czwartek, 24 września 2015

O wartościach...

Co jest najważniejsze w życiu? Kasa w banku? Sława? Rozmiar 36? 34? Umięśniona klata? Chudy brzuch? To, że ktoś ci powie, że nie wyglądasz na 35 lat, ale na góra 25? Wolność? Niezależność? 40 lat na karku i gorąca 18-tka pod ręką czekająca tylko na twoje skinienie? Tłum adoratorów ustawiających się w kolejce, żeby postawić ci piwo w knajpie? Co jest ważne dla Ciebie? Jakie są najważniejsze wartości według Ciebie? Co tak naprawdę decyduje o Twoim szczęściu?

Albo zapytam inaczej.

O czym marzysz? Czy o tym, by zatrzymać czas i nigdy się nie zestarzeć? By mieć większe cycki? Dłuższe nogi? By (broń boże!) nigdy nie przytyć? Albo schudnąć jeszcze troszkę? By mieć więcej hajsu? Aby mieć go tyle, by już nigdy więcej nie musieć pracować? I do końca życia podróżować po całym świecie? By ciągle imprezować. Ciągle się bawić. Ciągle żyć tak, jakby nie było jutra, jakbyś wiecznie miał/miała 20 lat. Ciągle odkrywać nowe rzeczy. Kupić wymarzony samochód. Kupić kilka samochodów i wszystko inne, co tylko chcesz. W ilości nieograniczonej. Marzysz, by bawić się z modelkami Victoria Secret's na własnym jachcie, którego świętej pamięci Kulczyk mógłby ci pozazdrościć? Marzysz, by zostać żoną pięknego mężczyzny, co będzie miał wszystko idealne, anatomicznie zwłaszcza, a wszystkie znajome będą ci go zazdrościć? Cholernie zazdrościć. Niech te zarazy wiedzą, że możesz wyrwać takiego faceta. Ty - a nie one!

Nie... Ty na pewno jesteś lepszy/lepsza. Marzysz o rzeczach wielkich. Prawda?

Wiecie, kto teraz może o nas najwięcej powiedzieć? Haker włamujący się do naszego komputera. Tak. On może szybko wystawić nam ocenę. I to jakże miażdżąco prawdziwą. Ta ruda, co niby tak kocha swojego chłopaka, ciągle tylko siedzi na czatach i na portalach randkowych szukając partnerów do zdrady. A ten zakompleksiony kurdupel, co ma metr 1,66 wzrostu w porywach, ciągle tylko ogląda porno z azjatyckimi nastolatkami. Ta wielka szanowana i powszechnie znana intelektualistka tak naprawdę większość wolnego czasu spędza na stronach plotkarskich albo kupując nowe ciuchy na eBay'u. Ten bogaty bankier ciągle kupuje odżywki online i spędza długie godziny w Internecie oglądając ćwiczenia na YouTube pod tytułem: "jak wyrzeźbić masę"? Albo piękna dziewczyna, która chcąc zatrzymać przy sobie chłopaka od kilku dni szuka po forach dobrego chirurga plastycznego. Najlepszego, na jakiego ją stać. I by ten efekt był dyskretny.

 Co o Tobie powiedziałby taki haker? Czy miałbyś/miałabyś się czego wstydzić? Czy chciałbyś/chciałabyś coś ukryć? Coś ulepszyć w swoim życiu? Czy chciałbyś/chciałabyś dostać drugą szansę i pokazać się od innej strony? Lepszej?

 Nie. Nie jesteś jak Ruda, którą motywuje żądza. Albo jak kurdupel, którego ukształtowały kompleksy i którego frustruje samotność. Nie jesteś pseudointelektualistką znudzoną do bólu i pozbawioną sensu życia. Nie jesteś lepszą wersją samej siebie dla innych. Nie jesteś też próżnym bankierem, dla którego fizyczność jest ważniejsza od tego, co jest w środku. Dla którego wygląd zewnętrzny jego i wszystkich innych jest najważniejszą wartością, którą przecież tak łatwo można zmierzyć ludzi. Nie jesteś dziewczyną, która na siłę zatrzyma przy sobie chłopaka. Ty znasz swoją wartość...

Na pewno? Czy na pewno nie jesteś żadną z tych postaci? Chociaż po części? Chociaż czasem? Jeśli absolutnie nie - jak to powie ci większość ludzkości - to znaczy, że chyba jesteś za dobry/dobra dla tego świata. I to nie jest komplement.

Motyw holenderski w tej historii jest taki, że mam znajomego. Dobrego. A przynajmniej kiedyś myślałam, że dobrego. Naprawdę go lubiłam, poznałam go zaraz po mojej wyprowadzce do Amsterdamu. Polak, Ślązak, chyba nie katolik. Chyba, bo o religii nigdy nie rozmawialiśmy. No na pewno nie głosuje na PiS. Widzieliśmy się ostatni raz dobrych kilka tygodni temu. Niewinne piwo, upalny dzień pewnego upalnego lata w Holandii. To spotkanie ciągle nie daje mi spokoju. Ciągle siedzi w mojej głowie. Mój znajomy narzekał, że Holenderki są... za grube. Mają 20 lat i już tłuszcz na brzuchu! Ja mam dwie prace i mogę pięć razy w tygodni biegać oraz być na siłowni, to one nie mogą?! W mojej pracy wszystkie dziewczyny są grube! Może jedna z nich jest w miarę chuda! I pokazał mi w telefonie zdjęcie swojej byłej dziewczyny. Polki. Patrz, jak przytyła! Jak była ze mną, to była taka chuda! Zapytała mnie, czy jest za gruba, to odpowiedziałem jej szczerze, że jest, no i schudła. A teraz patrz na nią! Jak była ze mną, to faceci oglądali się za nią na ulicy. Jak była ze mną to nawet pracowała jako fotomodelka!!! Siedział przede mną człowiek wykształcony, mądry, ba! kiedyś nikogo nie oceniający. Przynajmniej tak mi się wydaje. A może to ja się cholera zmieniłam? Bo co się z nim stało? Co się stało z tymi ludźmi, do cholery?! Czy jemu tak trudno zrozumieć, że może dla jego byłej dziewczyny waga to nie wszystko? Że celem jej życia nie jest rozmiar zero? Że od śliniących się za nią na ulicach facetów woli pełną akceptację swojego partnera? Czy on to może zrozumieć? Czy może to nie mieści się w jego światopoglądzie, że dla niektórych wygląd to nie wszystko? Że mają inne wartości? Pytam się o to wtedy mojego znajomego i odpowiada mi, że prawda jest taka, że dla facetów bardzo ważna jest fizyczność kobiety. 9 na 10 jego kumpli tak uważa. Wie to na pewno, bo się ich zapytał. Czy to oznacza, że żyjemy w świecie, w którym o wartości człowieka przede wszystkim decyduje jego wygląd? Czy to oznacza, że tyle lat przyjaźniłam się z człowiek, który od początku oceniał mnie tylko na podstawie mojego wyglądu?!

No cholera! Jakby mi ktoś w mordę strzelił. Ktoś... Ktoś, kogo uważałam za wrażliwego, dobrego i mądrego człowieka...

I myślę. I myślę nad sposobem myślenia mojego znajomego. Jaki tam zadziałał mechanizm. Wygląd... No w sumie. No dobrze. Zgadzam się. Wygląd jest ważny. Co jeszcze? Pieniądze też są ważne. Trzeba mieć kupę siana. Jak ma się kasę, to ma się wszystko. Wszystko, co można kupić. Znajomych, zabawę, dziewczyny i seks. Seks. On też jest ważny. Nawet ten przypadkowy. A może zwłaszcza on. Bo czy to właśnie nie on decyduje o naszej atrakcyjności? Czy to nie liczba naszych partnerów w łóżku świadczy o tym, że gorąca z nas partia? Taka hot foczka czy jurny Don Juan? Fakt. Rozmiar penisa też jest jakże istoty. Dla kobiety i dla mężczyzny. Nie powiemy przecież koleżance, że nasz facet ma za małą kuśkę. Facet z małym penisem nie będzie przecież przechwalać się tym faktem przy kumplach. Tak. Penis musi być wielki. To też ważne. Bo seks jest tak bardzo istotny. Czy seks bez orgazmu to zło i tragedia? Tak. Trzeba dochodzić za każdym razem, bo inaczej jaki jest sens takiego współżycia? Takiego życia? Nie ma tu miejsca dla impotentów i na powiedzenie: Sorry, ale dziś nie mam ochoty. Seks to broń, której trzeba jak najczęściej używać - inaczej zginiesz! Albo, co gorsza, rzuci cię twój chłopak/dziewczyna! Nie zapominajmy też o młodości. Jakże i równie ważnej! Królowie świata! Królowie życia! Jesteście jak wino! Nawet lepsi, niż wino, bo z wiekiem stajecie się coraz piękniejsi i coraz młodsi!


Inna znajoma Polka też mieszkająca w Holandii ostatnio opowiedziała mi pewną historię. Dostała od swojej znajomej smsa: Wiesz, my ludzie posiadający dzieci naprawdę życzymy parom bez dzieci, aby równie szybko miały potomstwo i wtedy równie przepieprzone życie, jak my. Czy coś w tym stylu. A znajoma znajomej, naprawdę spoko babka, choć odkąd została matką, jest nieco bardziej sfrustrowana, smsa takiegoż wysłała po pewnym obiedzie, na który przyszła jej znajoma. Znajoma 10/10 taka ostra sztuka, że hej! Penisy stają na baczność! Odpieprzona Chanel od stóp do głów, pięknie umalowana, wypachniona, od fryzjera, a do tego chuda, jak modelka (koksik i te sprawy). I botoksik zresztą też ciut w ustach, przy ustach i na czole. I jak matka Polka ma z kimś takim konkurować?! Ma z kimś takim siedzieć przy stole i nie czuć się gorsza?! I rozmawiamy z moją znajomą o priorytetach. O wartościach. Dla jednych wartością będzie posiadanie dziecka, a dla innych drogie ciuszki, botoks i feta, która pomoże ci się wcisnąć w rozmiar 0. I naprawdę o tyle, o ile nie mi oceniać innych ludzi, o tyle myślę czasem, że coś z tym światem jednak jest nie tak... Że coś tu się złego dzieje... A potem gdzieś czytam, że Natalia Siwiec gra w teatrze... Cóż, komu teraz potrzebne jest wykształcenie?

Wczoraj wieczorem byłam w biurze mego Lubego. Lało wtedy, jak cholera, a ja oczywiście pojechałam tam na rowerze. Przemoczona, zmarznięta, w dresiku, w bluzie i w za dużych trampkach swojej drugiej połowy. Zapięłam rower i mijam się z dziewczyną wysiadającą z Mercedesa. Piękną, fakt, ale jakże sztuczną. Długie za pupę dopinane włosy (choć wyglądające bardzo naturalnie), usta większe, niż Natalia Siwiec, rzęsy tak długie, że jeszcze takich nie wdziałam. I w ogóle w pełnym makijażu, sukience, białym płaszczyku i obcasach 12 centymetrów. Na dole w budynku firmy Lubego jest kosmetyczka. Tam owa niewiasta się udała. Ja w biurze Lubego czując się jak ostatni lump, za przeproszeniem, w tym swoim przemoczonym dresiku myślę, gdzie moje życie poszło nie tak, że ja z taką lalą to nigdy nie miałabym żadnych szans. A potem uderzam się w czoło, taki facepalm, chwila konsternacji. Chwileczkę, chwileczkę. To, co sobie właśnie pomyślałam mówiło o mnie więcej, niż o tej pani. Na mają niekorzyść. Przecież, czy ja naprawdę chciałabym tak wyglądać? Czy to było kiedykolwiek moim priorytetem? Sensem mojego życia? Wartością najważniejszą? Czy tego dnia miałam czas, by zrobić sobie pełen makijaż i latać po mieście w ulewie w sukience? Czy czułam się przy niej przez chwilkę gorsza? No tak. Ale czy miałabym ochotę się z nią zamienić na miejsce? Nie... I nazwijcie mnie dziwaczką.

Kiedyś wartością była wiedza, oczytanie, osiągnięcia, a dziś? Dziś najważniejsze są seksowne zdjęcia na Instagramie, najlepiej zrobione w Dubaju tudzież innym egzotycznym kraju. Ile lajków zbierze moja nowa torebka YSL? Ile serduszek dostanie selfie z Mercedesa nowego faceta? Fotka w skąpej bieliźnie? Zdjęcie z nową laską o połowę młodszą? Wyrwę sobie taką seksowną dziunię, to kumple będą mi jej zazdrościć. Będę dzięki niej lepszym człowiekiem. W ich oczach i w swoich. Będę miał 40 lat i dalej prowadził życie singla chodząc do klubów wyrwać małolaty. A co! Po co dojrzewać? Po co się zmieniać? Po co stawiać na inne wartości? Po co mieć żonę/męża i dzieci? By męczyć się jak moi znajomi? Po co szukać innej drogi? Jak coś już zmieniać, to najwyżej pracę, miasta, kraje, znajomych, dziewczyny/chłopaków, ale siebie zmieniać - po co? Niby czemu? Przecież to nie ja jestem źródłem swoich problemów! Ja w liceum, nie powiem, głównie przy wyborze chłopaka kierowałam się jego fizis. Ciało również było ważne. Rzeźba. Mniam. Musiała być. Umięśniona klata. I wzrost, taki co najmniej metr 1,80. I miały być brązowe oczy. Koniecznie! I ciemne włosy. Czarne najlepiej. Taki typ południowy, bo inaczej to nie.... Nie byłam zainteresowana. Nawet nie musieliśmy mieć wspólnych tematów, ani podobnego światopoglądu. Wystarczyło mi, że facet wyglądał, jak z powyższego opisu. Jak widać, nie byłam zbyt wymagająca. A może teraz z wiekiem mniej wymagam od swojego partnera? Tak pewnie niektórzy myślą... Ale że liceum dawno już skończyłam i od tego czasu trochę też przeżyłam, to i zmieniłam swój światopogląd. Wygląd owszem, ma może dla mnie teraz jakieś znaczenie - ale minimalne. Inne kwestie są teraz bardziej istotne w związku. Prawda jest taka, że patrząc codziennie nawet na najpiękniejszy obraz na świecie i tak w końcu ci się on opatrzy. Jeśli ten obraz sam w sobie nie będzie mieć większej głębi, nie będzie mieć niczego więcej do zaoferowania poza swoim pięknem - szybko spowszednieje. Aż w końcu - stanie się zwyczajny... I co wtedy? Ano znudzi się szybko tylko samo patrzenie na niego...

No okey. To nie jest tak, że ja nie chodzę na siłownię. Chodzę i to kilka razy w tygodniu. To nie jest tak, że nie chcę wyglądać dobrze. Uwielbiam modę, więc bijąc się w pierś - dużo wydaję na ciuchy. Do fryzjera fakt, chodzę rzadko, kilka tygodni temu dopiero po raz pierwszy byłam u fryzjera w Holandii (to było w ramach projektu wyjścia ze swojej sfery komfortu). Nigdy nie byłam u kosmetyczki, bo uważam, że mam na tyle ładną cerę, że tego nie potrzebuję (jeszcze?). Maluję się i owszem, choć nienawidzę zakładać maskary, dlatego zawsze, kiedy jestem w Polsce, przedłużam rzęsy metodą 1:1 (w Amsterdamie robiąc raz taki zabieg spieprzyli mi rzęsy i pół roku trwała ich regeneracja). Jem zdrowo, a przynajmniej staram się jeść zdrowo, biologicznie i organicznie, choć przyznam, że i często grzeszę. Czerwone wino to mój grzech główny. Lubię też suszone banany, które podjadam oglądając filmy. Nie jestem wegetarianką, weganką, sadomasochistką. Lubię sport, lubię dbać o siebie, lubię dobrze i zdrowo zjeść, lubię czuć się dobrze w swoim ciele, ale nie jest to dla mnie sensem życia, by wyglądać idealnie. Rozmiar zero nigdy nie oznaczał dla mnie Nirvany. Nie mam i nie chcę mieć obsesji na punkcie swojego wyglądu. Nie chcę liczyć każdej pochłoniętej kalorii. Współczuję kobietom, które same siebie skazują na życie w takiej matni... Nie boję się ciąży i tego, że przytyję. Że zmieni się moje ciało. Na zawsze. Nie przeraża mnie to, że mam trzydzieści lat i już widzę pierwsze oznaki tego, że zwalnia mój metabolizm. Tak. Starzeję się. Mam 30 lat i nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej. Akceptuję to. Nie mam ochoty odejmować sobie każdej pojedynczej zmarszczki. Nie mam ochoty ani stać w miejscu, ani cofać się. Mój Boże! Czy to znaczy, że coś ze mną jest nie tak? Że mam od teraz być codziennie na siłowni? Jeść maksymalnie 800 kalorii dziennie? A za 10 lat 600 kalorii? Za 20 lat 400?! Zbierać na botox? I z drugiej strony. A raczej, z tej, o której w tymże temacie. Nie mówię też, że marzenia o pieniądzach są złe. Że ci, co ciężko pracują na swoją pozycję są źli, zepsuci. Mieć może i również oznaczać być. Tu nie ma konfliktu. Można dbać o swoje ciało, ale równocześnie można nie mieć na jego punkcie obsesji. Można je akceptować, nawet jeśli nie jest idealne we współczesnym rozumieniu idealności, które zmienia się co kilka lat. Mówię teraz głównie o wartościach. O przewartościowaniu kilku kwestii na te ważne i na ważniejsze. I te najważniejsze. Można i dbać o swoje ciało, ale w tym samym czasie rozwijać się. Duchowo. Czytać. Oglądać. Słuchać. PRZEŻYWAĆ, A NIE PRZEŻUWAĆ. Można harować, jak wół, pomnażać kasę, ale i przy okazji robić z niej pożytek. Coś dobrego dla świata i dla samych siebie. Można wszystko, jeśli tylko się chce i potrafi. O to chodzi, by przewartościować sobie pewne sprawy i zadać sobie zajebiście istotne pytanie: co jest tak naprawdę dla nas ważne? Kasa, seks, faceci, laski, wieczna młodość, rozmiar zero, umięśniona klata, drogie fatałaszki, ekskluzywne rzeczy i zazdrość w oczach ludzi, których uważamy za przyjaciół, czy może bezgraniczna miłość, prawdziwa przyjaźń (bez skrywania się pod maską), prawdziwe uczucia (złość, smutek, radość, pasja, euforie, a i też wszystkie naraz) i coś, co tak kiedyś górnolotnie nazwaliśmy szczęściem?

Co jest dla Ciebie ważne? Co chciałbyś pokazać światu, gdyby do Twojego komputera włamał się właśnie taki haker?

I na koniec już - wiecie, czemu ludzkość nie potrafi wykorzystać swojego potencjału? Bo skupia się na durnych rzeczach. Na najmniej istotnych. Jak mamy zrozumieć sens tego świata, jeśli nie możemy zrozumieć sensu swojej egzystencji? Egzystencji, którą ograniczamy do spraw naprawdę błahych i powierzchownych. Pytamy o sens życia, o sens istnienia. Piszemy od wieków na ten temat rozprawy. Prawda jest taka, że życie nie ma sensu dopóty dopóki człowiek mu go SAM nie na da. Sami nadajemy sens naszemu życiu, swojemu człowieczeństwu właśnie przez wartości, którymi się kierujemy. A jeśli te wartości będą puste i płytkie, to takie też będzie nasze całe życie. A cóż to wtedy jest za życie? Mam wrażenie, że bardzo, ale to bardzo smutne i nieszczęśliwe, choć paradoksalnie dla wielu - takie, o którym właśnie marzą skrycie...

6 komentarzy:

  1. Cóż, na mnie haker nie znalazłby haka - żyję w zupełnej zgodzie z samą sobą :) No i też, całe szczęście, zmądrzałam na tyle, żeby zaobrączkować nie 180 cm pięknisia, a po prostu - dobrego, fajnego mężczyznę ;) PS. W trampkach męża nie chodzę, ale za to w jego dresie i dżinsach ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. W moim komputerze sa moje teksty... Książki napisane i te w pisaniu. Jest moj doktorat, kilkanascie artykułów, i lekcje dla moich uczniów... Sa zdjecia moje i bliskich z wakacji i chyba jeszcze jakieś resztki starych projektów biznesowych a to herbaciarnia a to... Nie miałbym sie czego wstydzić, przynajmniej nie w moich oczach.

    OdpowiedzUsuń
  3. przypomnial mi sie jeden odcinek komiksu the peanuts gdy ten maly pisklak podchodzi do snoopego i pyta go jaki jest sens zycia a snoopy lezac na budzie odpowiada- sens zycia to polozyc sie spac z nadzieja na lepsze jutro.
    a tak zupelnie serio to fajny tekst, tez mam 30 lat ,mieszkam w amsterdamie i wydaje mi sie ze najwazniejszy jest rozwoj. staram sie byc z kazdym dniem silniejszy, madrzejszy i bogatszy ale roznie to bywa, zdarzaja sie kroki w tyl.
    pozdrawiam i zycze wytrwalosci

    OdpowiedzUsuń
  4. czytała twojego bloga a właściwie przeczytałam wszystkie wpisy od początku kiedy ponad rok temu przeprowadzałam się tutaj, do Amsterdamu. Jest wiele prawdy tym co piszesz i chciałabym wierzyć, że inni też tak myślą. Bardzo łatwo jest odpłynąć w ten świat egzaltacji samym sobą i wizualnym fast foodem , Sama przyłapuję się na przeglądaniu instagramu albo fb bezmyślnie karmiąc mój mózg ekscytującymi zdjęciami. Okropne to jednak jest..być częścią tej karuzeli! ah pozostaje tylko walczyć o utrzymanie tych szarych nieatrakcyjnych ale działających komórek!
    Pozdrawiam serdecznie Olka

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj!
    Wyraziłam uznanie dla Twojego bloga w LBA:
    https://dzieciakiwiatraki.wordpress.com/2015/09/25/podaj-dalej-czyli-lancuszek-szczescia/
    Gratuluję dobrej roboty i pozdrawiam.

    Ps. Bardzo mądre przemyślenia i pytania...Mam podobne spostrzeżenia. Odnoszę wrażenie, że współcześnie ważniejszy jest atrakcyjny wygląd, rozmiar 36, ubrania w modnych markach, fajne selfie i jak najwięcej "lajków" na FB niż np.wiedza, umiejętności, charakter...

    OdpowiedzUsuń
  6. XXI wiek to istny wyścig szczurów. Zastaw się, a postaw się- niech wiedzą, że Cię stać. A wygląd? Oczywiście musi byc perfecto. W dużej mierze jest tak dzięki różnym programom telewizyjnym czy kolorowym czasopismom z pięknymi, zretuszowanymi w photoshpie zdjęciami modelek. Jak taka "zwykła" kobieta, matka- Polka ma się czuć?? Część wzdycha i żałuje, że tak nie wygląda, inne z uporem maniaka dążą do "ideału". Niestety nobody's perfect. Każdy kto to zrozumie i zaakceptuje tym lepiej dla niego. Dbanie o siebie i o swój wygląd to nic złego, ale jak we wszystkim musi być umiar o czym Ty Reniu dobrze wiesz i powiem Ci, że ja też na codzień stawiam na wygodę. Wolę baleriny, trampki czy adidasy niż wysokie szpile ;)

    OdpowiedzUsuń