niedziela, 22 lutego 2015

Co z tą Polską? Vol. 3

Słyszałaś o Durczoku? Słyszałam, słyszałam. On ten biały proszek zostawił w tym mieszkaniu na Mokotowie i seks taśmę z koniem. On z koniem? Serio? Nie. Tam ponoć jakaś dziewczyna z koniem, no wiesz, ten tego... Wniosek mój z tego był mianowicie taki. Może ten biały proszek to wcale nie były narkotyki, ale cukier dla konia? Tak, moi Kochani, tym dziś żyje Polska. Cała. Oto jej największy problem - seks skandal z Durczokiem, białym proszkiem i koniem w roli głównej. A koń w tym wszystkim to najbiedniejszy, bo cóż on winien całej tej afery? Cóż zawinił? Naród żąda więc kary dla Durczoka, sprawiedliwości! Wkracza policja do mieszkania na Mokotowie, wkracza PIP do TVN-u. Jest ostro! Naród wydaje wyrok - Kamil D. w telewizji to teraz co najwyżej może czyścić upierd*lony stół. I co tam oskarżenia o mobbing i molestowanie w pracy koleżanek! Koń i biały proszek - oto jest wydanie wiadomości, którymi żyje gawiedź. A ja sobie tak myślę, że dopóki komuś się czegoś nie udowodni, nie wykaże się przeciwko takiemu denatowi niezbitych dowodów i listy świadków po nazwisku, to "dziennikarskim śledztwem" nie można tego nazwać. A "Wprost" to zamiast bawić się w tabloid, niech lepiej napisze prawdę, która to dziennikarka była na tyle odważna, by mówić o molestowaniu w pracy, a na tyle nie-śmiała, by podać jakieś nazwisko. Choćby swoje. Bo tak to można prawie każdego zniszczyć i zmieszać z błotem w tym bagnie zwanym show-biznesem. Jak widać bardziej to show, niż biznes. Co by nie było, ja tak naprawdę nigdy nie przepadałam za Durczokiem. Coś ma takiego w twarzy i w tej swojej manierze w głosie, że mnie denerwuje...

To pierwsza sprawa w tym odcinku. Druga tyczy się rynku pracy. Oto, jakie ostatnio ogłoszenie znalazłam w Internecie:

Firma XYV (bogata i z wiadomych względów nie wymieniona z nazwy) SZUKA: Kreatywnej osoby, która ma wspaniałe pomysły i otwarty umysł oraz zechciałaby nam pomóc stworzyć koncept Ogólnopolskiej Kampanii (brzmi dobrze, nie?). W ZAMIAN: Możliwość wpisania ciekawego projektu do CV (!!!), możliwość poznania ciekawych ludzi oraz przy okazji gwarantujemy szum medialny Emotikon smile (choć po przeczytaniu tego ogłoszenia, jakoś nie było mi do śmiechu).


A potem jakiś znajomy wrzuca na Fejsa taki to oto obrazek z Demotywatorów...


I znów zaczynam sobie myśleć, co z tą Polską, do cholery? Bo z tymi karetkami to robi nam się tu już trzecia sprawa, o której nawet nie chce mi się pisać. Naprawdę. Tylko się wkurzę, a to i tak nic nie zmieni. Nic! Bo cholera w tym kraju nic się nie zmienia, albo te zmiany idą powoli. Zbyt wolno, by je zauważyć. No, może w takiej Warszawie jest inaczej, ale Polska to przecież nie tylko Warszawa, toch? Wiecie, jak pisałam ten post: Co z tą Polską? Vol. 1, to on nie miał wcale Vol. 1 w tytule. Nie planowałam robić żadnego cyklu. To samo się stało. Znów pojechałam do Polski jakoś przed świętami i po przyjeździe znów dzieliłam się z Wami swoimi nowymi refleksjami: Co z tą Polską? Vol. 2. I mimo, że ta, już trzecia część, nie powstała tym razem po mojej wizycie w ojczyźnie, to jakoś jest najbardziej dla mnie smutna. 

A wszystko przez pewien list, który niedawno dostałam od jednej z Czytelniczek...

Hej! Natknęłam się na Twojego świetnego bloga, gdy szukałam informacji o życiu i pracy w Holandii. Myślę o wyprowadzce, bo już w Polsce nie daję rady. Mieszkam w średniej wielkości mieście. Skończyłam studia (nie jakąś filozofię) i od dwóch lat nie mogę znaleźć pracy. Banał niby. No jest. Nigdy nie byłam zbyt ambitna, ani przebojowa, nie mam talentu w żadnej dziedzinie, więc nie muszę mieć super pracy w biurze, robić kariery i zarabiać coraz więcej zer na koncie. Nie potrzebuję wiele. Chcę normalnie żyć, żeby opłacić swoje mieszkanie (mieszkam teraz z mamą i bratem, który studiuje), kupić czasem sobie jakieś ciuchy, kosmetyki, wyjść do kina, na obiad do restauracji. Pojechać na wakacje. No i oczywistym jest też wyżywienie. Ale nie mogę znaleźć żadnej pracy, a rozmowy o pracę, na które chodzę, kończą się ofertą góra 2 000 złotych. I nawet takiej pracy nie dostaję, bo 100 osób wysyła CV, które mają już doświadczenie, więc nie mam z nimi szans. A nawet jak dostanę pracę i powiedzmy te 1 800 złotych, to od mamy i tak się nie wyprowadzę, bo wszystko z mojej wypłaty pójdzie na mieszkanie i wyżywienia. Na nic więcej nie będzie mnie stać. I teraz chcę się Ciebie zapytać, czy będąc w Holandii na przykład kelnerką wystarczy mi na normalne życie?

Czytałam ten list i jakby mi ktoś w mordę dał, za przeproszeniem. Takie to smutne. Ale wiem też, że z drugiej strony, ktoś może sobie pomyśleć, że laska jest taką trochę "pipą wołową" (za przeproszeniem), bo wiele ludzi po studiach jakoś pracę znajduje i sobie całkiem dobrze daje radę bez wsparcia rodziców, pleców i innych znajomości. No dobrze, ale jak ona sama przyznała, nie jest ani zbyt przebojowa, ani ambitna, więc wystarczy jej normalna, godna (!) praca. I co właśnie dzieje się w Polsce z takimi osobami, które nie potrafią swoją przebojowością zdobywać świata? Co się z nimi dzieje? Ano powoli... gniją. Młodość i najlepsze lata produktywności przecieka im przez palce, jak sraczka. Życie im ucieka, gdzieś przechodzi obok. Godna praca to taka, która powinna właśnie pozwolić ludziom (nie tylko młodym) opłacić mieszkanie, wyżywienie, rozrywkę, nową kieckę i buty od czasu do czasu, a nie być pieprzoną jałmużną, która stawia młodego człowieka przed wyborem - albo dalej będę mieszkać z mamą i kupię sobie coś od czasu do czasu, do kina pójdę i do restauracji, albo będę mieszkać sama i nie stać mnie będzie absolutnie na nic. No może co najwyżej na - jedzenie. Taki wybór Polska daje swoim młodym obywatelom? Serio?! SERIO?! A inna kwestia jest taka, że czasem nawet młodzi ludzie nie mają i takiego wyboru. Siedzą w domu i coraz bardziej się frustrują wysyłając kolejne CV. Coraz bardziej się wkurwi*ją. I nic dziwnego, że zaczynają myśleć o emigracji. Po co mają zostać w kraju, który nie oferuje im absolutnie nic? Albo oferuje im pracę za możliwość wpisania ciekawego projektu do CV. To, że ktoś nie jest przebojowy czy utalentowany w jakieś dziedzinie, to nie znaczy, że jest gorszy i zasługuje na życie, które przypomina wegetację. To nie musi być praca marzeń, ale niech choć pozwoli żyć, by coś z tego życia mieć. Czy dla takich osób naprawdę istnieje tylko praca za 800 złotych i mieszkanie z matką do usranej śmierci? Albo... wyjście za mąż i rodzenie dzieci?

Opowiadając zatem na pytanie Czytelniczki z listu - tak, w Holandii, jak jesteś kelnerką, to stać cię na wszystko. Stać cię na to "godne" życie. "Godne" - w polskim znaczeniu. Bo godne życie w Holandii to też znaczy coś zupełnie innego.

wtorek, 17 lutego 2015

Possessed...

Przepraszam. Przepraszam, ale dziś wyjątkowo będzie angielskojęzyczny tytuł. Cóż, czasem trudno po prostu znaleźć właściwy, polski odpowiednik niektórych angielskich słów. A według mnie polskie tłumaczenie słowa "possessed", czyli "opętany", to kojarzy się bardziej z egzorcyzmami Emily Rose, niż z pasją, obsesją, być owładniętym przez coś/kogoś.

Było i ostatnio o dupie. Ano było. Było tu: Jestem w dupie, czyli o WSL (Wiosce Szczęśliwych Ludzi). To miała być taka refleksja przed-walentynkowa. Ano była. Teraz czas na refleksję po-walentynkową. Pisałam, że to miały być moje pierwsze takie przaśne Walentynki. Przaśne - bo to przecież nie jest tak, że chodzimy z lubym do kina czy restauracji tylko 14 lutego. To nie jest tak, że tylko 14 lutego robimy sobie niespodzianki. I to wcale nie jest tak, że tylko 14 lutego dostaje od niego kwiaty prosto do łóżka tuż po przebudzeniu. Ależ słodko-pierdząco, nie? Bo tak się właśnie zaczęła moja walentynkowa sobota. Róże obok łóżka, śniadanie gotowe na stole (luby stał w piekarni w kolejce pół godziny po mój ulubiony chleb i to w drugiej części miasta!), romantyczna muzyka gra. Jak to kiedyś powiedział Cichy w kultowych "Młodych Wilkach": Prymus, nie pękaj, auto pierwsza klasa, muzyczka gra, zaraz jakieś laski skołujemy, to zacznie ci się podobać. Robercik, no co tam? Podaruj sobie odrobinę luksusu. I to już zaczyna nam się ładnie wpisywać w tytuł tegoż tekstu. Podaruj sobie odrobinę luksusu. Tak. Luksus to zdecydowanie jest to coś, co cię może bardzo "possess".

Walentynki same w sobie są takim świętem, w którym ludzie zachowują się, jak opętani. I to nie tylko w Polsce czy w Holandii, ale na całym globie. Walentynki to w końcu najbardziej komercyjne z komercyjnych świąt, które każe nam: A - robić sobie prezenty. B - kupować kwiaty (to dla facetów). C - kupować seksowną bieliznę (to dla nas kobitek). D - pójść do restauracji. E - pójść do kina (niekoniecznie na film). F - jak fucking (pardon mój English), no bo w końcu musi być walentynkowy bzyk, toch? A luby postanowił zrobić mi też małą niespodziankę, zanim nastąpiła ta oficjalna część pod 'tytułem kolacja, restauracja i "50 odcieni różu" w kinie'. Postanowił zrobić mi niespodziankę i wziął mnie do... burdelu. 

Tak, dobrze przeczytaliście. Luby w Walentynki wziął mnie do najsłynniejszego burdelu w Amsterdamie, jeśli nie w całej Europie. Choć burdelem to się oficjalnie nie nazywa. Yab Yum to w końcu Men's club. To w końcu bardzo ekskluzywny (i drogi) klub dla mężczyzn. Tyle, że w latach '80 i '90 był to najbardziej ekskluzywny burdel z butelkami szampana od kilkuset euro wzwyż. Tam bawili się Rolling Stonesi i holenderscy mafiozi. Tam spędzał wieczory słynny holenderski lord narkotykowy Klaas Bruinsma, po którego wizycie są wciąż widoczne na ścianach dziury po kulach. To właśnie tam w atmosferze kiczu aranżacji wnętrz z lat '80 i '90 (statuetka Buddy obok jacuzzi!) tworzono iluzję, że prostytucja to coś więcej, niż tylko płacenie za seks, bo dziewczyna, jeśli klient jej się nie spodobał, miała prawo mu odmówić. Subtelnie. Pieniądze przekazywano dyskretnie. Godzina z panią kosztowała tam 250 euro, z czego ona dostawała 150 euro. Ano tak. No teraz spytacie zapewne, skąd ja to wiem? Otóż Yab Yum to teraz muzeum, które znajdziecie przy Singel 295. 

Muzeum od zamknięcie w 2008 roku nie zmieniło się nic a nic. Wcale. Czas stanął tam w latach '80. W powietrzu ciągle czuć zapach papierosów i czegoś jeszcze. Uwierzcie mi, nie ma się tam ochoty niczego dotykać ani na niczym siadać. Klimat tego miejsca jest bardzo specyficzny. Nic się tam od lat nie zmieniło może poza manekinami, które teraz mają uruchomić wyobraźnię zwiedzających i dać jej pełne pole do popisu, co tam się działo... Zresztą, popatrzcie na zdjęcia poniżej. Kochani naprawdę polecam Wam zobaczyć to miejsce, nawet mimo tego, że bilety wstępu są dość drogie, bo 15 euro od osoby i nie można tam wejść na Museumkaart. Nasz przewodnik to niegdyś pracujący tam przez długie lata host, który odpowiedział nam na nasze wszystkie pytania i który sam w sobie jest bardzo osobliwą postacią doskonale uzupełniającą atmosferę tego miejsca. Starszy pan patrzy się takim wzrokiem, że ma się dziwne wrażenie, że werbuje ciebie tam do pracy. Jak sobie przypomnę - to aż mam ciarki. Serio. Aczkolwiek odpowiadał na każde z moich bardzo wścibskich pytań. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak jedna jego odpowiedź. Na pytanie, czy któryś z klientów poślubił pracującą tam dziewczynę, odpowiedział: Znasz Quote 500? No znam. To lista magazynu 'Quote' z 500 najbogatszymi Holendrami. No, to przynajmniej trzech gentlemanów z tej listy ożeniło się z naszymi dziewczynami. No gdzieś trzeba poznać kobietę, prawda? Ano trzeba, a że akurat w burdelu? No życie. Z kolei na pytanie, czy klub będzie kiedyś znów otwarty, starszy pan odpowiedział: No mam nadzieję! Zapraszam was wtedy na trójkąt, bo wszystkiego trzeba w życiu spróbować, prawda? Luby się niby uśmiechnął, a ja miałam nadzieję, że on nie miał na myśli - siebie... No tak: Podaruj sobie odrobinę luksusu, jak to powiedział Cichy w "Młodych Wilkach". Tyle tylko, że każdy ten luksus rozumie inaczej.

Po części kulturalno-muzealnej nastąpiła kolacja i restauracja. A potem kino i "50 twarzy Greya". No i Kochani, dupy mi wcale nie ścisnęło z żalu, że zapłaciłam za bilety. Gdyby ten film wrzucić w kategorię komedia erotyczna to nie byłoby w tym ani odrobiny przesady. Ani krzty. Dawno nie uśmiałam się tak na żadnym filmie. Nawet na tych, co mają wpisane w swój gatunek słowo "komedia". Całe kino się śmiało, bo można było odnieść takie wrażenie, że ten film sam w sobie jest swoją parodią. Było śmiesznie i było też miejscami erotycznie. Przyznaję. Dwie sceny wbiły mnie w fotel i nikt się na nich jakoś nie śmiał śmiać. Ba! Były cholernie erotyczne. Bardzo zmysłowe. I obie miały akurat w tle (rewelacyjne!) piosenki Beyoncé. Źle więc nie było. Było śmiesznie i było erotycznie, więc jak dla mnie okey. A i w kinie naszła mnie właśnie ot taka refleksja i jedno słowo szumiało mi w uszach - "possessed". Bo czy nie jest tak, że dlatego ta książka i film robią taką furorę, cieszą się tak ogromną popularnością na całym świecie, bo ludzie mają potrzebę bycia opętanym przez coś/kogoś? Ludzie, a w tym konkretnym wypadku kobiety, bo przecież do nich jest głównie adresowany ten film oraz ta książka, chcą być "possessed" przez seks, faceta, pieniądze, rządzę, doznania. Odpowiednie wstawić. Czy nie jest tak, że to jest coś, czego każdy czasami pragnie w życiu? Każdy chce tego doświadczyć? Choć raz? Raz zatracić się tak całkowicie, do utraty tchu, żeby postradać zmysły, żeby odlecieć daleko stąd. W nicość. Każdy czasem ma tak naprawdę ochotę stracić kontrolę i dać ponieść się czemuś, co ma moc zagrażającą obsesji. Być choć raz possessed.

Każdy, bo w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy zwierzętami. Panowie w Yab Yam byli opętani przez seks, władzę czy pieniądze (bo płacić za butelkę szampana 1 000 euro to już lekka przesada), stąd wracali tam po więcej. Ba! Brali sobie za żony pracujące tam prostytutki. Czy byli przez nie "possessed"? No ja to tak sobie tłumaczę, bo głową to raczej nie myśleli. A kobiety? Widać po ilościach sprzedanych egzemplarzy "50 shades of Grey" i ilościach sprzedanych biletów na film, że nie pozostajemy w tyle za mężczyznami, jeśli chodzi o seks i obsesji z nim związanych. Kobiety też chcą szaleństwa, też chcą dać ponieść się fantazji. Kręci je taka komnata tortur seksualnych, choć może już niekoniecznie z posągiem Buddy stojącym obok jacuzzi, jak to w Yab Yum. Do kina na "50 twarzy Greya", które nota bene było pełne w ostatnią walentynkową sobotę, przyszło dużo dziewczyn ze swoimi przyjaciółkami. Widać było po ich twarzach, że intensywnie przeżywały każdą scenę. Każdą scenę erotyczną. A luby? Luby śmiał się. Głośno. Ale kiedy spytałam go później o postać żeńską graną przez Dakotę Johnson, to powiedział, że ta dziewczyna była bardzo erotyczna. Bardzo zmysłowa. I, czym mnie naprawdę zaskoczył, dodał, że to bardzo seksowne (!) tak przygryzać wargę. Serio? Bo mnie z kolei Jamie Dornan w roli Greya wydał się tak bardzo płaski i aseksowny, już Jaś Fasola wzbudza we mnie większe pożądanie... Luby książki oczywiście nie czytał. Film podobał mu się średnio, bo jak stwierdził - strasznie babski. I to prawda. To typ "possessed" dla kobiet. U niego z kolei takie emocje wywołał "Wielki Gatsby", że nie mógł tego filmu długo zapomnieć. Historia tajemniczego faceta dorabiającego się fortuny od zera do milionera, opętanego przez miłość, pieniądze i imprezy (w tej kolejności), bardziej go jednak kręciła... Wychodzi więc z tego prosty, bardzo romantyczny i jakże walentynkowy wniosek - każda kobieta chce być czasem dziw*ą, a każdy facet milionerem. Nie mam tu na myśli, że każda kobieta marzy, żeby ktoś płacił jej za seks. Oj nie! Nie o to chodzi! Chodzi mi o pewien "szczególny" sposób traktowania w trakcie seksu. Taki właśnie possessed... Że ktoś opętał cię całkowicie. Posiadł cię fizycznie i mentalnie. Pochłonął cię doszczętnie. Wręcz wchłonął. I to tyczy się zarówno pań, jak i panów. Zarówno Daczy, jak i nie-Daczy. Seks i kasa - one zawsze rządziły (i kręciły) tym światem. Jakiś przykład? Hmm... Jeden, a za to wielki. Walentynki!

Zdjęcia z Yab Yum!

środa, 11 lutego 2015

Holenderskie słoiki

Ręka do góry, kto choć raz nie przywiózł ze sobą z Polski jakiegoś jedzonka w słoiku? Ciężko mi w tym momencie jest pisać, gdy tak jedną rękę trzymam w górze. Dobra, może nie tyle, co przywożę jedzenie w słoikach, ile w pojemnikach Tupperware, ale powiedzmy sobie szczerze - to tylko taka troszkę bardziej fensi wersja słoika. I targam tak ze sobą po każdej wizycie u moich rodziców tych kilka pojemników. Wielkanoc. Moja mama. A może weźmiesz ciasto? Tylko na drogę. Tylko do samolotu. Biorę. A. I kabanosy Ci kupiłam. Twoje ulubione. Drobiowe. Tylko kilo, bo wiem, że masz małą torbę. Biorę. I tej kiełbasy dla lubego też weź. Mówiłaś, że to mięso w Holandii nie jest dobre. Że chemiczne. Że z hormonami. Weź trochę. Biorę. Dwa kilo. A i babcia dała ci wódeczkę. Swoją. Domowej roboty. Ta słodka, co lubisz. Ano lubię. Biorę. Znów, co prawda nie w słoiku, ale w starej butelce po Żytniej. Szklanej, co by nie było. Półlitrowej.

Tulipany złociste w półlitrówce po czystej... (To nie były tulipany)

Luby patrzy na mnie, jak pakuję walizkę, którą ledwo mogę zamknąć i śmieje się ze mnie. Śmieje się z naszej polskiej słoikowej tradycji. Kochana jest twoja mama, ale kto to to będzie jadł? A potem, jak pytam, gdzie kabanosy, to okazuje się, że zostały zjedzone. Przez... celników. I w ten sposób zostaje mi tylko babcina wódeczka. Słodka, ale uwierzcie mi - potrafi kopać. Tak, moi drodzy, przyznaję to oficjalnie. Jestem słoikiem. Ja się tego nie wstydzę. Co prawda dość wybrednym (bo zazwyczaj biorę tylko to, co lubię), ale zawsze. Słoik ze mnie taki, że czasem zamrażam te pojemniki Tupperware z mamusinym jedzeniem, a potem w ramach nostalgii za domem konsumuję ich zawartość szybciej, niż nakazuje holenderska przyzwoitość. Zresztą, jak mogłabym odmówić przywożenia tych wspaniałości, jeśli moja mama tyle dni nastała się przy garach po to, by na mój przyjazd ugotować to, co lubię? I co lubi luby? Serce bym jej złamała.

A ja nie lubię łamać serca swojej mamy, więc słoiki pakuję do torby...

I podobnie mam z lubym. Że serca łamać mu nie lubię. Tak, to ciągle o słoikach. A raczej - o "złym słoiku". Wiecie, co u nas stoi na stole w kuchni? W centralnym miejscu? "Angry jar", co tłumacząc dosłownie z angielskiego znaczy "wkurzony słoik". Słoik ma funkcję katalizatora. Jest cholernie ważny. Jak mi się zechce przelać swoją polską żółć na lubego, słoik musi zostać nakarmiony. Przeprosinami. Przykład. Luby pyta. Kochanie, gdzie moje spodnie? Ja. W szafie. On. Ale w szafie ich nie ma. Ja już wkurzona. Są, bo je tam wkładałam. On. No nie ma. Ja. Już zła. Już na babskim fochu. Już z żółcią w gardle. Jak to nie ma? Sprawdź dobrze! Mam ci palcem pokazać? On. Słodko. Jeśli możesz? Idę wkurzona. Rzucam coś w stylu, że nie jestem jego matką/służącą/wróżką i organizatorką jego garderoby. Oczywiście okazuje się, że tych spodni w szafie nie ma. Są w praniu. Wrzuciłam je tam kilka dni temu. I słoik trzeba nakarmić. Napisać kartkę z przeprosinami, wyrazami miłości i oddania dla lubego. Dodać jakiś miły komplement dla zniwelowania tego wcześniejszego ataku żółci. Oto mój sposób na walkę ze złością. Polską żółcią. Babskim fochem.

Słoik pełni więc w naszej miłości bardzo ważną funkcję. Jest katalizatorem. Mojej złości.

I złoszczę się mniej, to fakt. Nikt nie chce patrzeć codziennie na słoik wypełniony po brzegi przeprosinami, bo tak się jakoś składa, że nie można kontrolować swojej złości i wkurza się o byle pierdołę... A nie wiem, czy to takie kobiece, polskie czy też moje, że czasem denerwuję się o rzeczy naprawdę nieistotne. Naprawdę błahe... Odkąd jest jednak słoik okazuje się, że można to kontrolować. Można się mniej złościć, mniej foszyć, mniej spluwać żółcią (żółć - to w końcu najbardziej polskie słowo, bo składające się tylko z samych polskich liter...). Nikt mi więc nie powie, że słoik jest nieważny. Słoik to symbol. I dla mnie ma on znaczenie dwojakie. Raz - jest takim symbolem nostalgii za domem. Dwa - pracy nad sobą i kompromisów w związku. A i nawet trzecie znaczenie dorzucę - słoik to w końcu też nie tylko symbol.

Słoik to styl życia. Życia z daleka od domu, co nie oznacza - odciętym od korzeni...

niedziela, 8 lutego 2015

Konkurs na Blog Roku - podsumowanie!

Kochani! Kolejny etap konkursu na Blog Roku zakończony! Tekst o butach lubego ostatecznie zakończył swoją podróż na miejscu 118 (na 520 tekstów zgłoszonych do Konkursu). Wydaczeni zaś w kategorii "Lifestyle" doszli do 30 pozycji (na 301 zgłoszonych blogów). Do kolejnego etapu przechdzi 10 blogów z najwyższą ilością głosów. Zatem Wydaczeni kończą już swoją przygodę związaną z tym konkursem. Podsumowując więc - tak dobrych wyników to, pisząc szczerze, sama się nie spodziewałam, tym bardziej, że blog ma tematykę raczej niszową (bo o dupie przecież nie jest, toch?), ani nie można było głosować z zagranicznych numerów, a tylko z numerów polskich operatorów. Poza tym wybuchł przy okazji konkursu pewien skandal, że blogerzy kupują głosy na Allegro tudzież u innych firm oferujących tak ową usługę. Czy to prawda - nie wiem! Ale - cóż zrobić? Oszuści zawsze byli, są i będą. Na to nie ma rady. Na ten ból dupy nie ma żadnej maści. Ja i tak czuję się zwyciężczynią tego konkursu, jak to już tu pisałam. Czuję się zwyciężczynią, bo mam tak oddanych Czytelników! Bez żadnych tam krętactw i kupowania smsów blog doszedł przecież do 30 pozycji! I to mimo, iż wielu z Was - moich Czytelników, a także moich znajomych oraz przyjaciół żałowało, że głosu oddać nie może, bo nie ma już polskich numerów. Kochani, nie ma jeszcze wyników, jaka dokładnie liczba głosów została oddana na Wydaczonych, ale jakakolwiek ona by nie była, na pewno choć minimalnie pomoże dzieciakom z Fundacji Dzieci Niczyje. I tu możecie poczuć się usatysfakcjonowani - że tym jednym smsem już zrobiliście w tym roku choć jeden dobry (charytatywny) uczynek. Jeden sms - a tak wiele czasem może pomóc!

Czy za rok spróbuję? Jasne! Choć nie wiem jeszcze - czy czasem nie z innym blogiem... Wydaczeni w maju kończą dwa lata. Dwa lata! Mam wrażenie, że jest taki poziom, w którym już bardziej nie da się wydaczyć i wtedy trzeba iść dalej, by tematu nie przeciągać w nieskończoność. I chodzi mi to po głowie teraz - że powoli, powoli nachodzi czas, by spróbować czegoś nowego. Nie mówię, że dziś, że teraz, ale kto wie? Za kilka miesięcy... może. Mam nadzieję, że wówczas ciągle będziecie chcieli być ze mną i dalej czytać moje wpisy. Jedno obiecuję - będą trzymać wysoki poziom!

Jeszcze raz pięknie dziękuję za Wasze wsparcie, Wasze głosy i Wasze smsy! Jesteście po prostu - NAJLEPSI!

piątek, 6 lutego 2015

Jestem w dupie, czyli o WSL (Wiosce Szczęśliwych Ludzi)

Tak w dupie. Dobrze przeczytaliście. Dupa. Słowo, które mój nauczyciel języka polskiego z liceum zawsze powtarzał, że wulgaryzmem nie jest, ale normalną częścią ciała. Co prawda czasem usraną, zasraną, by nie powiedzieć brzydko - upieprzoną gównem (gówno to też normalne słowo), ale naszą. Bo dupa, jakby nie było - jest naszym nieodłącznym elementem. Piszę dupa, bo wiem, że dupa się sprzedaje. Dosłownie i w przenośni. Ba! Jasne, że to wiem - napisałam dawno temu książkę, w której słowo dupa przewija się z jakieś 100 razy. Co prawda książka bestsellerem nie jest, ale całkiem znośnie (jak na Polskę i bez promocji) się sprzedała. Dupa w końcu na to sobie przecież zapracowała. Za darmo tam się raczej nie pojawiła w swoich pięćdziesięciu odcieniach... gówna. Dupa była, jest i będzie. Wszędzie.

Jestem w dupie. Bo tak. Bo powiedzieć "jestem w kropce" to już w polskiej blogosferze nie wypada. To już passé. To, jakby powiedziała moja kochana babcia - dupy nie urywa. Dupa rządzi. Koniec. Kropka. Basta. Czy to dobrze, czy źle, że królują teraz blogi o seksie, związkach, facetach, kobietach, pierdołach, anty-związkach, feministkach, pseudo-feministkach, anty-feministkach, nowych-starych Carrie Bradshaw (choć teraz głosem pokolenia jest przecież serial "Girls", a nastolatki nawet nie wiedzą, co to jest "Seks w wielkim mieście"), nowych tworach w stylu "Pokolenia Ikea", no i co najważniejsze - o dupach? Nie wiem, czy to dobrze. Sex sells - sama powinnam rzucić w siebie kamień, jeśli mam coś przeciwko. Jak kiedyś byłam młoda i jeszcze mi się chciało, to czytałam książki o poprawnym pisaniu. Tak. Wiem. Głupia byłam. Wiem. Ale jedno zdanie zapamiętałam z tych książek do dzisiaj. Nikt nie chce czytać o Wiosce Szczęśliwych Ludzi. W sumie to tak naprawdę było o filmach i o pisaniu scenariuszy, ale pasuje tu, jak ulał. Pasuje, jak pięść do mordy. To co? Jest wystarczająco ostro? W klimacie może nie soft porno, ale takim, do którego tutaj na pewno nie jesteście przyzwyczajeni? W którym nie czujecie się do końca komfortowo? Tak? To zapraszam - do kontry.

Zapraszam do Wioski Szczęśliwych Ludzi.

Nikt nie lubi szczęśliwych ludzi. Wiem. Zionę dziś ogniem. Człowiek zniesie wszystko - tylko nie szczęście drugiego człowieka. Szczęśliwi ludzie wzbudzają we mnie takie same emocje, gdy patrzę na fryzurę Donalda Trumpa. Pierwsze moje odczucie to - wtf? Potem pojawia się uczucie obrzydzenia. Aż przychodzi takie jakieś przeczucie, że coś z nim jest nie tak. Wyląduj w Wiosce Szczęśliwych Ludzi, a gwarantuję ci, że zwariujesz tam szybciej, niż normalny człowiek zamknięty w domu wariatów. Czy normalny jesteś, czy nie jesteś - prawda jest taka, że szczęście to wręcz patologia. To patologiczny stan umysłu. I teraz pojawia się pytanie - a co, jeśli ty jesteś szczęśliwy? Tak naprawdę? Serio? Tu właśnie pojawia się problem. Jesteś szczęśliwy? To jesteś w dupie, co dla niektórych ma pewnie znaczenie dosłowne...

Zapytacie, co to ma wspólnego z Wydaczonymi? Co Wam będę tu kłamać - niewiele ma to wspólnego. Tyle - co nic. W kontekście Holandii oraz życiu w tym kraju, dupa to może się przewinąć w dwóch przypadkach - prostytucji i wizyty u lekarza. A i o tym drugim dawano, dawno temu było tu na blogu... Zwyczajne piątkowe party w Amsterdamie mające coś tam wspólnego ze służbą zdrowia. Jednak jest taka historia, legenda miejska, która krąży od pokoleń w Holandii, a ma bardzo wiele wspólnego właśnie z dupą. Zaczyna się tak. Była sobie kiedyś Wioska Szczęśliwych Ludzi. Nie jedli tam mięsa, nie znali się na modzie ani na wartości pieniędzy, ani na presji pracy w korporacji, ani na mobbingu, a seks był zawsze miłą okazją do towarzyskich spotkań. Nikt nie miał ambicji, nikt nie porywał się z motyką na księżyc i mimo tego, że nikt nie używał pasty do zębów (jak to zazwyczaj w raju) - każdy do każdego ciągle się uśmiechał. Brzmi, jak sielanka? Jak Ameryka? W porównaniu z WSL (Wioską Szczęśliwych Ludzi), życie na ziemi to niemal piekło, prawda?

Wydaczeni = Wydupczeni...?

Czytajcie jednak dalej. Pewnego dnia w wiosce wybuchła epidemia dupy i wszystkich zaczęła boleć dupa. Zapytacie tu teraz pewnie zaciekawieni - no ale od czego zaczęła ich boleć ta dupa? Dupa mogła boleć tylko z jednego powodu - żal ją strasznie ściskał. W Wiosce Szczęśliwych Ludzi wybuchła więc panika. Bo kiedy jest się szczęśliwym - to niby o co spinać poślady? Nad czym się tu żalić? Do wioski wezwano szanowanego specjalistę, eksperta para-proktologa, który wydał wyrok na dupie - trzeba dać jej klapsa! I to był początek jakże pięknej i epickiej historii zwanej "50 twarzy Grey'a" - taki oto mały walentynkowy spojler! Ha! A morał z tej bajki jest taki, że od nadmiaru szczęścia - żal też może ściskać dupę. Niekoniecznie Waszą, ale cudzą. Być w Wiosce Szczęśliwych Ludzi to jak być moi Kochani w wielkiej... dupie.

Wiem, wiem. Nie takiego postu spodziewaliście się na Walentynki. Tak, tak. Miało być o kinie, kolacji i restauracji. Albo o bojkocie Walentynek w Holandii. Nie ma przecież nic pomiędzy - jeśli chodzi o Walentynki - trzeba jasno się określić - albo jest się wrogiem, albo fanem. A teraz powiem Wam wcale nie w sekrecie - ja spędzę Walentynki przaśnie w kinie oglądając "50 shades of Grey"! Tak! Tak! Już mam kupione bilety! Serio. No serio! A i pewnie będę się przy tym filmie doskonale bawić, choć może raczej nie podniecać. A jeśli po seansie będzie mnie boleć faktycznie dupa - to pewnie nie od klapsów, ale z żalu, że zapłaciłam za bilety. Żal mi ściśnie wtedy dupę strasznie - ale pieniędzy - nie zwróci. Bo i tak może być. Niemniej moja dupa niejedno w życiu widziała i niejedno przetrwała - przetrwa więc i "50 twarzy Grey'a" w kinie. Na Walentynki. Przetrwa każdą hollywoodzką sraczkę. Nawet, jeśli skończy się ona zatwardzeniem mentalnym.

Photoshop własny...
A jak my mamy z lubym? W sumie to przecież piszę tu o nim raczej w samych superlatywach. Nieeee... my z lubym to nigdy nie byliśmy słodko-pierdzącą parą ani nie ujeżdżaliśmy w miłosnym amoku jednorożców (bez podtekstów proszę). Zresztą - takie rzeczy prawie nigdy z Daczem. Prawie, bo znam jeden irytujący wyjątek od tej reguły. Jednak, co jest w sumie prawdą - tkwimy czasem (no dobra, częściej niż czasem) w takiej naszej małej, prywatnej, sielankowej Wiosce Szczęśliwych Ludzi. Wiem, wiem. Obrzydliwość. Rzygacie tęczą. Rzygacie może nawet i lubym. Wiem. Wiem. Ludzie nie lubią czytać o Wiosce Szczęśliwych Ludzi. Ani jej oglądać. To co napisać w Walentynki, w orędziu do Czytelników, jeśli wszystko jest okej w związku, a człowiek jest szczęśliwy? Trzeba więc napisać o dupie. Tak. I tak też się właśnie stało. Dziś, tutaj, na kilka dni przed Walentynkami, dupie stało się zadość i pojawiła się w tym poście ponad 30 razy...

wtorek, 3 lutego 2015

10 typów Daczy (część 2)

10 typów Daczy... Ano tak. W Pierwszej części poznaliście już piątkę z nich -  pana Dacza luzaka (gatunek na wyginięciu), Dacza snoba (buraka), artystę (rzemieślnika), Dacza extreme (z kawałów i ze stereotypów) oraz Dacza zwyczajnego (psychopatę?). Dziś pora więc na kolejną porcję (stero)typów w naszej galerii daczowskich osobowości!

Dacz bankier/prawnik
Bogaty, obyty, często przystojny i wysportowany, dobrze wyedukowany, jednak w przeciwieństwie do Dacza snoba, niekoniecznie urodzony w arystokratycznej rodzinie. Dacz bankier/prawnik ciężko na swoje pieniądze pracuje. 18 godzin w biurze to dla niego żaden problem. Praca w weekend? Ależ oczywiście, bardzo chętnie! Ten typ Dacza rozpoznasz po drogim garniturze, bardzo drogich, zawsze wypastowanych na błysk butach i dłuższych włosach zażelowanych do tytułu. Jeśli pogoda dopisuje, z teczką trzymaną w ręce i w gajerku, jedzie tak do pracy na swoim rowerze. Dacz bankier/prawnik w przeciwieństwie do Dacza snoba, który zazwyczaj jest panem po 50-tce, ma coś koło 30-kilku lat, dobrze zbudowane ciało (siłownia no i oczywiście surfing), nigdy nie wyłącza ani nie ścisza telefonu komórkowego, jeśli ma już żonę, to jeszcze nie myśli o dzieciach, a jeśli ma już dzieci i żonę, to już myśli o rozwodzie - bo ten typ Dacza nade wszystko kocha wolność własną i swobodę. Choć - w przeciwieństwie do Dacza luzaka, swoją wolność widzi nieco inaczej, niż Sex, Drugs And Rock N' Roll, bowiem jego motto życiowo to Work hard - play hard! Jeśli już się bawi - to na maksa. Jak to śpiewał Eric Clapton: If you wanna hang out you've got to take her out, cocaine... Wiecie o co chodzi? Everyday i'm shuffling. Dobra, koniec już tych angielskojęzycznych aluzji z piosenek. To ten typ Dacza, który w klubie zamawia butelkę najdroższego szampana albo/oraz najdroższej wódki i popija je na parkiecie z butelki. Ten typ zaczepi cię w klubie i po trzech minutach rozmowy już chce sprawdzać swoją lepką od szampana łapą, czy masz dość jędrny tyłek (mówiąc dosadnie - chce cię zmacać), gdy jego żona/narzeczona czeka w tym czasie na niego w domu. To zabawne, bo w swojej pracy, w swoim garniturze, złotym zegarku, złotych spinkach do mankietów i okularach za 1 000 euro (chociaż ma zaledwie delikatną wadę -0,5 dioptrii) jest panem Daczem bardzo poważnym, bardzo respektującym swoje koleżanki z pracy i rozwiązującym jakże trudne niuanse finansowe czy tam zawiłości prawne. To tym bardziej zabawne (i dziwne) z tym macaniem obcych dziewczyn w klubach, bo jego dziewczyna/narzeczona/żona przypomina takie skrzyżowanie Lary Stone z Doutzen Kroes, czyli mówiąc krótko nie jest brzydka, a wręcz obrzydliwie urodziwa. O dziwo jednak to człowiek z poczuciem humoru, dość osobliwym co prawda i często przekraczającym granice smaku, ale naprawdę sporym. Ten typ Dacza lubi oczywiście podróżować, lubi sporty ekstremalne. Dla niego wypad na narty jest mało ekscytujący, jeśli nie jest urozmaicony na przykład wyskokiem z helikoptera prosto na stok - w Szwajcarii, w takim Verbier na przykład, gdzie lubi szusować (bo tam tanio nie jest). Nie muszę pewnie dodawać, że jego narciarki sprzęt i outfit kosztuje tyle, co średnia roczna pensja w Polsce... Ale, ale, ale Dacz bankier/prawnik to człowiek, który szybko się wypala. Zawodowo i życiowo, a wtedy rzuca swoją pracę i zazwyczaj zostaje... Daczem przedsiębiorcą.


Dacz przedsiębiorca
Choć zdecydowanie bardziej pasowałoby tu angielskie słowo entrepreneur. Ten typ Dacza ma swoją firmę, którą albo rozwija już od czasów studiów, albo kiedy to w wieku 35-40 lat rzucił pracę bankiera/prawnika/rzemieślnika korporacji (patrz powyżej) i postanowił ruszyć ze swoim startupem - albo własną restauracją (z jego ulubioną kuchnią, którą odkrył w Tajlandii tudzież innym azjatyckim kraju), albo aplikacją na telefon (znajdź swojego psa/znajdź swoje klucze/znajdź swój telefon), albo czymkolwiek innym, co jest związane z branżą IT (sprzedaż t-shirtów/nowy fejsbóg/nietypowy portal randkowy/modowy). Typ Dacza przedsiębiorcy, który już od studiów sam sobie jest szefem, to typ niezmordowany. Jest maszyną mogącą pracować 22 godziny na dobę 7 dni w tygodniu (2 godziny na sen wystarczą, no chyba, że musi sobie uprasować koszulę, no to wtedy śpi 1 godzinę i 45 minut). Ten typ Dacza odnajduje największą satysfakcję w budowaniu swojego imperium. Pieniądze owszem, są dla niego ważne, ale są generalnie "tylko" miłym "efektem ubocznym" jego ciężkiej pracy. Najważniejszy jest rozwój jego "dziecka", czyli jego firmy, która rosnąc sprawia, że i rośnie nasz Dacz. A zwłaszcza rośnie jego ego. Owszem, ten Dacz ubiera się elegancko - ale garnitur przywdziewa zazwyczaj tylko na ważne spotkania biznesowe i wesela. Lubi styl casual, a że nie jest typem, który traci czas na shopping, zazwyczaj robi zakupy w sklepach internetowych. Jest na tyle pragmatyczny, że kupuje ten sam sweter, te same spodnie, w dwóch różnych rozmiarach, a potem odsyła te rzeczy, które albo są na niego za duże, albo za małe. Dacz przedsiębiorca już od studiów lubi podróżować (na wypasie), stąd ten typ będzie miał na pewno całkiem pokaźny dług studencki, który jednak dzięki swojej zaradności i rzecz jasna swojej firmie, dość szybko spłaci. U kobiet bardziej niż urodę, ceni inteligencję i wyrozumiałość. Tak, wyrozumiałość, bo nie każda kobieta lubi żyć u boku pracoholika. Co jeszcze cechuje ten typ? To człowiek, który niczego nie robi na pół gwizdka. Jeśli już znajdzie czas na wyjście do restauracji, to idzie do takiej, która ma co najmniej jedną gwiazdkę Michelina. Nie wyjdzie z pracy, póki nie skończy tego, co zaplanował sobie na dzisiaj. Tak, jak już się zapewne domyślacie, ten typ Dacza wręcz czci agendę, wręcz ją kocha, ale to też dlatego, że w ciągu dnia ma milion spotkań i milion telefonów, które musi wykonać, a których żaden normalny człowiek nie byłby w stanie spamiętać. Żaden człowiek, który nie ma sekretarki, a więc pozostaje mu tylko agenda. Wypalony Dacz bankier/prawnik, który został Daczem przedsiębiorcą pracuje nawet więcej, niż jako bankier czy prawnik, ale tu pracuje z tym wyjątkiem, że teraz mu się chce i to się chce bardzo - bo w końcu pracuje na siebie. I jest też wreszcie szczęśliwy oraz spełniony, bo w pewnym wieku w Holandii, jeśli nie zostaje się prezesem czy choćby wiceprezesem, to nie wypada być już dłużej yuppiszonem i robić dla kogoś. A wtedy nie pozostaje nic więcej właśnie, jak tylko pójść na swoje. Zarówno znam typ Dacza przedsiębiorcy, jak i Dacza bankiera/prawnika, ale przykładów z własnego życia pozwólcie, że nie będę tu podawać. Wielu z nich to znajomi lubego - a luby czasem, jak nie ma co robić - czyta Wydaczonych. Co prawda przez Google Translate, no ale zawsze. Nie ma więc co wszczynać domowej wojny ;)

Dacz podróżnik/mieszany
To typ, który spędził dużo czasu za granicą, albo studiując, albo pracując, albo podróżując, albo wszystko na raz. Dacz podróżnik ma więc bardzo otwarty umysł i szeroki światopogląd. Wie, że Polska to nie tylko komuna, wódka i pan Zbyszek - budowlaniec z wąsem, ale też Kraków, Wrocław, Gdańsk, Warszawa, piękne kobiety, dobre jedzenie (bo jeszcze nie tak bardzo nafaszerowane chemią i hormonami), tatar, zakąski i przekąski, piękne krajobrazy, morze, góry i cydr. Wie, że ludzie na tym świecie to nie tylko Holendrzy, którzy piją Heinekena i jedzą "mięsne kulki" (bitterballen). Różnica między Daczem podróżnikiem, a Daczem mieszanym jest tylko taka, że rodzic lub rodzice tego drugiego nie są pełnokrwistymi Daczami, ale emigrantami, którzy przyjechali do Holandii, kiedy nasz Dacz mieszany był jeszcze dzieckiem (może i nawet niemowlęciem), dzięki czemu nie został on wychowany w duchu typowej daczowskiej tradycji. Ten typ mówi biegle w co najmniej dwóch językach - języku kraju, z którego pochodzą jego rodzice/rodzic i oczywiście mówi biegle po holendersku. Ma dziadków za granicą, do których jeździł jako dziecko w każde wakacje. Jest dumny ze swoich korzeni i jeśli jego matka na przykład była Polką - to ciągnie go do Polek (ba!). Dacz mieszany jest bardzo podobny do Dacza podróżnika, niejedno widział w życiu, niejedno słyszał, stąd wie, że świat to nie tylko sery, rowery i wiatraki, a i nie trzyma się tylko swojej holenderskiej hermetycznej grupy znajomych. Dacz mieszany może mieć też często inny wygląd, inny kolor skóry - zależy to oczywiście od kraju, z którego pochodzą jego rodzice. Może wyznawać inną religię (wtedy rzeczywiście może tkwić w hermetycznym środowisku swoich rodaków z Bliskiego Wschodu...), może mieć też nieco inne poglądy, priorytety i wartości, niż reszta Daczy, które przejął od swoich rodziców. Daczy podróżników/mieszanych znam tu naprawdę sporo (bo i sporo ich tu jest) choćby powinniście pamiętać jednego z nich - Jasara, z tej oto historii: No to sem jadę do Zwollywood na daczowskie weselicho.... Są to ludzie, którzy może i są Holendrami (nie mam tu na myśli tylko paszportu), ale są to Holendrzy dość nietypowi. Ten typ Dacza jest zawsze bardzo miły, otwarty i wyrozumiały zwłaszcza dla... obcych, przyjezdnych, emigrantów podobnych do jego rodziców albo niegdyś do nich samych (w końcu sam przestudiował/przepracował trochę czasu za granicą). To ludzie, którzy nie patrzą na innych przez pryzmat stereotypów i uprzedzeń. Pamiętają historie swoich rodziców o ich początkach w Holandii, o tym, jak było im ciężko. Pamiętają doskonale, jak im nie zawsze emigracja była usłana tulipanami... Dacz podróżnik/mieszany to będzie pierwsza znana ci osoba w Holandii, która bardzo chętnie będzie chciała ci tu pomóc zaadaptować się. Swoim holenderskim zwyczajem będzie miał dla ciebie całą masę rad i porad na temat tego, jak tu żyć i co robić, by się zacnie oraz dobrze wydaczyć, a przy tym nie stracić do końca swojej narodowej tożsamości. Warto tych porad uważnie wysłuchać i się do nich zastosować, zwłaszcza jeśli zaczynacie swoje życie w Holandii od zera. Od nowa. Dacz podróżnik/mieszany doskonale bowiem wie, jak to jest być odmieńcem, kiedy na drugie śniadanie do szkoły zamiast kanapek przynosił musakę, pierogi albo kebab, a inne dzieci się z niego śmiały. Bo zwyczajnie - był inny. Stąd zawsze ma w sobie dużo empatii. Poza tym ten typ, jak żaden inny z Daczy, doskonale odnajduje się w nowym środowisku. Wie, jak się w nim błyskawicznie zaadoptować. Jest to taki typ, który po prostu - lubi się od razu.

Dacz altruista
Od dziecka marzy o tym, by pomagać ludziom, zbawiać świat, ratować chorych i nawracać zbłądzone dusze. Dacz altruista to Dacz idealista. To niby człowiek bez skazy, chociaż nie próbujcie go (nigdy!) wkurzyć. Swoje się naoglądał w życiu, stąd łatwo i szybko można go wyprowadzić z równowagi. Widział głód w Afryce, bezdomne dzieci po tsunami w Tajlandii, widział nawet upadek wież Word Trade Center, co prawda w telewizji, ale wywarło to na nim wrażenie wręcz traumatyczne, po którym rozważał zaciągnięcie się do armii. To typ Dacza, który rzuca studia, albo zostawia pracę, żonę, dzieci i jedzie pomagać przy budowaniu nowej wioski w Afryce. Jak gdzieś na świecie będzie trzęsienie ziemi - on dzień później będzie bohaterem, który wygrzebuje ludzi spod gruzów. Jak gdzieś będzie katastrofa - on kupuje bilet. Jedzie - i ratuje. Mimo, że ciągle jest w akcji, ciągle w oku cyklonu, Dacz altruista jest człowiekiem bardzo zadbanym. Dobrze się odżywia, ćwiczy, pracuje nad swoim ciałem, śledzi trendy w modzie, chodzi regularnie do fryzjera i tylko czasem, jak musi, zapuszcza brodę. Dacz altruista dba także, jakżeby inaczej, o swój rozwój duchowy. Gdy tylko wraca na łono ojczyzny, na łono cywilizacji, nadrabia zaległości w kinie, teatrze i w filharmonii (w tej kolejności), czyta książki i survivalowe blogi. Pytacie, z czego żyje? Żyje albo dzięki wsparciu swoich mecenasów - państwa, sponsorów czy własnych rodziców, albo dzięki normalnej pracy, do której czasem wraca. Dacz altruista może pracować wszędzie - na poczcie, w urzędzie, w domu opieki społecznej (tu najchętniej) - bo Dacz altruista to też zwykły człowiek, który jeść musi. Kolejna jego cecha rozpoznawcza - to znajomość języków. Opanował kilka do perfekcji, bo jeśli ma już pomagać za granicą, to jakoś musi się przecież z potrzebującymi porozumieć. Dacz altruista jednak w końcu chce założyć rodzinę albo utrzymać ją przy życiu, wtedy wraca z Afryki, ze smutkiem, ale i z przekonaniem, że zrobił coś ważnego w życiu. I z jakichkolwiek pobudek to robił, z jakichkolwiek powodów zostawiał wszystko i leciał innym na ratunek - miał w tym rację. Robił coś bardzo, bardzo ważnego dla świata - pokazał, że Dacz nie tylko potrafi, ale że i ma dobre serce :)

Dacz cwaniak (w skrajnych przypadkach gangster)
Pamiętacie taki post: Kto łączy Polskę z Holandią? Część druga i jak już w tradycji, zarazem ostatnia? Była tam mowa o takim jednym holenderskim biznesmenie zwanym Arno van Dorst. No. I to jest właśnie przedstawiciel naszego ostatniego typu Dacza. To tak w wielkim skrócie typ, który wyjeżdżą za granicę i tam się dobrze ustawia. Wzbogaca. By nie powiedzieć, że tam kombinuje raz na prawo, raz na lewo. A nawet - mataczy. Van Dorst w końcu nawet załapał się na skandal u samej góry, w świecie polityki i ustaw - w końcu był on drugoplanową (jeśli nie pierwszoplanową) postacią w dramacie/komedii zwaną "Aferą hazardową". Jednak - co by nie było - oczywiście był niewinny. Tak, ten typ Dacza zawsze jest niewinny, zawsze niesłusznie oskarżony, pomówiony przez zazdrosnych nikczemników. Tak, ten typ doskonale wie, jak się załapać do koryta, jak się z niego porządnie uraczyć. Zawsze spada na cztery łapy, no ale w końcu - zawsze jest niewinny, prawda? Dacze to przecież taki pragmatyczny naród, a do tego doskonale znają się na biznesie i handlu, czemu więc, jeśli nie w swoim kraju, to nie wykorzystać tych swoich przedsiębiorczych zdolności za granicą? W Europie Wschodniej najlepiej albo w Bangladeszu. Dacz cwaniak to typ człowieka, któremu na pewno nie można odmówić inteligencji i talentu do zjednywania sobie (odpowiednich) ludzi. To typ oratorów, którzy potrafią swoimi słowami zamydlić wszystkim nie tylko oczy, ale i uszy. Dacz cwaniak to człowiek w drogim garniturze najlepszej możliwej klasy z "made in China" (kupionym na wyprzedaży 80%), sportowym aucie (wypożyczonym) i pięknym domu (wynajętym). A i nie zapominajmy również o jego atrakcyjnej partnerce - równie hojnie i szczodrze obdarzonej urodą, co... opłaconej. To człowiek, który sprawia pozory takiego, co nosi milion euro w kieszeni. W gotówce. Czasem Dacz cwaniak daje się ponieść nie tyle fantazji i wyobraźni, ile swojej pazerności i wtedy wstępuje na ścieżkę zła, zepsucia i zbrodni. Para się gangsterką. No zostaje gangsterem. Czy takim gangsterem, jak znany tu już Wam zapewne Willem Holleeder? Tego to nie wiem. Jednak wiem jedno - jak Dacz chce zostać cwaniakiem, to nie ma cwaniaka nad niego. Sprytem to przechytrzy wszystkich - nawet samego siebie, nawet prawo i sprawiedliwość, nawet i sąd (ostateczny)...

A teraz prawda i podsumowanie - nie bierzcie tych typów tak do końca na serio, tak do końca do siebie. Ten post jest pewnego rodzaju uogólnieniem, ponieważ to są typy stereotypów, a prawda jest taka, że ile ludzi - tyle charakterów. Ile ludzi - tyle indywiduum. Jednak jeden wniosek może Wam się tu nasunąć - każdy z tych typów łączy jedno - każdy z nich ma w szafie odświętny garnitur, a w lodówce butelkę Heinekena. Prawda to, czy znów kolejne... uogólnienie? ;)