poniedziałek, 22 czerwca 2015

Dlaczego Holendrzy nie dają sobą pomiatać?

Cóż, mam dziwne przeczucie, że te pytania obrócą się w cykl. I mam nadzieję, że ten cykl nie obróci się przeciwko mnie... Wszak w zeszłym tygodniu padło już pytanie: Dlaczego Holenderki są atrakcyjne? Bo kto pyta, nie błądzi, a kto drąży (do prawdy), ten zawsze ZDĄŻY (do wybawienia). Czy jakoś tak. Jednak czy prawda zawsze jest zbawienna?

Uczono nas w szkole, że pytać nie wypada. Nie. Lepiej, jeśli nie wiesz, to kiwaj głową i nie wybijaj się przed szereg. Bądź, jak masa. Jednolita. Pospolita. Pamiętam, jak w liceum zadałam pytanie na lekcji historii (historia to był wtedy jeden z moich ulubionych przedmiotów): Dlaczego profesor nie wspomina o tym, że zanim Niemcy zaproponowali Rosji Pakt Ribbentrop-Mołotow, trzy razy wpierw wyszli z podobną ofertą do Polski, ale właśnie przeciwko Rosji? A może zaproponowali nam dwa razy, już nie pamiętam, bo historią przestałam się interesować sukcesywnie zniechęcona po jej lekcjach w liceum. A cóż mój profesor wtedy odpowiedział? Przy całej klasie? Siedź cicho, Renata. Tak. Siedź cicho. A w domyśle, zamknij się dziewucho. W Polsce uczymy się historii i HISTORII. Różnica między jedną a drugą polega na interpretacji i na przekonaniach twojego nauczyciela. Może nawet jest uzależniona od jego preferencji politycznych (jestem ciekawa, co nauczyciele mówią teraz uczniom w szkołach o katastrofie w Smoleńsku?). Prawda jest taka, że w polskich szkołach nie do końca uczymy się... prawdy. Czy to jakieś pozostałości po komunie? Tego nie wiem, ale w końcu zbrodnię katyńską w dawnej "interpretacji" historia Polski przypisywała Niemcom... A ci, co i tak wiedzieli swoje, mieli siedzieć cicho... Siedź cicho Renata i nie zadawaj pytań. Tak... To ważna lekcja... historii.

Od początku uczy się nas tego, by siedzieć cicho. Uczono tego naszych dziadków, naszych rodziców i nas. Jestem z rocznika 1985, więc nie wiem, na ile teraz zmieniło się to w szkołach, ale według mnie - w mniejszych miejscowościach system edukacji ciągle stawia na te same "wartości", co za moich czasów. I mamy po raz pierwszy - Holendrzy nie dają sobą pomiatać, bo ich nikt nie uczył od małego, w szkołach, by siedzieć cicho. By się nie wyróżniać. By nie zadawać pytań. By płynąć z prądem. By być, jak masa. Jednolita. Pospolita. By być bezmyślnym konformistą. To raz.

Dwa. Autorytety. I znów podam przykład z własnego podwórka. Tym razem ze szkoły podstawowej. Mieliśmy takiego księdza u nas w mieście. Rudego. Grubego. Z zapuszczonymi paznokciami u dłoni przy najmniejszych palcach. Paznokcie były długie, obleśne i tylko bóg wie po co zapuszczone i gdzie dokładnie ów ksiądz się nimi drapał. Ksiądz lubił też sobie dotykać. Pomacać. Tak po ludzku, młode dojrzewające dziewczęta. Niby dla żartu, ha ha, niby było to dla niego bardzo śmieszne. Taki z niego był agent provocateur, bo co złego, to nie on. Jak mnie raz, już po dzwonku, na korytarzu złapał za tyłek, nie postało mi nic innego, jak powiedzieć mojej mamie. Moja mama, gorliwa katoliczka, nie miała innego wyboru, jak coś z tym zrobić, gdzieś to zgłosić. W tym czasie też inny nauczyciel od języka polskiego od nas z podstawówki, który prowadził lekcje dodatkowe i dość przyjaźnił się z uczniami, usłyszał od innych dziewcząt o preferencjach księdza z długimi paznokciami. Ksiądz wyleciał w atmosferze skandalu (część wiernych go broniła!) ze szkoły i z naszej miejscowości. Co się z nim stało? Co z nim kuria zrobiła? Ano wysłała go... na wieś. Awansowała na proboszcza! Tak, na małej, maluteńkiej wsi, skarżyć się na proboszcza to nie wypada... Nie. Na małej maluteńkiej wsi wszystkie "skandale" zamiata się pod dywan. I problem został rozwiązany. Nikt więcej na księdza już się nie skarżył...


Od tego incydentu na religię już nie uczęszczałam, a i do końca życia stałam się ateistką. I oto przyczyna numer dwa, dla której Holendrzy nie są narodem, który daje sobie w kaszę dmuchać. Dacze nie dają sobą pomiatać, bo u nich religia nie wkracza taką siłą w ich życie, w ich mentalność, w ich moralność. Holenderski premier nie uratuje tutaj hostii, o czym będą trąbić wszystkie media. Ksiądz czy tam pastor nie powie na mszy Holendrowi, na kogo ma głosować w wyborach. Zresztą Holender by i tak nie posłuchał. W końcu ma swój rozum i sam za siebie potrafi zdecydować... Jak Holender szuka autorytetu to nie będzie nim ksiądz, pastor czy inny duchowny. No chyba, że trafi się taki naprawdę mądry. Nie. Mój luby ma coacha, swojego sąsiada, miłego starszego pana koło sześćdziesiątki, który jest dla niego autorytetem w biznesie i którego radzi się co pewien czas podejmując ważne decyzje dotyczące swojej kariery i naszej przyszłości. Jego sąsiad wydał kilkanaście książek i ma swój program w holenderskiej tv. Jest gejem otwarcie się do tego przyznającym. I nikt nie patrzy tu na niego poprzez pryzmat jego orientacji, ale jego inteligencji i wiedzy. I to jest autorytet, który właśnie coś wnosi w twoje życie, a nie ksiądz z ambony, który nie mając tak naprawdę bladego pojęcia o normalnym życiu, mówi innym ludziom, jak mają żyć. A sami pomyślcie, gdyby na przykład taki profesor Miodek przyznał się, że jest gejem... Dalej pozostałby dla wszystkich autorytetem w dziedzinie języka polskiego? Nie sądzę...

W Polsce są rzeczy ważne i ważniejsze. W Holandii są rzeczy ważne i nieistotne. Rozumiecie, o co mi chodzi?

Holendrzy wiedzą też, że co pięć lat człowiek będzie sumą składową pięciu osób, z którymi najczęściej przebywa. Dacz jest tego świadomy, że ludzie wśród których się obraca, mają na niego naprawdę ogromny wpływ. Znajomych trzeba więc wybierać bardzo ostrożnie, a to już numer trzy. To już trzeci powód, dla którego Holender nie da sobą pomiatać, dla którego nie będzie pracował za grosze albo wpadał w kompleksy. Holender obraca się w gronie osób, które nie będą go ciągnęły w dół i lamentowały wraz z nim nad niesprawiedliwością losu. Nad jego straszną niedolą.

Jak Holender będzie miał na przykład problem w pracy i będzie się radził rodziny czy znajomych, nie usłyszy, że:

Jakiś ty biedny, ale najważniejsze, że masz pracę i że płacą w terminie, bo są firmy, które nawet tego nie robią...

Nie usłyszy, że:

Zawsze może być gorzej, zawsze możesz mieć kredyt we frankach.

Albo:

Przynajmniej jesteś zdrowy. 

Bądź:

Ty chociaż masz pracę...


Nie. Holender usłyszy: Rzeczywiście, do bani, zmień robotę. I co Holender robi? Ano... zmienia pracę.

To bardzo ważne, jakimi ludźmi się otaczamy. Czy takimi, co dodają nam skrzydeł, czy takimi, co nam je podcinają?

I kolejna sprawa. W komentarzach pod postem: Dlaczego Holenderki są atrakcyjne? wiele dziewczyn pisało, że Polki mają kompleksy właśnie przez naszych rodaków, polskich "Gienków", jak ich nazwały, którym choć do DiCaprio jest daleko, krytykują swoje partnerki. Zresztą, nie tylko swoje kobiety krytykują. Cudze też. Zgadzam się. Tak jest. Tak rzeczywiście jest. Widziałam to nie raz na własne oczy, słyszałam na własne uszy. Na własnym podwórku. We własnym domu. Co prawda mojemu tacie do Kalisza daleko, bo osiem mielonych kotletów to raczej by nie zjadł, ale sześć to myślę, że tak spokojnie by wsunął. I też często niby to w żartach docinał mojej mamie, że powinna trochę schudnąć, choć ona w porównaniu z nim to ma wagę piórkową. Taki to mój rodzic ma niby przaśny humor, ale według mnie to jego taka typowa polska przywara. Mój luby, gdyby jakąkolwiek aluzję poczynił do mojej wagi, to zginąłby na miejscu rażony gromem mojego spojrzenia... Luby od początku jest tak nauczony, że jak raz dziennie nie pojawi się z jego ust jakiś komplement w moją stronę, to nie dostanie obiadu. No dobra, przesadzam. Może nie jest aż tak drastycznie z tym obiadem, ale na pewno nie dostałby deseru... Jednak, że się tak wyrażę, moja zasługa w tym jego rycerskim zachowaniu nie jest też aż tak bardzo duża, bo tak już został wychowany przez swoją mamę i inne kobiety w jego życiu, że niewiastę należy traktować tylko i wyłącznie z szacunkiem. I tak też mnie traktuje. Wie, że kobietę trzeba nosić na rękach i przede wszystkim komplementować, a nie krytykować. Tutaj znów chodzi o to, by w miłości się uszczęśliwiać i dodawać sobie skrzydeł, a nie te skrzydła wzajemnie podcinać. Nawet w głupich żartach. Daczka więc nie da sobą pomiatać takiemu "Gienkowi", bo, po pierwsze takich "Gienków" w Holandii za wiele nie ma, a po drugie Holenderka jest nauczona pewności siebie od dziecka. Stąd nie da się wpędzić w żadne kompleksy i nie da ich sobie wmówić. Nikomu! A już zwłaszcza komuś, kto zjada osiem kotletów. Mielonych... A może to były schabowe?


I na koniec ostatnia sprawa, jeśli nie najważniejsza. Wiemy już, że Holendrzy w szkołach nie są uczeni konformizmu (no konformizmu "myśleniowego", bo jednak w tym ich doe normaal, act normal ten konrfomizm czasem występuje...), nie poddają się wątpliwym autorytetom, nie ulegają religijnym wpływom, dobierają świadomie przyjaciół, są nauczeni traktować swoich partnerów z szacunkiem i tego też od nich wymagają, ale co jednak sprawia, że Holender NIGDY nie zgodzi się pracować za głodową pensję, która ledwie wystarcza do pierwszego przy zachowaniu ascetycznego trybu życia? Absolutnego minimum? Ano to sprowadza nas tak naprawdę do następnego pytania: DLACZEGO HOLENDRZY SĄ BOGACI? I odpowiedź na to pytanie będę starała się znaleźć w osobnym poście. W następnym tygodniu :)

PS: A i wiem też, że dziś było dość osobiście, ale Kochani, no taka jest prawda, że szkoła w Polsce zniechęciła mnie do historii, może nie tylko sama szkoła, ale ona i też zniechęciła mnie do religii (jakiekolwiek), a i czasem zastanawiam się niby to w żartach wiecie, czy mój tato aby też nie zniechęcił mnie odrobinę do szukania swojej drugiej połowy wśród rodaków ;) Na szczęście moja ojczyzna nie zniechęciła mnie do jednego - do samodzielnego myślenia, a wręcz wydaje mi się, że na przekór - zachęcała mnie do niego i zachęcała mnie do szukania jakże górnolotnie ujętej tu PRAWDY :)

A prawda jest taka, że kto zjada 82 prosiaki, ten prosiakiem sam się staje, a Holender nie da sobą pomiatać, bo był wychowywany w kraju, w którym go tego nauczono. Sukcesywnie. Od małego. A i cytując już na koniec księdza Józefa Tischnera: Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda. Sami więc możecie zdecydować, która z prawd jest dla Was bardziej satysfakcjonująca. Ta prawda, którą widzicie w lustrzanym odbiciu czy ta w krzywym zwierciadle?

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Dlaczego Holenderki są atrakcyjne?

Tytuł może przewrotny, ale... Ale czy na pewno?

Mówi się, że są kobiety ładne i niezadbane. Dobra, no zgadzam się. A jak to powiedzenie ma się do tego, gdy kobieta nie jest może zbyt zadbana, ale wciąż pozostaje atrakcyjną? Kiedy kobieta nie przykładająca uwagi do wyglądu wciąż podoba się facetom? Czy to w ogóle jest możliwe? Otóż jest. I właśnie Holenderki są tego najlepszym dowodem. 

A raczej najlepszym dowodem jest ich pewność siebie.

Tak. Otóż mieszkając w Holandii zaobserwowałam, że Daczki zazwyczaj są pozbawione tego, czego my Polki przez całe życie próbujemy się pozbyć. Kompleksów. A jak my próbujemy się ich pozbyć? Ano zamiast zaakceptować siebie takimi, jakie jesteśmy, ciągle próbujemy coś w sobie zmienić, coś poprawić, coś ulepszyć (choć często i gęsto absolutnie nic nie wymaga tej poprawy, bo Polki są naprawdę piękne!), podczas gdy taka właśnie Holenderka woli się skupić na swoich atutach i o kompleksach nie myśleć. Wcale. Bo po co? Po co tracić czas i energię na nielubienie siebie, gdy w tym samym czasie można ją spożytkować na zaakceptowanie siebie? No właśnie, po co?!

I mam takie dziwne wrażenie, że Polki w jakiś sadomasochistycznych zapędach ciągle dążą do złudnej perfekcji. I same napędzają się kompleksami.

Schudnę więcej i więcej, to na pewno będę podobać się facetom!
Zapuszczę włosy to będę bardziej kobieca!
Przykleję sobie sztuczne rzęsy. Ależ będę sexy!
Jak zoperuję sobie nos, to będę najszczęśliwsza na świecie!
Nie mogę wyjść z domu bez szpilek, bo inaczej wyglądam jak kaczan z krótkimi nóżkami!

I chudniesz 5 kilo. Ba! Chudniesz 10 kilo! Nosisz wymarzony rozmiar 34 i co? Jesteś szczęśliwsza? Bardziej pewna siebie? Magicznie zmieniło się twoje życie na lepsze? No nie bardzo. Robisz ten nos. Tego obrzydliwego kartofla. Uzbierałaś na operację plastyczną. I co? Jesteś teraz królową świata? Miss piękności? Pozbyłaś się kompleksów? Nie? A co robi z kompleksami Daczka? Jak się ich pozbywa? Ano ona po prostu - akceptuje siebie taką, jaka jest!

To, co czyni Holenderki atrakcyjnymi jest właśnie ich pewność siebie. W sensie pewność siebie jako brak kompleksów, bo oczywiście to już inna sprawa, kiedy pewność siebie u Daczki idzie w megalomanię... Holenderka nie skupia się na swoich wadach, ona koncentruje się na zaletach. I mimo, że jak to tu często na blogu powtarzam, Holenderki są mało kobiece (w ubiorze i w zachowaniu) oraz raczej "niezadbane" (zero makijażu, ubranie casual i z włosami w nieładzie) wciąż obiektywnie rzecz biorąc są bardzo atrakcyjne dla facetów. Jak to? Czemuż to? No czemu?!

Wyobraźcie to sobie. Impreza. Dwie koleżanki. Polka i Daczka. Polka to taka 10/10, no ideał! Laska, że hej! Piękna! Doskonała! Zgrabna i powabna. Seksowna sukienka, szpileczki, makijaż i włosy robione przez godzinę. Miota się w kącie. Myśli: Czy mój makijaż jest okej? Czy moje piersi nie są za małe w tym staniku? Czy mój tyłek wygląda grubo w tej sukience? Co ten koleś się tak na mnie gapi? Pewnie makijaż mi się rozmazał! Cholera muszę go szybko poprawić w toalecie! Holenderka z kolei też ładna, choć bez makijażu ubrana w jeansy i bluzkę, w trampkach szaleje na parkiecie. Uśmiecha się. Myśli: Ale cudowna impreza! Te jeansy tak cudownie leżą na moim tyłku! Jak ten koleś się na mnie patrzy! Jak mnie pożera wzrokiem! Ależ muszę wyglądać bosko!

Nawet nie będąc facetem chyba czujecie różnicę... 

Okej, może troszeczkę przesadziłam w tym opisie, ale taka jest prawda, że nawet super perfekcyjna dziewczyna w typie Angeliny Jolie czy Gigi Hadid, ale pełna kompleksów nie ma szans przy teoretycznie mniej atrakcyjnej koleżance, od której bije pewność siebie rozumiana właśnie jako brak kompleksów. I to jest odpowiedź, dlaczego Holenderki są tak atrakcyjne mimo, że nie przywiązuję większej wagi do wyglądu. Po prostu - nie mają kompleksów. 

A raczej - nie zagłębiają się w nie.

A my? A my zamiast skupić się na naszych zaletach, na sukcesach, na tym, co mamy, z czego powinnyśmy być dumne i co osiągnęłyśmy, skupiamy się na naszych wadach, na porażkach i na tym, czego (jeszcze) nie mamy. Czego nie ZDĄŻYŁYŚMY jeszcze zrobić. Skupiamy się na kompleksach. Z czego to wynika? Bo ja wiem... Może z mentalności? Może z (katolickiego) wychowania? Obsesji na punkcie bycia doskonałą? A może tak po prostu - faktycznie jesteśmy grube, brzydkie oraz głupie i mamy pełne prawo czuć się gorsze? Gorsze od tych kobiet, które nie mają kompleksów...?

Mam jednak takie wrażenie, że Polki mają to w genach. Być pewną siebie? Nie, to nie wypada! My musimy pokornie dążyć do perfekcji, być doskonałymi żonami, doskonałymi matkami, doskonałymi kobietami, najlepszymi kochankami, perfekcyjnymi paniami domu i pracownicami roku. I oczywiście, co najważniejsze, musimy ZDĄŻYĆ osiągnąć to wszystko. Musimy ZDĄŻYĆ mieć dom (na kredyt), mieć męża (jakiegokolwiek), pracę (najlepszą), karierę (doskonałą) i oczywiście musimy mieć dziecko (po to mamy w końcu macicę i jajniki, nie?!). Musimy zdążyć przed czasem, zdążyć przed panem bogiem, zdążyć przed menopauzą, zdążyć przed końcem świata.

Musimy ZDĄŻYĆ i już! I musimy DĄŻYĆ przy tym do bycia perfekcyjną! Ale to już!

I gdy my tak dążymy do tego wszystkiego i drążymy (kompleksy), Holenderka jest przede wszystkim skoncentrowana na sobie, a raczej - na swoim szczęściu...

 Wiecie, obserwuję tak czasem Holenderki i naprawdę je podziwiam. Podziwiam je za ich doskonałą umiejętność patrzenia na świat przez pryzmat swoich zalet. Za ich samoakceptację. Tego właśnie powoli próbuję się od nich uczyć. Mam nadzieję, że ZDĄŻĘ ;)


A w sumie nic się nie stało... W Holandii przecież nikt nie ma zasłon!

wtorek, 2 czerwca 2015

3 lata emigracji, 2 lata bloga i 1 jedna ważna refleksja...

Fiu, fiu! Ale się tobie powodzi! Długi weekend w Paryżu we Francji! Szlachta się wozi! 

No proszę, jakie tam Eldorado macie w tej Holandii! Znów po restauracjach się szlajasz! Burżuazja!

Ile ty już masz par tych butów? Nie za dużo czasem masz tych pieniędzy?! No tak! Zarabiasz w euro to możesz! I do tego masz faceta - HOLENDRA!

Weź, nawet nie pytaj, co u mnie! Stara bieda! Z przeważeniem na bieda!

Co ty wiesz o problemach w życiu?! Ja mam kredyt we frankach!

Czy też zdarzyło Wam się słyszeć takie hasła, kiedy rozmawialiście tak sobie, ot co, z rodziną, przyjaciółmi czy też znajomymi, którzy mieszkają w Polandii? No bo co my - my emigranci, wiemy o problemach i o życiu? Co my wiemy o bolączkach Polaków? Nic! My mamy tu życie miodem, nektarem i ambrozją płynące, jeździmy do pracy na jednorożcu, a wieczorami słuchamy anielskich koncertów siedząc pod tęczą. Tu mieszkania dostajemy za darmo, pracę to mamy super idealną i cudowanie płatną, którą nam zaoferowano już zaraz po przekroczeniu granicy, politycy to tutaj niemal bohaterowie narodowi, na których absolutnie nikt złego słowa nie powie, a podatki każdy płaci dobrowolnie - co łaska.

Tak. Tak wygląda emigracja. Jest cudowna i Wy, którzy zostaliście w Polsce macie rację, że nam jej tak zazdrościcie!

Przecież w życiu jest właśnie tak, że z chwilą, gdy wyjedziecie ze swojej ojczyzny, z tej okropnej Polski, to wszystkie problemy nagle znikną, jak za dotknięciem magicznej różdżki. W końcu będąc imigrantem zawsze jesteś traktowany w nowym kraju, jako swój, a nie jako obcy. W końcu nowy język można opanować w kilka miesięcy, nowych przyjaciół znaleźć w kilka tygodni, a swoje nowe życie zbudować w kilka dni. Łatwizna! Przecież emigracja to istna bajka, nie?!


Wybory prezydenckie. Druga tura. Wyniki. Rozpacz na fejsbuku. Duda, duda i pensja chuda! Duda, duda i będzie dupa! Duda, duda i wracam do szafy! Duda, duda i robi się nuda. Czytam. Rozumiem obawy, ale też ileż można? Demokracja w końcu. Lud wybrał. Wolę się jednak nie wypowiadać i nie drążyć tematu. Za to głos zabiera na fejsie mój znajomy. Od kilku dobrych lat na emigracji w Anglii. Jadą po nim ludziska, że hej, że co on sobie wyobraża?! Co on z tej Anglii może tam wiedzieć?! Po co się wypowiada na tematy, które go nie dotyczą?! Co ty wiesz synku o wyborach? Co ty wiesz o Polsce?! Kim ty w ogóle tu jesteś, by głos zabierać?! I głos oddawać? Odpowiedź, że jest Polakiem nie wystarczyła. Tłumaczenie, że głosował, choć fakt, że zza granicy, bo ma takie prawo i ma polski paszport też do nikogo jakoś nie przemawiało. I wtedy zrozumiałam. Zrozumiałam, że żyjemy w czasach, gdzie ukształtowały się dwa rodzaje Polaków.

Polski naród podzielił się na tych, co mieszkają w Polsce i na tych, co z niej wyemigrowali. I w jakiś dziwny sposób rozpoczęła się pomiędzy nimi, a raczej pomiędzy nami wojna pod tytułem: kto ma lepiej, a kto ma gorzej? I zawsze jakimś cudem wychodzi na to, że lepiej mają ci, co wyemigrowali. Oni więc nie mają prawa narzekać i mieć problemów.

NIGDY!

To jest takie właśnie trochę "polskie" podejście. Zawsze lepiej tam, gdzie nas nie ma. To raz, owszem. Jednak przede wszystkim takie polskie malkontenctwo to jest coś, co mnie mierzi strasznie, czego w Polakach wręcz nie trawię i co zauważam często u rodaków po równiusieńko trzech latach mojej emigracji (tak, dziś wielka rocznica!). Przepraszam za szczerość. Wróć. Nie, nie będę jednak przepraszać, bo skoro nic nie wiem o życiu i nie mam żadnych problemów ani nawet kredytu we frankach, zrzucę to na kark własnej ignorancji. W końcu jest ona wpisana w życie emigranta...

Jest mi smutno, moi Drodzy. Cholernie! Każdy dźwiga swój krzyż. Uwierzcie mi, że to prawda. Nawet ci, których życie (zwłaszcza to na fejsie) wydaje się Wam idealne. Nie o to jednak chodzi, kto dźwiga cięższy krzyż, a kto lżejszy. Kto ma lepiej, a kto gorzej. Komu się lepiej powodzi. To nigdy nie powinno stanowić o drugiej osobie. O człowieku jednak świadczy to, jak się mierzy z problemami. Jak do nich podchodzi. I dlatego jest mi smutno, bo nawet jeśli rzeczywiście mam lepiej, niż taki zwykły Kowalski, to tylko dlatego, że ciężko na to pracowałam, bo w życiu nikt niczego nie podał mi NIGDY na złotej tacy. To, że mam lepiej, niż taki Kowalski, to nie dlatego, że miałam szczęście, albo dlatego, że wyemigrowałam (jakby to już samo w sobie cudownie mi pomogło i odmieniło moje życie). NIE! Ja zamiast narzekać, ciężko zapieprzałam. Tak kolokwialnie pisząc. Zamiast płakać w poduszkę, to ciągle próbowałam. Jak nie te drzwi, to otworzyły się inne. Nawet, jeśli musiałam je wyważyć. A teraz gdy słyszę, że ja to mam takieeee Eldorado, że ja to nic nie wiem o problemach i o życiu, to szlag mnie trafia... Szlag mnie trafia, że w Polsce są tacy ślepi malkontenci!

Dość narzekania, czas działania!

To byłoby moje hasło skierowane do Polaków, gdybym startowała w wyborach prezydenckich. Pewnie by nie chwyciło.

Oto też moja dzisiejsza refleksja po mieszkaniu w Holandii równo trzy lata i prowadzeniu przez dwa lata Wydaczonych: Duda czy inna dupa. Nieważne. Polak i tak zawsze będzie niezadowolony, a i co może z tym zrobić? Ino nic, albo...

...może wyemigrować i wtedy NA PEWNO skończą się jego wszystkie bolączki i problemy, a zacznie się Eldorado ;)