środa, 20 maja 2015

Mity i stereotypy na temat Holendrów!

Oto przed Wami post numer 150! Tak Kochani, trochę się tego uzbierało przez ostatnie dwa lata. Cóż, Dacze to bardzo ciekawy naród dający jakże wieleeeee tematów do rozważań. Daczlandia to też ciekawy kraj, który równie niesamowicie inspiruje. A zwłaszcza ostatnio. A zwłaszcza - do robienia zdjęć. Post numer 150 i może to nie czas podsumowań, ale czas na zmierzenie się z tematem stereotypów. Tak. Dziś bowiem będzie o stereotypach na temat... Daczy. Które z nich obalę, a które z nich potwierdzę na podstawie własnego doświadczenia? No właśnie, aż sama jestem ciekawa! ;)

Nummer een - skąpstwo
Skądś się w końcu wzięło to powiedzenie let's go dutch, które w skrócie oznacza, że każdy płaci za siebie. Pamiętacie historię Pabla? Where is my money man? Czyli ponownie 50 eurocent of shame. A pamiętacie historię Basi? 50 (euro)cent of shame, czyli historia Basi. No właśnie. Daczowskie skąpstwo zatem wcale nie jest mitem, wcale nie jest stereotypem wyssanym z palca, ale to smutna prawda, która od pokoleń jest zakorzeniona w daczowskim narodzie. Ale... Ale właśnie, z mojego własnego doświadczenia osobiście prawie nigdy nie uświadczyłam daczowskiego skąpstwa. Prawie, bo na początku musiałam tylko przekonać Lubego do jednej kwestii - jakość jedzenia ma znaczenie, zwłaszcza tu w Holandii i nie ma co na dobrym jedzeniu skąpić. Musiałam Lubemu wytłumaczyć, że jak coś jest oznaczone logo "BIO", to nie jest to wcale żaden tam chwyt marketingowy, by podnieść cenę produktu, ale po prostu - jedzenie ze znaczkiem "BIO" to coś, co można zjeść ze smakiem i bez obawy, że jest maksymalnie naszpikowane hormonami i innymi świństwami. Mnie zawsze to dziwiło, że Dacze, którzy potrafią lekką ręką wydać na buty 400 euro, kupią najtańszego kurczaka z Alberta Heijna... Takiego utuczonego sztucznie do granic możliwości plofkipa... Nie mogę naprawdę tego pojąć. Luby za to szybko pojął, że to bez sensu oszczędzać na jedzeniu, a co więcej, mianował mnie CEO do spraw organizowania żywności w naszym domu. I żadnego problemu w tym temacie nie ma, bo Luby przecież nie sprawdza mi nigdy żadnych tam paragonów za zakupy, jak to też ponoć mają w zwyczaju co poniektórzy Dacze...

Nummer twee - tolerancja
Owszem, Holendrzy są tolerancyjni - ale wybiórczo! Gej - okej! Kolor skóry, orientacja czy płeć nie ma dla nich większego znaczenia, nie będzie świadczyć o tym, jakim człowiekiem jesteś. Jednak twoja narodowość to już zupełnie inna sprawa... Znajomy znajomej (wiem, jak to brzmi, ale poznałam osobiście i sama to widziałam) jest Turkiem mieszkającym w Holandii. Spotyka się z Daczką. Spotyka, no są parą. Ona jednak się tego wstydzi, że jest z Turkiem i mimo, że są razem chyba ponad trzy lata, mało kto z jej znajomych wie, że ona ma chłopaka! Jak się spotykają, to tylko z jego znajomymi! Smutne? No to opowiem Wam przykład z własnego podwórka. Umówiliśmy się ze znajomymi Lubego. Oni odwołali spotkanie w ostatniej chwili. Był piątek, wieczór, ładna pogoda, bierzemy więc psiaka i idziemy na spacer. I kogo spotykamy niedaleko naszego domu? Tych znajomych Lubego, co odwołali spotkanie z jeszcze innymi (też bardzo dobrymi) znajomymi Lubego. Powiem Wam, że była to sytuacja tak awkward, tak jakoś niezręczna i w ogóle przykra dla mnie oraz dla Lubego, że pewnie możecie to sobie wyobrazić... Ale rozumiem. A nie daj bóg dla mnie mieliby na tym spotkaniu mówić po angielsku. To byłby jakiś dramat. Strata czasu i energii. Holandia to taki piękny kraj propagandy i pozorów, jednak pod płaszczykiem tej Idylli uwierzcie mi, że czasem kryje się tu wiele ksenofobii...

Nummer drie - liberalizm
Kiedyś obaliłam już ten mit liberalizmu. Kobieta może mieć aborcję w Holandii bez problemu i bez tłumaczenia po co i czemu, ale o cesarce może zapomnieć. To zbyt nienaturalne. Zbyt niebezpieczne. Kto nie czytał jeszcze tego starego tekstu, to odsyłam go tutaj: Holenderski paradoks liberalizmu, czyli gdzie leży granica decydowania o własnym ciele. Ponownie, jak w przypadku tolerancji, ten liberalizm jest w Holandii nieco wybiórczy. Kolejny przykład? A i owszem, w Daczlandii jest legalna marihuana, ale sami Holendrzy raczej jej nie palą, a i obok coffee shopów przechodzą ze wstrętem, niesmakiem, a i na palaczy trawki patrzą z pogardą. Holendrzy lubią też komentować wygląd innych - i to wcale nie w pozytywnym kontekście. Jeśli ktoś się ubiera tu inaczej, ma swój styl, który jest całkiem inny niż obecnie przyjęty, niż nakazywałaby to daczowska norma, to zazwyczaj taka osoba jest obiektem drwin ze strony Daczy. Uwierzcie lub nie, ale jestem wśród znajomych Lubego jedyną osobą, która ma tatuaż, bo według Holendrów tatuaże to robią sobie kryminaliści w więzieniu... Myślenie trochę niemal ze średniowiecza, a przynajmniej za czasów moich dziadków tak się mawiało. Luby naprawdę jest bardzo tolerancyjnym człowiekiem, ale jak widzi kogoś z tatuażem na ulicy zawsze rzuci tekst w stylu: boże, jakie to wstrętne! Bleee! Nie muszę więc tu chyba opowiadać, jaką ja miałam pogadankę z nim, kiedy zrobiłam swój pierwszy tatuaż ;) Poleciały wtedy nawet łzy! I to wcale nie moje!

Nummer vier - luz
Oj nie! Toż to jest mit! Bajka jakaś! Miejska legenda! Holendrzy nie są wyluzowani. Pewnie przez ten ich szeroko reklamowany liberalizm oraz tolerancję mogą być za takich odbierani, ale Dacze wyluzowani nie są wcale, a wcale! Są wręcz bardzo sztywni! To, że bycie gejem w Holandii nikomu nie przeszkadza i to, że mają legalną tu marihuanę czy prostytucję, nie znaczy, że Dacze sami w sobie mają luźne podejście do życia. Czemu tak? Ano mają masę zasad i reguł, których trzymać się muszą. To raz. Kijk: Gdzie holenderskie coffeshopy zaopatrują się w trawę, czyli daczowskie kwasy i zasady. Gdy w sklepie meblowym w naszej dzielnicy właściciel zaczął sprzedawać kawę, to jego sąsiedzi uprzejmie donieśli odpowiednim władzom, że dochodzi tam do zbrodniczego precedensu łamania zasad. Bo jak to tak?! Bez toalety kawę sprzedawać?! Toż to skandal! Holendrzy to też naród bardzo, ale to bardzooo business oriented, więc nawet na nieformalnych przyjacielskich spotkaniach i imprezach będą gadać tylko o pracy. To dwa. Nie viva la vida, ale viva la agenda! Spontaniczność też u Daczy odpada, bo trzeba się spinać, agenda w końcu goni! To trzy. Życie trzeba mieć w Holandii uporządkowane i koniec. I kropka. Jest tu kolejność priorytetów i hierarchia wartości, czyli będzie to praca, praca i jeszcze raz praca, a potem cała reszta. Poza tym Holendrzy nawet swoim ubiorem są pozbawieni zarówno luzu, jak i indywidualizmu. A to właśnie przez to ich doe normaal, który jest tak naprawdę niczym innym, jak konformizmem, który jest tu bardzo mocno zakorzeniony w umyśle Holendrów i uzewnętrznia się właśnie w ich wyglądzie. To już cztery. I spróbuj w holenderskim gronie opowiedzieć jakiś żart związany z seksem... Powodzenia!

Nummer vijf - wygląd: wysoki blondyn/ wysoka blondynka z niebieskimi oczami
No i chyba w tym stereotypie jest najwięcej prawdy. Rzeczywiście Dacze z wyglądu są bardzo do siebie podobni. Po trzech latach mieszkania w Holandii niemal zawsze za granicą bez problemu poznam Dacza i Daczkę. A jak już są w parze - to poznam ich bezbłędnie. Choć tu najczęściej moją pierwszą podpowiedzią jest ich ubiór. Dacza poznam od razu po butach, a Daczkę po całokształcie. Wygląd Daczek jest dość specyficzny i taki sam niemal u wszystkich Holenderek, zarówno jeśli chodzi o ubiór, jak i fryzurę czy makijaż. Fakt jeden, Dacze to najwyższy naród świata. Fakt drugi, większość Holendrów to blondyni i blondynki. Fakt trzeci, większość z nich ma niebieskie oczy. I zawsze choć jeden z tych czynników wystąpi w wyglądzie Dacza. Jak u Lubego na przykład. Co prawda jest mojego wzrostu, czyli znacznie poniżej daczowskiej normy, bo liczy 1,72 m wzrostu. Co prawda włosów to już w ogóle nie ma, ani blond, ani żadnych innych, bo testosteron je dawno wykosił. Ale niebieskie oczy ma? No ma! Po butach też z łatwością można po nim poznać, że toż to wykapany Dacz! Prawie jak ten z poniższego zdjęcia. Czyż można być bardziej daczowskim? ;)


Podkreślę tu może, że są to moje osobiste i prywatne spostrzeżenia. Wszyscy też wiemy, że każdy człowiek jest inny, a jego narodowość to tylko jakaś tam część wpływająca na jego charakter. Nie uogólniajmy więc i nie poddawajmy się utartym stereotypom oraz mitom na temat Daczy oraz innych narodów, bo sami przecież też nie chcemy, by o nas ludzie myśleli tak, jakie się to na świecie stereotypowo myśli o Polakach. A jak wiemy, wcale te stereotypy nie są za dobre... wódka, głupota, zacofanie i te sprawy. Krzywdzące? No właśnie! Patrzmy więc na człowieka nie przez pryzmat jego narodowości, nie przez pryzmat szuflad i stereotypów, ale wyróbmy sobie o nim własne zdanie! Ja po trzech latach mieszkania w Holandii o Daczach mogę na pewno śmiało powiedzieć jedno: nie sposób ich włożyć w żadną szufladę!

piątek, 15 maja 2015

Rolling Kitchens w Westerpark!

Któż choć raz nie zjadł czegoś z food trucka? Pamiętam, jak byłam mała i jeździłam z rodzicami na wakacje nad polskie morze, to zawsze z takiej budki na kółkach kupowaliśmy gofry. Jejku, jakie one były pyszne! Z bitą śmietaną i świeżymy owocami! A już koniecznie z jagodami! Palce lizać! I choć co prawda na festiwalu Rolling Kitchens (z daczowskiego Rollende Keukens) gofrów nie znalazłam, to i tak najadłam się samych pyszności za wsze czasy! A walić dietę, mimo, że jutro idę na kolejne (14!) daczowskie wesele... Dieta może poczekać, a food trucki postoją w Westergasfabriek tylko do końca weekendu, bo festiwal potrwa od 13-17 maja. Śpieszcie się zatem konsumować, bo Rolling Kitchens tak szybko rozjeżdżają się w swoje strony... A i nie zdziwcie się tłumem ludzi, bo wczoraj, pierwszego dnia, ciężko było się przebić, a i wszędzie były kolejki po jedzonko, jak za komuny. Mała też rada ode mnie, jeśli się tam wybierzecie, koniecznie spróbujcie nowego daczowskiego wynalazku, czyli Rabarcello! I koniecznie wypijcie je z Prosecco! Można się uzależnić! Tak mi to posmakowało, że zakupiłam do domu całą butelkę! I nie mam zamiaru z nikim się nim podzielić! Z nikim! Nawet z Lubym ;) Słowem Rolling Kitchens po Dniu Króla to moja ulubiona impreza w Amsterdamie! Czegoż chcieć więcej? Dobre jedzenie, ludzie, pogoda, Rabarcello i śpiew! Syreni śpiew, bo swoją drogą miałam takie dziwne wrażenie, że większość Daczy potraktowała ten event, jak holenderską Coachellę ;)

piątek, 8 maja 2015

Holandia w obiektywie - Keukenhof!

Oto jedna z największych turystycznych atrakcji Holandii, kraina tysiąca, nie, przepraszam, miliona tulipanów! Mniej niż pół godziny drogi od Amsterdamu znajdziecie się w Krainie Czarów. Znajdziecie się w Keukenhof... O Keukenhof mówi się, że jest to najpiękniejszy wiosenny ogród na świecie. Czy to prawda? Spójrzcie na poniższe zdjęcia i sami oceńcie. Jednak UWAGA! Ogród jest czynny tylko kilka tygodni w roku. W 2015 jest on otwarty dla turystów od 20 marca do 17 maja. Zatem Ci, co chcą odwiedzić to niesamowite miejsce jeszcze w tym roku, powinni się spieszyć! Cena za bilet to 16 euro od osoby. Sporo, ale będąc czy mieszkając w Holandii Keukenhof wraz z Kinderdijk to absolutny must-see!

PS Wydaczeni mają już dwa lata!!!