czwartek, 24 września 2015

O wartościach...

Co jest najważniejsze w życiu? Kasa w banku? Sława? Rozmiar 36? 34? Umięśniona klata? Chudy brzuch? To, że ktoś ci powie, że nie wyglądasz na 35 lat, ale na góra 25? Wolność? Niezależność? 40 lat na karku i gorąca 18-tka pod ręką czekająca tylko na twoje skinienie? Tłum adoratorów ustawiających się w kolejce, żeby postawić ci piwo w knajpie? Co jest ważne dla Ciebie? Jakie są najważniejsze wartości według Ciebie? Co tak naprawdę decyduje o Twoim szczęściu?

Albo zapytam inaczej.

O czym marzysz? Czy o tym, by zatrzymać czas i nigdy się nie zestarzeć? By mieć większe cycki? Dłuższe nogi? By (broń boże!) nigdy nie przytyć? Albo schudnąć jeszcze troszkę? By mieć więcej hajsu? Aby mieć go tyle, by już nigdy więcej nie musieć pracować? I do końca życia podróżować po całym świecie? By ciągle imprezować. Ciągle się bawić. Ciągle żyć tak, jakby nie było jutra, jakbyś wiecznie miał/miała 20 lat. Ciągle odkrywać nowe rzeczy. Kupić wymarzony samochód. Kupić kilka samochodów i wszystko inne, co tylko chcesz. W ilości nieograniczonej. Marzysz, by bawić się z modelkami Victoria Secret's na własnym jachcie, którego świętej pamięci Kulczyk mógłby ci pozazdrościć? Marzysz, by zostać żoną pięknego mężczyzny, co będzie miał wszystko idealne, anatomicznie zwłaszcza, a wszystkie znajome będą ci go zazdrościć? Cholernie zazdrościć. Niech te zarazy wiedzą, że możesz wyrwać takiego faceta. Ty - a nie one!

Nie... Ty na pewno jesteś lepszy/lepsza. Marzysz o rzeczach wielkich. Prawda?

Wiecie, kto teraz może o nas najwięcej powiedzieć? Haker włamujący się do naszego komputera. Tak. On może szybko wystawić nam ocenę. I to jakże miażdżąco prawdziwą. Ta ruda, co niby tak kocha swojego chłopaka, ciągle tylko siedzi na czatach i na portalach randkowych szukając partnerów do zdrady. A ten zakompleksiony kurdupel, co ma metr 1,66 wzrostu w porywach, ciągle tylko ogląda porno z azjatyckimi nastolatkami. Ta wielka szanowana i powszechnie znana intelektualistka tak naprawdę większość wolnego czasu spędza na stronach plotkarskich albo kupując nowe ciuchy na eBay'u. Ten bogaty bankier ciągle kupuje odżywki online i spędza długie godziny w Internecie oglądając ćwiczenia na YouTube pod tytułem: "jak wyrzeźbić masę"? Albo piękna dziewczyna, która chcąc zatrzymać przy sobie chłopaka od kilku dni szuka po forach dobrego chirurga plastycznego. Najlepszego, na jakiego ją stać. I by ten efekt był dyskretny.

 Co o Tobie powiedziałby taki haker? Czy miałbyś/miałabyś się czego wstydzić? Czy chciałbyś/chciałabyś coś ukryć? Coś ulepszyć w swoim życiu? Czy chciałbyś/chciałabyś dostać drugą szansę i pokazać się od innej strony? Lepszej?

 Nie. Nie jesteś jak Ruda, którą motywuje żądza. Albo jak kurdupel, którego ukształtowały kompleksy i którego frustruje samotność. Nie jesteś pseudointelektualistką znudzoną do bólu i pozbawioną sensu życia. Nie jesteś lepszą wersją samej siebie dla innych. Nie jesteś też próżnym bankierem, dla którego fizyczność jest ważniejsza od tego, co jest w środku. Dla którego wygląd zewnętrzny jego i wszystkich innych jest najważniejszą wartością, którą przecież tak łatwo można zmierzyć ludzi. Nie jesteś dziewczyną, która na siłę zatrzyma przy sobie chłopaka. Ty znasz swoją wartość...

Na pewno? Czy na pewno nie jesteś żadną z tych postaci? Chociaż po części? Chociaż czasem? Jeśli absolutnie nie - jak to powie ci większość ludzkości - to znaczy, że chyba jesteś za dobry/dobra dla tego świata. I to nie jest komplement.

Motyw holenderski w tej historii jest taki, że mam znajomego. Dobrego. A przynajmniej kiedyś myślałam, że dobrego. Naprawdę go lubiłam, poznałam go zaraz po mojej wyprowadzce do Amsterdamu. Polak, Ślązak, chyba nie katolik. Chyba, bo o religii nigdy nie rozmawialiśmy. No na pewno nie głosuje na PiS. Widzieliśmy się ostatni raz dobrych kilka tygodni temu. Niewinne piwo, upalny dzień pewnego upalnego lata w Holandii. To spotkanie ciągle nie daje mi spokoju. Ciągle siedzi w mojej głowie. Mój znajomy narzekał, że Holenderki są... za grube. Mają 20 lat i już tłuszcz na brzuchu! Ja mam dwie prace i mogę pięć razy w tygodni biegać oraz być na siłowni, to one nie mogą?! W mojej pracy wszystkie dziewczyny są grube! Może jedna z nich jest w miarę chuda! I pokazał mi w telefonie zdjęcie swojej byłej dziewczyny. Polki. Patrz, jak przytyła! Jak była ze mną, to była taka chuda! Zapytała mnie, czy jest za gruba, to odpowiedziałem jej szczerze, że jest, no i schudła. A teraz patrz na nią! Jak była ze mną, to faceci oglądali się za nią na ulicy. Jak była ze mną to nawet pracowała jako fotomodelka!!! Siedział przede mną człowiek wykształcony, mądry, ba! kiedyś nikogo nie oceniający. Przynajmniej tak mi się wydaje. A może to ja się cholera zmieniłam? Bo co się z nim stało? Co się stało z tymi ludźmi, do cholery?! Czy jemu tak trudno zrozumieć, że może dla jego byłej dziewczyny waga to nie wszystko? Że celem jej życia nie jest rozmiar zero? Że od śliniących się za nią na ulicach facetów woli pełną akceptację swojego partnera? Czy on to może zrozumieć? Czy może to nie mieści się w jego światopoglądzie, że dla niektórych wygląd to nie wszystko? Że mają inne wartości? Pytam się o to wtedy mojego znajomego i odpowiada mi, że prawda jest taka, że dla facetów bardzo ważna jest fizyczność kobiety. 9 na 10 jego kumpli tak uważa. Wie to na pewno, bo się ich zapytał. Czy to oznacza, że żyjemy w świecie, w którym o wartości człowieka przede wszystkim decyduje jego wygląd? Czy to oznacza, że tyle lat przyjaźniłam się z człowiek, który od początku oceniał mnie tylko na podstawie mojego wyglądu?!

No cholera! Jakby mi ktoś w mordę strzelił. Ktoś... Ktoś, kogo uważałam za wrażliwego, dobrego i mądrego człowieka...

I myślę. I myślę nad sposobem myślenia mojego znajomego. Jaki tam zadziałał mechanizm. Wygląd... No w sumie. No dobrze. Zgadzam się. Wygląd jest ważny. Co jeszcze? Pieniądze też są ważne. Trzeba mieć kupę siana. Jak ma się kasę, to ma się wszystko. Wszystko, co można kupić. Znajomych, zabawę, dziewczyny i seks. Seks. On też jest ważny. Nawet ten przypadkowy. A może zwłaszcza on. Bo czy to właśnie nie on decyduje o naszej atrakcyjności? Czy to nie liczba naszych partnerów w łóżku świadczy o tym, że gorąca z nas partia? Taka hot foczka czy jurny Don Juan? Fakt. Rozmiar penisa też jest jakże istoty. Dla kobiety i dla mężczyzny. Nie powiemy przecież koleżance, że nasz facet ma za małą kuśkę. Facet z małym penisem nie będzie przecież przechwalać się tym faktem przy kumplach. Tak. Penis musi być wielki. To też ważne. Bo seks jest tak bardzo istotny. Czy seks bez orgazmu to zło i tragedia? Tak. Trzeba dochodzić za każdym razem, bo inaczej jaki jest sens takiego współżycia? Takiego życia? Nie ma tu miejsca dla impotentów i na powiedzenie: Sorry, ale dziś nie mam ochoty. Seks to broń, której trzeba jak najczęściej używać - inaczej zginiesz! Albo, co gorsza, rzuci cię twój chłopak/dziewczyna! Nie zapominajmy też o młodości. Jakże i równie ważnej! Królowie świata! Królowie życia! Jesteście jak wino! Nawet lepsi, niż wino, bo z wiekiem stajecie się coraz piękniejsi i coraz młodsi!


Inna znajoma Polka też mieszkająca w Holandii ostatnio opowiedziała mi pewną historię. Dostała od swojej znajomej smsa: Wiesz, my ludzie posiadający dzieci naprawdę życzymy parom bez dzieci, aby równie szybko miały potomstwo i wtedy równie przepieprzone życie, jak my. Czy coś w tym stylu. A znajoma znajomej, naprawdę spoko babka, choć odkąd została matką, jest nieco bardziej sfrustrowana, smsa takiegoż wysłała po pewnym obiedzie, na który przyszła jej znajoma. Znajoma 10/10 taka ostra sztuka, że hej! Penisy stają na baczność! Odpieprzona Chanel od stóp do głów, pięknie umalowana, wypachniona, od fryzjera, a do tego chuda, jak modelka (koksik i te sprawy). I botoksik zresztą też ciut w ustach, przy ustach i na czole. I jak matka Polka ma z kimś takim konkurować?! Ma z kimś takim siedzieć przy stole i nie czuć się gorsza?! I rozmawiamy z moją znajomą o priorytetach. O wartościach. Dla jednych wartością będzie posiadanie dziecka, a dla innych drogie ciuszki, botoks i feta, która pomoże ci się wcisnąć w rozmiar 0. I naprawdę o tyle, o ile nie mi oceniać innych ludzi, o tyle myślę czasem, że coś z tym światem jednak jest nie tak... Że coś tu się złego dzieje... A potem gdzieś czytam, że Natalia Siwiec gra w teatrze... Cóż, komu teraz potrzebne jest wykształcenie?

Wczoraj wieczorem byłam w biurze mego Lubego. Lało wtedy, jak cholera, a ja oczywiście pojechałam tam na rowerze. Przemoczona, zmarznięta, w dresiku, w bluzie i w za dużych trampkach swojej drugiej połowy. Zapięłam rower i mijam się z dziewczyną wysiadającą z Mercedesa. Piękną, fakt, ale jakże sztuczną. Długie za pupę dopinane włosy (choć wyglądające bardzo naturalnie), usta większe, niż Natalia Siwiec, rzęsy tak długie, że jeszcze takich nie wdziałam. I w ogóle w pełnym makijażu, sukience, białym płaszczyku i obcasach 12 centymetrów. Na dole w budynku firmy Lubego jest kosmetyczka. Tam owa niewiasta się udała. Ja w biurze Lubego czując się jak ostatni lump, za przeproszeniem, w tym swoim przemoczonym dresiku myślę, gdzie moje życie poszło nie tak, że ja z taką lalą to nigdy nie miałabym żadnych szans. A potem uderzam się w czoło, taki facepalm, chwila konsternacji. Chwileczkę, chwileczkę. To, co sobie właśnie pomyślałam mówiło o mnie więcej, niż o tej pani. Na mają niekorzyść. Przecież, czy ja naprawdę chciałabym tak wyglądać? Czy to było kiedykolwiek moim priorytetem? Sensem mojego życia? Wartością najważniejszą? Czy tego dnia miałam czas, by zrobić sobie pełen makijaż i latać po mieście w ulewie w sukience? Czy czułam się przy niej przez chwilkę gorsza? No tak. Ale czy miałabym ochotę się z nią zamienić na miejsce? Nie... I nazwijcie mnie dziwaczką.

Kiedyś wartością była wiedza, oczytanie, osiągnięcia, a dziś? Dziś najważniejsze są seksowne zdjęcia na Instagramie, najlepiej zrobione w Dubaju tudzież innym egzotycznym kraju. Ile lajków zbierze moja nowa torebka YSL? Ile serduszek dostanie selfie z Mercedesa nowego faceta? Fotka w skąpej bieliźnie? Zdjęcie z nową laską o połowę młodszą? Wyrwę sobie taką seksowną dziunię, to kumple będą mi jej zazdrościć. Będę dzięki niej lepszym człowiekiem. W ich oczach i w swoich. Będę miał 40 lat i dalej prowadził życie singla chodząc do klubów wyrwać małolaty. A co! Po co dojrzewać? Po co się zmieniać? Po co stawiać na inne wartości? Po co mieć żonę/męża i dzieci? By męczyć się jak moi znajomi? Po co szukać innej drogi? Jak coś już zmieniać, to najwyżej pracę, miasta, kraje, znajomych, dziewczyny/chłopaków, ale siebie zmieniać - po co? Niby czemu? Przecież to nie ja jestem źródłem swoich problemów! Ja w liceum, nie powiem, głównie przy wyborze chłopaka kierowałam się jego fizis. Ciało również było ważne. Rzeźba. Mniam. Musiała być. Umięśniona klata. I wzrost, taki co najmniej metr 1,80. I miały być brązowe oczy. Koniecznie! I ciemne włosy. Czarne najlepiej. Taki typ południowy, bo inaczej to nie.... Nie byłam zainteresowana. Nawet nie musieliśmy mieć wspólnych tematów, ani podobnego światopoglądu. Wystarczyło mi, że facet wyglądał, jak z powyższego opisu. Jak widać, nie byłam zbyt wymagająca. A może teraz z wiekiem mniej wymagam od swojego partnera? Tak pewnie niektórzy myślą... Ale że liceum dawno już skończyłam i od tego czasu trochę też przeżyłam, to i zmieniłam swój światopogląd. Wygląd owszem, ma może dla mnie teraz jakieś znaczenie - ale minimalne. Inne kwestie są teraz bardziej istotne w związku. Prawda jest taka, że patrząc codziennie nawet na najpiękniejszy obraz na świecie i tak w końcu ci się on opatrzy. Jeśli ten obraz sam w sobie nie będzie mieć większej głębi, nie będzie mieć niczego więcej do zaoferowania poza swoim pięknem - szybko spowszednieje. Aż w końcu - stanie się zwyczajny... I co wtedy? Ano znudzi się szybko tylko samo patrzenie na niego...

No okey. To nie jest tak, że ja nie chodzę na siłownię. Chodzę i to kilka razy w tygodniu. To nie jest tak, że nie chcę wyglądać dobrze. Uwielbiam modę, więc bijąc się w pierś - dużo wydaję na ciuchy. Do fryzjera fakt, chodzę rzadko, kilka tygodni temu dopiero po raz pierwszy byłam u fryzjera w Holandii (to było w ramach projektu wyjścia ze swojej sfery komfortu). Nigdy nie byłam u kosmetyczki, bo uważam, że mam na tyle ładną cerę, że tego nie potrzebuję (jeszcze?). Maluję się i owszem, choć nienawidzę zakładać maskary, dlatego zawsze, kiedy jestem w Polsce, przedłużam rzęsy metodą 1:1 (w Amsterdamie robiąc raz taki zabieg spieprzyli mi rzęsy i pół roku trwała ich regeneracja). Jem zdrowo, a przynajmniej staram się jeść zdrowo, biologicznie i organicznie, choć przyznam, że i często grzeszę. Czerwone wino to mój grzech główny. Lubię też suszone banany, które podjadam oglądając filmy. Nie jestem wegetarianką, weganką, sadomasochistką. Lubię sport, lubię dbać o siebie, lubię dobrze i zdrowo zjeść, lubię czuć się dobrze w swoim ciele, ale nie jest to dla mnie sensem życia, by wyglądać idealnie. Rozmiar zero nigdy nie oznaczał dla mnie Nirvany. Nie mam i nie chcę mieć obsesji na punkcie swojego wyglądu. Nie chcę liczyć każdej pochłoniętej kalorii. Współczuję kobietom, które same siebie skazują na życie w takiej matni... Nie boję się ciąży i tego, że przytyję. Że zmieni się moje ciało. Na zawsze. Nie przeraża mnie to, że mam trzydzieści lat i już widzę pierwsze oznaki tego, że zwalnia mój metabolizm. Tak. Starzeję się. Mam 30 lat i nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej. Akceptuję to. Nie mam ochoty odejmować sobie każdej pojedynczej zmarszczki. Nie mam ochoty ani stać w miejscu, ani cofać się. Mój Boże! Czy to znaczy, że coś ze mną jest nie tak? Że mam od teraz być codziennie na siłowni? Jeść maksymalnie 800 kalorii dziennie? A za 10 lat 600 kalorii? Za 20 lat 400?! Zbierać na botox? I z drugiej strony. A raczej, z tej, o której w tymże temacie. Nie mówię też, że marzenia o pieniądzach są złe. Że ci, co ciężko pracują na swoją pozycję są źli, zepsuci. Mieć może i również oznaczać być. Tu nie ma konfliktu. Można dbać o swoje ciało, ale równocześnie można nie mieć na jego punkcie obsesji. Można je akceptować, nawet jeśli nie jest idealne we współczesnym rozumieniu idealności, które zmienia się co kilka lat. Mówię teraz głównie o wartościach. O przewartościowaniu kilku kwestii na te ważne i na ważniejsze. I te najważniejsze. Można i dbać o swoje ciało, ale w tym samym czasie rozwijać się. Duchowo. Czytać. Oglądać. Słuchać. PRZEŻYWAĆ, A NIE PRZEŻUWAĆ. Można harować, jak wół, pomnażać kasę, ale i przy okazji robić z niej pożytek. Coś dobrego dla świata i dla samych siebie. Można wszystko, jeśli tylko się chce i potrafi. O to chodzi, by przewartościować sobie pewne sprawy i zadać sobie zajebiście istotne pytanie: co jest tak naprawdę dla nas ważne? Kasa, seks, faceci, laski, wieczna młodość, rozmiar zero, umięśniona klata, drogie fatałaszki, ekskluzywne rzeczy i zazdrość w oczach ludzi, których uważamy za przyjaciół, czy może bezgraniczna miłość, prawdziwa przyjaźń (bez skrywania się pod maską), prawdziwe uczucia (złość, smutek, radość, pasja, euforie, a i też wszystkie naraz) i coś, co tak kiedyś górnolotnie nazwaliśmy szczęściem?

Co jest dla Ciebie ważne? Co chciałbyś pokazać światu, gdyby do Twojego komputera włamał się właśnie taki haker?

I na koniec już - wiecie, czemu ludzkość nie potrafi wykorzystać swojego potencjału? Bo skupia się na durnych rzeczach. Na najmniej istotnych. Jak mamy zrozumieć sens tego świata, jeśli nie możemy zrozumieć sensu swojej egzystencji? Egzystencji, którą ograniczamy do spraw naprawdę błahych i powierzchownych. Pytamy o sens życia, o sens istnienia. Piszemy od wieków na ten temat rozprawy. Prawda jest taka, że życie nie ma sensu dopóty dopóki człowiek mu go SAM nie na da. Sami nadajemy sens naszemu życiu, swojemu człowieczeństwu właśnie przez wartości, którymi się kierujemy. A jeśli te wartości będą puste i płytkie, to takie też będzie nasze całe życie. A cóż to wtedy jest za życie? Mam wrażenie, że bardzo, ale to bardzo smutne i nieszczęśliwe, choć paradoksalnie dla wielu - takie, o którym właśnie marzą skrycie...

czwartek, 17 września 2015

Co pokazać mamie w Amsterdamie? I w ogóle, co trzeba koniecznie zobaczyć w Holandii?

Mama moja. Ukochana. Kusicielka słodyczami i innymi smakołykami. Ta, co przywozi mi zawsze kilogramy krówek, michałków, śliwek w czekoladzie i tym podobnych czekoladowych kusicieli. Ta, co przemyca dla mnie kilogramy kabanosów (wieprzowych i drobiowych) oraz myśliwskiej kiełbasy. Przywozi litry Soplicy pigwowej i nalewki gruszkowej. Tak. Ona znów przybyła do Holandii. Złakniona wrażeń i nowych doznań. A przede wszystkim - przyjechała, aby spędzić miło czas ze swoją latoroślą. W swoim palcie przeciwdeszczowym jest gotowa na podbój nowego świata. Tej jakże wspaniałej zachodniej deszczowej Europy. Co jej cholerka pokazać, skoro już wcześniej sporo tu widziała i zwiedziła? Mam trzy dni, by spróbować jej pokazać nieco inną Holandię i inny Amsterdam. Mam pewien plan. Jasne, że mam plan! Ale... sami oceńcie, czy tak kolokwialnie był on zacny! Czy ten plan był taki, że pozwolił chociaż na moment mojej mamie oderwać się od przyziemnego słowa zwanego codziennością. Bo - swoje mamy kochamy - ale przede wszystkim to, co chcemy im dać w prezencie, to (nie)zwykłe słowo zwane radością :) Bo szczęśliwa mama = szczęśliwe dzieci!

Zaczynamy więc od plaży, bo moja mama lubi morze. A jak od plaży, to oczywiście tej w Vlissingen! A jak już jesteśmy tutaj, to nie ma siły wyżej! Zwłaszcza, że pogoda cudna, więc trzeba koniecznie wypić białe piwko przy promenadzie!


A jak już jesteśmy tak blisko Middelburg, to aż grzech nie zahaczyć o to piękne miasto! Szkoda tylko, że tamtejsze Zeeuws Museum był już zamknięte, bo mogłaby moja mama poznać trochę historii holenderskiej prowincji Zeeland!


I wracamy do Amsterdamu. Dzień 2. Po obfitym śniadanku zaczynamy zwiedzanie od Pałacu Królewskiego na Damie!


Następnie pokazałam mamie Beginaże, które było powiedźmy takim połączeniem prywatnego osiedla i klasztoru. Cudowna chwila relaksu oraz wytchnienia od zatłoczonego Amsterdamu i jakże ruchliwego targu kwiatowego przy kanale Singiel. Mama oczywiście zakupiła na targu różne cebulki hiacyntów (a nie tulipanów!) do swojego ogródka.


No dobra. Robimy się głodne. Zabieram mamę do obecnie mojej ulubionej restauracji Herengracht. Tam zamawiamy oczywiście frytki z majonezem, a do tego różne przystawki będące specjalnością tego miejsca. Po lunchu -  zgodnie z życzeniem mojej mamy ruszamy do Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Co by nie mówić, miałyśmy tam ubaw po pachy! Warto również tam się wybrać choćby dla niesamowitego widoku rozciągającego się na Dam Square!


Wieczorem postanowiłam zrobić mojej mamie niespodziankę i zabrać ją do na obiad do Moeders. Rezerwację zrobiłam już tydzień wcześniej. Moeders to bardzo przytulna restauracja udekorowana setkami zdjęć... mam :) Atmosfera tego miejsca jest bardzo domowa i przyjazna, jedzenie jest pyszne, choć uwaga! Serwowana jest tam kuchnia holenderska, więc po obiedzie nie miałyśmy miejsca nawet na deser! Mięsko, kapustka i ziemniaczki robią swoje ;) Chcąc więc spalić te nadprogramowe kalorie poszłyśmy z moim psiakiem Ginem na wieczorny spacer na Plac Muzealny (Museumplein).


I już nasz ostatni dzień. W planach była łódka po kanałach, ale jak to w Amsterdamie już bywa - pogoda niebyt dopisała. Poszłyśmy więc na wystawę Body Worlds Projekt: Szczęście. Wrażenia? Niezapomniane! I aż muszę o tym napisać. Był tam przekrój człowieka, który wcześniej został zamrożony, a potem pocięty na milimetrowe kawałki! Coś niesamowitego!


Ostatni wieczór, więc trzeba go zakończyć z wielką pompą! Chciałam wziąć mamę do Tales and Spirits na Zombie drinka i tamtejszą specjalność lizaki z faux gras, ale bar był zamknięty :( Na szczęście na Jordaanie był otwarty inny cocktail bar - Vesper. Drinki były pyszne, a i mama po raz pierwszy jechała po Amsterdamie na rowerze! I dała radę!

środa, 9 września 2015

Dziwne obyczaje: Polacy vs Holendrzy (7 rund)

Wiecie, czasem myślę, że Dacze to naprawdę dziwny naród... Z dziwnymi obyczajami, dziwnymi nawykami, dziwnymi tradycjami... Jednak czy my Polacy też nie mamy swoich różnych dziwactw? Dziś będzie krótko, ale zabawnie i nieco w krzywym zwierciadle, w tonacji lekkiej i przyjemnej. Tak akurat - już na sam koniec wakacji. Dziś będzie konfrontacja naszych dziwactw - naszych polskich narodowych z dziwactwami Daczy. Kto zwycięży? Sami oceńcie wynik tej walki!


Runda 1: Zwyczaje wakacyjne

Polacy - Już o 5.00 rano idą. Biegną! Tłoczą się, jak pszczoły w roju. Mają młotki i... parawany. To znak, że nad polskim morzem zaczyna się parawaning. Sport ekstremalny. Janusze biją się o miejsce. Tu nie ma żartów, tu są twarde reguły gry i żelazne zasady. Kto pierwszy - ten lepszy! Kto pierwszy - ten zwycięży kawałek plaży tuż przy morzu. Są nawet i tacy, którzy przywłaszczają i teren z wodą... Parawaning jest teraz w modzie i po tegorocznych wakacjach mam wrażenie, że wciąż będzie miał tendencję wzrostową... Zobaczymy, jak ten trend eskaluje za rok.

Dacze - Czarna sobota. Korki na autostradzie. Wszędzie. Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Belgia. Tłok na drogach niemiłosierny. Wiedz, że coś się dzieje. Wiedz, że oto Dacze właśnie jadą w swoich kamperach. Jadą, jadą, jadą. Aż w końcu - gdzieś zajechali. Na południe Francji albo może do Hiszpanii. I tam już zostaną. Trzy a może i cztery tygodnie. Zależy, ile szef dał im czasu na wakacje. Nie to, że mają kampery i będą się przemieszczać. Nie. Nie to, że co roku wybierają inny obiekt swojej wakacyjne destynacji. Nie. Dacze ze swoimi kamperami wypchanymi pindakaas, hagelslag i papierem toaletowy w swoim zacięciu i uwielbieniu do tej wakacyjnej praktyki zawsze jadą do tego samego miejsca.

Runda 2: Zwyczaje żywieniowe

Polacy - Ostatnio byliśmy u rodziców Lubego i ci nie mogli się napatrzeć, gdy z ogromnym apetytem wcinałam chleb z serem i z dżemem. Truskawkowym dżemem, serem żółtym. No tak. Ciekawe, co by powiedzieli na chleb z masłem i z cukrem, podgrzany na patelni, który jadłam za komuny, jako substytut słodyczy? Pewnie by nie uwierzyli...

Dacze - Ci z kolei nie przestają mnie zadziwiać, kiedy biorą kawałek chleba, hojnie smarują go pindakaas i równie hojnie posypują go hagelslag (posypką czekoladową). Choć z drugiej strony, co ja się temu dziwię, przecież Snickers to nic innego, jak orzeszki ziemne oblane czekoladą...

Runda 3: Zwyczaje imprezowe

Polacy - Godzina 20.00 albo 21.00 start. Zaczynamy. Ustawka na chacie. Wpierw wódka w domu a potem na miasto. Po co przepłacać w knajpie za drinki? I tak popijawa w domu przeciąga się do godziny 23.00, nawet 24.00, a potem chwiejnym krokiem idziemy do klubu. I to nazywa się skąpstwo? Nie. To się nazywa oszczędność. Ekonomia.

Dacze - Co prawda nie mają w domu wcześniej żadnych schadzek, ale też o ich sposobie imprezowania można by fraszkę napisać. Co robią Dacze na imprezach? Ano po pierwsze, zawsze stoją. A jeśli tylko pogoda dopisze, to zawsze stoją przed jakimś barem. Piją piwo za piwem, z rzadka coś innego. I zawsze w szklaneczkach 250 ml. No góra 300 ml! Tłoczą się w grupach i rozmawiają zazwyczaj tylko o pracy.

Daczu, stój z kumplami przed barem,
Słońce jest dla ciebie teraz darem.
Pij piwko, Heinekena za Heinekenem,
A w swoich oczach będziesz supermanem!

Runda 4: Zwyczaje studenckie

Polacy - Biedny student, jak to głosi polskie powiedzenie ludowe. Piwo czy śniadanie? Oto jest odwieczne studenckie pytanie. Jak już polski student jedzie za granicę w czasie wakacji, to na 99% jedzie do pracy. Dziadujemy na studiach, ale wierzymy, że po ich ukończeniu dostaniemy pracę marzeń i szybko zupki chińskie zamienimy na zupkę w Chinach, w których będziemy oczywiście na egzotycznych i długich wakacjach!

Dacze - A ci to studiują na bogato! Pełną gębą szlachta holenderska się wtedy bawi. Studenckie lata to twoje najpiękniejsze lata życia, jeśli studiujesz w Holandii. Jak robią to Dacza? Ano w bardzo prosty sposób - biorą pożyczki studenckie. Jedną, dwie, trzy - bo przecież trzeba żyć na poziomie! A procent taki mały się później od tego płaci... Wakacje w Meksyku, w Tajlandii, w Miami - to tylko kropla w morzu tego, gdzie Dacze na studiach się bawią. Gorzej, gdy przychodzi później czas spłaty tych studenckich pożyczek. Gorzej, gdy widzisz te miesięczne raty odchodzące z twojej pensji. Nie ma wakacji, nie ma zabawy, ale za to jakie Dacze mają piękne wspomnienia z młodości…

Runda 5: Zwyczaje sąsiedzkie

Polacy - Cholera! Krzyknął Nowak, kiedy "otarł" się swoim nowym Mercedesem klasy S o hondę Kowalskiego i zarysował mu zderzak. Rozejrzał się dookoła, nikogo nie ma. Rozejrzał się jeszcze raz. Nikogo. To rozejrzał się po ścianach, czy nie ma tam na parkingu żadnych kamer. Uff, nie ma. Uff, udało mi się - westchnął z ulgą Nowak i odjechał. A niech się teraz Kowalski martwi, przecież nie udowodni Nowakowi, że to on zarysował mu brykę!

Dacze - Jeśli zniszczą cudze mienie, to biorą to na klatę. Poczekają na właściciela, jeśli zarysują mu samochód, a jeśli ten długo nie przychodzi, to na pewno zostawią karteczkę za wycieraczką ze swoim numerem telefonu i numerem swojego ubezpieczyciela. Ale z drugiej strony, mają taką brzydką manierę o wszystko się czepiać. Pies sąsiada jest za głośny, śmieci sąsiad wystawia w złym miejscu za blisko krawężnika, żona sąsiada za głośno trzaska drzwiami, a jego dzieci ciągle tupią tymi nogami przyprawiając go o ból głowy. Dacze są może i honorowi, ale są też i strasznie czepialscy. Gdy dach naszych sąsiadów zaczął przeciekać, to przylecieli do nas na taras upewnić się, czy aby my w jakiś sposób nie stoimy za tym przeciekiem, a zwłaszcza nasze... kwiatki!

Runda 6: Zwyczaje małżeńskie

Polacy - Biorą ślub po roku znajomości i tkwią w małżeństwie nawet, jeśli miłość się już dawno tam skończyła.

Dacze - Zwlekają ze ślubem latami, a jak już w końcu wezmą ten ślub, to w 40% skończy się on rozwodem...

Runda 7: Zwyczaje modowe

Polacy - Mój Luby kiedyś zapytał swojego polskiego znajomego: Maciek, a dlaczego ty nosisz białe skarpetki do klapek? Usłyszał w odpowiedz: Ponieważ to Adiddas, a Addidas to dobra marka. Good brand, no wiesz… Nie takiej odpowiedzi Luby się spodziewał. Cóż.. Co by nie mówić polskie białe skarpetki do klapek są wszak sławne na całym świecie. Janusz z parawanem w białych skarpetkach i klapkach nie jest już ani człowiekiem z żelaza, ani z marmuru, ale jest człowiekiem - legendą!

Dacze - Jeśli chodzi o białe skarpetki, to mają wobec nich trzy żelazne zasady: 1 -  Możesz nosić białe skarpetki do 12 roku życia. 2 - Na siłownię. 3 - Albo jeśli jesteś Michaelem Jacksonem. Jednak Holenderki mają słabość do koloru białego, zwłaszcza do białych spodni, a zwłaszcza, jeśli są to legginsy 3/4. Proszę, takie to zdjęcie zrobiła kiedyś w Haarlemie moja znajoma Hania... Okazy daczowskich kobiet jak się patrzy!