z "Sex and the city", to będzie wyglądał, jak van Gogh. W tym czasie Doug ukradł różowy rowerek małej holenderskiej dziewczynce i akurat przejeżdżał nim po moście, gdy zobaczył watahę i ścigających ich łodzią alfonsów. Doug podniósł rowerek i rzucił nim w bośniackich alfonsów, trafił w kapitana, który wypadł z łodzi, a ich łódka zderzyła się z mostem. Doug brawurowo chce skoczyć z mostu do łodzi watahy, ale nie trafia do niej i wpada do kanału, z którego wyławiają go alfonsi. Wataha dyskutuje, czy ma ratować Douga, bo mają jego i jego ciągłych zniknięć dosyć, a i tak nigdy tu nie był aktorem pierwszoplanowym...

Alan jednak namawia resztę, by ratować jego szwagra. Lindsay Lohan prowadzi ich więc do nory bośniackich alfonsów, która znajduje się w starym... kościele. Przechodząc ulicą Alan wpada na starszą panią, z którą zaczyna się szarpać, a która okazuje się być... byłą królową Beatrix. Oczywiście Alan nie wie, że to była królowa, więc zaczyna na nią krzyczeć. Ochroniarze królowej odpychają szybko Alana, na co Pan Chow przychodzi przyjacielowi z pomocą i trzema ciosami karate pokonuje ich wszystkich, rozkłada ochroniarzy na łopatki, ci padają na ziemię, a królowa ucieka z krzykiem. Alan triumfalnie krzyczy za nią: "Patrz ślepa kobieto następnym razem, jak leziesz" (czy coś w tym stylu).

W końcu wchodzą cichaczem do nory bośniackich alfonsów, a tam widzą gejowską orgię z Geertem Wildersem w roli głównej. Ratują zbrukanego już niestety Douga i jadą z nim do hotelu. Doug budząc się rano mocno skacowany na szczęście niczego nie pamięta z zeszłej nocy, podobnie zresztą, jak reszta watahy. Gdy rozglądają się w kobiecych przebraniach, rozmazanych makijażach i sponiewieranych perukach po zdemolowanym pokoju hotelowym, zauważają Pana Chow śpiącego "na łyżeczkę" na kanapie... z Geertem Wildersem! Znajdują też obraz van Gogha, a Stu odkrywa, że nie ma ucha! Prawdziwy szok jednak przeżywają, kiedy z łazienki w samym ręczniku wychodzi... Lindsay Lohan i mówi: "Wiem, że umawialiśmy się na 100 euro od łebka panowie, ale za takie ekscesy, to ja chcę od was po tysiaku!".

The end!


Myślę, że ten scenariusz zgadza się pewnie z większością scenariuszy wieczorów kawalerskich w Amsterdamie... ;)

Po tegorocznym Halloween myślę również, że mój luby spokojnie mógłby zagrać w tym filmie dublera Alana ;)

Zaś o "moim Kacu Amsterdam" możecie przeczytać sobie tu: Seks w wielkim mieście, czyli cyckorozróba w Amsterdamie!

A i zbliża się weekend, więc nie pijcie za dużo i bądźcie grzeczni :)

piątek, 7 listopada 2014

Stuff Dacz people like, część 8!

Tym razem wstęp krótki - Stuff Dacz people like, część 8! i ostatnia, a i na końcu podsumowanie całego cyklu. Enjoy!

71. Podróże.
Gdziekolwiek wyjedziesz, jakikolwiek kraj wybierzesz za destynację swoich wakacji, jakiekolwiek miasto, na 99,99% spotkasz tam jakiegoś Dacza. Albo Daczkę. Nawet jeśli wyjedziesz na bezludną wyspę. Nawet do alternatywnego świata. Nawet na inną planetę. Dacz tam na pewno już będzie przed tobą popijał Heinekena. Serio. Dacze kochają podróże. Dalekie, egzotyczne, często dość kosztowne. Im dalej, im dziwniej, im dłużej - tym lepiej. Kolej transsyberyjska? Tanzania? Afryka wzdłuż i wszerz? Check, check, check! Luby ma wujka, coś koło 55 lat, który był niemal wszędzie. Z ręką na sercu. Naprawdę wszędzie. Wujek lubego ma w domu wielką mapę przybitą do ściany, na której szpilkami oznacza miejsca, w których już był. Możecie sobie wyobrazić, jak taka mapa wygląda... Krzysztof Kolumb, Ferdynand Magellan, Fileas Fogg i Wojciech Cejrowski razem wzięci mogliby tylko takiej mapki mu pozazdrościć. Ja mu tej mapki cholernie zazdroszczę! Może nie tyle tej mapki, co tych wszystkich wspomnień z jego podróży. Tych miejsc, które zobaczył. Jedzenia, którego spróbował. Kultury, którą podziwiał. Ludzi, których poznał. Cóż na to poradzić, że ja też kocham podróże! Małe i duże ;) W tym temacie wydaczam się w 110%!

72. Wags.
Czyli żony/dziewczyny piłkarzy. Holendrzy kochają nie tylko piłkę nożną i swoich piłkarzy, ale też kochają ich kobiety. Kiedy u nas w Polsce na partnerki piłkarzy, zwane często brutalnie "utrzymankami", wylewa się wiadra pomyj i gigabajty hejtu, to w Holandii robi się z nich gwiazdy, czci się je, ubóstwia i komplementuje. Kiedyś z większą grupą Daczy wybrałam się na narty. Wieczór, ognisko, telewizor i... holenderski program plotkarski. A tam newsy o najsławniejszej Wags w Holandii, czyli o Sylvie van der Vaart. Dziewczyny widząc ją tylko w telewizji zaczęły komentować: jaka ona piękna, jaka ona śliczna, jaka zgrabna, jaka fajna babka... Zero zazdrości, zero krytyki, zero hejtu. U nas na przykład o Annie Lewandowskiej pisze się: "ptasia cwaniara", "Taka irytująco rozmemłana", "Nie cierpie jej", "Znienawidzona jak TRANS doda", "Szafiarki wAGSY i inne pseudo-celebrytki powinny się głęboko zastanowić nad sobą i przemyśleć o ile to możliwe,.jak bardzo narażaja się na śmieszność. Czy one tego nie widzą? Tylko$$$" czy "WREDNY RYJ LEWandowskiej.. k***a szczerze? to ona wygląda jak Joker.." - cytaty komentarzy z Pudelka, pisownia oryginalna. Dacze uwielbiają swoje Wags, a w Polsce są one traktowane, jak persona non grata. Z czego to wynika?

Sylvie van der Vaart

73. Posiadanie dwóch imion i/lub dwóch nazwisk.
Tak, mój luby oficjalnie to tak naprawdę ma dwa imiona i jego rodzina głównie tak się do niego zwraca albo używają inicjałów tych dwóch imion - RJ. To całkiem porównywalne do naszego Jana Marii Rokity, z tym, że luby ma dwa imiona męskie. Na szczęście. Podwójnymi nazwiskami zaś najczęściej posługują się kobiety. W Holandii przyjęło się, że żona owszem, przyjmuje nazwisko męża, ale zostawia też swoje panieńskie. Ciekawi mnie tylko, co dzieje się w takim przypadku, gdy oboje mają nazwisko z "van Coś" bądź "van der Coś"? Chyba wtedy kobieta zmienia jednak panieńskie na nazwisko męża, jak Sylvie van der Vaart. Ale wróć. W sumie Sylvie wróciła niedawno do panieńskiego nazwiska po rozwodzie z piłkarzem Rafaelem van der Vaartem i nazywa się teraz Sylvie Meis. Już więc ex-Wags wniosła pozew o rozwód po tym, jak jej mąż pobił ją podczas imprezy sylwestrowej... Ups, ale ze mnie plotkara!

74. Kawa.
Dacze, jak Włosi - są fanatykami w temacie kawy. Kawa to świętość, picie kawy to wręcz w Holandii kultura. A raczej kult. Nie znam Dacza, który by nie miał swojej ulubionej kawiarni, która broń boże! nie jest żadną sieciówką, ale uroczą małą kawiarenką, gdzie właściciel sprowadza aromatyczne ziarna specjalnie z jakiegoś egzotycznego zakątka z Afryki, gdzie Ebola jeszcze nie dotarła. Jak się zapewne już domyślacie, luby również ma swoje ulubione miejsce (bo to cappuccino kochanie to niebo dla moich kubków smakowych!), które odwiedzamy z takim namaszczeniem w każdą sobotę, jakbyśmy szli na mszę w kościele. Owe miejsce znajduje się przy Westerstraat, zowie się Headfirst Coffee Roasters i rzeczywiście może poszczycić się przepyszną kawą, a jego właściciel to taki pasjonat kawy, że ma nawet na ręce wytatuowany portafilter (specjalny uchwyt do filtra kawy). Kawę też lubię, choć lubiłam ją na długo przed moją wyprowadzką do Holandii. Jednak ta kawa z Headfirst Coffee Roasters to faktycznie uczta dla kubków smakowych :)

75. Targowiska.
Targowiska, bazary, jarmarki, kiermasze - Dacze je wprost kochają! Z ciuchami, z rowerami, z meblami, z duperelami, z upominkami, z jedzeniem, no ze wszystkim, czym się da! Tylko w mojej dzielnicy odbywa się takich targów kilka, a w całym Amsterdamie to już dziesiątki, jeśli nie setki! Mój ulubiony targ to sobotni Boerenmarkt w Noordermarkt, czyli targowisko ze świeżą biologiczną żywnością. Nasze sobotnie poranki z lubym wyglądają zawsze tak, że wpierw idziemy na niebiańską kawkę do wspomnianego powyżej Headfirst Coffee Roasters, a następnie spacerujemy z naszym psiakiem na targ farmerów, gdzie kupujemy świeże owoce i warzywa, sery oraz najpyszniejszy chleb na świecie - kamut. Jak spróbujecie tego chleba - innego nie będziecie chcieli już jeść. Nigdy! Uwielbiam holenderskie targowiska, również te z ciuchami i meblami, bo tam zawsze wyszperam jakieś perełki. Ostatnio kupiłam przepiękny wenecki stolik za 18 euro! Ale o amsterdamskich targowiskach obiecuję kiedyś zrobić osobny post.

76. Wysyłać kartki.
Oj tak, tu kartki wysyła się przy każdej okazji. Nawet z "okazji" pogrzebu... Dostajesz taką kartę przed pogrzebem z informacją o pogrzebie i stypie, a później dostajesz drugą kartkę. Z podziękowaniem za przybycie na pogrzeb. Urodziny dziecka to również okazja do wysłania zarówno gratulacji dla świeżo upieczonych rodziców, jak i dla rodziców, by oznajmić wszystkim znajomym i całej rodzinie, że oto narodził się w tym i tym dniu, tego i tego roku nowy holenderski obywatel. Na wesele też tradycyjnie dostaje się zaproszenie, ale też po weselu zawsze przychodzi kartka - najczęściej ze zdjęciem państwa młodych i podziękowaniami za przybycie. Znajomi lubego, którzy wyprowadzili się do Nowego Jorku też wysłali nam kartkę i pewnie wszystkim innym znajomym, że już tam sobie spokojnie osiedli, poukładali życie i od teraz mają taki a taki oficjalny adres. Na kartce oczywiście jest ich zdjęcie w czapeczkach Yankeesów. Nawet nasz pies ostatnio dostał kartkę od swojego weterynarza... Dacze naprawdę kochają wysyłać kartki, kto tu mieszka ciut dłużej i ma holenderskich znajomych, ten na pewno przekonał się o tym na własnej skrzynce pocztowej ;)


77. Rozmawiać o pracy.
Oj tak, główny temat nie tylko holenderskich small talków, ale rozmów ogólnie. Byłam ostatnio z lubym na urodzinach jego kumpla. Co prawda po godzinie musiałam iść na inną imprezę, ale uwierzcie mi, że ta godzina dłużyła mi się w nieskończoność. Rozmawiałam z kilkoma Daczami (znanymi mi już i też nowo poznanymi) tylko o pracy. Pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Mojej pracy, lubego pracy i rzecz jasna pracy osoby, z którą rozmawiałam. Czułam się jak katarynka, która ciągle powtarza w kółko to samo. Ileż można wałkować ten temat? Rozumiem, jak ktoś ma fascynującą pracę i jest na przykład poskramiaczem lwów w cyrku, ale ileż można gadać o tym, że pracuje się jako sprzedawca jogurtów? Albo bankier? No nuda! Jak poznasz kogoś nowego w Holandii, to pierwsze pytanie oczywiście brzmi: Jak się nazywasz? Drugie: Co cię tu sprowadza? I trzecie, najważniejsze: Co robisz? Gdzie pracujesz? I ten temat Dacz może wałkować bez końca. W kółko. Za każdym razem, jak cię spotka, będzie cię o pracę znów pytał. Jak na przesłuchaniu. Luby ostatnio spotkał się z jednym ze swoich najlepszych przyjaciół, który wyprowadził się do Nowego Jorku (nie, to nie ten znajomy od kartki). Pytam, co więc u niego słychać? Jak jego żona? Czy ułożyli już sobie tam życie? Planują dziecko? A luby powiedział, że... nie wie. To o czym rozmawialiście? - dopytuję się. No... o pracy.

78. "Krzywe" domy.
Przyjeżdżają sobie tacy turyści do Amsterdamu, idą sobie do jakiegoś coffee shopu, palą spokojnie skręta, wychodzą później na ulicę, patrzą, a tu co? A tu "krzywe" domy! Dobra jazda - myślą sobie. Z tym, że to nie jazda ani halucynacja, ale rzeczywistość, która wcale nie jest efektem palenia trawy czy projektem szalonego architekta, ale to rezultat słabych fundamentów. A owe fundamenty to nic innego, jak drewniane pale wbite w błoto, które pewnie z kilkaset lat już mają i powoli, powoli osuwają się. A z nimi osuwa się cały dom. Stąd też sporo domów znajdujących się tuż przy kanałach wygląda tak, jakby lada moment miały runąć. Jakby miały przewrócić się w którąś stronę. Prawo albo w lewo. Czy to jest urokliwe? Tego raczej bym nie powiedziała, ale na pewno jest to dość charakterystyczne dla krajobrazu Amsterdamu. Sama też żyję w takim domu, który na pewno nie zalicza się do "prostych" i mam tylko taką cichą nadzieję, że jeszcze te kilka lat spokojnie sobie postoi i nie runie w środku nocy prosto do kanału...

79. Przekraczać tabu.
Mamy w Holandii legalną prostytucję, marihuanę, aborcję, eutanazję, małżeństwa par tej samej płci. Jest także tutaj i portal dla osób chcących zdradzać swoich partnerów - Second Love. Pewnie też obił Wam się kiedyś o uszy i odbił czkawką klub holenderskich pedofilów MARTIJN, który dąży do... "zniesienia barier prawnych" zabraniających dorosłym relacji seksualnych z dziećmi (sic!). W tej sprawie klub zgłosił się nawet do... Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. To jest jednak tak bardzo niesmaczny temat, że lepiej się w niego tu nie wdrążajmy. Holendrzy lubią przekraczać granice tabu również w sztuce. Pamiętacie martwego kota-helikopter - Czego to Ci Dacze jeszcze nie wymyślą?!? A czy słyszeliście o "Lampie nodze"? Holender Leo Bonte zrobił z własnej amputowanej nogi... lampę i wystawił ją na aukcję! Bonte tylko pod tym warunkiem, że będzie mógł wziąć nogę do domu i zrobić z niej lampę, zgodził się w szpitalu na amputację. To wywołało w Holandii dyskusję, kto ma prawo do amputowanej kończyny - szpital czy pacjent? Brzmi niedorzecznie? Irracjonalnie? Jak z Monty Pythona? To czytajcie dalej. Zatem Bonte swoją nogę ostatecznie otrzymał zabezpieczoną w wielkim słoju, na którym umieszczono wedle życzenia pacjenta lampę. Pomysłowy Dacz, aby zarobić pieniądze na nowoczesną protezę wystawił lampę-nogę na eBay'u. Aukcja została wstrzymana ze względu na naruszenie regulaminu - na aukcjach nie można umieszczać części ludzkiego ciała. Bonte się jednak nie poddaje. Ciągle próbuje sprzedać oryginalną lampę. Może są jacyś chętni wśród Was Kochani?

80. Amsterdam.
Oczywiście, że Holendrzy kochają Amsterdam i są z niego bardzo dumni! Obejrzyjcie sobie poniższe video - a dowiecie się dlaczego. No nie ma naprawdę innego takiego miasta na świecie. Uwielbiam Amsterdam i kocham tu żyć!

 

PODSUMOWANIE

Czyli lubię w sumie 25/80 (hmmm.... chyba jeszcze tak do końca się tu nie zaadoptowałam, bo nawet nie wydaczam się w 50%), czyli kocham albo "tylko" lubię Daczlandię za:

Rowery
Walkę z wodą
Pomarańczowe barwy narodowe, czyli orange is the new black!
Brak firanek
Aplikację Buienalarm
Słowo "lekker"
Zwarte Piet
Stroopwafels
Jazdę na łyżwach
Nabiał
Wiatraki
Dzień Króla
Sinterklaas
Różne pasty do smarowania na kanapki
Tarasy
Białe piwo
Łódki
Gay Pride
Kolorowe skarpetki do garnituru
Jamniki szorstkowłose
Car2Go
Podróże
Kawę
Targowiska
Amsterdam

Może nie będę tu się tak zarzekać do końca z tym... końcem tego cyklu, bo kto wie? Może przez kolejnych kilka miesięcy uzbiera mi się jeszcze ze 20 punktów, by dociągnąć do okrągłej 100? Zatem Kochani Stay Tuned! A w kolejnych postach przeczytacie o tym, czego Dacze nie lubią, a tego już na całe szczęście, jest znacznie mniej :)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Halloween w Holandii!

Holendrzy uwielbiają Halloween! To na pewno mogę stwierdzić po tym weekendzie. Dacze uwielbiają się przebierać, przebierać swoje pociechy i celebrować ten dzień w iście amerykańskim stylu. Od piątku na amsterdamskich ulicach można było spotkać fantazyjnie przebrane dzieciaki i dorosłych w przeróżnych kostiumach - mniej lub bardziej strasznych, ale naprawdę precyzyjne dopracowanych w każdym szczególe, a już zwłaszcza w makijażu! Brr! Niektórzy wyglądali naprawdę upiornie! Można było też w sobotę zobaczyć paradę The Amsterdam Walking Dead Parade zorganizowaną przez telewizję FOX. Parada szła kolejno w Amsterdamie przez Rokin, Dam, Raadhuisstraat, Rozengracht, Marnixstraat, Nassaukade, van Limburg Stirumstraat, aż do Westergasfabriek. Zdjęcia z parady poniżej.

Można było też przebierać w halloweenowych imprezach. Powiedziałam więc w tym roku lubemu - a czemu nie? Prawda jest taka, że dotąd jeszcze nigdy nie byłam na takiej imprezie ani nigdy nie przebierałam się na Halloween. I w tym roku wybraliśmy się więc ze znajomi na imprezę Spooktacular ABC Halloween Party w Sugarfactory. Impreza, jak impreza, tłum przebranych ludzi, muzyka, tańce, selfies w trumnach i te sprawy. Była i Maria Antonina z poderżniętym gardłem, była i gejsza z dwoma niewolnikami, był i też mój luby przebrany za Alana z The Hangover. I to właśnie on był gwiazdą imprezy, to z nim masa ludzi chciała sobie zrobić zdjęcie. Ja wybrałam kostium Caroline z 2 Broke Girls. Elegancko na eBay'u zamówiłam sobie jej strój kelnerki oraz perły, kupiłam zacną blond perukę, zrobiłam upiorny makijaż, polałam trochę krwi na piersi, ale furory nie zrobiłam. Oczywiście przyćmił mnie luby ze swoim "dzieckiem" w nosidełku. No był z niego Alana, jak żywy! Jak malowany! A i jego kac na drugi dzień wcale nie był udawany ;)