wtorek, 28 lipca 2015

Czego w Holandii nie lubię?

Taaaaak. I powróciło "holenderskie" lato. Czyli jest szaro, buro i ponuro. I deszczowo. Bardzo deszczowo. Kiedy ktoś mnie pyta, czego najbardziej w Holandii nie lubię, zawsze bez wahania odpowiadam - pogody! Nie lubię deszczu, tego zimna, wiatru... Brr! A może zrobiłam się już na tyle holenderska, że lubię sobie na pogodę ponarzekać? Przyznajmy to jednak szczerze. Do holenderskiej pogody nie sposób się przyzwyczaić, nawet jeśli mieszka się tu kilka lat. Nawet - od urodzenia. Lipiec to chyba za bardzo nas rozpieścił tymi promykami słońca i wysokimi temperaturami. Człowiek bowiem dochodzi do wniosku, jak potrzebna w jego właściwym funkcjonowaniu jest pogoda. Jak o wiele łatwiej żyć, pracować, bawić się, śmiać się, uśmiechać, kiedy na zewnątrz jest tak słonecznie i tak pięknie... Tak, pogody w Holandii nie lubię.

Czego jeszcze w Holandii nie lubię? Otóż... ludzi. A raczej - pewnych ich cech. Spokojnie, spokojnie. Wbrew temu, co właśnie napisałam i wbrew temu, co jest w tytule, będzie to post bez żółci. Cóż, nie można przecież lubić wszystkich i wszystkiego - człowiek jest już tak skonstruowany, że świat postrzega selektywnie. Ostatnio jednak mogliście pewnie odnieść tu takie wrażenie, że wręcz rozpływam się nad Holendrami, gloryfikuję ich, wystawiam na piedestał. Dziś więc dla równowagi będzie o daczowskich wadach. O tym, czego subiektywnie w Holendrach nie lubię. Dacze - to w końcu inny naród, niż Polacy. Z inną kulturą, historią, mentalnością, wartościami, więc niemal oczywistym jest, że za pewne cechy ich lubię, wręcz podziwiam, a za pewne cechy cóż... nie darzę ich zbytnią sympatią. Delikatnie powiedziawszy...

 Podziwiam Holendrów na pewno za ich twardy charakter, upór, siłę, opanowanie. Za to, że nie boją się podjąć ryzyka, nie boją się zmian. Za to, że nie pozwolą sobie w kaszę dmuchać. Za ich pewność siebie, samoakceptację. Tolerancję dla odmienności (chociaż nie każdej). Za to, że są ludźmi, którym się zazwyczaj udaje wszystko, co sobie postanowią i zaplanują. Za to, że wiedzą, jak walczyć o swoje szczęście. Za to, że problemy traktują, jako wyzwanie. Że nie użalają się nad sobą. Wiedzą, jak być szczęśliwymi nie tracąc czasu na zbędne rozważania. Za ich optymizm. Podziwiam ich za to, że nie patrzą na świat przez pryzmat swoich słabości, ale przez pryzmat swoich mocnych stron. Widzicie, sporo się tu tego uzbierało, ale... Ale Dacze mają też pewne cechy/wady, które dały mi się we znaki. Wady w ilości sztuk 10.

1. Pragmatyzm
Takie pragmatyczne podejście do życia ma swoje plusy i minusy, oczywiście. Jednak u Holendrów sięga ono czasem absurdu, jak u znajomej Lubego, która kupiła kilkuletniego kota, bo ten... będzie żyć krótko! Jej podejście było zaiście bardzo pragmatyczne i bardzo w daczowskim stylu - chciała mieć zwierzątko, ale na krótko, góra 2-3 lata. To znalazła takiego sierściucha, który swoje lata już ma. A co z miłością do zwierzęcia? Zapytacie pewnie. Otóż miłość w Holandii też jest czasem pełna pragmatyzmu. Luby ma taką znajomą parę, co jest razem siedem czy osiem lat. Mieszkają ze sobą, żyją razem, ale zachowuję się czasem tak, jakby byli... rodzeństwem. Patrząc na nich widać, że namiętności już tam żadnej nie ma od dawna. Miłość też jakby gdzieś uleciała. Moi dziadkowie po pięćdziesięciu latach małżeństwa już mają w sobie więcej pasji. Przynajmniej kłócić jeszcze im się chce. A tam nic, zero emocji. I kiedyś zapytałam ją, czy myślą o ślubie. Odpowiedziała: A wiesz, on bardzo nie lubi zmian. Pewnie jak sama mu się nie oświadczę, to on tego nie zrobi. No właśnie, po co coś zmieniać? Źle przecież nie jest. A jak źle nie jest, to chyba znaczy, że jest dobrze....?

2. Interesowność 
Choć bardziej pasowałoby tu angielskie określenie business oriented. Irytująca jest właśnie interesowność Holendrów, że jeśli cię nie znają i zostajesz im właśnie przedstawiony, to będą z tobą rozmawiać dopóty dopóki będą w tym mieć interes. Oceniają cię na zasadzie - do czego możesz im się przydać? Jaki będzie z ciebie pożytek? Co możesz wnieść w ich życie? W Holandii mam wrażenie, że czasem jesteś wart tyle, ile twoja praca, ile twoje znajomości, twój status społeczny, twój portfel... Oczywiście nie jest tak wszędzie, we wszystkich środowiskach, ale naprawdę, jeśli zostajesz przez kogoś przedstawiony Holendrowi, to jego pierwsze pytanie brzmi: Co robisz, gdzie pracujesz? I jeśli odpowiesz dość interesująco dla tegoż Dacza, to będzie wałkował z tobą temat twojej pracy aż do bólu, aż do szczękościsku. Albo będzie to koniec waszej rozmowy. Pragmatyczny Dacz przecież nie będzie marnował swojego jakże cennego czasu...

3. Egoizm
Pierwszeństwo... Tak moi drodzy. Pierwszeństwo to pierwsza i chyba największa oznaka egoizmu Holendrów. Tu nie ma pierwszeństwa ten z prawej strony, nie ma drogi podporządkowanej, czerwonego i zielonego światła ani nie ma pierwszeństwa ten, kto właśnie wychodzi z jakiegoś budynku. Tu pierwszeństwo ma zawsze Dacz, jakby ono było wyznacznikiem jego wartości. Tu NIGDY nikt nikomu nie ustąpi. No nikt, kto jest Daczem. Dacze w jakiś dziwnych i niezrozumiałych dla mnie zapędach zawsze wymuszają pierwszeństwo. Dla mnie ustąpić komuś nie jest wcale oznaką słabości, ale uprzejmości. Dobrego wychowania. A czasem wręcz wynika z ogólnie panujących zasad, na przykład drogowych. Dla Daczy, a już zwłaszcza Daczek, ustąpić komuś to niemal, jak przyznać się, że ten ktoś jest od nich lepszy... Wymuszanie pierwszeństwa (nie tylko na drodze) jest wadą Holendrów, której chyba najbardziej nie znoszę...

4. Wyniosłość 
W sensie sztywność i rezerwa. Dacze często lubią trzymać dystans. Nawet ze swoimi znajomymi. Nawet wśród swoich przyjaciół. To często może być odbierane właśnie, jako wyniosłość. Holendrzy w większej grupie zazwyczaj starają się być najlepszymi wersjami samych siebie. Jakby "być sobą" w Holandii nie mogło wystarczyć, jakby to było za mało. Holendrzy wolą ukrywać swoje prawdziwe emocje, niby są szczerzy, ale szczerze nie mówią ani o swoich uczuciach, ani o swoich problemach (a nie ukrywajmy - każdy ma jakieś problemy). Wolą skupiać się na innych, by broń boże nikt nie skupiał się na nich. Są zamknięci pod pancerzem wyniosłości, co często wręcz można odebrać, jako gburowatość.

5. Wywyższanie się
Można to w sumie też podciągnąć pod wyniosłość, ale tu chodzi mi bardziej o takie wywyższanie się Holendrów tylko z tego powodu, że w ich mniemaniu, mają lepszą pracę. Albo więcej pieniędzy, albo dom w lepszej dzielnicy, albo lepszej klasy samochód, itp, itd. O ile wyniosłość ma bardziej charakter fizyczny, o tyle wywyższanie się Holendrów to wyższa szkoła jazdy psychologicznej. Choć najbardziej dziwią mnie Dacze, którzy czują się obywatelami pierwszej i najlepszej kategorii tylko dlatego, że mają holenderski paszport. Jakby to tylko narodowość stanowiła o tym, jakim człowiekiem jesteś... Dacze często funkcjonują w dość zamkniętych i hermetycznych grupach, nie dopuszczając nikogo z zewnątrz. Czasy klas społecznych niby dawno temu już minęły, ale nie ma co ukrywać - jeśli nie byłeś jednym z nich od początku - nigdy nim nie będziesz. Dacze nie lubią obcych i naprawdę potrafią dać odczuć, gdzie jest twoje miejsce w szeregu, czytaj: w ICH Holandii.

6. Skąpstwo
Legendarne już skąpstwo Holendrów, którego może sama tu nigdy nie doświadczyłam, ale o którym było już tyle razy mówione, między innymi tutaj: 50 (euro)cent of shame, czyli historia Basi i tu: Where is my money man? Czyli ponownie 50 eurocent of shame. A i pewnie większość z Was zna z tego cyklu historie z własnego doświadczenia ;)

7. Brak dystansu i poczucia humoru
Nie od dziś wiadomo, że poczucie humor to niezbyt mocna strona Holendrów. Jak dla mnie największym tego dowodem jest historia, gdy dzień przed którymś tam weselem udaliśmy się na uroczystą kolację. Zamówiłam małże. Przepyszne. Naprawdę najlepsze, jakie miałam okazję zjeść w życiu. Do tego frytki - nie wiedziałam, że można zrobić tak smaczne frytki. Doskonałe wręcz. Ktoś zapytał, jak mi smakowało. Mieszkałam w Holandii dopiero trzy miesiące, więc szczerze odpowiedziałam, że miałam właśnie orgazm kulinarny. No co, w Polsce to przecież normalne określenie. No właśnie - w Polsce. Swoją odpowiedzią wprawiłam w konsternację i w zakłopotanie cały stół. Wszystkich Daczy. Zrobiła się cisza, ta z tych krępujących. Luby uszczypnął mnie pod stołem. O, o. Ups! Ależ popełniłam gafę. No dramat. Tragedia! Tak przekroczyć granicę dobrego smaku i przyzwoitości to w Holandii nie wypada! Cóż ja powiedziałam?! Kolejny przykład - ostatnio na siłownię założyłam pomarańczową koszulkę. Zaczepił mnie jeden z trenerów: Pomarańczowy t-shirt! Mój ulubiony kolor. Wiesz, że w buddyzmie symbolizuje on wejście na drogę oświecenia? Zażartowałam: Może dlatego w USA to kolor więziennych uniformów? Nie załapał dowcipu. Odszedł - obrażony. Z Daczami nie ma żartów moi drodzy!

8. Brak gustu
A raczej to gust bardzo ujednolicony. Zarówno jeśli chodzi o Holendrów, jak i Holenderki. Zero jakiegoś indywidualizmu, zero własnego stylu. Brakuje mi tej różnorodności, którą widzę na polskich ulicach. Zresztą, nie tylko na polskich, ale i na ulicach całej Europy. Za granicą Daczy poznam od razu, jakby wyszli z jednej fabryki. Jednak w końcu to kraj doe maar gewoon, dan doe je al gek genoeg, bo przecież bycie normalnym jest już samo w sobie dostatecznie szalone, a w ubiorze i wyglądzie - już zwłaszcza! Ach! Bądźmy więc wszyscy jednakowi, jakby to było wystarczająco indywidualne!

9. Dawanie rad
Co ty wiesz o zabijaniu? Dacz wie wszystko. ZAWSZE. LEPIEJ. A na pewno lepiej od ciebie wie, jak TY masz żyć, jak i gdzie pracować, jakie decyzje masz podejmować i co jest NAJLEPSZE dla ciebie. Dacz niczym wróżka przepowie ci przyszłość i da ci garść rad na temat twojej przyszłości i życiowej drogi. Wróżbita Maciej mógłby się od Daczy uczyć, bo Daczom nawet nie trzeba talii kart, gwiazd, linii papilarnych i innych tam fusów, by powiedzieć ci, jaka będzie twoja przyszłość i co zrobić, by ją zmienić. Na LEPSZĄ. Nawet, jak Dacz cię nie zna - i tak będzie ci radzić. Nawet, jeśli ty o radę nie prosisz. Nawet, jeśli ty tej rady nie potrzebujesz. Bo ty jeszcze nawet nie wiesz, że ta rada odmieni twoje życie i, co najlepsze!, nie musisz nawet za nią zapłacić, bo jedyne, co Dacze tak hojnie rozdają za darmo, to właśnie... rady!

10. Ksenofobia
Ostatnim i najsmutniejszym punktem na mojej liście jest ksenofobia. Myślę, że najlepiej zobrazuje ją poniższa grafika...

poniedziałek, 13 lipca 2015

Dlaczego Holendrzy są bogaci?

Wydaje Wam się, że:

A - Zawsze macie pod górkę. Nie macie znajomości, bogatych rodziców, olśniewającej urody, przebojowej osobowości, ponadprzeciętnej inteligencji, żadnego talentu... Whatever wstawić, niepotrzebne skreślić. Macie permanentnego pecha. Macie wrażenie, że wszyscy i wszystko Was ogranicza, że los ciągle rzuca Wam kłody pod nogi. Powtarzacie sobie i wszytskim, jak mantrę, że porażka to Wasze drugie imię. Zadajecie sobie ciągle pytanie - Dlaczego inni mają lepiej?!

B - W Waszym życiu bywa różnie. Raz lepiej, raz gorzej, ale uważacie się za kowala swojego losu, któremu czasem dopisze szczęście. Choć wiecie, że to szczęście jest w połowie efektem Waszej wiary w siebie oraz ciężkiej pracy. Nie poddajecie się łatwo. Nie porównujecie się do nikogo. Jesteście świadomi własnych ograniczeń oraz boicie się porażki.

C - Czegokolwiek nie dotkniecie, to zamienia się to w złoto. Nie tyle, co wierzycie, ile Wy wiecie ze stuprocentową pewnością, że możecie góry przenosić. Pracujecie ciężko, ciężej oraz więcej niż inni i zawsze optymistycznie patrzycie w przyszłość. Porównujecie się do lepszych, bo to jest dla Was najlepszą motywacją do tego, by walczyć i pracować ze zdwojonym wysiłkiem. Porażka Was nie przeraża. Nie ma dla Was ograniczeń. Nigdy się nie poddajecie. NIGDY!

Pomiędzy tymi trzema typami jest jeszcze jakiś pięćdziesiąt innych odcieni osobowości. Jednak myślę, że 90% z Was z łatwością może utożsamić się z punktem A. Lub punktem B. Lub punktem C. Mniej lub bardziej, oczywiście, ale są to takie trzy podstawowe typy przedsiębiorczości. Ile więc z Was wybrało typ A? Niewielu? Tak myślę, że niewielu z Was. Jesteście już z tego pokolenia, co raczej nie lubi się na sobą użalać. To raczej zostawiacie swoim rodzicom i dziadkom wychowanym i żyjącym w komunie. Cóż, taki to był system, który "rozleniwiał" nawet te ambitniejsze jednostki, który kazał uwierzyć, że wszyscy powinni być równi. Myślę jednak, że większość z Was utożsamia się typem B. Ja zresztą też tu się widzę. Wierzę, że świat nie jest ani biały, ani czarny, obsesyjnie nie patrzę na tych, co mają lepiej, więcej i łatwiej ode mnie, ani też nie pocieszam się myśląc, że inni mają gorzej. W ogóle raczej nie patrzę się na innych ludzi. Wierzę w szczęście i pecha, ale i też w ciężką pracę. Myślę, że mam talent oraz wiedzę na tym i na innym polu, i tego się trzymam dość kurczowo. Tak. Przyznaję. Boję się porażki. Tak. Zdarzyło mi się poddać... Choć nigdy bez walki.

I jest też ostatni typ. Typ C. Jak mój Luby. On nie wierzy w szczęście. Ani w przypadek. Ani w zrządzenie losu. On wierzy, że każdy szczęście sam sobie buduje. Każdy musi o nie sam zawalczyć. Nie jest tam żadnym marzycielskim optymistą. On jest optymistą stąpającym twardo po ziemi, bo po prostu wie, że jego ciężka praca, jego wszystkie wysiłki, zostaną nagrodzone. Jeśli nie teraz - to w przyszłości. Luby nie boi się porażki, nie boi się podjąć ryzyka. Nie boi się upadku, bo wie, że z każdej porażki może wyciągnąć wartościową lekcję na przyszłość. Luby wie, że trzeba przegrać wiele razy w biznesie, aby w końcu wygrać. Zresztą - nie tylko w  biznesie. Swoje pierwsze pieniądze zarobił już jako dzieciak w podstawówce (!) zajmując się, jakżeby inaczej, handlem. Niemal wszystko to, co osiągnął - osiągnął to bez znajomości. A raczej - sam zbudował swoją naprawdę imponującą sieć znajomych i przyjaciół, na których widnieją nazwiska ludzi z listy najbogatszych Holendrów. Sam - bo nikt mu w tym nie pomógł. Jego rodzice mieszkają na farmie w prowincji Zeeland i są fizykoterapeutami. Fakt, że nie ma tu raczej "biednych" Holendrów, ale jego rodzicie nie są z bóg wie jakiej klasy społecznej. Po prostu - to normalni ludzie. Lubego dzieciństwo polegało na ganianiu za kurami i zabawie w malutkim pokoju, który był wytapetowany tapetą w Różową Panterę. Jego start w życiu raczej niewiele różnił się od mojego czy Waszego. Niewiele, z taką subtelną różnicą, że Luby urodził się w innym kraju. I co by tu dużo mówić - lepszym. W kraju, w którym jak masz łeb na karku i chęci do pracy, będziesz miał tyle, na ile sam sobie zapracujesz. W kraju, w którym jak masz talent i łeb na karku, to nikt ci tego karku nie przetrąci. Ani szkoła, ani rodzina, ani przyjaciele, ani koledzy z pracy, ani Twój szef, ani Twoi partnerzy w biznesie. Holandia to nie raj, ale to na pewno kraj, od którego powinniśmy uczyć się nie tylko handlu, ale i ogólnie - przedsiębiorczości. Holandia to kraj, w którym uczysz się od dziecka, że szczęście nie jest dziełem przypadku ani przeznaczenia, ani nawet "Twoich pleców", ale to efekt CIĘŻKIEJ PRACY. I tu mamy właśnie pierwszą odpowiedź na pytanie: Dlaczego Holendrzy są bogaci?

1. Nie boją się ciężkiej pracy. Luby pracuje 6 dni w tygodni, często i gęsto jest to około 70 godzin tygodniowo. Nie ma zmiłuj się, to jest coś za coś. Chcesz coś osiągnąć w życiu - musisz zapieprzać. No chyba, że wygrasz w Lotto...

2. Nie boją się podejmować wyzwań, nie boją się wyjść ze swojej strefy komfortu. Wierzą, że porażka to nie klęska. Porażka to kolejna lekcja w drodze do sukcesu. Mają świadomość, że podejmując ryzyko poniosą i kilka porażek.

3. Od dziecka są uczeni zaradności i przedsiębiorczości. Wiele holenderskich dzieciaków na King's Day sprzedaje swoje używane książki, ciuchy i zabawki. A słyszeliście o croissant boys? To grupa chłopców, którzy w Amsterdamie w weekendy przywiozą Ci na rowerze pod dom świeże croissanty i sok pomarańczowy. Ci chłopacy już są prawdziwym hitem na naszym osiedlu! Sami zresztą możecie sobie takie śniadanko pod dom zamówić: CroissantboysA naprawdę nie są to dzieciaki, które muszą dorabiać do kieszonkowego. Jestem pewna, że za kilka lat jeszcze o nich usłyszymy!

4. Mentorzy i coache - tych ma niemal każdy Holender, który poważnie myśli o swojej karierze. W razie wątpliwości zawsze może poprosić swojego mentora o radę i pomoc. To nie tylko jest ważne w życiu, ale i w biznesie, jakimi ludźmi się otaczamy. A tym ważniejsi są ludzie, od których często uzależniamy nasze decyzje w kluczowych sprawach.

5. Rozwój. Holendrzy ciągle się dokształcają, ciągle poszerzają swoją wiedzę i kwalifikacje. Znajomy Lubego, lat pięćdziesiąt parę, zamiast na wakacje to pojechał do znanej (i cholernie drogiej) w Holandii szkoły językowej uczyć się hiszpańskiego. A znał już biegle cztery języki. Chciał po prostu - zwiększyć swoje kwalifikacje. Po prostu - to człowiek, który chce ciągle uczyć się nowych rzeczy. I tak mają Holendrzy. Wiecznie są głodni wiedzy. Ciągle się rozwijają.

6. Holendrzy nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Nie dadzą się wykorzystywać. Nie dadzą sobą pomiatać. Holendrzy nie użalają się nad sobą. Nie robią z siebie biednych męczenników. Jest to kwestia ich mentalności, wychowania, ale i też - polityki. Nie po to Dacze kończyli szkoły, by pracować za grosze. Nie po to brali na studiach kredyty. Jeśli coś Holendrowi nie będzie odpowiadać - znajdzie sposób, by to zmienić. Dacze wiedzą, że dopóty jesteś zwycięzcą, dopóki masz alternatywę. A jak nie masz alternatywy - to sobie ją sam stwórz. Niemożliwe? Ano właśnie Dacze myślą, że wszystko jest możliwie. Dopóki masz dwie ręce, dwie nogi i głowę na karku, dopóty możesz wszystko. WSZYSTKO.

7. Większość Holendrów to właśnie typ C i o tym, że są bogaci decyduje po pierwsze ich ciężka praca, a po drugie ich sposób myślenia. To tak w wielkim skrócie. Dacze wiedzą,że Jeśli chcesz w swoim życiu czegoś, czego jeszcze nigdy nie miałeś, musisz zrobić coś, czego nigdy jeszcze nie zrobiłeś. Nawet, jeśli to oznacza, że sam musisz zacząć wszystko od zera. Wszystko od początku. Nawet, jeśli to oznacza wyjście ze sfery komfortu. Nawet, jeśli przy tym kilka razy ci się nie uda i kilka razy dostaniesz po dupie. Holender wie, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana ;)

niedziela, 5 lipca 2015

Pedał

Pedał, ciota, homoś. Albo i gorzej. Gej w Polsce nie jest okej. Trzeba mu dosrać, życie uprzykrzyć, pokazać miejsce w (szarym) szeregu. Był sobie chłopiec. Był inny. Delikatniejszy. Bardziej zadbany. Wyróżniał się ubiorem, fryzurą. Może i też postawą. Może i poruszał się inaczej, tak bardziej kobieco. Może i miał nawet wyższy ton głosu, niż nakazywałaby to samcza norma. W oczach kolegów był pedałem. Ciotą, którą trzeba podręczyć. Ano tak. Jak on śmie zakładać rurki spodnie? Jak on śmie żelować włosy? Jak on śmie, do jasnej cholery, być inny? Jak on śmie być taki spedalony?!

Chłopiec ten miał 14 lat, miał na imię Dominik i się powiesił. Powiesił na sznurówce, bo był dręczony. Znalazła go jego mama. Gimnazjum w Bieżuniu stało się w ten sposób sławne na całą Polskę za sprawą swoich uczniów i pewnej nauczycielki, którzy lubowali się w upokarzaniu Dominika. "Pedzio", jak koledzy ze szkoły nazywali chłopca, był szturchany, wyzywany, a nawet (!) rzucano w niego kamieniami. Jak widzę polskim gimnazjom wcale nie tak daleko do praktyk rodem ze Średniowiecza albo krajów skrajnie arabskich. Polska szkoła już nie tylko wychowuje kolejne pokolenie konformistów, ale i homofobów. A miało być tak fantastycznie, jak to ostatnio obiecywały plakaty wyborcze...

Miało, a wyszło - jak zawsze.

I wiem. Miało być dziś o tym, dlaczego Holendrzy są bogaci. Miało. Będzie jednak dziś słówko o pedałach. Tak. Pedałach. Nie wstydźmy się tego powiedzieć. Ileż to razy użyliśmy tego słowa nawet "tylko" w żartach i nawet nie będąc homofobami? Ileż to razy słyszeliśmy to z ust naszych ojców czy dziadków, że ten nowy listonosz / piekarz / pan z gazowni / prezenter z tv / kolega z pracy/ whatever wygląda, jak pedał? Nie gej. Nie homoseksualista. Nie kochający inaczej (w sensie, że na opak?). Tylko wygląda, jak pedał. Jak ciota. A "pieszczotliwej" - homoś. "Pedzio" to był przydomek Dominika, który zmusił go do tego, by odebrać sobie życie... Niech mi ktoś jeszcze powie, że słowa nie mają siły zranić. Niech mi ktoś teraz powie, że słowa nie mają siły... zabić. Odebrać komuś życie.

Skąd to się bierze? Czemu przeszkadza nam to, że ludzie wyglądają inaczej? Że ubierają się inaczej? Mówią inaczej? Że mają inną orientację, inny kolor skóry? Co nas to w ogóle obchodzi, jak wygląda inny człowiek? Jeśli ktoś się dobrze czuje w spodniach rurkach, to czemu ma ich nie nosić? Czemu ludzie lubią tak bardzo narzucać innym swoje pojęcie "normalności"?! Czy wszyscy mamy wyglądać, robić i myśleć tak, jakbyśmy wyszli z jednej fabryki? Wszyscy mamy być piękni, szczupli, heteroseksualni i biali? Czy wtedy ludzie w Polsce będą szczęśliwi i zadowoleni? Czy wtedy "polskiemu Gienkowi" taki obrazek Polski wystarczy? Gdy nie będzie "pedałów", "tłustych loch" ani "czarnych" czy innych "ciapatych"? Jestem przerażona. Jestem tym przerażona, jak ludzie są coraz bardziej skurwiali. Tak. Skurwiali. Cytując słowa Józefa Piłsudskiego o Polakach: "Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy". Teraz, jak myślę właśnie o Dominiku i o tym, jak bardzo był zdesperowany, że nie widział innego wyjścia ze swojego piekła, jak tylko odebrać sobie życie, to nie znajduję lepszych słów, niż ten cytat. Słowa Piłsudskiego doskonale oddają moje myśli i uczucia... Ludzie lubią tak dokopać innym ludziom. Uprzykrzyć im życie. Unieszczęśliwić. Wepchnąć w kompleksy.

Dlaczego właściwie?


Tłumaczenie, że "Cóż zrobić, że dzieci są okrutne?", uważam wręcz za karygodne. Dzieci "normalnych" rodziców nie będą postępować tak, jak dzieci wychowane, nazwijmy to umownie, w "patologii". Nikt mi nie wmówi, że dzieci, których rodzice nauczyli tolerancji, będą i tak w "pedzia" rzucać kamieniami. Nie. Dzieci nauczone tolerancji będą tolerancyjne. Koniec, kropka. Przykład idzie od góry, niedaleko jabłko pada od jabłoni, a ryba zawsze psuje się od głowy. To, jakie wzorce mamy w domu czy w szkole ukształtuje nasze zachowanie w przyszłości. Znów sprowadza nas to do ostatniego postu, w którym między innymi było właśnie o autorytetach: Dlaczego Holendrzy nie dają sobą pomiatać?

A pierwszym i największym autorytetem dla dziecka są właśnie jego rodzice. Toksyczne domy to nie tylko te tak zwane "patologiczne", gdzie jest przemoc i alkohol. Toksyczne domy mogą być wszędzie, w każdej klasie społecznej. Toksyczne domy to też te, w których dzieci nie czują się kochane i akceptowane. Gdzie na miłość rodzica trzeba zasłużyć. Gdzie rodzice nie mają czasu na wychowanie swoich pociech. Na wpajaniu swoim dzieciom odpowiednich wartości. Takie dzieci wyrastają właśnie na pełnych kompleksów i problemów emocjonalnych dorosłych, którzy całe swoje życie poświęcają na dążeniu do perfekcji i na wymaganiu perfekcji od innych. Tak. Perfekcji. Perfekcji w ich mniemaniu, w której na przykład nie ma miejsca dla "ciot" i "pedałów". Dla "czarnych" i "grubych loch". Nie ma miejsca dla inności, która odbiega od przyjętej normy. Normy perfekcji. Tym ludziom bardzo współczuję, bo będąc wiecznie zakompleksionymi i nieszczęśliwymi automatycznie będą wpędzać w kompleksy innych. Tacy ludzie będą unieszczęśliwiać nawet najbliższe im osoby. Nawet swoich małżonków. Nawet swoje dzieci... I tak toczy się błędne koło. Ale to już odbiega znacznie od tematu, choć daje też z drugiej strony do myślenia, dlaczego akurat to holenderskie dzieci są najszczęśliwszymi dziećmi na świecie? Nie tylko biorąc pod uwagę ich warunki bytowo-materialne, ale też, a może i przede wszystkim, ich wychowanie. Holenderscy rodzice bowiem akceptują swoje pociechy takimi, jakie są i tej akceptacji też ich uczą dla innych. I dla samych siebie, bo przede wszystkim to właśnie samoakceptacja jest najbardziej potrzebna do tego, aby akceptować innych. Tak samo jest z miłością. A i o tym, jak Holendrzy uczą swoje dzieci samoakceptacji było już wspomniane tutaj: Dlaczego Holenderki są atrakcyjne?

Dla porównania, a raczej - dla kontrastu, będzie teraz o Daczach. O holenderskich pedałach. Nie dawniej, jak tydzień temu o tej porze, siedzieliśmy w ogródku wujka Lubego i piliśmy kawę. Wpadliśmy do niego w odwiedziny, bo wujek Lubego właśnie remontuje nowy dom. Wujek Lubego ma chłopaka. Od lat. Nikt w sumie właściwie nie wie, czemu dotąd się nie pobrali... Wujek Lubego jest z Robem 28 lat. A może i dłużej. Wujek Lubego - ma na imię Kies, nigdy nie musiał wyjść z szafy. Nie musiał - bo nigdy w niej nie był. Kies ma 50-kilka lat. Pierwszego chłopaka przyprowadził do domu, gdy miał lat 18. Zapytałam mamy Lubego, czy jej rodzicie to zaakceptowali, że Kies jest homoseksualny? Odpowiedziała, że oczywiście. Od razu. Na pytanie, czy z powodu swojej orientacji Kies był kiedykolwiek prześladowany, odpowiedziała, że nie przypomina sobie takiej sytuacji, ale raczej nigdy. A mieszkali w małej miejscowości. Wyobrażacie to sobie w Polsce? Będąc młodym chłopakiem i mieć "oficjalnie" chłopaka?! W takim to PRL-u? W latach '80?! Rob, partner wujka Lubego, uczy języka holenderskiego w szkole. Tak! Mój boże! Ten "stary pedał" jest nauczycielem! To mógłby być szok dla sporej części Polaków... Że jak to tak pedał może uczyć w szkole?!

Rob ma teraz dłuższe wakacje (jak to nauczyciel), więc zajmuje się pracami w ogródku. Dostaliśmy od niego w prezencie dwa słoiki dżemu. Śliwkowego. "Do sera jest najlepszy" powiedział nam Rob głaszcząc pieszczotliwie po ręce Kiesa. Nie. Nie było to "spedalone" zachowanie. Nie. Był to gest pełen uczucia i miłości, jakiej można im tylko pozazdrościć. Rob i Kies są tyle lat razem, a czasem zachowują się, jak para zakochanych młokosów.... Myślę, że dzieciaki dręczące Dominika mogą tylko marzyć o takiej miłości. I nie mam tu na myśli tylko miłości partnerskiej, ale i rodzicielskiej, a może i tej przede wszystkim. Wiecie, mam wrażenie, że kochane i akceptowane przez swoją rodzinę dziecko nie będzie agresywne w stosunku do inności. Nie będzie poniżało kogoś za jego odmienność. Kochane i od zawsze akceptowane dziecko będzie akceptowało innych. Nawet tych bardzo bardzo BARDZO innych od siebie.

Nawet później, gdy będzie już dorosłym człowiekiem.

Ludzie są inni. Inni od nas. Różnorodni. O różnych kształtach, kolorach skóry, poglądach, orientacji. To ich prawo, ich wybór tego, kogo chcą kochać, jak chcą wyglądać. A nam od tego wara. Nas to nie powinno obchodzić, a co dopiero nam ma to przeszkadzać. Znów, spójrzmy wpierw w lustro na samych siebie. Przyjrzyjmy się swojemu odbiciu, temu, co nie tylko jest na zewnątrz, ale i temu, co jest w środku i zadajmy sobie podstawowe pytanie: Czy my sami siebie akceptujemy? Szanujemy? Kochamy? Wiem, że to może zabrzmi głupio, ale człowiek, który kocha sam siebie i siebie akceptuje, będzie miał taki sam stosunek do innych ludzi. To, co mamy w środku, decyduje o tym, jak widzimy to, co jest na zewnątrz. Tak już jesteśmy skonstruowani, że patrzymy na świat, jak na własne obicie w lustrze i TYLKO OD NAS ZALEŻY czy to, co zobaczymy po drugiej stronie będzie czymś innym i szkaradnym, czy czymś innym, ale jakże pięknym i fascynującym. Bądźmy więc dla siebie dobrzy oraz wyrozumiali, a i tak też będziemy traktować innych.