niedziela, 25 stycznia 2015

10 typów Daczy (część 1)

Wiecie, czym odróżnić Dacza od innego Europejczyka? Wielkością i gatunkiem piwa! Ha, ha, ha! Kurtyna i Oscar Oscara za suchara roku! Choć coś w tym jest, bo im dłużej mieszkam w Holandii, tym ichniejsze piwo wydaje mi się coraz mniejsze... 330ml (duże?!), 250ml (średnie?!), 200ml (małe?!) i oczywiście 180ml (shot?!). Ale trzeba przyznać, że jeśli chodzi o piwo, to jednemu Dacze są wierni - swojej rodzinnej marce, bo zazwyczaj poznasz Dacza po butelce / szklance Heinekena. No dobrze, ale piwo to tylko jedno z takich uogólnień, jeśli chodzi o identyfikację Daczy. Kolejnym czynnikiem rozpoznawczym jest na pewno wygląd. A - blond włosy. B - wzrost. C - sposób ubierania się, o czym mowa była tutaj: Niezłego masz stajla, czyli rozbieramy Daczy do naga! No prawie... Po języku oczywiście też odróżnisz Dacza od innych - jeśli usłyszysz, że ktoś wymawia "g" jako "h", to na 99% będzie to Dacz. Ewentualnie Belg, choć ich wymowa "g" dla wytrenowanego ucha brzmi ciut inaczej, niż holenderska... No dobrze, ale Dacz Daczowi przecież nierówny, toch? Ja? No jasne, że ja, ja, JA! Ile ludzi, tyle charakterów. Ile ludzi, tyle typów osobowościowych. Ile ludzi, tyle różnorodności. Choć i różnorodność można uogólnić, uporządkować, zakwalifikować, podzielić na grupy, rodzaje, gatunki i kategorie. A potem jeszcze na podkategorie. Ja na dzień dzisiejszy rozróżniam 10 typów Daczy. Czy to dużo? Czy mało? Trudno powiedzieć, ale poniższe zestawienie myślę, że nasunie Wam na koniec bardzo ciekawy wniosek ;)

Dacz luzak
Dacz luzak korzysta z wszelkich bogactw i dobrodziejstw swojego kraju. A najbardziej korzysta z legalizacji miękkich narkotyków. Dacz luzak nie przejmuje się pracą, pieniędzmi, szkołą, wykształceniem, ambicjami i innymi tego typu przyziemnymi sprawami. Dacz luzak wie, że w razie czego jeśli nie jego rodzina, to państwo na pewno się nim zaopiekuje. Państwo mu pomoże. Ten typ Dacza nie przejmuje się wyglądem, choć jego fryzura niby niedbała, może wskazywać, do jakiej grupy lub subkultury należy. Lubi tatuaże, kolorowe stroje, oryginalne buty. Nie wierzy w żadnego boga, w politykę, ani to w prawicę, ani w lewicę, nie wierzy w globalne ocieplenie ani nawet w Ebolę w Afryce. Dacz luzak wolno żyje, wolno chodzi, wolno mówi i też wolno myśli. I wolność własną traktuje jako sens swojej egzystencji. Dacz luzak jeśli już założy garnitur to po bracie lub ojcu, albo swój stary, dziesięcioletni, kupiony, gdy był nastolatkiem i miał 10 cm mniej wzrostu. Na buty nie wyda więcej, niż kilkanaście euro i najchętniej kupi je w vintage shopie, na przykład w Bij Ons (bo w Holandii nie ma second handów, są tylko vintage shopy). Dacz luzak nie ma parcia na karierę, na dumę ze swojego paszportu, na wakacje w zimie (2 razy w zimie - raz na narty i raz rozgrzać się w tropikach), wiośnie, lecie (2 razy w lecie) i jesieni (też 2 razy, bo jesień w Holandii to najbardziej depresyjna pora roku). Dacz luzak dużo pali trawy, owszem, pije dużo piwa, ale też i nie gardzi mocniejszymi trunkami. Jeśli mieszka w Amsterdamie, to prawdopodobnie w zdezelowanej łódce zacumowanej przy kanale albo w jakiś skłoterskim mieszkanku, a raczej - komunie. Dacz luzak to nic innego, jak nowy gatunek Dacza hippisa. Aż ciężko uwierzyć, że w latach '70 Dacz hippis był gatunkiem przeważający w Holandii, by nie powiedzieć - dominującym. Jednak cóż poradzić, że w latach '80 zamiast Sex, Drugs And Rock N' Roll było już tylko Sex, Drugs And Work, aby to w latach '90 zacząć erę Sex, Work and Work, a dziesięć lat później i tak już miało pozostać do dzisiaj, nastała w Holandii nowa epoka - Work, Work & Work! Stąd Dacz luzak to też już powoli taki trochę gatunek na wymarciu... Jedyny Dacz luzak, jakiego znam, to kuzyn lubego, który... uczy w liceum fizyki! A tak poza jego, jakże poważną pracą, to reszta się zgadza z tym typem - stereotypem Dacza. Do dziś zresztą krążą w rodzinie lubego legendarne historie o tym kuzynie, jak to na przykład pojechał kamperem... na narty, w zimie! I prawie zamarzł śpiąc w nocy, bo kamper ten nie miał ogrzewania... Z wyglądu kuzyn owy ma długie, bardzooo już rzadkie włosy, nosi hawajskie koszule i rzemyki na szyi, jest kawalerem do wzięcia (od jakiś 40 lat) i stereotypowy Dacz z niego taki, jaka jest ze mnie Daczka. Ale co by nie było, Heinekena pije ;)


Dacz snob
Och tak! Do tej kategorii możemy wrzucić dobrze już nam znanego tu pana hrabiego i lorda de Kakkera: De Kakker, czyli holenderski odpowiednik anty-hipstera. Do tego woreczka ze "złotem" daczowskich snobów wrzuciłabym również wszystkich Daczy z tytułami, z korzeniami królewskimi, dworskimi, szlacheckimi, itp, itd, rodowodem, herbem, dworkiem, lokajem i koniem. Lexusem w garażu i Rolexem w sejfie (bo nie ma co się chwalić) oraz silikonową żoną (też trzymaną na uboczu, bo tu tym bardziej nie ma się czym chwalić już od lat). Córką, synem oraz córką / synem z nieprawego łoża (pisząc brzydko - bękartem) studiującymi w Oxfordzie tudzież innym Harvardzie, z kontem w szwajcarskim banku, firmą z siedzibą w Luksemburgu (jakiż to raj podatkowy!), rodzinnym sygnetem, szablą i inną łopatą przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Dacz snob ma wyrafinowany gust i podniebienie, imponującą kolekcję sztuki, nietypowe hobby, jak strzelanie do kaczek czy innych niedźwiedzi, lubi komfort, stąd zamiast jechać na wakacje i spać w hotelu, woli kupić sobie imponującą hacjendę na południu Francji albo/oraz w Tajlandii. Lubi żeglować - kupuje sobie łódkę. Lubi grać w tenisa - kupuje sobie kort tenisowy. Lubi pływać - kupuje basen. Lubi Heinekena / Maserati / Coca-Colę - kupuje w nich udziały. Lubi udzielać się towarzysko - wpada do króla na partyjkę golfa i do premiera na szklaneczkę brandy. Lubi młode ładne kobiety w typie modelek - no ale tu niestety nie stać go na rozwód, więc na lubieniu najczęściej poprzestaje. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Przykład z życia? Chłopak mojej znajomej (pewnie wkrótce już narzeczony) pracuje w modzie. Pracuje w firmie, która szyje garnitury na miarę. Drogie jak cholera, ekskluzywne, ale przepiękne garnitury, na które tylko taki Dacz snob może sobie pozwolić. James Bond mógłby tam spokojnie się ubierać. I przychodzi nasz Dacz snob, pan już wiekowy, nazwijmy go XYZ, pewnego dnia na jakżeby inaczej, umówione dużo wcześniej spotkanie. Chłopak znajomej, który zaraz po właścicielu tego warsztatu mistrzostwa krawiectwa, najlepiej zna się na rzeczy i na swoim fachu, został oddelegowany do obsługi tegoż wyjątkowego klienta. Dacz snob XYZ wchodzi do pracowni, chłopak znajomej wita się z nim i przedstawia jako jego dzisiejszy konsultant, a Dacz snob na to kłania mu się uprzejmie i prosi... nie! Nalega! Na zmianę konsultanta. Dodam - że chłopak znajomej jest ciemnoskóry, by nie powiedzieć mniej politycznie - czarny, jak dusza Belzebuba (wpływ rodziców z Gany). Ale - jak to mówią - kto bogatemu zabroni? Kto mu zabroni być snobem, dupkiem, rasistą i żyć uprzedzeniami? A kuku, bo i tak koniec końców Dacz snob XYZ po naciskach samego właściciela został obsłużony przez chłopaka mojej znajomej. Wyobraźcie sobie teraz, jak musiała ucierpieć duma tego snoba! Jak musiała mu drżeć ta jego rasistowska powieka!

Dacz artysta
Ostatnio przyjechała do mnie moja dobra znajoma. Chciała pójść do muzeum sztuki współczesnej. No to wzięłam ją do Stedelijk Museum w Amsterdamie. Jak chce, to niech ma. I tam, w tymże rozkosznym zakątku kultury, mogłyśmy podziwiać bardzo ciekawy eksponat - artystę, który turla się z jednego kąta do drugiego. I pisząc "turla się" - nie mam tu na myśli żadnej metafory. Facet po prostu tak cały dzień w tym Stedelijk turla się. I robi to w slow motion. Od rana do wieczora. Od ściany do ściany. Od 2005 roku. Co ten artysta chce przez to wyrazić? Powiedzieć światu? Nie mam pojęcia. A może po prostu - jestem ignorantką i nie znam się na sztuce. Choć ja interpretuję takie instalacje w ten sposób - holenderscy artyści są już tak bardzo artystyczni, tak bardzo pochłonięci sobą i tak zatraceni w swoim świecie, że prawdopodobnie ich sztuki nikt więcej nie rozumie poza nimi samymi. Byłam z lubym już na kilku wernisażach w Amsterdamie. Byliśmy raz na wernisażu wujka lubego, miły starszy pan, gej po 80-tce, co to za kilkaset euro wystawia na wernisażach swoje haftowane motyle. Zresztą wujek lubego, też ciekawy okaz artysty - kolekcjoner, właściciel tysiąca porcelanowych figurek, które raz w tygodniu jego gosposia oczyszcza z kurzu (specjalną szczoteczką!) coś około 10-ciu godzin. No ładne są, no, te jego haftowane motylki. Ale nic specjalnego, no nic, co klub hafciarski w Pcimiu Dolnym nie wydziergałby w godzinę i nie sprzedał na bazarze przy kościele za 5 złotych. No może 10 złotych, jak motyl zacny i dobrze wydziergany. Tu w Holandii jednak nazywa się to sztuką, dorabia się do tego ideologię, historię i w ogóle całą otoczkę z szampanem, krewetkami na przekąskę i zaproszeniami drukowanymi imiennie, a za sztukę takiego haftowanego motylka kasuje się 2 tysiące euro, z czego galeria bierze 50%. Oto sztuka po holendersku, stąd nic dziwnego, że Dacz artysta to odrębny gatunek. To niemal wybraniec bogów. To niemal nadczłowiek. Poznać go można po częstych intelektualno-kontrowersyjnych dysputach na tematy, które są absolutnie modne - Je suis Charlie? Who the Fuck is Charlie? Oglądałem "Timbuktu" dziw*o i wiem o Islamie wszystko! Dacz artysta to bywalec wernisaży, wystaw i kin niszowych. Koncerty to albo muzyka klasyczna, albo alternatywna. W jego ubiorze panuje luz, choć nie jest to luz z przymrużeniem oka, ale starannie dobrane do siebie elementy stroju co do detalu i co do wszystkich akcesoriów. Dacz artysta to czasem też Dacz snob, bo dla niego sztuka dla sztuki to nie do końca jest to... co misiaczki lubią najbardziej. Sztukę owszem, kocha, ale chce na niej zarabiać. I to DUŻO. Jeśli zarabiać na swojej sztuce nie może - idzie do normalnej pracy. Nawet, jeśli musi iść pójść pracować do banku albo do innej korporacji. Pieniędzmi bowiem nie wzgardza. Dla niego pecunia non olet. Głodować przecież nie będzie, a być biednym artystą w Holandii, to nie wypada. Nie... Albo zarabiasz tu gruby hajs na sztuce, albo wypadasz z biznesu. Bo jak śpiewał kiedyś Kazik: Wszyscy artyści to prostytutki. No, ale w Holandii artyści to nie prostytutki, ale holendernie drogie ekskluzywne eskorty. Jak ten tu poniżej artysta, o którym mowa już była tutaj: Czego to Ci Dacze jeszcze nie wymyślą?!, a który ze swojego martwego kota zrobił... helikopter. Jak to mówią ironicznie Dacze - goedemorgen!


Dacz extreme
To wszyscy ci Dacze, którzy są żywcem wyjęci ze stereotypów. Ci, co jeżdżą kamperem na wakacje. Ci, co jedzą na śniadanie chleb z pindakaas i hagelslag (tak, zmiksowane razem, coś na wzór kanapki z serem oraz z dżemem). To ci, co są skąpi, co mają urodzinowy kalendarz w toalecie. Ci, co wysyłają wszystkim znajomym i rodzinie kartki z każdej, byle jakiej okazji - oszczeniła nam się suka, zdechła nam złota rybka, kupiliśmy nowy czajnik, Thijs skosił trawnik, nasz syn korzysta już z nocnika, jej! W tej kategorii są też ci Dacze, co kochają dawać rady, planować, czcić agendę, być "normalnymi" (doe normaal!!!) i naturalnymi, zachowywać się super-poprawnie, przestrzegać zasad, reguł, a także paragrafów (zwłaszcza paragrafu 22). Lubią opóźniać małżeństwa, by później szybko się rozwodzić, być bardzoooo bezpośredni i "szczerzy", mówić w kółko, że ktoś jest gezellig albo coś jest lekker. To ci, co są Daczami z pokolenia na pokolenie, z pradziada na dziada, z matki na syna. To ci, których od razu rozpoznasz za granicą. To tacy sąsiedzi, że jak położysz swoje śmieci do wywózki (tak to działa w Amsterdamie, bo nie ma w centrum kontenerów) na ulicę milimetr dalej od twojego domu, to od razu ci to wytkną. Od razu będą ci robić awanturę, dlaczego podrzucasz im swoje śmieci (choć za pół godziny tych śmieci już nie będzie)?! To ci Dacze, co jazdę na rowerze po mieście traktują jako sport ekstremalny. To ci, o których właśnie... Niemcy i Belgowie tworzą swoje kawały! To Dacze, którzy noszą koszulkę z bardzooo popularnym niegdyś napisem (i też piosenką!!!): I'm from Holland! Where the Fuck you from? Albo: As the finishing touch God create the Dutch ;) To ci Dacze, co lepiej don't ever touch, bo można się sparzyć...

Dacz zwyczajny
Przeciwieństwo Dacza extreme, czyli zwyczajny, normalny, niczym niewyróżniający się Dacz. Nie wyróżnia się ani poglądami, ani wyglądem (może być równie dobrze z wyglądu Niemcem, Belgiem, Francuzem, a nawet Polakiem), ani choćby wzrostem. Nawet powiedziałabym - jest to mało atrakcyjnie fizycznie okaz. Ma normalną biurową pracę, jest taką myszą korporacyjną. Nie ma jakiś cech szczególnych - ani to nie jest zbyt daczwoski, ani zbyt anty-daczowski w tym sensie, że ani nie czuje się dumny ze swoich korzeni, ani mu one szczególnie nie przeszkadzają. Może jutro spakować walizki i równie dobrze przenieść się do Bangladeszu czy Urugwaju, bo nie jest jakoś mocno związany ze swoim krajem, ani przywiązany do swojej narodowości. By nie powiedzieć, że jest miałki, nijaki i nie przeszkadza mu, gdy każdy dzień jego życia - jest dniem świstaka. Ba! Nie przeszkadzałoby mu nawet, gdyby każdy dzień jego życia był dniem... świra. Spytasz takiego Dacza zwyczajnego, co sądzi o byciu Daczem to ci odpowie, że to tylko paszport. Że on czuje się Daczem, bo ma daczowski paszport, gdyby miał chiński, czułby się Chińczykiem. Logiczne, nie? Możesz porozmawiać z nim na takie tematy typu, co zjadł, o której dziś wstał, kto go wkurzył w pracy i dlaczego szef nie docenia jego talentu i wyjątkowości (bo ich nie posiada?). Taki Dacz to raczej nie ma szczególnych zainteresowań ani wiedzy, ani nawet inteligencji, ani odrobiny poczucia humoru, co nadrabia zazwyczaj gadając przez długieeee godziny o dupie Maryni. Robi też wszystko, by cięgle być w centrum uwagi. Taki Dacz owszem - jest chodzącą kulką kompleksów. Kompleksów, które albo zajada, albo zapija, albo jedno i drugie. Dacz zwyczajny to przede wszystkim zwyczajny człowiek, który rodzi się, pracuje, a w między czasie coś zje, pośpi, popije, może pokopuluje z żoną / mężem, a potem kładąc się do trumny myśli - co ja zrobiłem ze swoim życiem? A odpowiedź będzie smutna i przeraźliwa, niczym jego martwa źrenica - NIC. Tak, taki Dacz też istnieje. Tak, tu w Holandii, choć czasem może się nieco kamuflować. Może próbować nieco swoje życie ubarwiać. Upiększać. Czasem, a nawet bardzo często taki Dacz zwyczajny chciałby być niezwyczajnym, ale natury się nie oszuka. Zatem Dacz zwyczajny pozostanie zwyczajnym. Tak zwyczajnym, że aż nudnym. Że aż bezbarwnym. Niemalże bez charakteru. Aż ciężko scharakteryzować mi go tutaj. Czy spotkałam takiego Dacza? No o przykładzie tego typu raczej nie wypada mi tu pisać, bo nigdy nie wiem, kto to może przeczytać i wziąć te słowa do siebie, a Dacz zwyczajny to ma zadatek na seryjnego mordercę i psychopatę ;)

CDN... wkrótce!

środa, 21 stycznia 2015

Holenderski Dzień Dziadków

Widzicie Kochani, tak to się złożyło, że mamy teraz sezon zimowy, sezon grypowy, wirusy grasują, bakterie atakują, a tu człowiek pojechał sobie na zimowe wakacje, pojechał sobie elegancko pośmigać na nartach, pooddychać górskim powietrzem, wypocząć, no i co? No i musi w łóżku leżeć, wyciskać z siebie pod kołderką siódme poty, wysmarkać rolkę papieru toaletowego i pić jakieś świństwo, by jak najszybciej wyzdrowieć i coś mieć z tych wakacji. Więc dosyć już tego! Dosyć już użalania się na sobą, dosyć już smarkania! Koniec! W ramach próby nagłego ozdrowienia trzeba wziąć się więc do roboty i spróbować coś napisać. To na pewno mi pomoże! Co prawda będzie dziś krótko, aczkolwiek treściwie. No bo Kochani, mamy dziś wyjątkowe święto - Dzień Babci. Już obie moje babcie usłyszały ode mnie najlepsze życzenia, już zostały obdzwonione. I choć moje serce jest dziś z nimi, to moje myśli są też przy jeszcze innej osobie. Jeszcze jednej babci. Choć Dnia Babci i Dziadka w Holandii jakoś szczególnie się nie obchodzi, a raczej - nie obchodzi się go wcale, to dziś myślę też (a może i przede wszystkim) o babci swojego lubego. Kobiecie wyjątkowej. Pięknej, eleganckiej i zawsze nastawionej pozytywnie do życia. Kobiecie, która zmarła w sierpniu zeszłego roku...

W Holandii zatem babcie oraz dziadkowie nie pójdą w dzień swojego święta (w tym roku Opa en Oma Dag wypada 4 czerwca) do przedszkola na specjalny performance swoich wnuków. Nie dostaną od nich laurki. Nikt im nie zaśpiewa piosenki, nikt im nie wyrecytuje wierszyka, co jednak nie znaczy, że o babci i dziadku tu się nie pamięta. Holendrzy trzymają się razem. Rodzina jest dla nich jedną z ważniejszych wartości. Jest święta. Tu starszych ludzi traktuje się z szacunkiem. W Holandii bardzo często to właśnie babcia zajmuje się dzieckiem do południa, albo dwa razy w tygodniu, jeśli mama pracuje tutejszym zwyczajem na pół etatu. Jeśli będziecie kiedyś mieć okazję być w małej holenderskiej wsi Odoorn znajdującej się w prowincji Drenthe, znajdziecie tam pięknym pomnik przedstawiający babcię z wnuczką. Ten pomnik przypomina mi taki stary wierszyk, który recytowałam dawno dawno temu na Dzień Babci w przedszkolu:

Dlaczego kochamy babcię?
Bo często przyjeżdża do nas,
bo przynosi nam pestki z dyni i winogrona.
Bo bierze nas na kolana albo na ptysie.
I nigdy nie dręczy nas pytaniami:
- dlaczego bazgrzemy w zeszycie,
- dlaczego drzemy spodnie,
- czemu jesteśmy tacy nieznośni albo zanadto spokojni
- dlaczego gubimy guziki, piórniki oraz czapki,
- dlaczego nie jemy szpinaku,
- dlaczego psujemy zabawki?...
Babcia nie pyta nas o to.
I za to, że taka jest właśnie, uśmiechamy się do niej
- najweselej, najjaśniej.

Choć w Holandii Dzień Babci oraz Dziadka praktycznie nie istnieje, doskonale pamiętam, jaki luby miał stosunek do swojej jedynej babci, seniorki rodu, która tak nagle odeszła latem zeszłego roku. Jaką miłością ją obdarzał, jakim otaczał ją szacunkiem i opieką. Zresztą tak, jak cała jego rodzina. Wszyscy, co do jednego. Jakby w Holandii Dzień Babci i Dziadka był obchodzony codziennie. Ja zapamiętam babcię lubego za jej zawsze ciepłe słowa, za jej miłe komplementy. Zawsze skomplementowała moją sukienkę, to że pięknie wyglądam. Mówiła: Mooi Renata! Prachtig! I starała się też mówić do mnie po angielsku, choć wiem, z jakim trudem jej to przychodziło, bo ostatnie kilkanaście lat swojego życia spędziła praktycznie w łóżku po tym, jak po udarze prawa strona jej ciała była sparaliżowana... Nie miała więc łatwego życia - a mimo to nigdy nie narzekała. Nigdy nie robiła z siebie ofiary. Nie użalała się nad sobą. A i cała jej rodzina wspierała ją nigdy nie traktując, jak ciężko chorej. Jak ciężaru. Kiedyś babcia lubego, holenderskim zwyczajem, wysłała mi kartkę na urodziny i choć do dzisiaj nie mogę odczytać tego, co mi na niej napisała, to ta kartka leży na honorowym miejscu na półce. Pamiętała o mnie. Tak jak ja pamiętam o niej dzisiaj... Pamiętam też jej lakier do paznokci. Mimo choroby zawsze dbała o sobie, miała pięknie pomalowane paznokcie i idealnie ułożone włosy... To po niej dostałam maszynę do szycia... Pamiętam też nasze ostatnie spotkanie, kiedy była już bardzo zmęczona, a mimo to miała jeszcze siłę pożartować.... Ach... Kochani, miało być krótko i krótko zatem będzie, może też i nieco patetycznie (czy to przez gorączkę? no ja nie wiem...), ale czy to macie babcie polskie, czy to holenderskie, czy cokolwiek tu wstawicie, to śpieszcie się je kochać, bo wbrew naszej nadziei, nie będą one żyć wiecznie. I nie bójmy się im okazać naszej miłości i nie zapomnijmy złożyć im dziś życzeń! No najlepiej osobiście, najlepiej z bukietem kwiatów i ich ulubioną czekoladą - ale jak to mówią - to pamięć się przede wszystkim liczy! No i jutro nie zapomnijcie też o innym ważnym święcie - o Dniu Dziadka, toch? ;) A i choć w Holandii Dzień Dziadków praktycznie nie istnieje, to ja dziś na pewno będę myśleć i pamiętać o pewnej szczególnej, wyjątkowej i holenderskiej babci - o babci mojego lubego...

niedziela, 11 stycznia 2015

Co robić, co zobaczyć i gdzie zjeść w Maastricht?

Oj, doprawdy jest co robić w Maastricht! Począwszy od niezapomnianego Sylwestra, kulinarnych rozkoszy dla ciała i kulturalnej uczty dla ducha, poprzez podziwianie architektury, przyrody, krajobrazu oraz chłonięcie magicznej atmosfery tego miasta - Holandia w obiektywie - Maastricht, aż po mocniejsze drinki i zakup książek w... kościele! Tak! To wszystko i jeszcze więcej można właśnie przeżyć/zobaczyć/zasmakować w Maastricht! Kochani, jeśli planujecie więc wybrać się tam w bliższym lub w dalszym czasie, może akurat ten poniższy mini-subiektywny-przewodnik po tym niesamowitym mieście przyda Wam się. Na przykład na jakiś weekend. Na przykład, drodzy Panowie, jeśli szukacie pomysłu na niezapomniane Walentynki. Bo tak się właśnie składa, że 14 lutego wypada w tym roku w sobotę :) Może więc na rozgrzewkę i na pobudzenie Waszego apetytu kilka wskazówek odnośnie tego, co robić, gdzie zjeść i co warto zobaczyć w Maastricht. Kto wie? A nuż ten post będzie dla Was taką małą inspiracją do zaplanowania walentynkowej niespodzianki dla Waszej drugiej połowy? Kto wie? Może również jak i ja, zakochacie się w tym przepięknym mieście :)

Mam wrażenie, że w Maastricht jest nawet więcej sklepów, niż w Amsterdamie! Jednak tym razem to nie ja się tam obkupiłam, ale... luby! Cóż, widocznie dobry ze mnie personal shopper ;) Jednak moją szczególną uwagę przykuł tam niewielki sklepik 't Winkelke Jo-Pie przy Bredestraat 29, który był jak żywcem wyjęty z książek oraz filmów o Harrym Potterze! W tym sklepie można kupić wszystko! Naprawdę wszystko! Od krzeseł, zabawek, obrazów, rzeźb, butów narciarskich począwszy, poprzez lustra, torebki, sukienki, bransoletki, szklanki, zegary, wypchane zwierzęta (!), po instrumenty muzyczne, lampy, świeczniki i czajniki! Oczywiście wszystko to z drugiej ręki. Nie nazwałabym tego ani antykwariatem, ani second handem, ani nawet vintage shopem. Co to jest więc za sklep? To po prostu prawdziwy miszmasz z równie oryginalnym i osobliwym właścicielem. To miejsce, które trzeba samemu poczuć i zobaczyć!


Jeśli chodzi o jedzenie w Maastricht, to polecam Wam dwie niesamowite restauracje. Il y a przy Koestraat 7 oraz Café Sjiek przy Sint Pieterstraat 13. Szczerze mówiąc, w Café Sjiek byliśmy na obiedzie z lubym dwa razy (!), co nam się nigdy nie zdarza, bo tak smaczne mają jedzenie. Co prawda, jeśli przyjdzie się tam o 18.00 trzeba poczekać na stolik około godziny, nawet czasem półtorej, bo w Café Sjiek nie można zrobić rezerwacji, a ruch tam jest naprawdę ogromny. Drugi raz, jak byliśmy z lubym w Café Sjiek zaraz po 17.00, zaraz po otwarciu, to zaledwie w ciągu 15 minut zajęte były już wszystkie stoliki! Jednak uwierzcie mi Kochani, naprawdę, warto czekać tam i trzy godzin. Dawno nie byłam w tak dobrej restauracji i dawno nie jadłam tak wybornego mięsa - sarniny, podanej z gruszką w winie (mniam!). W Il y a zaś miałam przyjemność zjeść najlepsze w życiu risotto! Jednym słowem, jeśli ktoś jest na diecie, to niech ją sobie odpuści w Maastricht. Tu objadanie się nie jest absolutnie grzechem, ale bramą do kulinarnego nieba :) A i cenowo dwa obiady w Maastricht wypadają jak jeden w Amsterdamie! Nic, tylko poluźnić pasek i zamówić sobie jeszcze deser!

Il y a
Café Sjiek

Jeśli zaś macie ochotę pójść po kolacji na orzeźwiającego drinka, to polecam hotelowy bar w Kruisherenhotel przy Kruisherengang 19, który znajdziecie w dawnym... kościele! My z lubym duchowo postanowiliśmy właśnie tam wznieść noworoczny toast :) Wierzę, że tak celebrowany 1 stycznia jest najlepszym początkiem Nowego Roku!


Jednak w Maastricht, w kościele, nie tylko możecie wypić drinka, zjeść obiad czy spędzić tam noc, ale możecie także w jednym z tutejszych starych kościołów kupić książki! Ponoć Selexyz Dominicanen jest najpiękniejszą księgarnią na świecie, a przynajmniej według The Guardian. Została ona otwarta w 2006 roku w XIII-wiecznym Kościele Dominikanów. Spójrzcie na poniższe zdjęcia i sami oceńcie, czy rzeczywiście jest to najpiękniejsza księgarnia. Według mnie - TAK! Jakże inaczej, z lubym zakupiliśmy tam kilka książek do naszej domowej biblioteki. Możecie również wypić tam przepyszną kawę i zjeść coś słodkiego. Księgarnię Selexyz Dominicanen znajdziecie przy Dominikanerkerkstraat 1.


A jeśli już o kawie mowa, to najlepsze cappuccino na świecie serwuje Grand café Maastricht Soiron mieszczące się w budynku Museum aan het Vrijthof przy Vrijthof 18. Muzeum samo w sobie nie jest może najciekawsze, jednak akceptuje wspomniane kiedyś tu museumkaart: 8 pomysłów na prezenty świąteczne dla Holendrów, stąd można sobie pozwolić na "szybkie" zwiedzanie, jeśli tematyka nie jest dla nas zbyt interesująca :) Co jednak naprawdę zachwyciło mnie w tym muzeum to krótka animacja, w której obrazy największych klasycznych mistrzów "ożywają". Dodać do tego niesamowitą muzykę i już wiem, czym się inspirowali twórcy czołówki serialu Pozostawieni (The Leftovers). Jeśli macie museumkaart to tylko dla tej animacji (i dla cappuccino oczywiście) wybierzcie się tam.


I à propos muzeów. Naprawdę świetnie bawiliśmy się z lubym w Natuurhistorisch Museum Maastricht, które mieści się przy De Bosquetplein 7 i do którego również weszliśmy dzięki museumkaart. Krótka lekcja jakże dłuuuugiej historii świata zmusza do nieco smutnej refleksji, że nasze życie jest tak krótkie i tak nieznaczące w porównaniu do milionów lat, które liczy Ziemia... W muzeum znajdziecie również szczątki dinozaura, który został niedawno odkryty w pobliskiej kopalni w Maastricht, a o której będzie za chwilę. Jednak mi chyba najbardziej spodobały się tam... drzwi wejściowe!


Kopalnia, a raczej jaskinie, to obowiązkowy punkt wycieczki do Maastricht! Sint-Pietersberg to niewielkie wzgórze (171 m n.p.n.), ale oczywiście w Holandii nazywane jest górą, skrywa w sobie jaskinie i kopalnię piaskowca. Grotten Sint-Pietersberg łącznie liczy 200 km (!), a naprawdę mieści się na stosunkowo niedużej przestrzeni. To istny labirynt, stąd na wycieczkę do tych jaskini polecam Wam się wybrać z przewodnikiem, a nawet chyba nie ma innej opcji. Za to opcją jest wybór - czy jaskinie chcecie zwiedzać pieszo, czy... na rowerze! Warto też wiedzieć, że historia tych jaskiń sięga czasów rzymskich (!), piaskowiec wydobywany tam został użyty przy budowie Westerkerk w Amsterdamie, a szczątki dinozaura znajdujące się w Natuurhistorisch Museum Maastricht, to nie jedyne, które znaleziono w tym rejonie. Kilka wieków temu odkryto tam szczątki innego dinozaura, znacznie większego, ale tak się jakoś złożyło, że znajdują się one teraz we Francji. Jak to zażartował nasz przewodnik, poszły za kilka skrzynek wina ;) Cóż, Dacz potrafi! A wycieczka do jaskiń (kopalni?) jest naprawdę niezapomnianym przeżyciem! Jednak więcej historii o jaskiniach, również tych związanych z I oraz II wojną światową, opowie Wam przewodnik. Nie będę Wam tu przecież zdradzać wszystkiego ;)

Informacje, jak tam dotrzeć oraz bilety znajdziecie tu: Maastricht Underground.


Jeśli macie auto (my akurat wynajęliśmy z lubym w Maastricht samochód z systemu Greenwheels) to na koniec polecam Wam zrobić sobie małą wycieczkę i zobaczyć Drielandenpunt Vaals, w którym stykają się trzy kraje: Belgia, Holandia oraz Niemcy. Znajdująca się tam Vaalserberg to góra licząca 322,5 m n.p.m., dzięki czemu nie tylko znajdziecie się tam na styku trzech państw, ale i także w najwyższym punkcie w Holandii. Dla porównania nasze Rysy - najwyżej położony punkt Polski, leżą na wysokości 2499 m n.p.m.. Vaalserberg może zatem niezbyt imponuje swoją wysokością, ale trzeba przyznać, że po płaskim krajobrazie Holandii, robi nawet całkiem spore wrażenie :) No i po raz pierwszy można zobaczyć Daczlandię z góry. A to wszystko niecałe pół godziny jazdy samochodem od Maastricht!


Czy już Kochani zakochaliście się tak, jak ja, w Maastricht? Nie? No to może faktycznie zakochacie się w tym mieście na... Walentynki? ;) Ja w każdym razie polecam Wam wybrać się tam na weekendową wycieczkę niezależnie od okazji!

wtorek, 6 stycznia 2015

Holandia w obiektywie - Maastricht

Kochani! Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! Szczęśliwości! Wspaniałości! Cudowności! Wasze postanowienia noworoczne są już spisane? I NIEpostanowienia też? Wydaczone i niewydaczone NIEpostanowienia noworoczne. Rok 2014 podsumowany? Wasze wydaczenie postępuje? Jeszcze bardziej wydaczona... A Sylwester był udany? 3xTAK? To znaczy, że czas ruszyć dalej, czas na zmiany. Albo z drugiej strony - nadszedł wreszcie czas, by cieszyć się z tego, co mamy. Aby nic nie zmieniać. Zachować status quo. Wiecie, że nigdy wcześniej nie znałam takiego amerykańskiego powiedzenia: Kiedy człowiek robi plany, bóg się śmieje? A w tym roku słyszałam to zdanie już trzy razy w różnych okolicznościach! A mamy dopiero 6 stycznia! Jakiś znak czy co? W każdy razie, naszym planem z lubym było spędzenie kilku dni, i w tym Sylwestra, w Maastricht. Podróż ta, jakoś nieszczególnie zaplanowana, całkiem spontaniczna, okazała się jedną z naszych najlepszych wycieczek. Na luzie, bardzo relaksująca i bardzo ładująca akumulatory. Klimat, atmosfera, tamtejsi ludzie, jedzenie, architektura na długooooo pozostaną w mojej pamięci. Jestem oczarowana, a raczej zaczarowana tym miastem, jego urokiem. Stąd na początku tego roku chcę się podzielić z Wami Maastricht widzianym moimi oczami. A raczej - moim obiektywem. W pierwszy post 2015 roku zabieram Was w podróż po tym magicznym mieście, którą podzielę na dwie części, co by Was nie zaatakować na raz milionem zdjęć. W pierwszej części, tu poniżej, możecie zobaczyć przypadkowe kadry, zdjęcia miejsc, które zwróciły w Maastricht moją szczególn uwagę. Dlaczego? Są po prostu piękne. Wyjątkowe. Magiczne. To taki holenderski wonderland. W drugiej części z kolei chcę Wam pokazać to, co według mnie warto zobaczyć w Maastricht, gdzie można dobrze zjeść albo gdzie pójść na drinka czy kawę. Ale to w drugiej części. Teraz, dziś, biorę Was w podróż do Krainy Czarów :)