czwartek, 8 września 2016

Powstaję, jak Feniks z popiołów…

…i znów spalam się doszczętnie. OK. Może to aż nazbyt melodramatyczny tytuł. OK. Jest w tym pewna dramaturgia. I jest w tym coś z prawdy. Powracam właśnie z nowym postem, który na tym blogu będzie zarazem ostatnim. Powstaję tylko na chwilę, by ostatecznie zakończyć ten rozdział. Zakończyć blog "Wydaczeni". Dlaczego? Powodów jest kilka.

Jeden, może i najważniejszy, jest taki to oto, że piszę do Was te słowa z Barcelony. Tak. Siedzę na moim tarasie. Wróć. Kłamstwo. Siedzę w pokoju z klimatyzacją i opuszczoną do połowy roletą, bo jest godzina 14.39 i na tarasie jest tak gorąco, że palce kleją się do klawiatury. Gorąco tu, jak w piekle. Choć ja akurat lubię to! Tak. Barcelona. Jest. Teraz. Moim. Domem. We wtorek 30 sierpnia 2016 roku wsiedliśmy na Schiphol wraz z Lubym i naszym psiakiem Ginem w samolot do Barcelony. Kupiliśmy bilety w jedną stroną. Ach wiem! Rośnie dramaturgia!

Później wieczorem wypakowaliśmy cały swój dobytek (oprócz kanapy i kredensu, które nie zmieściły się do windy, a ciężko było nam wnieść je samym na nasze, szóste (!) piętro...), zjedliśmy około 22.30 obiadek, pierwszy tego dnia porządny posiłek, i przed północą padliśmy na materac w naszym nowym mieszkaniu. Zasnęliśmy od razu. W Barcelonie. W mieście, o którym tak pięknie śpiewał Freddie Mercury...

Toteż nie czuję się już wydaczona, wydaczana i o wydaczeniu upoważniona, by głosić słowo innym wydaczonym. Ten rozdział życia uważam za zamknięty. Owszem, do Holandii będę wracać, jako turystka. Nawet już niedługo, bo daczowskie wesele, chyba numer 18?, 19? czeka mnie 24 września w Hadze. Jednak wracać do Holandii na stałe nie zamierzam. Nie powiem, że nigdy, bo nigdy nie mów nigdy, ale w tym przypadku mam aż taką jakąś ochotę odejść od tej reguły i powiedzieć: nigdy! Hmm… Przecież Holandia nie dała mi w kość. Jakoś tak bardzo. Pogoda i owszem, dała mi się we znaki, no ale dla samej pogody człowiek przecież nie żyje, toch? To było inaczej. Bardziej spontanicznie.

Jakoś tak jest, tak się zdarza czasem, że człowiek budzi się pewnego dnia, po nieprzespanej nocy, może nawet nocy pełnej awantur, łez i wątpliwości, kiedy po tych kilku godzinach, a może zaledwie paru minutach snu, budzi się i już wie. Już wie i wszystko staje się jasne. Ja w Holandii nie jestem szczęśliwa. To nie moja bajka. To nie mój świat. I to nie jest na pewno moje miejsce na Ziemi.

Trzeba więc coś z tym zrobić. Trzeba coś zmienić. I tak narodziła się ona. Barcelona.

OK. Łatwo powiedzieć. Jednak mamy z Lubym to szczęście, że nasze kariery zawodowe pozwalają nam na ten krok. Na przeprowadzkę. Decyzja więc zapadła jakiś czas temu. I teraz wiecie również kolejną rzecz. Jak mogłam pisać o Holandii i o wydaczaniu, skoro ten kraj jakoś tak na mnie zaczął działać, że źle się w nim czułam? Że się zablokowałam? Oto drugi powód zaprzestania pisania. A może zawsze tak było, a ja tylko siebie oszukiwałam? Może na blogu próbowałam jakoś to ubrać w humor, by nawet samej sobie udowodnić, jaka ta Holandia jest super i w ogóle mam tu życie, jak w Madrycie. No dobra. I jest może super. Pod pewnymi względami, mniej ważnymi dla mnie, niż względy, które czynią mnie szczęśliwą. A szczęście Kochani, to najważniejsza rzecz w życiu, której nikt Wam nie da. Szczęście to jest coś, co sobie musicie zbudować sami. W swojej głowie. A moja głowa jakoś tak nabrała z czasem dziwnej blokady w Holandii.

Powód numer trzy. Blog przestałam prowadzić w dość intensywnym dla mnie czasie. W odstępie kilku tygodni zaczęłam nową pracę (nowe wyzwania, nowe obowiązki, dużo nowych rzeczy do nauczenia i dużo dziwnego stresu...), Luby się oświadczył (powiedziałam TAK!), zmarł mój ojciec i na początku stycznia wyszła moja nowa książka „aż do DNA”. Wszystko to w odstępie tygodni. Intensywnie było. Nie powiem. Emocjonalnie, fizycznie, także blog był poza zasięgiem mojego umysłu. Wypaliłam się też. Niemal doszczętnie. Tak pisarsko. Nie tylko z pisaniem bloga zresztą… Jednak myślę, że wszystko to, co chciałam napisać o życiu w Holandii, już napisałam. Temat, jak dla mnie, się wyczerpał. To już chyba powód numer cztery. Czy ktoś liczy? A zresztą, nieważne.

No dobra. Piąty powód i ostatni. Cóż. Wszystko ma swój początek i swój koniec. Dla mnie skończyła się holenderska przygoda i rozpoczęła się hiszpańska. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym w jakiś sposób nie dokumentowała tej, jakże wielkiej i istotnej zmiany w moim życiu. Tej transformacji. Aczkolwiek i formuła pisania wyczerpała się dla mnie. Pisanie, póki co, zostawiam na moją następną powieść, która przyjechała ze mną do Barcelony. A właściwie już jakiś czas temu jej pierwsze słowa napisałam właśnie tu. W barze zwanym "Windą". Nawet nie symboliczną, choć symbolicznie jadę teraz wysoko. Moja winda idzie do góry. Choć nie jest łatwo. Początki nie są łatwe. Nigdy. Nie wszystko idzie tu pięknie i ładnie. Bezproblemowo. Ale człowiek wie, że podjął dobrą decyzję, jeśli znowu to czuje. To ciepło w środku. Jak to się nazywa? Chyba szczęście? :) I nawet, jak zdarzyło mi się tu już zapłakać z nerwów, zmian i bezsilności, to też ten płacz był jakiś taki inny. Tak miło oczyszczający, a nie depresyjny…. Jak orzeźwiający deszcz w upalny wieczór.

I niech mnie diabli, jeśli nie miałam racji z przeprowadzką! Na moim zegarze jest 15.01. W niecałe pół godziny napisałam post, do którego zbierałam się ponad pół roku. Pożegnalny post, który naprawdę próbowałam, chciałam i męczyłam się, żeby napisać przez ostatnich kilka miesięcy. Niech mnie diabli wezmą, że wyjęłam ten kij ze swojego tyłka, który wychodził mi gardłem. Nawet nie potrzeba było specjalnie dużej ilości Sangrii, żeby go wyciągnąć. Żeby się odblokować. Wstaję, jak Feniks z popiołów w Barcelonie i jedynie, co się spala, to mój nosek na słońcu. A ja? Ja nie czuję się spalona, ani już wypalona. Czuję się odrodzona. A niech mnie diabli wezmą, jakie to jest zajebiste uczucie!

Jak wyżej wspomniałam, bloga o swoim życiu w Barcelonie nie planuję prowadzić, jednak nie byłabym sobą, gdybym tej transformacji nie chciała udokumentować. Założyłam więc konto na Instagramie. Minimum treści w hasztagach i wszystkie uczucia, przeżycia, doznania zamknięte w obrazach. Zdjęcia czasem mówią więcej, niż milion słów. A ja uwielbiam je robić. I stąd pomysł na foto-pamiętnik na Instagramie. Jeśli macie ochotę sprawdzić, co u mnie, zapraszam! 

Moje konto to renia_deus

Teraz już naprawdę na koniec życzę Wam wszystkim Kochani powodzenia w wydaczaniu! Szczęścia niezależnie od kraju, w którym jesteście. Trzymajcie się! OK. Jest 15.10. Mój czas sjesty ;)

The (happy!) end