wtorek, 24 marca 2015

Stuff Dacz people DON'T like, część 2!

Oj, no wiem! No dobrze! Od ostatniej części to już jakieś sto lat minęło, ale słowo się rzekło, choć ciałem się nie stało i nadeszła dziś pora, nadeszła wiekopomna chwila, na część drugą tego i o tym, czego Dacze nie lubią. A Ci, co jakoś nie kojarzą pierwszej części, odsyłam tutaj: Stuff Dacz people DON'T like, część 1!

11. Sąsiadów
Ach tak. Ale kto właściwie lubi swoich sąsiadów? Czy tych zza ściany, czy tych zza miedzy? Skądś to się w końcu przecież wzięło, że Holendrzy lubią najbardziej kawały o Niemcach i Belgach. Również antypatią Dacze często darzą swoich sąsiadów z bloku. A za to, że są za głośni, a za to, że ich dzieci ciągle płaczą, a za to, że trzaskają drzwiami i tak dalej. Na przykład nasz sąsiad z dołu ciągle narzeka, że nasz pies szczeka 24/h, co nijak ma się z prawdą, ale cóż zrobić, że sąsiad przewrażliwiony? Ale gdy my z Lubym raz zwróciliśmy mu uwagę, że na schodach śmierdzi strasznie marihuaną (tak, nasz sąsiad lat 54 lubi sobie czasem popalać w domu, a właściwie to codziennie...), to my wyszliśmy na terrorystów. Że o co nam chodzi? Takie to też na przykład mieliśmy przygody z naszym sąsiadem, które również nawiązują do poniższego punktu: Policja, broń, haracz i sąsiad spłukujący trawę w kiblu, czyli jakże spokojny środowy wieczór.

12. Broni
W Holandii są bardzo zaostrzone przepisy dotyczące posiadania broni. I dobrze w sumie, jeśli popatrzymy na to, co dzieje się na przykład w takich Stanach Zjednoczonych (a przynajmniej w niektórych stanach w USA), gdzie przepisy dotyczące jej posiadania są bardzooo liberalne. Tu w Holandii, nawet jeśli uda ci się dostać pozwolenie, to taką broń musisz trzymać w specjalnym sejfie, a policja ma prawo w każdej chwili złożyć ci wizytę w domu, by skontrolować, czy broń jest właściwie przechowywana, to znaczy w sejfie i nienaładowana. Każda broń jest tu zarejestrowana (o mafii to akurat nie mówię) i kiedy na przykład kończysz przygodę z myślistwem, musisz zwrócić swoją broń na policji.

13. Krytyki
Zagadka - co Dacze lubią perorować w kierunku innych, ale czego nie potrafią przyjmować? Aj, aj. Tak. Krytyki. Choć może Dacze nie nazywają tego krytyką, ale szczerością. Gdy sami jednak spróbują swojego lekarstwa, z trudem przełykają jego gorycz. Gdy taki Dacz powie ci coś nieprzyjemnego, on chce tak naprawdę dobrze. Bo jest wobec ciebie uczciwy. Szczery. A to, że możesz poczuć się źle przez jego słowa, to znaczy, że nie masz dystansu. Że nie radzisz sobie z ich szczerością. Kiedy ty jednak powiesz w ich stronę coś niekoniecznie pochlebnego, to Dacze od razu zaczynają się pienić. Że ty to wcale nie jesteś szczery, a chamski! Taki niedobry! Że to nie jest twoje zwrócenie uwagi, ale krytyka! Oj tak. Dla Dacza szczerość to poważna sprawa, ale idąca tylko w jednym kierunku. W tym sensie, że Dacz to jest zawsze szczery, ale jeśli ktoś jest szczery wobec niego (w tym sensie, że powie coś niezbyt przyjemnego), to zazwyczaj odbiera to jako... krytykę. A Dacz krytyki nie lubi... Oj, on jej dobrze nie znosi...


14. Jedzenia obiadu przed 19.00
Pewnie nigdy się do tego nie przyzwyczaję, bo czemu ładować w swój żołądek największy posiłek w ciągu dnia o godzinie 19.00, 20.00, a nawet 21.00? I nie chodzi tu tylko o weekendy. Tak mają Dacze, że w pracy to przekąszą jakąś sałatkę, a wieczorem to trzeba się najeść. Tak akurat - tak na dobranoc. Znajomy Lubego przeprowadził się do Paryża i do czego nie mógł się przyzwyczaić to, że obiad tam przypada na holenderski lunch. Czyli koło 14.00-15.00 Francuzi jedzą swój najobfitszy posiłek, a wieczorem, koło 19.00 jedzą małą kolację, no taki właśnie holenderski lunch. Znajomy Lubego nie mógł się przyzwyczaić, ale wyjścia nie miał i jadł tak tym francuskim zwyczajem, a po pół roku, bez żadnego wysiłku, schudł "Biedak" 8 kilogramów... Tęsknię za czasami, kiedy w Polsce obiad to się jadło w trakcie pracy, a wieczorem to co najwyżej jakąś kanapeczkę czy jogurcik na kolację. A w Holandii słowo "kolacja" raczej nie istnieje... Miej faceta Dacza, przeprowadź się dla niego do Holandii i spróbuj tu nie przytyć jedząc ich zwyczajem obiadów o późnej porze. Mission: Impossible! Chyba, że siłownia będzie się kłaniać pięć razy w tygodniu, w myśl zasady wpierw masa, a potem rzeźba ;)

15. Śmieci na ulicy
Zresztą, kto je lubi? Śmieci, psie kupy, ptasie kupy, pety, nieużywane i stare rowery... A tych w Amsterdamie toż ci pełno. Dacze też ciągle narzekają w Amsterdamie na brak podziemnych kontenerów. I trudno im się dziwić. Śmieci wystawia tu się dwa razy w tygodniu i z ulicy zbiera je śmieciarka. Jednak ona przyjeżdża w różnych godzinach. I gdy tak jest lato, upał (na szczęście w Holandii taka pogoda nie zdarza się często) ptaki podlatują do tych śmieci, rozdziobują worki i wtedy na ulicach robi się prawdziwy bałagan... Syf. Sodoma i Gomora. Nic więc dziwnego, że Holendrzy nie znoszą tego systemu i nie cierpią śmieci na swoich ulicach. Co gorsza, tutejsi śmieciarze w swoim zwyczaju dość często strajkują... A wtedy, w takie okresy ich strajków, Amsterdam przypomina post-apokaliptyczne miasto nie tyleż już, co kanałów, ile ścieków...

16. Kolejek
Dacze nienawidzą kolejek! Jak zdarzy wam się kiedyś na przykład stać w kasie, gdzie można płacić tylko kartą, a wy macie tylko gotówkę, to gdyby spojrzenie Daczy mogło zabijać, to byście już dawno zginęli. Anulowanie przez kasjerkę waszych zakupów wydłuży czas stania w kolejce Daczy za wami o może maksymalnie dwie minuty, ale to dla Holendra jest wręcz niewybaczalna strata czasu. Jednego więc jestem pewna - w komunistycznej Polsce żaden Dacz długo by nie przeżył, a stojąc w takiej długiej kolejce, w jakiej stali nasi rodzice za pralką czy za odkurzaczem, wcale nie ocieplałyby się i zaciskały ludzkie relacje, ale dochodziłoby nieustannie do rękoczynów! Gdyby w Holandii zapanowałby komunizm, to w kolejkach dokonałaby się zapewne naturalna selekcja narodu...

17. Łamania reguł
Och, o tym było już tu milion razy. Ba! Miliard! Jedynym wyjątkiem potwierdzającym ową regułę jest jazda na rowerze. Dacze traktują jazdę na rowerze jako sport wyczynowy i jako dowód swojej zajebistości (tak, uważam, że to słowo pasuje tu doskonale i nawet nie szukam zamiennika). Zajebistości. Tak. Dacz wtedy pędzi na rowerze nigdy nie patrząc na to, kto ma pierwszeństwo. W swojej zajebistości to Dacz ma zawsze pierwszeństwo. A zwłaszcza... Daczka. Czerwone światło? A co tam! Dacz jedzie. To ty masz czekać, aż on/ona przejedzie... A tak poza rowerem, to Dacze sztywno i mocno przestrzegają zasad. Wszystkich. Raz kiedyś jakaś Daczka zła wypomniała mi, że podczas jakiegoś biegu w Vondelparku wychyliłam się za plastikową taśmę chcąc zrobić zdjęcie. Toż to zbrodnia była z mojej strony! A Daczka taśmę potraktowała bardzo serio. Taśma ważna sprawa. I taśmy trzymać się trzeba. Jak i innych reguł, zasad, praw i paragrafów 22...

18. Rozmów o seksie
Jakby seks to było tu jakieś tabu. Nawet żartować o seksie nie wypada. Holandia i owszem, może jest liberalna, ale czasem mam wrażenie, że seks rzeczywiście sprowadzono tu do roli małżeńskiego obowiązku i do roli turystycznej atrakcji: Jaki stosunek mają Holendrzy do seksu, a jaki do...

19. Rozmawiać o pieniądzach i je... pożyczać
Rozmawiać o pracy tak, ale o zarobkach? Nigdy! W Holandii o pieniądzach nie wypada mówić, pieniędzmi nie wypada się też chwalić (to akurat dobrze) i przede wszystkim najlepiej nie pożyczać pieniędzy od Holendra. Nigdy! Dowód? Proszę: Where is my money man? Czyli ponownie 50 eurocent of shameW końcu skądś się wzięło to powiedzenie Let's go Dutch...


20. Obcokrajowców mieszkających w Holandii i nie mówiących po holendersku
No to też już było, ale w końcu wrzucamy wszystko w jeden kocioł i do jednego worka pod tytułem "Czego to Dacze nie lubią". A jak już o tym mowa, to przecież nie może zabraknąć najważniejszego punktu! Dla Holendra to wręcz skandal, gdy mieszkasz w Holandii i nie znasz holenderskiego. O nauce tego języka to nawet już nie wspomnę! Taki Holender to da ci może rok, byś perfekcyjnie opanował język, a potem będzie patrzył się na ciebie spod byka, czemu ty jeszcze nie mówisz po daczowsku? No to ty zaczynasz mówić. Wolno i nieskładnie, bo rok to za mało, przynajmniej według ciebie, na perfekcyjne opanowanie języka. Dacz czy tam Daczka się niecierpliwi, bo przecież tak długo konstruujesz zdanie, więc w końcu mówi: No to powiedz to po angielsku! I ty mówisz. Po angielsku. Za każdy razem. I w ten sposób uczysz się języka, ale że tak powiem, biernie. Bo rozumiesz po trzech latach bez problemu, co ludzie do ciebie mówią, ale sam z mówieniem to masz już pewien problem. A raczej dużyyy problem, którego Dacze nie mogą zrozumieć. I koło się zamyka. Zatacza kwadrat. Ty, żeby mówić po daczowsku, musisz ćwiczyć. Wszędzie. A Dacze dla tych, co się uczą holenderskiego, nie mają zbyt dużej cierpliwości. A dla tych, co się nie uczą - nie mają litości ;)

Bądź tu mądry i przeżyj w tej dżungli... Ale spokojnie. Jakoś można dać radę tu przeżyć w miarę bezboleśnie ;)

czwartek, 19 marca 2015

Amsterdam - Sin City?

Jak to jest z tym Amsterdamem? Czy można czuć się bezpiecznie w tej stolicy europejskiej rozpusty? Wszak okazji do grzeszenia (i to w sumie całkiem legalnego) jest tu sporo. Prostytucja? Proszę bardzo! Marihuana? Ależ oczywiście! Twardsze narkotyki? Cóż, w końcu nie bez kozery była w Holandii taka kampania reklamowa mająca uzmysłowić nieświadomym turystom pewien niuans niuansik taki mianowicie, że kupując w Holandii kokainę mogą się przejechać (na tamten świat), bo zamiast kokainy mogą wciągnąć heroinę. Czy jakoś tak. Tak stało się właśnie w przypadku turystów z Danii oraz kilku Anglików (trzech z nich zmarło) którzy kupili białą heroinę sprzedaną im jako kokainę. A kupili ją.... u dilerów z ulicy! Miasto więc ostrzega na billboardach. Uważajcie, u kogo kupujecie! Oto dutch campaign about cocaine. Prawda jest taka, że będąc w centrum Amsterdamu o twarde narkotyki wcale nie jest tak trudno. Sama kiedyś byłam na imprezie w jednym z hoteli koło Amsterdam Centraal, wyszłam na chwilę na papierosa (taki ze mnie to imprezowy palacz, cóż zrobić?) i stojąc przed hotelem mijający mnie Afro-Dacz spytał cicho, niby dyskretnie: cocaine?

No thanks!

W życiu! Nawet gdybym miała kiedyś tak szalony pomysł, by spróbować kokainy, to nie kupowałabym jej na ulicy od faceta wyglądającego jak skrzyżowanie 2 Paca z Mr. T Baracus z Drużyny A! Nigdy! Tak melanż i wyobraźnia (a raczej jej brak) to by mnie nigdy nie poniosły. No to mamy raz. Trzeba uważać więc w Amsterdamie na narkotyki i na dilerów z ulicy. Jednak ten problem dotyczy raczej wąskiej grupy osób. Czego więc można bać się w Amsterdamie tak na serio? Tak na poważnie? Co jest realnym zagrożeniem? No kradzieże, oczywiście i niestety. Mieszkam tu już prawie trzy lata, a w tym czasie ukradziono już mój rower, ukochanego Janka: Żółtko po, świętej pamięci, Janku, ukradziono mi z torebki w jednym z klubów portfel i telefon: Tropem kradzieży w gejowskim barze, mojej znajomej Gosi okradziono mieszkanie: Jedzenie, hipstersi, szmatki i traumatyczna historia Gosi, a i z tej ostatniej historii dowiecie się, że ukradziono nam z Lubym także silnik od łódki. Co prawda silnik był już stary i zepsuty, ale zawsze... Zawsze to boli taki gwałt na twojej prywatności. Tak więc owszem, w Amsterdamie można obawiać się (i spodziewać się) kradzieży.

W tym temacie ostrożności nigdy nie za wiele. W trakcie Koningsdag w 2014 roku okradziono też mieszkanie naszych sąsiadów: Bawimy się przednio, choć tonik się skończył, ekshibicjonista grasuje, a podli złodzieje kradną laptopy, czyli już po Dniu Króla! Przykładów więc na kradzieże w Amsterdamie jest tu niestety sporo. A co z przestępczością w Amsterdamie tak ogólnie? Czasami słyszę w holenderskim radiu, że w Amsterdamie była kolejna strzelanina w wyniku której zmarł ten a ten gangster. A to w Amsterdamie gangsterzy porwali kiedyś i przetrzymywali dla okupu Freddy'ego Heinekena: Browar, mafia i gruba kasa, czyli o porwaniu Freddy'ego Heinekena..., a to w Amsterdamie prężnie działał lord narkotykowy Klaas Bruinsma, zastrzelony zresztą przed amsterdamskim Hiltonem w 1991 roku. Obie z tych historii doczekały się ekranizacji, a historia o porwaniu Heinekena zainteresowała nawet Hollywood, czego wynikiem jest nówka sztuka film Kidnapping Freddy Heineken z Anthony Hopkins w tytułowej roli (film polecam, choć bardziej podobała mi się holenderska wersja). No. To już robi nam z Amsterdamu prawdziwe miasto grzechu, nawet pomijając prostytucję i marihuanę, mamy tu takie mroczne Sin City rodem z filmów Roberta Rodrigueza.

Zresztą... Sama byłam kiedyś świadkiem takich "dziwnych" przestępczych sytuacji...

To było dawno temu. Mieszkaliśmy wówczas z Lubym w dzielnicy de Pijp. To było niedzielne leniwe popołudnie. Idziemy na zakupy, a tu biegnie sobie facet a za nim goni kilku policjantów. Tuż obok nas ten facet zatrzymuje się zdyszany, zrezygnowany patrzy się na nas chwilę (chciał nas wziąć za zakładników czy co?), po czym... schował się pod samochodem zaparkowanym przed nami! Obserwowaliśmy zszokowani przez chwilę z Lubym, jak kilku, może nawet kilkunastu policjantów próbowało wyciągnąć tego faceta spod auta. Finału akcji nie zobaczyliśmy jednak, bo policja kazała nam się oddalić, a gdy wróciliśmy już z zakupów, nasza dzielnica znowu była cicha i spokojna, jakby nic się nie wydarzyło tych kilkadziesiąt minut temu... Druga taka sytuacja miała miejsce niedawno i to w sumie ona była inspiracją dla tegoż tekstu. Stało się to pod naszym domem, niby w jakże spokojnej dzielnicy Jordaan. Ponownie niedziela, tym razem późny wieczór. Siedzimy w salonie z Lubym i oglądamy film. Nagle słyszymy dziwny hasał. Trudny do zidentyfikowania odgłos. Wyglądamy przez okno, a tam trzech facetów kopie... rower. Zwykły rower, który z przodu ma nosidełko (czy tam siodełko) dla dziecka. Poznaję ten rower. To rower naszej sąsiadki. Matki dwójki dzieci. Czym sobie ten rower zasłużył na takie traktowanie? Cóż, nie wiem, ale finał ataku na niego był taki, że jeden z tych osiłków podniósł rower i... wrzucił go do kanału. Po co? Czemu? Też tego nie wiem, ale Luby wkurzył się strasznie i zadzwonił na policję. I tu pojawił się problem. Cała akcja przebiegała błyskawicznie, Luby otworzył okno i zaczął na nich krzyczeć, oni oczywiście się szybko rozbiegli. Ani ja, ani Luby dokładnie nie zdążyliśmy się im przyjrzeć, a policja prosiła oczywiście o ich opis. Oboje mogliśmy tylko stwierdzić, że było to trzech mężczyzn w nieokreślonym dla nas wieku ubranych w ciemne kurtki. I tyle. Taka to nauka na przyszłość, by w takich sytuacjach zapamiętać coś charakterystycznego w wyglądzie sprawcy. Policja przyjechała trzy minuty po telefonie Lubego, ale co mogli zrobić? Rower już był w kanale, a sprawców nawet, gdyby złapali, to my z Lubym raczej byśmy nie zidentyfikowali. Jednak dzwonić na policję w takich wypadkach trzeba koniecznie, bo a nuż policja będzie częściej patrolować naszą okolicę...

To też przypomina mi taki okres, kiedy na Jordaanie co najmniej raz w tygodniu ginął jakiś kot. Jakby grasował tu seryjny porywacz (morderca?) kotów... Jakoś też wtedy, w tym czasie, znalazłam dziwny liścik na moim rowerze. Nie mogłam go przeczytać, bo lał deszcz tego dnia i większość słów była rozmazana, ale na tyle, co zrozumiałam z tego liściku, to komuś nie spodobało się, jak zapięłam na moście mój rower i... przebił mi oponę! Aj! No to teraz sobie myślicie pewnie, jejku, jaki ten Amsterdam jest straszny! Jaki niebezpieczny! Spokojnie. W Amsterdamie mimo to, czuję się naprawdę bezpiecznie jak w żadnym innym mieście. Ba! Tu nawet policja eskortuje cię do domu po imprezie, jak pewnie pamiętacie z tej historii: Jak to w nieswoich skarpetkach pod eskortą policji wróciłam z imprezy o szóstej rano, czyli kolejne party w Amsterdamie mające (znowu) coś tam wspólnego z pewnym lekarzem. A i jeszcze kiedyś policjant widząc mnie wracającą boso po ulicy w szpilkach w ręce (było lato, ciepło, a ja wywijałam w tych szpilkach takie piruety na parkiecie, że nie mogłam już w nich chodzić) odprowadził mnie kawałeczek do domu...

Niosąc moje szpilki!

Jednak już na serio. Już tak na poważnie. Mimo tego, co napisałam powyżej, Amsterdam jeśli wierząc rankingom i statystykom to dziewiąte najbezpieczniejsze miasto pod względem bezpieczeństwa indywidualnego, a w ogólnym rankingu, jest to piąte najbezpieczniejsze miasto zaraz po Tokio, Singapurze, Osace i Sztokholmie! Więcej na ten temat możecie przeczytać tu. A zatem źle i tak czarno wcale tu nie jest, skoro Amsterdam jest uznawany za jedno z najbezpieczniejszych miast na świecie. Według mnie poczucie bezpieczeństwa to też sprawa bardzo indywidualna, a w moim mniemaniu, w moim odczuciu, mimo tych kilku różnych przygód, Amsterdam wcale nie jest miastem strachu, choć i owszem, jest miastem grzechu. Amsterdam - Sin City? Ależ tak! Oczywiście! Jeśli już grzeszyć - to tylko tutaj!

Full Amsterdam experience, czyli 7 grzechów głównych do zaliczenia w holenderskiej stolicy!

poniedziałek, 9 marca 2015

Holandia w obiektywie - Amsterdam z łódki!

No proszę! W Holandii zawitała wiosna. Wpadła z niezapowiedzianą wizytą w weekend i wszyscy mamy tu nadzieję, że zabawi na dłużej - a przynajmniej - do lata! A co najlepiej robić w Amsterdamie, gdy jest taka piękna pogoda na dworze? Oczywiście najlepiej wybrać się łódką w podróż po kanałach. Wiosna, szampan, truskawki oraz ukochany mężczyzna obok. Cóż potrzeba więcej kobiecie do szczęście w... Dzień Kobiet? Życie to naprawdę jest jak pudełko czekoladek ;)